Nie oddalasz się ode mnie, tylko od samej siebie. Nie opuszczę cię, aż do zapomnienia

Anika Zadylak
Anika Zadylak
28 października 2016
Fot. iStock/Pierre Desrosiers
Fot. iStock/Pierre Desrosiers

Ukochana Marianno, żono moja,

Patrzę na Twoje siwe włosy, dotykam pergaminowej skóry i myślę o tym, jak bardzo kocham nasze życie. Wszystkie poranki i noce, każdą kłótnię która niosła Twój głos aż do nieba i łzy, gdy przynosiłem Ci polne kwiaty i przepraszałem. Pamiętam, z jakim podziwem patrzyłem na Ciebie, gdy w bólu i męczarniach, rodziłaś nasze dzieci, jak je pielęgnowałaś mimo zmęczenia, jak śpiewałaś im kołysanki, by miały dobre sny. I gdy na tańce Cię zabierałem i zrzucałaś z nóg buty, a Twoje bose, piękne stopy wirowały nad ziemią. I miłość naszą spowitą nocą, gdy tylko my byliśmy i gwiazdy zaglądające przez okno. I gdy poprosiłem Cie o rękę i oboje płakaliśmy, już wtedy szepcząc sobie przysięgę – I nie opuszczę Cię, aż do śmierci. Wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że rozdzieli nas nie śmierć, a niepamięć. Diagnoza, która złamała nasze serca, która powoli zabiera mi Ciebie ukochana. Bo od dwóch lat  przyszło nam dzielić los nasz, jeszcze z kimś. Z chorobą Alzheimera, która karmi się Twoimi wspomnieniami, zabiera je i już nie oddaje. Ale miłości mej do Ciebie, nie jest w stanie zniszczyć. Bo ja pamiętam wszystko, co Ty kochana zapominasz.

Zrozumiałem niedawno, że nie oddalasz się ode mnie, tylko od samej siebie. Patrzysz w lustro i dziwisz się głośno, kim jest kobieta, która na Ciebie patrzy. Pytasz mnie o to, a ja cierpliwie odpowiadam, jak Ci na imię, jaką zupę lubisz najbardziej, jakiego koloru nie znosisz, bo twierdzisz, że biały niesie zimę. A Ty tak kochasz gdy jest ciepło. I uśmiechasz się wtedy, bo nie rozumiesz czym jest słońce, widzisz je, ale już nie potrafisz nazwać. Oglądamy razem stare rodzinne albumy, a Ty o naszych córkach mówisz, że przepiękne dziewczynki, że pewnie jakaś mama jest szczęśliwa, że je ma. Opowiadam Ci wtedy, że to nasze dzieci, że jesteś najlepszą matką na tej ziemi, że bardzo Cię wszyscy kochamy. I słyszę – Pan jest taki miły, ale niestety z kimś mnie pan pomylił. I szklą mi się wtedy oczy, zaczynają drżeć zmęczone dłonie, a Ty pytasz z troską czy źle się czuję, czy zadzwonić po moją żonę. A przecież to Ty nią jesteś Marianno, choć nie pamiętasz, choć boisz się gdy próbuję Cię objąć. Jesteś jak małe dziecko, niezdarna, wszystkiego ciekawa. Pytasz o nazwy przedmiotów, żeby za chwilę o tym  zapomnieć. I znowu zastanawiać,  jak się nazywa lampa, którą zapalam Ci przed snem, bo boisz się ciemności. Powiedziałaś kiedyś, że się w niej gubisz, że nie możesz w tym mroku, znaleźć drogi do przeszłości. Bo niby wiesz, że żyjesz, ale nie wiesz że życiem moim jesteś. I, że ja byłem Twoim.

Mówią, że niektóre wspomnienia, tak jak zagubione przedmioty, przynoszą ulgę, gdy nie możemy ich odzyskać. Bo były bolesne, niepotrzebne, bo nas zawodziły. Patrzę na Ciebie i cieszę się, że nie musisz pamiętać moich złych słów, wypowiedzianych bezmyślnie, w zdenerwowaniu. Że nie musisz zadręczać się obrazami ze szpitala, gdy  w rozpaczy błagałaś o zdrowie, dla naszej chorej córki. Że nie musisz budzić się w nocy z krzykiem, bo zła noc przyniosła sen, o naszym wypadku kilkanaście lat temu. Gdy patrzyłaś przerażona, na moją zakrwawioną twarz i prosiłaś, żebym Cię nie zostawiał. Cieszę się i nienawidzę jednocześnie, bo wraz z tymi złymi, zniknęły wszystkie inne nasze, wspólne chwile. I już nie cieszysz się o poranku, gdy wchodzę do sypialni i pytam, czy Ci czegoś nie potrzeba. Krzyczysz i płaczesz, opętana przez strach, przed nieznanym. Myślisz, że jestem kimś obcym, każesz mi wyjść, grozisz, że zadzwonisz po swojego męża. I zachłystując się własnymi łzami, wołasz w nicość moje imię i trzęsąc się cała dziwisz, dlaczego nie ma mnie obok. A ja jestem, stoję tak blisko Ciebie i nie mogę dotknąć, żeby Cie uspokoić, bo już od tak dawna mnie nie poznajesz. Czasem myślisz, że jestem pielęgniarzem, czasem, że naszym ogrodnikiem, który zmarł w ubiegłą wiosnę. Czasem pytasz naiwnie, co chcę Ci sprzedać, biorąc mnie za uroczego akwizytora. A ja nic nie mam dla Ciebie kochana. Prócz cierpliwości, miłości i wiary, że jeszcze choć raz doczekam, że wtulisz się we mnie. Że zwrócisz się do mnie świadomie moim imieniem, że pójdziemy na spacer, i odpowiesz, że też mnie kochasz.

Wiesz Marianno, to nie jest Twoja wina. To, że czasem nie wytrzymuję i zostawiam Cię z opiekunką na chwilę, też nie. Nie chcę płakać przy Tobie, martwić Cię i tłumaczyć, że to łzy bezsilności. Bo jak mam przypomnieć Ci, że nadchodzi kolejna gwiazdka, że zawsze piekłaś nam wtedy makowca, że roniłaś łzę wzruszenia przy wigilijnym stole. Bo tak cieszyło Cię, że znowu jesteśmy wszyscy razem, w komplecie. Bo w te święta, choć wszystkie krzesła będą zajęte, nie będzie najważniejszej dla mnie i naszych dzieci osoby. Ciebie nie będzie, moja ukochana żono, bo znowu do naszej córki będziesz mówiła „pani”. A wnuków pytała, gdzie mieszkają i dlaczego nie spędzają tego najpiękniejszego w roku dnia, ze swoja rodziną. Będziesz patrzeć smutno przed siebie, błądząc myślami po swoim pustym świecie i szukając, choć jednego momentu. Choć skrawka, ułamka sekundy, który pozwoli Ci przypomnieć sobie, że to Ty jesteś jej częścią. Rodziny, która cały czas czeka na Twój powrót. Choć wie, że to podróż w jedną stronę, że zagubiłaś się i już nie znajdziesz drogi do domu. Znowu będę musiał uspokajać, naszego wnuka, który patrząc w niebo, cichutko będzie prosił, żeby babcia go rozpoznała i wzięła na kolana, jak kiedyś. To wszystko takie trudne kochana, tak ciężkie do zniesienia, do udźwignięcia. I tylko to uczucie we mnie do Ciebie, daje mi siłę i nie pozwala przestawać ufać. Że gdzieś tam w głębi serca, wiesz kim jestem.

I piszę dziś ten list. I przeczytam Ci go przed snem, a Ty się uśmiechniesz i powiesz, że piękny. Dodasz, że miłość jest jak powietrze, że jest potrzebna każdemu. Że Ty tez kiedyś taką przeżyjesz, i że to straszne, że tak muszę cierpieć i patrzeć na to, że moją żonę zabiera choroba. I nawet mnie pogłaszczesz, dotkniesz swoją dłonią mojej twarzy, a ja w swoim cierpieniu choć na chwilę, będę znowu szczęśliwy. Bo znów jak kiedyś, poczuję się Twoim mężem. I w duchu będę powtarzał, przysięgę naszą małżeńską sprzed lat. Przez okrutny czas tylko, zmienioną i  brzmiącą – I nie opuszczę Cię, aż do zapomnienia.


Nauka dowodzi, że do płaczu macie prawo. Kobiety czerpią ponoć nawet przyjemność, ze smutnych doświadczeń…

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
28 października 2016
Fot. iStock / Ernesto Víctor Saúl Herrera Hernández
Fot. iStock / Ernesto Víctor Saúl Herrera Hernández

Zalewasz się łzami na reklamie kabanosa i przełączasz telewizję, kiedy ta pokazuje krzywdę zwierząt? A może kłócąc się z mężem czekasz na jego odpowiednią dolinę, żeby wyskoczyć z grubej rury i zalać wszystkie, nawet najbardziej sensowne argumenty morzem łez? Zanim zaczniesz się zastanawiać czy nie jesteś okropną, emocjonalną terrorystką otrzyj mokre oczy i głowa do góry. Nauka dowodzi, że do płaczu masz prawo, bo jako kobieta statystycznie robisz to nawet do pięciu razy częściej niż mężczyzna.

Kobiety faktycznie płaczą więcej 

Kiedy noblista w dziedzinie fizjologii i medycyny, Tim Hunt, wyraził swoją opinię na temat kobiet pracujących z nim z laboratorium, bardzo szybko stracił tytuł profesora honorowego Uniwersytetu w Londynie. Na konferencji dziennikarzy naukowych w Południowej Korei stwierdził, że kiedy współpracuje z paniami to przy pracy z nimi dzieje się zazwyczaj jedna z tych trzech rzeczy: albo się ktoś w nich zakochuje, albo one zakochują się w kimś, albo zaczynają płakać, kiedy zwróci im się uwagę. I chociaż zabrzmiało to nad wyraz seksistowsko i oburzyło gremium naukowe, to przyznać trzeba, że kobiety faktycznie płaczą więcej niż mężczyźni. Jak dowodzą badania dzieje się tak nie z braku umiejętności przyjmowania krytyki, jak stwierdził Hunt, ale w związku z obszerną relacją uwarunkowań biologicznych, społecznych i środowiskowych. Ciekawe jesteście, dlaczego wasz stary nie zapłakał na gali zakończenia roku u córki w przedszkolu – proszę bardzo, przedstawiam naukowe dowody. Szastajcie nimi do woli na polach bitew wszelakich.

Mężczyzna racjonalny. Kobieta emocjonalna

Badania psychologiczne potwierdzają, że panie płaczą od dwóch do pięciu razy w miesiącu, albo jak kto woli od trzech do pięciu razy częściej niż panowie w ogóle (Chyba, że jesteście w ciąży, wtedy nie płaczecie tylko kiedy śpicie). Ta różnica jest powszechna niezależnie od kraju, chociaż, jak dowiedli naukowcy z Uniwersytetu Tilburg w Holandii, zauważają większe rozbieżności w niektórych rejonach świata, co argumentują wpływem kultury na rozwój. Rola mężczyzny w krajach zachodnich pozostaje niezależna, u władzy i rozwiązująca problemy w sposób racjonalny. Kobiety natomiast polegają na innych i podchodzą do rzeczywistości bardzo emocjonalnie. Prawdopodobnie to z tego powodu on oddzwania do administracji osiedla tłumacząc niedopłatę za wodę wynikającą z pomyłek w kalkulacji. Ty albo eksplodowałabyś płaczem tłumacząc, że nie masz co do garnka wsadzić, a przelew dopiero za trzy tygodnie, albo wyzwała urzędniczkę od imbecyla sugerując umiejętne korzystanie z liczydła w przyszłości. Idę o zakład, że panowie swoją powściągliwością zapobiegli kilku konfliktom w historii dziejów świata.

Płaczemy z powodu tych samych rzeczy – śmierci osób bliskich, choroby, skomplikowanych rozstań. Kobiety natomiast płaczą zdecydowanie częściej z powodu małych niepowodzeń, popsutego komputera czy złamanego obcasa w bucie. Zaskakującym może być fakt, że mężczyźni za to łkają chętniej w odpowiedzi na pozytywne wydarzenia. Kiedy jeszcze raz spotkasz się z niezrozumieniem w przypadku rozładowanego na środku ulicy akumulatora swojej dwudziestoletniej Astry, a twoje łzy nazwie się „niepotrzebnymi”, rozwiej wszelkie wątpliwości. Reakcja wynika z twojej fizjologii. Po prostu.

Kobiety czerpią przyjemność z płaczu

Według badań kobiety mają nawet tendencje do wyszukiwania form wypoczynku, które sprawią, że poczują się smutne, jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi. Czerpią przyjemność z takich doświadczeń! To wyjaśnia, dlaczego panie nerwowo obgryzają paznokcie w oczekiwaniu na kolejny odcinek ulubionego serialu w telewizji, kiedy panowie drepcą niecierpliwie w miejscu w oczekiwaniu na napisy końcowe. Zdaniem naukowców kobiety mają wysoką zdolność wywoływania łez na poczekaniu zupełnie inaczej niż mężczyźni. Nagle wszystko staje się jasne, świat zwalnia. Panie po prostu lubią chodzić smutne. A jak lubią, to nie wolno im tej przyjemności odbierać. Płakanie należy się kobietom z urzędu ;).

My tu swoje, a biologia i tak po naszej stronie

Niezależnie od kraju pochodzenia, wolności wyrazu i społecznych zasobów, które również wpływają na różnice w ilości wylanych łez, to ważnym, jak nie najważniejszym argumentem w potyczkach „warto czy nie warto płakać” jest biologia. Biologia, która stoi za dziewuchami murem. Badania z 2012 roku dowodzą bowiem, że kobiety mają nawet sześćdziesiąt procent więcej prolaktyny, która jest hormonem reproduktywnym. To ta sama, która stymuluje produkcję mleka w maminych piersiach.  Łzy wylewane podczas emocjonalnych potyczek i gonitw po ulicach miast za zdradzającym narzeczonym są naszpikowane prolaktyną właśnie co dowodzi, dlaczego babkom wolno płakać dużo i często. Z naturą nie ma się co kłócić panowie, odpuście sobie próby.

Do głosu dochodzi również stary, dobry testosteron. Jego poziom skutecznie powstrzymuje mężczyzn od potoków łez. Panowie leczący się na raka prostaty, zażywający silne leki wpływające na zmniejszony poziom testosteronu w organizmie są skłonni do częstszych zrywów emocjonalnych i zdecydowanie częściej płaczą. Morał? Hormonalnie panie są jak małe nieopierzone kurczaczki, podczas gdy panowie uzbrajają tyłki w kolejne, pozłacane tarcze.

Niezależnie od powodów, dla których płaczemy pamiętajmy, że jest to odruch oczyszczający i potrzebny. Podczas płaczu pozbywamy się z ciała stresogennych chemikaliów, polepszamy stan psychiczny, sygnalizujemy problemy zdrowotne. Panie dodatkowo uwiły sobie w sprawie własne, pancerne gniazdko i wykorzystują te cechy w prywatnych rozgrywkach. Która nigdy nie użyła płaczu jako ostatecznego argumentu zagłady niech pierwsza rzuci kamień. Teraz przynajmniej wiecie, że tak zostałyście zaprogramowane.


źródło: www.livescience.com


5 psychologicznych eksperymentów, które tłumaczą nasze dziwne zachowanie

Agnieszka Sierotnik
Agnieszka Sierotnik
28 października 2016
5 psychologicznych eksperymentów, które tłumaczą nasze dziwne zachowanie
fot. iStock/Todor Tsvetkov

Psycholog społeczny Philip Zimbardo zastanawiał się kiedyś, dlaczego dobrzy ludzie robią złe rzeczy, a ci inteligentni czasem zachowują się bardzo irracjonalnie. Nie trzeba być specjalistą, by raz na jakiś czas w bezsenne noce zadawać sobie bardzo podobne pytania. Wysyłamy wiadomości, których potem bardzo żałujemy. Rzucamy słowami, które mogą zranić, a co drugi flirt sprawia, że serce łamiemy sobie same. I po co nam to wszystko? Psychologowie społeczni biorą nasze zachowania pod lupę i starają się wytłumaczyć, dlaczego czasem nasze zachowanie wymyka się spod kontroli.

1. Efekt halo

W psychologii efekt halo to automatyczne przypisywanie komuś cech pozytywnych lub negatywnych. Dlaczego nazywa się to „efektem halo”? Ponieważ ta jedna, ważna cecha negatywna lub pozytywna wpływa na nadawanie kolejnych. Przykładowo spotykamy kogoś pierwszy raz. My samy jesteśmy punktualni, więc zakładamy, że nowo poznana osoba także jest punktualna, ponieważ nie spóźniła się na pierwsze spotkanie, a co za tym idzie – jest inteligentna. I tak oto zapętlamy się w nadawaniu komuś cech według siebie samego. Najlepszym przykładem na to są hollywoodzkie gwiazdy. To bogaci ludzie, więc na pewno szczęśliwi, a co za tym idzie piękni i mający wszystko, czego chcą.

2. Dysonans poznawczy 

Przełomowy eksperyment Festingera i  Carlsmitha, który przeprowadzili w 1959 roku doprowadził do wytłumaczenia wielu zachowań ludzkich. Dysonans poznawczy to brak komfortu psychicznego, spowodowany rozbieżnością między tym, co czujemy, a tym co myślimy. Elementy poznawcze to nasze myśli, wiedza, uczucia. Bardzo często odczuwamy przecież zupełną rozbieżność na przykład między tym co wiemy, a tym co czujemy. Palacze doskonale wiedzą, że  ich uzależnienie ma zły wpływ na zdrowie, a kobiety doświadczające przemocy w domu mają świadomość tego, że dzieje się źle. Jednak czy coś się zmienia? Niekoniecznie, bo zaczynamy tłumaczyć swoje zachowania tak, by przekonać do kłamstwa samych siebie.

3. Jaskinia Samobójców 

Steroetypy i konkurencja to chleb powszechny w XXI wieku. Jednak już kilkadziesiąt lat temu amerykański psycholog Muzafer Sherif udowodnił, że wszystko to dzieje się z powodu ograniczonego dostępu do dóbr, których pragnie każdy. Latem 1954 roku Sherif podzielił grupę dwunastoletnich skautów na dwie jedenastoosobowe grupy i wywiózł je osobno do Jaskini Samobójców w stanie Oklahoma. Na kilka dni grupę kolegów pozbawiono wzajemnego kontaktu. W obu grupach organizatorzy eksperymentu starali się wytworzyć poczucie więzi, hierarchii i solidarności. Kiedy po wcześniej ustalonym czasie dwie grupy się spotkały, Sherif musiał szybko zakończyć swoje badania. Dlaczego? Bo wśród chłopców wytworzyła się zbyt duża konkurencja i agresja.

4. Eksperyment więzienny 

A gdybyś tak pewnego dnia przeczytała w gazecie ogłoszenie o eksperymencie, w którym mogłabyś wziąć udział za całkiem dobre pieniądze? Jedyny warunek: nie możesz mieć na swoim koncie kryminalnej przeszłości. Zostajesz więźniem lub strażnikiem. Pewnie zajdzie się kilka osób, które bez wahania wzięłoby udział w eksperymencie choćby ze względu na serial „Orange is The New Black”. Jednak eksperyment przeprowadzony w Stanford był ważniejszy niż chęć poczucia się jak bohaterki ulubionego serialu. Okazało się, że ludzie gdy stają się anonimowi, stają się jednocześnie bardziej brutalni wobec innych. To doskonale można porównać do dzisiejszego działania w hejterów w Internecie. W końcu wszyscy są ‚anonimowi’, więc czują, że mogą sobie pozwolić na więcej.

5. Eksperyment Miligrama 

Czy jesteśmy gotowi porazić drugiego, niewinnego człowieka prądem, jeśli dostaniemy taki rozkaz? Czy bylibyśmy w stanie zabić, bo ktoś nam kazał? Takie pytania zadał sobie Stanley Miligram. Przebadał 1000 osób w warunkach laboratoryjnych. Badanych podzielono na „nauczycieli” i „uczniów”. Uczniowie mieli przyswajać wiedzę, a nauczyciele egzekwować ją. Jeśli uczeń się pomylił, nauczyciel miał go razić prądem. Przy każdej pomyłce siła wstrząsu była zwiększana. Nauczyciele na początku mieli zaaplikować sobie próbny wstrząs by poczuć, ból z jakim będą mieli do czynienia uczniowie. Wiedzieli, że siła wstrząsu nie jest tak silna by doprowadzić do śmierci. Działali jednak myśląc, że krzywdzą niewinnych ludzi w imię nauki. Przeprowadzający eksperyment pełnił role autorytetu; informował o regułach, przydzielał role i polecał wykonanie zadania nauczycielom, gdy sprzeciwiali się lub wahali. Wnioski? Zło w odpowiednich warunkach może czynić każdy. Nawet ludzie dążący do celów uważanych za szlachetne.


źródło: Spring.org.uk / Psycheexp.yoll.net


Zobacz także

Fot. iStock / pixelfit

Wokół wrzawa, a w sercach pokój. Jesteśmy w świetnych nastrojach

Fot. iStock/AwaylGl

Rząd walczy z sadystami. Wreszcie wyższe kary za bestialskie znęcanie się nad zwierzętami

Fot. iStock

A czy ty masz swój kawałek podłogi? Nie, nie rodzinny. Swój własny