Koronawirus Lifestyle

Kiedy w końcu zrozumiemy, że komuś jest na rękę, byśmy się sobie rzucali do gardeł? List nauczycielki

Poli Ann
Poli Ann
18 stycznia 2021
Fot. iStock
 

Tak się zastanawiam, czytając chcąc lub nie chcąc (serio nie chcę, ale komentarze co i rusz walą po oczach), jacy to nauczyciele muszą być straszni. No masakra. 

I dalej ciągnąc mój wywód, zadaję sobie pytanie, kiedy w końcu zrozumiemy, że komuś jest na rękę, byśmy się sobie rzucali do gardeł, kłócili i patrzyli na siebie wilkiem. By nie było solidarności, bo takimi trudniej się rządzi.

Pisałam już wiele razy, że kocham moją robotę, że jestem nauczycielem z powołania.  I zdania nie zmieniłam, jednak trudno ze stoickim spokojem czytać jadowite zdania, jakie wypluwa się na kadrę nauczycielską.

Nie będę przekonywać, że jestem świetnie wykształcona, że dobrze wykonuję moją pracę, jestem wielozadaniowa i szybko się uczę.

Że mam śmiałość mieć pasję i chcę mieć czas dla rodziny.

I serio wolę uczyć tradycyjnie. Nie czuję wsparcia tych z wyższych stołków, którzy przez pół roku nie mieli czasu, by stworzyć platformę wspólną dla wszystkich polskich dzieci. Przecież Teams, Classroom, Skype i Zoom dadzą radę. Owszem dadzą, ale nie po to płacimy podatki.

Bardzo bym chciała być porządnie przeszkolona, mieć sprzęt i pragnę, by żaden dzieciak nie był wykluczony. No cóż, to tylko moje pragnienia.

Wcale nie chcę uczyć zdalnie i proszę mi nie wmawiać, że tylko na to czekam, by sobie wygodnie siedzieć na tyłku i pić kawkę. Kawy nie znoszę i wolę kontakt bezpośredni z uczniem. Wtedy mam szansę do niego trafić, zdiagnozować jego potrzeby albo po prostu pogadać. Bo to także robię. Wiem, że Zuzia kocha tańczyć, Natalka gra na gitarze, Adrian odbiera siostrę z przedszkola, a u Patryka w ogródku rośnie lawenda, której mały bukiecik mi podarował kilka dni temu.

Oni też wiedzą, że pani Ania jest fit, jeździ na rowerze, kocha szpilki i litrami pije herbatę w kubku termicznym. Niektórzy nawet czytają mój blog i obserwują mnie na insta. Dla nich jestem osobą, człowiekiem, a nie wrogiem, na którego wylewa się frustrację.

Nie wmawiajcie mi, że nic nie robię pracując zdalnie. Ta robota jest o wiele bardziej czasochłonna. Samo uporządkowanie maili od uczniów zajmuje godziny, ostatnio w porywach do dwóch  podczas gdy szkole trwa to max 2 minuty. Do uczniów podchodzę w maseczce, choć dzieciaki się śmieją, no ale to ja jestem dorosła i winnam świecić przykładem.

Sama mam dość tej covidowej rzeczywistości. Chciałabym rozdać nagrody za konkurs na uroczystym apelu, a nie latać po klasach i na odległość gratulować tym, którzy zasłużyli na aplauz. Akademie na forum szkoły przecież szalenie milo się wspomina, to takie małe sukcesy często są początkiem czegoś wielkiego. To w szkole stawia się pierwsze kroki i wciąż tego hejtu zewsząd nie rozumiem. Przecież ktoś Was kiedyś uczył, a tych najsurowszych wspomina się najlepiej i w dojrzałym wieku przyznaje im rację.

Co więcej, choć to może dziwne, też jestem mamą. Na pewno nieidealną, ale kochającą swoje dziecko najmocniej na świecie. Tak samo mocno jak swoje kochasz Ty. I jeśli ono ma zdalne nauczanie to ja też jako rodzic jestem zaangażowana. I pewnie, że nie mam na to ochoty, ale co zrobić jeśli decyzja odgórna nakazuje nam tak pracować?

I nie chcę ciągle walczyć z rodzicami (osobiście naprawdę nie musiałam, ba, nawet mi napisano, że mam cytuję: „naprawdę fajne lekcje”). Chodzi mi tu o ogół. Rodzic kontra nauczyciel. Czy naprawdę musi „kontra”? Nie może być „z”, „razem” lub choćby „w jednym kierunku”?

To nie chodzi o to, by się pluć na siebie i wyrywać flaki. Cel mamy przecież wspólny – dobro naszych/waszych dzieci. Nauczyciel stoi z innej strony, ale nie znaczy, że na przeciwnej barykadzie. Widzimy więcej, jesteśmy obiektywni i mamy obowiązek przeprowadzenia procesu dydaktycznego najlepiej jak umiemy.

Uwierz mi, że będąc na kwarantannie, nie nudziłam się śmiertelnie, choć upierasz się,  że postanowiłam uprzykrzyć Ci życie  co i rusz zadając Twojemu dziecku jakieś zadania. Bezczelna ze mnie baba! Mało tego, miałam śmiałość Ciebie jeszcze w to angażować. Bezczelna do kwadratu!

Przecież nic nie robiłam i na kolejnym zdalnym nadal leżę brzuchem do góry podczas gdy Ty wypruwasz sobie żyły.

Jestem nauczycielem…tak mnie widzisz prawda? A próbowałeś spojrzeć na mnie z innej strony?  Nie będę narzekać jaka to jestem biedna, ojojoj. Ten tekst to nie licytacja kto ma gorzej. Porzuciłam pracę w korpo, bo po prostu lubię uczyć. Co więcej, jestem w tym dobra. Nawet bardzo. Mam kilka sukcesów na swoim koncie i uczniów, na których życie wpłynęłam na tyle, że wybrali te same studia co ja i do dnia dzisiejszego wysyłają życzenia z okazji moich imienin.

Jestem nauczycielem, który kształtuje młodego człowieka, spędza z nim czas, uczy go, chcąc nie chcąc wychowuje. Jestem psychologiem, pedagogiem, mediatorem, wychowawcą, opiekunem, pielęgniarką w jednym. Dlaczego nie mogę cieszyć się Twoim szacunkiem i dostawać za moją pracę godziwej zapłaty?

Jestem nauczycielem i owszem mam wakacje, ale kiedy Ty myślisz, że w czerwcowy piątek wychodzę z pracy na osiem tygodni to się grubo mylisz. Pracuję nad dokumentacją, siedzę na radach lub w komisjach rekrutacyjnych. Jestem pod telefonem, a w sierpniu przygotowuję egzaminy poprawkowe, jestem członkiem komisji maturalnych, przygotowuję salę, tworzę kolejne dokumenty i szkolę się, by jak najlepiej opiekować się Twoim dzieckiem.

Jestem nauczycielem, który czasem, jeśli plan pozwoli, szybciej kończy lekcje. Wtedy mogę przygotować kolejne materiały, sprawdzić zeszyty, wypracowania, ćwiczenia, testy, kartkówki, opracować tematy na lekcję wychowawczą i sporządzić obowiązkową dokumentację. Szybsze wychodzenie z pracy odrabiam na radach i wywiadówkach, siedząc w szkole do późnego wieczora.

Jestem nauczycielem, który uczy kilkadziesiąt dzieci. Może i ponad setkę. Pamiętam ich imiona, charakter pisma, znam ich problemy o których Ty jako rodzic czasem nie masz pojęcia. I nie mam zwyczaju na nikogo się uwziąć. Zastanów się dlaczego Twoje dziecko tak mówi? Może się boi Twojej reakcji albo broni, bo po prostu czegoś nie rozumie? Może podczas lekcji rozrabiało i wstyd mu się do tego przyznać? A może Tobie tak najłatwiej rozwiązać problem zrzucając odpowiedzialność na mnie? Mam pod swoimi skrzydłami całą klasę, około trzydziestu wspaniałych dzieciaków, których muszę czegoś nauczyć, podczas gdy one rozmawiają, są zadumane, może głodne lub zmęczone. Albo zmartwione, bo właśnie bierzecie rozwód.

Jestem nauczycielem, który tak samo jak i Ty ma prawo być wściekły, i nie chcieć edukacji online. Ma rodzinę i swoje problemy. Nikt nie zapytał to, czy ma odpowiedni sprzęt, dostęp do Internetu i kwalifikacje do prowadzenia zdalnych zajęć. Szczerze mówiąc to cały czas się szkolę w tym temacie, by móc nauczać jak najlepiej.

Pracuję więc sporo. Więcej niż dotychczas. Może jak i Ty. Bo tak w ogóle to jesteśmy podobni wiesz? Jako rodzice, opiekunowie, czynni zawodowo. Mamy te same lęki, obawy, gusta i być może poczucie humoru.

Jestem nauczycielem, mamą, żoną, córką, ciocią, przyjaciółką, sąsiadką, znajomą.

Mam życie osobiste podobnie jak Ty. Uczę, bo to moja praca. Takie mam obowiązki. Jako rodzic też pracuję ze swoim dzieckiem. I widzę ile rzeczy musiałam robić z nim sama, a czym do tej pory zajmowała się szkoła, wyręczając nas – rodziców w wielu aspektach. To szkoła zapewniała edukację, zabawę, rozrywkę, wspomaganie i terapię. I opiekę często od świtu do późnego popołudnia. Wiem, że czujesz się sfrustrowany. Może nawet już sobie nie radzisz w tej nowej rzeczywistości. Pamiętaj nauczyciel to też człowiek, często rodzic i doskonale wie, z czym zmagasz się każdego dnia. Nie jestem workiem treningowym, w który możesz walić bez opamiętania tylko po to, by sobie ulżyć. Zanim więc wystosujesz do mnie maila pełnego złości strasząc dyrekcją, kuratorium czy ministrem edukacji lub na forum znów wyplujesz jad, weź głęboki oddech, odłóż rękawice i przeczytaj ten tekst, a potem spójrz na swoje dziecko. Oboje chcemy jego dobra, Ty je kochasz, ja je uczę.

Mamy iść ramię w ramię. Razem, wspólnie, już rozumiesz?


Koronawirus Lifestyle

„Oto jest Kasia. Bohaterka swojego życia”

Poli Ann
Poli Ann
5 lutego 2021
Fot. iStock
 

Oto jest Kasia. Bohaterka swojego życia. Dwadzieścia kilka lat, szalenie ciepły głos, spokój i wysoka kultura osobista. Skromna, zbyt mało przebojowa ginie w tłumie rozwrzeszczanych młodych kobiet. Mogłaby wiele tylko, no widzisz, ale od początku ma trochę trudniej. Za dzieciaka szczęśliwa, z misiem pod ręką, uwielbiająca lody. Dziś, w rozkwicie życia, powinna szaleć, kochać, płakać ze śmiechu, poznawać, czuć, doświadczać. Jakoś nie idzie. Powiesz – no widzisz życie. A ja odpowiem – no widzę, szkoda dziewczyny. I pobiegnę dalej.

A Kasia z tym swoim anielskim głosem i dobrym sercem będzie sobie żyć gdzieś obok. No widzisz. Widzę, cholera widzę. Dosłownie. Mam to cholerne szczęście, że wzrok mój może nieidealny działa. Pozwala mi funkcjonować, robić, co chcę. Oczywiście, że narzekam, że chciała bym to i tamto, ale czasu brak. Albo kasy. Ale nie wzroku! Zamknęłam oczy, chciałam iść do łazienki i tylko z szacunku do Kasi powiem delikatnie, że zaliczyłam ścianę. W sumie to ona mnie. Dobrze, że mam niezły fluid to przykryje.

Z Kaśka studiowałam. Lubiła z nami rozmawiać, ożywiała się na przerwach. Na zajęcia przygotowana, nie zawsze walczyła o siebie, by domagać się materiałów z powiększoną czcionką. Bo nadmienić muszę, że Kasia niewidoma nie jest. Widzi zarys budynków, kontury postaci, odróżnia jasność od ciemności. Ale do innej sali sama nie dojdzie, bo nie zna budynku. Do łazienki lub bary chodziła z nami. Studiów nie skończyła ze względu na problemy zdrowotne. Krąg znajomych jest wąski, wszyscy gdzieś zalatani. W szkole podstawowej zaopiekowana, w gimnazjum wyszydzana, a w liceum samotna, bo daleko od domu.
Pandemia zamknęła ją na dobre w czterech ścianach. Rehabilitację, szkolenia, warsztaty odwołano. Pewnie, że można czytać i oglądać filmy z audiodeskrypcją, ale przecież na Boga nie cały czas. Kasia założyła bloga, pisze posty nie o tym jaka jest biedna. Po prostu informuje o różnych nowościach technicznych dla osób słabowidzących i niewidomych. Namawiam ją na pisanie w różnych grupach na Facebooku. Sama jej historię piszę u siebie. Z litości? Raczej nie. Chodzi mi o wsparcie dziewczyny, poszukanie lub znalezienie jej ciekawego zajęcia. Kasia nie pracuje, a bardzo by chciała.
No widzisz, szczęściara nie? Siedzi se w domu. Wiesz, że ona ma dość i wcale z tego powodu nie jest szczęśliwa? Czasem chciałaby jak i Ty być zabiegana, nie mieć kiedy zjeść, robić kilka rzeczy na raz. Powiesz – szybko by się jej odwidziało. Ano niekoniecznie, bo u Kasi z tym widzeniem nie jest najlepiej. Jednak z chęciami już tak. Więc spójrz, może widzisz dla takiej dziewczyny jakąś drogę? Zauważysz w niej więcej niż tylko niedowidzenie? Mam nadzieję że nie powiesz – no widzisz życie. Lecz – no widzisz, pomyślę, spróbuję, widzę jakaś możliwość. I napiszesz do niej hej Kasiu, zobacz mam taki pomysł…

Koronawirus Lifestyle

Nowy pan na nowym stołku, z ego znacznie większym niż wszystko inne, będzie mi teraz mówił, że feminizm jest antyrodzinny?

Poli Ann
Poli Ann
22 października 2020
Fot. iStock

Serio? Really? Oglądam i własnym oczom, i uszom nie wierzę. Nowy pan na nowym stołku, z ego znacznie większym niż wszystko inne, będzie mi teraz mówił, że feminizm jest antyrodzinny? Kobiecie wolnej w dwudziestym pierwszym wieku z prawami wyborczymi, niezależnej, pracującej zawodowo, wykształconej, świadomej swoich praw, obowiązków i przywilejów?

I będę słyszeć, że kobiety rodzić mają w wieku dwudziestu lat, bo przecież koło trzydziestki to już za wiele tych latorośli na świat nie wydadzą? Że my Polacy mamy patrzeć na zwierzęta, dziki na ten przykład, jak się rodzinę zakłada i czemu ona ma służyć? Że kobiecie trzeba powiedzieć, wyjaśnić, pokazać… No tak, bo ona sama na to nie wpadnie. A jakże!
 
No błagam! Ludzie drodzy!
 
Takie to słowa słyszę i czytam, rozglądam się więc dookoła. Widzę komórkę, mikrofalówkę, panele na podłodze, na tyłku mam stringi, wyżej stanik koronkowy, a na nim bluzę z kapturem. Gapię się w telewizor i zastanawiam, który to wiek. Czy może nie mam klepiska przed sobą, strzechy nad głową, miotły, pieca i kuchni na węgiel, a pod bawełnianą kiecką barchanów albo nic, gaci żadnych, bo w sumie kiedyś bielizny nie noszono. Może w niedzielę tylko. Chusty na głowie też nie mam.
 
Włosy rozpuszczone, makijaż i dżinsy, o litości! Obcisłe i z dziurami!!! Patrzę na wyświetlacz mojego smartphona, dwudziesty pierwszy wiek jak z bicza strzelił. A ja nadal mam wrażenie, że nie w taką epokę, co trzeba się przeniosłam.
 
Czuję się młodo, choć bliżej mi do czterech zer niż trzech. Pracuję, jestem wykształcona, zarabiam. Mój wkład w budżet rodzinny się liczy. Sama też decyduję co kupię, nikogo o nic nie proszę. Mamusia nauczyła samodzielności, resztę pokazało życie. Tatuś mówił, żebym twardy tyłek miała. Do Chodakowskiej to mi brakuje, ale problemy życiowe wzmocniły to i owo.
 
Męża mam i kredyt jak większość małżeństw, i  związków. Obowiązki dzielimy na pół, bo mamy równouprawnienie, z którego ów pan na wysokim stołku tak drwi. Jestem świetna w swojej pracy, znam języki, rozwijam się, mam pasje. Jestem mamą i na razie na jednej latorośli zakończyłam prokreację. Dlaczego? To już moja sprawa. Nikomu nie będę się tłumaczyć z moich wyborów. Moje dziecko jest szczęśliwe, zadowolone. Ostatnio mi powiedziało, że widzi jak o nie dbam i się nim interesuję. Czuje się kochane. Mam więc rodzinę 2+1 i seks uprawiam, o zgrozo, dla przyjemności! Chyba nie powinnam tego pisać, bo przecież to zbrodnia chyba kochać się, ale niekoniecznie rozmnażać.
 
Akceptuję inne wyznania, rasy i orientacje. Dla mnie liczy się człowiek, po prostu. Dobry, życzliwy, pomocny. Takich wartości uczę moje dziecko tłumacząc mu, że ma prawo kochać kogo chce, że jesteśmy równi, że nie ma lepszych i gorszych. Jako że mam córkę to nie wmawiam jej, że musi wyjść za mąż za młodu (o ile w ogóle). Sama zdecyduje, a ja ją będę wspierać. Grunt, żeby żyła zgodnie ze swoim sumieniem i nie krzywdziła innych. A jeśli się jej zdarzy, by przeprosiła i godnie poniosła konsekwencje.
 
W domu jestem żoną, ale nie służącą. Nie robię mężowi kanapek, nie piorę skarpetek, nie podaję piwa i gazety. Gdy ja coś ugotuję, on zmywa. Gdy on rządzi w kuchni, ja wykonuję inne obowiązki. Żyjemy razem, pracujemy, oboje jesteśmy zmęczeni. Wymieniamy się, działamy jak trybiki w jednej maszynie. Razem i jednocześnie niezależnie od siebie. Mamy wspólne hobby i osobne pasje. Każdemu potrzeba przecież wolności i swojego powietrza.
 
Ostatnie wypowiedzi pewnego pana tak mnie wzburzyły, że żywo dyskutuję z innymi kobietami na temat ich życia. Przecież to najczęściej matki i nie tylko,  pracujące tak jak ja (i nie tylko:). I jedna z nich mi donosi uprzejmie, że jej mąż oczekuje kanapek do pracy, wypranych skarpetek, gaci wyprasowanych  w kant, domu wylizanego na błysk, obiadu z deserem, ogródka niczym z katalogu, grzecznych i dopilnowanych dzieci, nakarmionej zwierzyny domowej i na koniec dnia nóg na za piętnaście trzecia. Dodam ponownie uprzejmie, ze owa kobieta pracuje zawodowo na wysokim stanowisku, jest naprawdę dobrze zorganizowana, wygląda świetnie, dba o siebie na ile rozwrzeszczana dzieciarnia pozwoli (którą kocha ponad życie, żeby była jasność). I jak usłyszałam wymagania jej małżonka, którego rola winna kończyć się na zarabianiu pieniędzy (oczywiście do spóły z żoną) to krew mnie zalewa.  Panowie tego pokroju jak widać na niższych i wyższych stołkach oczekują po prostu wersji premium. Żeby baba dzieci rodziła, za mądra nie była, w garach mieszała i jeszcze mimo wszystko kasę do domu też przynosiła, ażeby darmozjadem nie być.
 
Jak zatem zachować spokój stoicki i jak się w dwudziestym pierwszym wieku takie dyrdymały słyszy??? Jak wychowywać córki i synów, skoro otrzymują sprzeczne komunikaty? Jak być kobietą, żoną, partnerką, niezależną (co nie znaczy od razu samotną, wredną suką, egoistką) i sfeminizowaną czyli taką którą wie o co kaman w damsko-męskim świecie, i jest świadoma swoich praw (a nie jest przeciwna rodzinie, rodzeniu dzieci i ich wychowywaniu)? Otóż ja jestem i zamierzam taka dalej być, mieć osobne konto, dzielić rachunki, wychowywać dziecko, rozwijać się, umieć powiedzieć, że czegoś chcę i nie chcę. Jestem partnerką a nie męczennicą utyraną po łokcie, bo takiego dokonałam wyboru. Jeśli któraś kobieta spełnia się w domu wychowując kilkoro dzieci to cudownie, o ile była to jej decyzja, a nie widzi mi się jakiegoś mężczyzny, męża, partnera czy polityka. Ja chcę mieć wybór. I nie jestem przeciwna rodzinie (sama ją mam) i wiem, że wiele kobiet niema komfortu wyboru, bo z różnych powodów są uzależnione finansowo od swoich mężów. Ale na litość boską powinny być wspierane, a nie słyszeć, że feminizm jest antyrodzinny i że kobieta winna tylko dzieci wydawać na świat. 
 
Ja chcę jako kobieta, równouprawniona obywatelka mieć wybór co do mojej edukacji, podjęcia pracy, sposobu ubierania i mojej macicy, z której zrobię użytek nie na potrzeby państwa, a po prostu z miłości.
 
Jako kobieta żyjąca w związku chcę mieć partnera, a nie pana i władcę, przyjaciela, który mnie wspiera, jest obok i niczego nie nakazuje. Który szanuje mnie jak i ja jego, rozumie moje pasje, uzgadnia wybory co do mojej kariery/pracy, jeśli chcę się jej podjąć i ilości pociech (o ile w ogóle mają się pojawić).
 
Jako nauczyciel chcę mieć mentorów,  których cenię i szanuję, od których mogę się uczyć, a nie nie wiedzieć czy płakać nad swoim belferskim losem tudzież śmiać się histerycznie, bo nic innego mi już nie pozostało. Chcę uczyć dzieci i młodzież poczucia niezależności, podejmowania decyzji, a nie narzucania średniowiecznych reguł. Chcę i będę wersją premium, nie dla innych, lecz tylko i wyłącznie dla siebie. I tego mam zamiar nauczyć moją latorośl, ot co!