Nie daj się oszukać. Księżniczki mieszkają w bajkach i najczęściej są bardzo nieszczęśliwe

Listy do redakcji
Listy do redakcji
1 stycznia 2016
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
 

„Ty jesteś nasza księżniczka z bajki”- mówili moi znajomi. Mała Miss. Pupilka Bogów. Córeczka Tatusia. Bajkowy ślub, bajkowy mąż, bajkowy dom i rodzina. Wszystko działo się jak w najpiękniejszym śnie, który wyśnili dla mnie inni. A ja powoli odpływałam.

Najpierw był alkohol. Wieczorem lampka lub dwie przed snem, to miłe rozprężenie, aby wejść w rytm, założyć koronkową bieliznę, luźną koszulkę nocną i dać mu rozkosz. Albo po prostu posiedzieć w jego gabinecie i wyciągać się na skórzanym fotelu. Do przodu. Do tyłu. Masturbując się do towarzystwie książek.

Potem była ciąża. Chwila zapomnienia, spokój, poczucie, że jestem na miejscu, szczęście mnie nie opuściło. Dlaczego miałam depresję poporodową? Nie mam pojęcia. Po prostu nie mogłam go kochać. Wykonywałam jak robot czynności, a on chciał być blisko. Janek, syn Jana. Do dziś przed snem mówię mu na ucho „przepraszam”, mimo że ma już 13 lat i mam nadzieję, nie pamięta, że nie było mnie przez wiele miesięcy. Szpital, leki, grupa dzienna, powoli dochodziłam do siebie. Przywoził mi suszone śliwki, które kojarzyły mi się z dzieciństwem. Wszystko inne mówiłam aby zabrał. Filmy, telefon, ubrania, perfumy. Chciałam zostać z niczym, tak jak się czułam. „Dojdziesz do siebie, wyjedziemy gdzieś”- mówił, a ja tępo patrzyłam w ścianę. Chciałabym tylko zamieszkać w szpitalu.

Potem zmarł ojciec. Niespodziewanie dostał udaru. Dziwne, bo zamiast rozsypać się w kawałki, zbierałam całą rodzinę. Organizacja pogrzebu sprawiała mi przyjemność. Kwiaty, trumna, potrawy na stypę, moje działanie miało wreszcie sens. Śmierć ojca zamieniłam w różne aktywności. Ból złapał mnie dopiero kilka lat później, gdy znalazłam jego zapiski w notesie. „Moja kochana Nati. Córeczka moja wymarzona”. Wyłam całą noc i zasnęłam w gabinecie na skórzanym fotelu.

Nigdy nie pracowałam. Mimo, że mogłam być dobrym architektem. Jeśli masz wszystko, to nie chce ci się niczego robić. Po co? Praca była kosztem domu, a on lubił wracać, gdy ja w nim byłam. Rób coś dla siebie – podpowiadał. –Niczego nie musisz. Nie myślałam wtedy o tym, że wrosłam w ziemię zamiast biec przed siebie jak moje koleżanki. Czasami spotykałyśmy się na kawie, a mnie kosztowało to coraz więcej wysiłku. Pasja, awans, podwyżka, ambicja, duma, nawet kłopoty i troski – wszystko to było dla mnie obce, fascynujące, słuchałam ich z zapartym tchem i czułam, że nie mam nic do powiedzenia. – Tak, południowa Afryka jest piękna – mówiłam cicho, czytając to pytanie właściwie: no bo o czym z nią rozmawiać. Dom, podróże, przedmioty, dzieci. To, kim się stałaś.

Gdy byłam mała pojechałam kiedyś na noc do koleżanki z klasy. Mieszkali w starym bloku na parterze. Ich trójka w jednym pokoju, piętrowe łóżko. Siostra mojej koleżanki zapytała mamę, czy może zjeść pomarańczę. Mama spojrzała na nią zniecierpliwiona i odpowiedziała „Przecież wiesz, że pomarańcze jemy na deser”. Zaskoczyła mnie, bo u nas z pomarańczy robiło się soki na śniadanie. Trzy małe na jedną szklankę. A ona jadła ćwiartkę zamiast ciasta lub czekolady. Poczułam coś w rodzaju zazdrości. Tak wygląda prawdziwe życie. Chciałam go, chciałam tej pomarańczy i łóżka piętrowego. Chciałam czuć ból, strach i brak. Zamiast beztroski. Zamiast beztroskiej pustki.

I teraz było podobnie. Moja znajoma mówiła o strachu przed utratą pracy (mąż średnio zarabiał). Była szczerze przestraszona i zamówiła herbatę. Nie chciała słyszeć, że ja stawiam.Uśmiechała się, gdy mówiła o dzieciach, był wrzesień, zwracała uwagę na ceny książek i zajęć dodatkowych. W tym roku musieliśmy zrezygnować z dodatkowego angielskiego, odkładamy, bo nie wiem, co będzie u nas w firmie. Zaczęłam szyć torby wieczorami, może uda się odłożyć grosz. Słuchałam zażenowana chowając torebkę, której cena pokryłaby angielski jej córki za cały rok. I znów było jak wtedy, chciałam tych problemów, tego życia, tej troski. Byłam pusta.

Potem znów piłam. O tyle więcej, że zaczął się tym niepokoić. Kolejna grupa, terapia, odwyk. Dzieci tęskniły, a ja nie. Chciałam być częścią tego ośrodka, syfu, zawstydzających historii, z którymi przychodzili podobni do mnie, chciałam. Chciałam być smutna, chciałam cierpieć, wstydzić się i bać. A wciąż nie czułam nic.

I wtedy doszła do grupy ona. Ewka. Była alkoholiczką i była pyskata. Od razu powiedziała mi, że jestem obrażona na świat i że wszyscy powinni mnie kopnąć w dupę. „Nie chcesz tego życia, to je zostaw. Ale nie zabieraj innym radości z niego. Jesteś pasożytem”. Rzuciłam się na nią z pięściami, na szczęście w porę złapał mnie kolega z grupy. Poczułam wściekłość, której nie znałam. Jesteś pierd**onym pasożytem, właśnie. Od tego momentu poczułam ulgę. Na grupie przedstawiałam się „Hanka, lat 38, alkoholiczka, pasożyt”. Wreszcie mówiłam głośno prawdę.

Od tego czasu minęły trzy lata. Wynajęłam mieszkanie, pracuję jako asystentka w biurze architektonicznym, rozwodzę się. Boję się często, że nie będę miała na czynsz i na prezenty pod choinkę dla dzieci. Ciężko mi, ale czuję się wolna. Czuję strach i smutek i radość czasami. Wróciłam do bloku z pomarańczą. Piszę do wszystkich kobiet, abyście nigdy nie rezygnowały z siebie, ze swojego rozwoju, pracy. Róbcie cokolwiek, ale róbcie. Księżniczki mieszkają w bajkach i najczęściej są bardzo nieszczęśliwe. Bycie księżniczką to rola, która nas mami. Za nią chowa się zawsze kobieta, które pragnie się spełniać, robić coś z sensem, być motywowana brakiem, tęsknotą, potrzebą stawania się lepszą. Nigdy nie wolno wam godzić się na bycie żoną swojego męża. Czy tęsknię czasami za fotelem w gabinecie? Tak. Przypominam sobie wtedy ten czas, gdy naprawdę o nic się nie martwiłam, a jednak wciąż byłam smutna. Już wiem dlaczego. Ja po prostu bardzo chciałam dorosnąć, a tam nie mogłam. Dorosłość jest męcząca, ale nadaje życiu sens. Wiele sensów. Lubię być dorosła. I poznałam faceta, który niewiele ma. Nawet sobie nie wyobrażacie, jaką radość sprawia mi nakręcanie starego zegarka, który dał mi na święta. Dostałam w życiu tyle prezentów, ale o żadnym nie pamiętam. A ten nakręcam z czułością codziennie rano. Wszystko się zmieniło, wszystko smakuje inaczej, czuję wreszcie, że żyję.


Związek „publiczny”, czyli kiedy twoi znajomi wiedzą o NIM wszystko

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
2 stycznia 2016
zwiazek publiczny, czyli ekshibicjonizm emocjonalny
Fot. iStock / 4x6
 

Kiedy w związku intymności jak na lekarstwo, trudno mu wróżyć świetlaną przyszłość. I wcale nie chodzi tu o brak spełnienia w miłości w sferze fizycznej. Raczej o to, kiedy związek dwojga ludzi staje się „publiczny”, a znajomi pary wiedzą o niej więcej niż sami zainteresowani. Skąd? Od jednego z partnerów, oczywiście. Są wśród nas tacy, którzy przed przyjaciółmi nie mają tajemnic, a szczegółami swoich relacji z ukochanym czy ukochaną dzielą się z nimi bez skrupułów. Wszystko na sprzedaż…?

Beata wzdycha nad filiżanką kawy, a paznokciem w kolorze amarantu postukuje w tę filiżankę rytmicznie. Od trzech miesięcy jest singielką, taką z serialu o mocno przerysowanych postaciach. Z kotem, który kiedyś tylko w połowie należał do niej i z czynszem za wynajem mieszkania. Tego czynszu też już nie ma z kim dzielić. Samotne wieczory spędza zazwyczaj przed telewizorem, rzadko kiedy wyjdzie z przyjaciółkami. Właściwie jest na „plotkarskim” detoksie. Jej bilans roczny a la Bridget Jones przedstawia się następująco: liczba byłych narzeczonych – 1, liczba zerwanych zaręczyn – 1, liczba osób, którym zmarnowała życie – 1. Liczba wypalonych nerwowo papierosów? Nie do policzenia. Dość smutne podsumowanie, przyznacie to chyba. Największe marzenie? Cofnąć czas. Nie klepać bez sensu na prawo i lewo o Jacku. Albo nigdy go nie spotkać. Albo zapaść się pod ziemię. Każda z tych rzeczy byłaby dobra.

Co on sobie wyobraża, naprawdę

Znamienne, jak to się wszystko zaczęło. Kiedy ją zaczepił, roześmianą i rozgadaną na korytarzu w pracy, nieśmiało podpytując o plany na wieczór, od razu zaraportowała koleżankom przez Messengera: „Zaraz padnę, J. chce się umówić, ręce mu się trzęsły i spocił się jak mysz kiedy do mnie mówił, bleee”. Ależ potem miały z tego ubaw w babskiej toalecie! No, co on sobie wyobraża, naprawdę. Z nudów, czy z ciekawości Beata zgodziła się jednak na spotkanie, dwa dni później. Tego samego dnia wysyłała dziewczynom SMS-y: „Idę z J na kolację, pośmieję się trochę i tak nie mam co robić”. Z restauracji, w której jedli włoską pastę pisała pod stołem wiadomości: „ J. ma straszny uśmiech, ale głupoty gada, widać jak się denerwuje. Śmiesznie je, nie wytrzymam!”. „ Dasz radę” – odpisywały one. „Pisz, będzie zabawnie”.

Taki miała zamiar. Ale jakimś dziwnym sposobem, to głupie gadanie Jacka wciągnęło ją. Właściwie odkryła nawet, że jest on fantastycznym rozmówcą. O SMS-ach zapomniała w końcu, wieczorem wysłała koleżankom tylko jedną wiadomość: „Do niczego nie doszło, jest chyba nieśmiały”. Tydzień później umówili się znowu. A potem jeszcze raz.

Beata na czacie opowiadała znajomym przebieg spotkań z Jackiem, nie omieszkując opisać dowcipnie wszystkich jego wpadek („przydeptał sobie płaszcz wychodząc z taksówki, bleee”).  Ale z czasem ich znajomość stawała się coraz bardziej poważna. Zakochali się. O ile jednak nieświadomy niczego Jacek zachowywał w sprawie ich związku pełną dyskrecję, to Beata dzieliła się ze znajomymi najdrobniejszymi szczegółami ich wspólnego życia. Jak na monitoringu, choć obraz ich wzajemnych relacji nieraz ubarwiała, dodawała mu odrobinę pieprzu albo tonowała go wedle uznania. Bo okazało się, że Jacek, prócz całej swoje śmieszności, czasem rzeczywiście niezdarnych gestów to jest bardzo opiekuńczy i dobry facet. Po prostu. Nie ma się z czego tak śmiać.

Tylko, że znajomi dopytywali, a ona przyzwyczaiła ich do tych szczegółów. Dziś wie, że powinna wtedy powiedzieć „stop”, że już koniec tego przedstawienia. Że to są uczucia, emocje, że to jest wszystko na poważnie. Miłość! Ale nie umiała. Kiedy poszli ze sobą do łóżka, przyjaciółki dowiedziały się więc dokładnie, co poszło jak trzeba, a co wymaga poprawki. I tylko Magda napisała do niej osobną wiadomość: „Wiesz, daj już spokój. Nie chcę tego wszystkiego czytać. Pomyśl, jak on by się poczuł, gdyby się dowiedział.”.

– Obraziłam się wtedy na nią – mówi Beata. – Chyba za to, że potraktowała Jacka z większym szacunkiem niż ja sama. Byłam wściekła na siebie. Jednak brnęła w to dalej. Poszukiwania mieszkania do wynajęcia, pierwsze spotkania z jego rodzicami, pierwsze kłótnie, a w końcu i zaręczyny, wszystko to „raportowała” pozostałym koleżankom (a nawet jednemu koledze), jak do tej pory, choć już bez tych prześmiewczych uwag.

Do kogo piszesz, kochanie?…

W końcu jednak nadeszła katastrofa, inaczej po prostu nie mogło być. Beata, wychodząc do łazienki nieopacznie zostawiła swój telefon w salonie. I Jacek, który od pewnego czasu dziwił się temu, że ona ten telefon nosi ze sobą wszędzie i wyraźnie coś przed nim ukrywa, przeczytał. Wszystko. Te najnowsze wiadomości dotyczące kilku poprzednich nocy („Dzisiaj mieliśmy nawet OK seks, J. w końcu się postarał”) i te najstarsze, w których opisywała jego nieśmiałe próby zdobycia jej serca. Coraz bardziej zdumiony czytał historię swojego związku widzianą oczami Beaty i jej znajomych. Widział epitety, którymi podsumowała go po jakiejś kłótni i poznawał pierwsze wrażenia (chyba dopiero te były naprawdę szczere) dotyczące jego matki („Niby miła, ale od razu widać, że złośliwa małpa, trzeba ją trzymać na dystans. Pilnujcie mnie :)”). Zrozumiał, że został odarty z prywatności, z tego intymnego przeżywania czegoś tylko we dwoje, tylko razem.

Kiedy Beata przypomniała sobie o telefonie i wybiegła w panice spod prysznica robiąc mokrą plamę na podłodze w salonie, od razu pojęła, że on już WIE. Nigdy nie zapomni jego wzroku. Spojrzenia osoby, zranionej do żywego. Zdradzonej, oszukanej. I jeszcze te słowa, które padły: „ To tak o mnie naprawdę myślisz? To tak nas widzisz?”… Choć błagała, zaklinała się, przekonywała, że to tylko takie pogaduchy, nic nie znaczące ploteczki z przyjaciółmi, nie umiał zostać. Odszedł po cichu, nieśmiało. A dwa dni później zrobił coś, czego nie miał w zwyczaju: przysłał SMS. „Taki związek „publiczny”– napisał – to nie dla mnie. Dla mnie związek to intymność i ślepa wiara w to, że mogę ci powiedzieć wszystko. Zbyt wiele nas różni w tej podstawowej sprawie.”.

Beata od trzech miesięcy próbuje odzyskać zaufanie Jacka. Spotkali się już kilka razy na kawie, z jej inicjatywy. On cichy, niedostępny, sprawiał wrażenie, że się męczy. Ona potulna. Dwoje na huśtawce, ale tym razem to on rozdaje karty. Czy jej wybaczy? Tak, na pewno. Może nawet już jej wybaczył, bo to dobry człowiek, po prostu. Czy zaryzykuje i da jej drugą szansę? Raczej nie. Ale Beata się stara, choć przyjaciółki jej nie wspierają. O niczym nie wiedzą.


Czy robienie noworocznych postanowień to dobry pomysł? Może w nowym roku spróbować inaczej?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
1 stycznia 2016
Fot. iStock / svetikd

Schudnę. Rzucę palenie. Zmienię pracę. To tylko niektóre z przykładów noworocznych postanowień. Ale czy ich robienie w ogóle ma sens? Czy nie lepiej sobie odpuścić, niż frustrować się za kolejny rok, że nie udało się nam ich dotrzymać?

Bo przecież wiele osób z nadejściem nowego roku coś sobie postanawia. Jednak mało kto te postanowienia w ogóle realizuje. Co więcej, mało kto pamięta, co sobie obiecywał rok wcześniej.

Po co robimy noworoczne postanowienia?

Okazuje się, że pomysł na noworoczne postanowienia jest raczej racjonalny. Najczęściej myślimy, że to już najwyższy czas na zmiany, że dobrze byłoby coś zrobić, a początek roku jest magiczną datą, która – taką mamy nadzieje, jakoś zewnętrznie nas zmotywuje. Że wreszcie dotrzymamy sami sobie słowa i zrealizujemy coś, co sobie obiecujemy od dawna – tylko obiecujemy.

Dlaczego tak trudno nam wytrwać w postanowieniach?

– Nowy rok to taka zewnętrzna rama, nasza zewnętrzna motywacja – tłumaczy psycholog i psychoterapeuta Justyna Rokicka. – Niestety motywacja zewnętrzna ma o wiele słabszą moc, niż nasze głębokie, emocjonalne nastawienie do planowanej zmiany, które ukryte jest w dużym stopniu w naszej podświadomości. I choć wiemy, że są rzeczy, z którymi powinniśmy się uporać: często rzucamy palenie od nowego roku, odchudzamy się, obiecujemy sobie aktywność fizyczną, to jednak ,gdy nie mamy na to wewnętrznej, emocjonalnej zgody, mamy małe szanse, by tego dokonać. Gdy brak nam wewnętrznej motywacji warto się przyjrzeć, co nam ją blokuje, dlaczego nie jesteśmy w stanie sprostać naszym postanowieniom.

Jakie postanowienia robimy najczęściej?

Łudzimy się często, że cały rok daje nam przestrzeń na realizację postanowień. Nie musimy już tu i teraz się spinać. Odchudzać możemy się od maja, biegać od czerwca, a rzucać palenie najlepiej w listopadzie, co by wytrwać do końca roku. Co ważne podejmując postanowienia najczęściej chcemy pozbyć się jakiegoś ciężaru, czegoś co nas niszczy, co powoduje cierpienie – nadwaga, niesatysfakcjonująca praca, nałóg, chcemy pozbyć się destrukcyjnych zachowań.

– Wspólny mianownik wszystkich noworocznych postanowień jest taki, że „zrobię coś dobrego dla siebie”. Chcemy przerwać zachowania, które nas niszczą lub zacząć takie, które zaczną nas wzmacniać. Wszystko to jest kwestią zadbania o siebie – tłumaczy Justyna Rokicka dodając: – A to jest trudne, bo nie zawsze wierzymy, ze możemy coś dobrego dla siebie zrobić, mamy słabą samoocenę, niskie poczucie wartości, „przeszkadzają nam” tłumione emocje. Wszystko to może nas zblokować i nagle okazuje się, że te nasze postanowienia noworoczne to jedynie czubek góry lodowej. Że palimy papierosy – a za nimi stoją mechanizmy dużo mocniejsze.

Może być tak, że w naszym życiu czegoś nie widzimy. Wszystkie destrukcyjne działania, które z nowym rokiem chcemy przezwyciężyć – objadanie się, palenie, picie alkoholu, w gruncie rzeczy przynoszą nam ulgę, dają chwilową gratyfikację. Tyle tylko, że nagradzając się kolejnymi słodyczami, drinkiem, leżeniem na kanapie, w efekcie ściągamy się w dół, bo im ulegliśmy. Więc żeby sobie poprawić nastrój znowu sięgamy do tego nawyku, którego chcemy się pozbyć. Wpadamy w błędne koło.

Czy postanowienia noworoczne nas wzmacniają?

Niestety raczej nie. Zarzucamy sobie, że ponownie im nie sprostaliśmy. – Być może głównym czynnikiem robienia listy postanowień jest głębokie wewnętrzne przekonanie, że jesteśmy beznadziejni i ich niedotrzymanie tylko to potwierdza: „znowu nam nie wyszło”. Szukamy działań, dowodów, które potwierdzą nasze zdanie na nasz własny temat. To smutne . Niby fajnie bo chcemy coś dla siebie zrobić, ale głęboko i tak w to nie wierzymy i to kolejna szpilka, którą możemy sobie wbić – mówi psycholog.

Jak postanowienie noworoczne uczynić pozytywnymi?

Wystarczy nie robić ich tylko dlatego, że nadchodzi nowy rok. Postanowienia powinniśmy podejmować, kiedy jesteśmy wewnętrznie zmotywowani do zmian, przekonani do nich. Jeśli chcemy coś zmienić naprawdę w swoim życiu, to powinniśmy:

– ustalić sobie realistyczne cele

– pomyśleć o mniejszych krokach, mniejszych wyzwaniach, nie stawiać poprzeczki od razu bardzo wysoko

– stawiać sobie cele, które zależą tylko od nas, a nie dodatkowych czynników, nie obiecujmy sobie np. ,że dostaniemy awans, bo to nie jest zależne tylko od nas

– niech postawiony cel nie będzie za bardzo wymagający

– warto sformułować swoje postanowienie pozytywnie; zamiast: „nie będę jeść słodyczy” obiecać sobie „będę jeść więcej warzyw”

– realizacja celu powinna być łatwo sprawdzalna w czasie i mierzalna: zamiast „schudnę” powiedzieć sobie: „w ciągu miesiąca schudnę kilogram”

Osiągniecie małych celów daje nam motywację do kolejnych działań. Justyna Rokicka podpowiada: – Kiedy trudno nam wytrwać w postanowieniach, w osiąganiu stawianych sobie celów, to zamiast tworzyć listę obietnic z nowym rokiem, może warto skorzystać z terapii, grupy wsparcia. Przyznać się przed samym sobą, że nie daję rady sama wyjść z tego impasu, pokonać destrukcyjnych zachowań i sięgnąć po profesjonalną pomoc, zamiast kolejny rok bezskutecznie próbować coś sobie udowodnić.

A wy? Robicie noworoczne postanowienia? Udaje się wam ich dotrzymać?


Arch. prywatne/Justyna Rokicka

Arch. prywatne/Justyna Rokicka

Justyna Rokicka – psycholog, certyfikowany psychoterapeuta, współzałożyciel portalu szukamterapeuty.pl. Ukończyła specjalizację z Psychoterapii na Uniwersytecie Warszawskim. Skończyła 4-letnie, profesjonalne szkolenie w Psychoterapii Neurolingwistycznej oraz Studium Terapii Rodzin w Polskim Instytucie Ericksonowskim, akredytowane przez Polskie Towarzystwo Psychiatryczne oraz Polskie Towarzystwo Psychologiczne. Jest certyfikowanym psychoterapeutą The European Association for Psychotherapy i Polskiej Federacji Psychoterapii, z sukcesem praktykującym psychoterapię od ponad 10 lat.


Zobacz także

10 toksycznych zdań, które musisz usunąć ze swojego słownika

Psychopaci są wśród nas, bliżej niż myślisz…

„Nic nie dzieje się bez powodu” – to i inne zdania, zamiast których lepiej ugryźć się w język, gdy ktoś przeżywa trudne momenty