A ty jaką żoną jesteś? Bywasz jak te z najgorszych koszmarów?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
27 lutego 2017
Fot. iStock/cookelma
 

Wiadomo, że święte nie jesteśmy. Nie ma co ukrywać, że potrafimy zajść za skórę facetom, oj potrafimy, jak nikt inny. Zwłaszcza naszym mężom i partnerom, którzy czasami (oczywiście, że nie zawsze) Bogu ducha winni, cierpią cierpieniem męczennika, który swoje życie złożył w ofierze małżeństwu. A co tam małżeństwu – żonie, jędzy, co to wie, jak i gdzie ukłuć, żeby zabolało odpowiednio.

Jakimi żonami jesteśmy? Bywa, że nie do wytrzymania, kiedy facet ma naprawdę ochotę trzasnąć drzwiami i wyjść, bo ile można znieść. Prawda? Jakbyśmy tak postawiły się w jego sytuacji, to przyznajcie szczerze – nie ma co się tym facetom dziwić, że miewają nas kompletnie dość.

Porozmawiałam z innymi żonami i partnerkami. Cóż, nasz obraz nie zawsze wypada na korzyść… ale w końcu trzeba mieć do siebie trochę dystansu i czasami przyznać: „tak jestem jędzowata”.

To jakim najgorszym typem żony bywasz?

Żona „Ja wiem lepiej”

Zawsze wiesz lepiej. Chociaż on zaproponuje wyjście do kina, ty i tak zadecydujesz, że na inny film, niż on wybrał. Jeśli chce coś zrobić na obiad, to i tak musisz wtrącić swoje trzy grosze, że może surówka inna, a do mięsa dodać jeszcze tymianek? Kiedy próbuje zdyscyplinować dzieci, zawsze coś na boku mu powiesz, dasz jeszcze wskazówkę. I kuchenkę po nim wytrzesz, i pranie poprawisz, bo majtki do majtek, a koszulki do koszulek. Ty po prostu wiesz, co jest lepsze dla ciebie, dla niego… no może już niekoniecznie i nie zawsze.

Żona „Boli mnie głowa”

Nie wchodzisz w dyskusje, omijasz szerokim łukiem wszelkie próby wyjaśnienia nieprzyjemnych sytuacji. Na wszystko masz zawsze gotową odpowiedź: „Boli mnie głowa”. Kiedy on pyta, co ci jest, czy coś się stało, że może porozmawiacie, bo widzi, że o coś ci chodzi. A ty tak naprawdę to nie wiesz, o co ci chodzi, ale na wszelki wypadek zakryjesz się bólem głowy, żeby i tak on czuł się winny, żeby zachodził w głowę, co takiego się stało. Ale pamiętaj jedno – dla niego hasło, że boli cię głowa, nie ma podtekstu, który ty sobie tkasz. Boli – ok – to odpocznij. Na więcej nie ma co liczyć.

Żona „Mam focha”

Przyznaje się – byłam takim typem stosującym przemoc fochową. Nie dotykaj, zostaw mnie, nie mów do mnie, phi co mnie to obchodzi. Wzruszenie ramion, odwrócenie się plecami. Mistrz focha nad mistrzami. I oczywiście bez słowa wyjaśnienia, bo przecież on MUSI się domyślić. Bo ile razy można mówić, tłumaczyć, lepiej strzelić focha, a co ukarzę niewdzięcznika, żeby docenił to co ma na co dzień. Tylko, czy to naprawdę działa tak, jakbyśmy tego chciały?

Żona „Mógłbyś się bardzie starać”

Wiecznie niezadowolona. Bo mógłby być szczuplejszy, albo grubszy może jednak. Bo za dużo pracuje. Bo za mało zarabia. Bo źle się zajmuje dziećmi. Bo gotuje nie za dobrze. Ogólnie wiecznie jest niezadowolona. Cokolwiek on by nie zrobił, jej i tak nie dogodzi. Nawet jak ją przytula, to ma milion uwag: a to mocniej, a to słabiej, a to z drugiej strony. I w ogóle wszyscy mężowie przyjaciółek na pewno są lepsi od niego, z nich mógłby brać przykład… I jak z taką wytrzymać?

Żona „Musisz w tych brudnych butach wchodzić”

Najważniejsza jest czysta podłoga. Naczynia pomyte, blat lśniący. Nie ma czasu na pitu-pitu, skoro trzeba kibel wyszorować, odkurzyć, ten jeden klosz chyba przetrzeć i okna umyć, bo już trzy dni minęły od ostatniego deszczu i takie pochlapane. Za to przechlapane ma mąż, który buty musi ściągać przed drzwiami, przebierać się w domu od razu w ciuchy domowe, myć ręce jak dzieci pięć razy przed posiłkiem i nie daj Boże coś postawić nie na swoim miejscu. Takie życie na ciągłej pedantycznej bombie.

Żona „Taka jestem biedna”

Nam się chyba czasami wydaje, że jak będziemy biedne i nieporadne, to on nas nigdy nie opuści, zawsze będzie się nami zajmował. Ale ile można? Nie umiem, nie potrafię, jestem za głupia, inni są lepsi ode mnie, ty zadecyduj, ja nie wiem. Z kim się facet wiąże – z fajną dorosłą kobietą czy z dzieckiem, które trzeba przez życie prowadzić za rękę? Każdy może w końcu wymięknąć z nadmiaru odpowiedzialności, której ponosić wcale nie musi.

Cóż, cechy każdej z nich mi się trafiają… Jak jeszcze zdaję sobie z nich sprawę to pół biedy, gorzej, gdy nie mam świadomości i budzę się zlana potem, że on mnie jednak zostawi, bo jak z taką wytrzymać. 😉 Ale kocham, przepraszam – potrafi jeszcze zdziałać cuda… No i trochę pracy nad sobą.

A wy jakimi żonami iście z horrorów bywacie?


Kiedy odchodzi zakonnica, jest cicho, niewygodnie, a ona sama przestaje istnieć. Życie po zakonie

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/caracterdesign
 

Niewiele się o nich mówi, niewiele się robi, żeby im pomóc na nowo się odnaleźć. Dla Kościoła są tematem tabu.  „Zakonnice odchodzą w ciszy” – napisała Marta Abramowicz, autorka książki o kobietach, które opuściły zakon i powróciły do życia świeckiego. Przed wami trzy różne historie, trzech wspaniałych dziewczyn, które podzieliły się swoimi doświadczeniami z zakonnego życia.

Historia Joanny (12 lat w zakonie)

Do zgromadzenia wstąpiłam zaraz po maturze. To była moja decyzja, sama chciałam spróbować tego życia. Lubiłam przebywać w kościele, należałam do grupy apostolskiej. Pomyślałam: „spróbuję”, wyjdzie, to dobrze, nie wyjdzie – trudno. Moi rodzice byli bardzo wymagający, zwłaszcza macocha. Kiedy skończyłam 19 lat, chciałam wyrwać się z domu. Wybrałam zakon. Moja decyzja ich zaskoczyła, mama obwiniała się, że może to jej wina.

Nie znałam zgromadzenia, do którego się udałam. To było spontaniczne. Na początku targały mną różne uczucia: zachwyt, lęk, potem taka myśl: „Boże, czy na pewno?”. Siostra, która prowadziła ze mną rozmowę spytała, jak wygląda moje życie, czy wychowuję się w rodzinie katolickiej, jakie jest moje życie wewnętrzne. Ale przecież to był początek życia, etap poszukiwania. Dziś, z perspektywy, wiem, wtedy tylko wydawało mi się, że jestem dorosła. Jednak decyzję już podjęłam.

Pierwsze tygodnie mijały szybko. Rano msza święta w pół do siódmej, potem modlitwa, śniadanie, a następnie nasze obowiązki (a to praca w kuchni, a to zamiatanie dziedzińca) – tak wyglądał wstęp do postulatu, czyli do pierwszego okresu życia we wspólnocie zakonnej. Po dwóch tygodniach napisałam prośbę przyjęcie do postulatu i dostałam sukienkę postulantki.

Oznaczało to także więcej obowiązków. Budzono nas o piątej rano. Była msza, śniadanie, zajęcia (kuchnia, sprzątanie, posługa chorym), potem obiad. W ciągu dnia godzina milczenia kanonicznego, podczas której nie mogłyśmy także jeść, ani pić (chyba, że dostałyśmy pozwolenie), milczenie zwykłe. Po południu znowu modlitwy, obowiązki, kolacja, modlitwy i czas na spoczynek. Cały dzień wypełniony był tak, by nie było czasu na nic innego. Miałyśmy też zajęcia z prawa kanonicznego.

Właściwie od wstąpienia do zakonu powtarzano nam, że funkcjonujemy jak w rodzinie, a to, co się tu dzieje, pozostaje tylko i wyłącznie w zakonie. Tak jak między żoną a mężem. Przyjęłam to, swojego gniazda się nie kala.

Już bez przekonania napisałam prośbę o przyjęcie do nowicjatu. Miałam wątpliwości, ale siostra mistrzyni powiedziała, że wydziwiam, skoro mnie przyjęto, nie mogę tak po prostu odejść. Pomyślałam: „dobrze, spróbuję, jeszcze dam radę”. I próbowałam tak 12 lat. Dopuszczono mnie do ślubów wieczystych, a ja wciąż miałam wątpliwości. Jedna z moich koleżanek powiedziała wtedy „Egoistka, rodzice rozwieźli już zaproszenia, a ty się wycofujesz?”. A ja całe rekolekcje czułam, że robię źle, chciałam uciec i nie wrócić. W takim stanie przystąpiłam do ślubów wieczystych.

Dusiłam się, czułam, że nie jestem na swoim miejscu Zaczęłam chorować, miałam symptomy depresji. Przez trzy lata chodziłam do psychologa, wdzięczna jestem przełożonej, że na to pozwoliła. W zakonie nie pochwala się psychoterapii, tej zewnętrznej ingerencji w nasze życie. A ja tam mówiłam o tym, jak się czuję. Psycholog mnie nie namawiała do odejścia, to musiała być moja decyzja. Powiedziała tylko, że widziała jak przez te trzy lata naszych spotkań dosłownie spadałam w dół. Nie, ona nie mogła mi powiedzieć: „odejdź”. Musiałam do tego dojrzeć. Sama.

Moje relacje z przełożonymi były w większości dobre. Prócz jednej placówki, gdzie przełożona kontrolowała wszystko i wszystkich, choć byłam już na innych prawach, bo złożyłam śluby.

Niepokorna. Tak bym siebie nazwała. Zawsze miałam swoje zdanie. Oprócz tego jednego momentu, na samym początku, nie dawałam sobie prać mózgu. Jak to robiono? Na przykład mówiąc nam, że nie ma przyjaźni. Nie wolno nam było przebywać „dwójkami”, z lekceważeniem traktowano jakieś sympatie. Ale mimo to, wiele sióstr się przyjaźniło, bo przyjaźń jest człowiekowi potrzebna, zwłaszcza, kiedy jest ciężko.

Zazdrości i złośliwości doświadczyłam wielokrotnie. Na przykład na placówkach u księży emerytów. Byłam przez nich lubiana, to stanowiło punt zapalny. Jak mnie nazywano? Koleżanka z roku powiedziała o mnie „szmata”. Słyszałam też słowa „córka Babilonu”. Plotkowano, że kokietuję, że jestem za ciepła, za kobieca. A ja myślałam, że mogłabym być ich wnuczką, oni mieli po 70 lat. Ale też czasem czułam, że siostry są obiektem pożądania dla księży. Poznałam takiego, który miał dwóch synów. Wszyscy wiedzieli, że to jego dzieci, był bardzo szanowany przez innych księży.

Całe moje życie zakonne uważałam, że jestem w ramce, w której się nie mieszczę. Próbowano wsadzić rękę, wystawała noga albo głowa. Nie mieściłam się w tych „normach”, miałam swoje zdanie. Co mi najbardziej przeszkadzało? Chyba ta kontrola. I to wmawianie nam, że nie ma przyjaźni. I wiesz, jeszcze te problemy sióstr, które przy naszych, realnych problemach były jak szukanie dziury w całym. I wrogość. W pewnym momencie stwierdziłam, że staję się tam złośliwą zołzą. A powinno być zupełnie inaczej, prawda?

Najlepszy moment? Studia. Miałam swoją naukę, azyl. Wybrałam resocjalizację, nawiązałam dobre, wartościowe znajomości. Jestem wdzięczna za tę możliwość.

Kiedy już wiedziałam, że to koniec, że odchodzę, poczułam ulgę. Odetchnęłam pełną piersią. Poszłam na urlop, potem poprosiłam o możliwość chodzenia „po świecku”, znalazłam pracę. Moja przełożona mówiła mi, że widzi, że nie jestem na swoim miejscu. Brakowało tylko ciągle tej mojej decyzji. A o tych, które odchodziły, mówiono „jakie one są głupie, mają po 40 lat, przecież nic ich w życiu już nie czeka”.

Obawiałam się odejść również ze względu na rodziców. Wiedziałam, że nie będzie łatwo. Przez rok po odejściu z zakonu byłam zdana na samą siebie. Mama i tata dopiero teraz zaczynają ze mną normalnie rozmawiać. Modliłam się, prosiłam Boga o rozeznanie. Trafiłam na placówkę do przytuliska dla kobiet i powiedziałam sobie: to będzie dla mnie umocnienie. Jeśli nie, odejdę. Byłam tam dwa miesiące, potem, między innymi przez intrygę innych sióstr, przełożona się mnie pozbyła. Trafiłam gdzie indziej, po czterech miesiącach napisałam podanie o urlop. Po roku list do Ojca Świętego z prośbą o zwolnienie ze ślubów.

Nie obraziłam się na Kościół, ani na Pana Boga. Jestem wierząca. Wiem, że niektóre dziewczyny, które odeszły, są teraz agnostyczkami, ateistkami. Ja wierzę, że Bóg nadal mnie kocha. I że na pewno nie zależało mu na tym, żebym była nieszczęśliwa w zakonie.

Katarzyna (3 miesiące w polskim klasztorze, 4 lata w zgromadzeniu we Francji)

Pochodzę z tzw. „niedzielnych katolików”, gdzie wiara jest bardziej tradycją niż czymś „żywym”. Pamiętam dokładnie dzień, w którym przeżyłam nawrócenie. To było podczas wizyty Jana Pawła II w Polsce. Trudno to zrozumieć, opisać. Jedno zdanie odwróciło całe moje życie. Pomyślałam sobie, że jeśli Bóg istnieje jako Bóg żywy, warto całe życie poświęcić dla Niego. Ale byłam wtedy na studiach, więc wstąpienie do zakonu nie wchodziło w grę. Kiedy pisałam pracę magisterską, myśl wróciła. Nie chciałam dłużej z nią walczyć. Zaczęłam częściej chodzić na mszę świętą, modlić się brewiarzem. „Wchodziłam w to”. Jeszcze pod koniec studiów zaczęłam szukać kontaktu ze zgromadzeniem.

Moi rodzice się bali, ale bardziej uważali to za niegroźne hobby. A ja napisałam list i zostałam przyjęta na trzy miesiące do klasztoru. I te trzy miesiące mi wystarczyły, wiedziałam, że tam nie zostanę. Co mi przeszkadzało?

Przede wszystkim to, jak się siostry traktuje – zakonnica to ktoś od sprzątania, zamiatania. Ja chciałam czytać, uczyć się o Panu Bogu. Jak się kogoś kocha, chce się go poznać jak najlepiej, prawda? Wiedzieć co lubi, jeść, pić, jaką książkę mu kupić, żeby dać mu radość, po ludzku. Dobrej literatury nam przecież nie brakuje. Ale tam cnotą było to im mniej czytałaś, interesowałaś się. Zaczęłam się psychicznie, duchowo dusić. Naprawdę miałam uczucie, jakby brakowało mi tlenu. Uważałam, że mój rozum, intelekt jest darem od Pana Boga i nie powinnam tego pragnienia rozwoju zabijać.

Mam takie poczucie, że osoba, która przychodzi do zakonu, jest wrzucona w formę, musi się dopasować. Ta forma dotyczy bardzo wielu przejawów życia codziennego. Jak trzymam brewiarz, muszę mieć łokcie odgięte w taki, nie inny sposób. Jak stoję prosto, to łokieć musie leżeć przy biodrze. Im bardziej wchodzisz w tę formę, tym większa jest twoja cnota. Klęczeć też musisz w jednej, określonej pozycji. Ale czy ja się modlę gorzej, jeśli klęczę inaczej?

Teraz taka „ludzka” rzecz. Jedynym dozwolonym kosmetykiem była woda i mydło. Dezodorant siostry traktowały jako zło. Pranie też. Dostałam sukienkę postulantki, którą można było prać raz na kilka miesięcy, a przecież już po kilku dniach ona przesiąkała potem! Pytałam więc, jak mam spotykać się z ludźmi, skoro zwyczajnie śmierdzę. Wtedy siostra pokazała mi, jak trzymać łokcie, żeby śmierdziało mniej. Boli cię ząb? Ofiaruj to cierpienie za Kościół Święty.

Stosunek księży do sióstr zakonnych? Widziałam, że jest grupa księży, która rozumie, że siostry ich wspierają, że to są trochę takie „naczynia połączone”. Że modlitwa działa. Ale jest grupa która je lekceważy. No i to usługiwanie. Widziałam jak siostry w jednym ze zgromadzeń sprzątały księdzu kapelanowi pokój. Kompletny bałagan, skarpetki, slipki na podłodze, jakieś papiery. „O, nie” – pomyślałam. I już tam nie wróciłam.

Tak, to prawda, że dla sióstr w zakonie przyjaźń nie istnieje. Mówiono nam, że powinnyśmy kochać wszystkie jednakowo, że nie wolno nam rozumieć się „lepiej” z jedną z nas. Że jak kogoś bardziej lubimy, to powinnyśmy unikać tego kontaktu.

Wróciłam do domu, z nadzieją, że gdzieś jest lepiej. Zaczęłam szukać zgromadzenia, gdzie siostry mogą normalnie studiować teologię. Znalazłam, we Francji. Znowu napisałam list, dostałam odpowiedź: przyjedź, zobacz. To było to. Nikt tu nie ganił za przyjaźń, wręcz zachęcano nas do niej, a siostrom, które się dobrze rozumiały, powierzano wspólne zadania. Miałyśmy normalne, koleżeńskie relacje z klerykami. Zaufano nam, bo tam siostry rozumieją, że człowiek potrafi wziąć za siebie odpowiedzialność.

W Polsce takie podejście byłoby naprawdę rewolucyjne. Skąd ta różnica? Chyba przede wszystkim stąd, że nasze zakony mają po kilkaset lat, zakładano je w średniowieczu. Otacza się w nich dużym kultem osobę założyciela, czyta jego życiorys, cnotą jest naśladowanie. Jak można dziś naśladować coś, co było dobre w średniowieczu? W tych zamkniętych wspólnotach zatrzymanie się na formie, ale zapomniano dostosować ją do naszych czasów.

Moja francuska wspólnota powstała w latach 80-tych ubiegłego wieku. Ale po czterech latach mojego pobytu we Francji nad zgromadzeniem zawisła groźba, że może zostać rozwiązane. Ja bardzo tęskniłam za Polską. Nie złożyłam ślubów wieczystych, więc mogłam spokojnie wrócić. I dotarło do mnie, że jednak nie mam powołania.

To prawda, że zakonnice odchodzą w ciszy. Nie rozmawia się tam o naszych problemach, o wątpliwościach. Nie wspiera. Trzeba się skupić na modlitwie. I ciągle się słyszy, że jeśli masz jakiekolwiek wątpliwości, jest to znak, że pewnie nie masz powołania. I jak tu się przyznać?

Anna (8 lat w zakonie)

Całe życie byłam blisko Kościoła. Chodziłam na spotkania grup religijnych. W mojej rodzinie nie było wspólnych modlitw, a ja czułam, że tego potrzebuję. Zabrakło kogoś, kto by mi powiedział: „jeśli myślisz o życiu zakonnym, musisz wiedzieć, że to nie jest tak jak na spotkaniu modlitewnym. To jest zupełnie inne życie, życie z ludźmi z różnych stron Polski, o różnych charakterach i doświadczeniach”.

Jednak ja tę decyzję podjęłam sama, w oparciu o moje aktualne odczucia, potrzeby. Szłam tam w czerwcu, ale nie wzięłam zimowych rzeczy. Widzisz, miałam przeczucie, że to się może nie udać. Od samego początku miałam dużo wątpliwości. W postulacie chciałam sobie udowodnić, że jestem w stanie przetrwać to, co niewygodne, niespecjalnie „moje”. Że moja miłość do Boga jest wystarczająco silna. Potem, kiedy zaczęłam mówić o swoich wątpliwościach przełożonej i spowiednikowi, każdy powtarzał, że to moja osobista decyzja. Szłam dalej. Może to była kwestia mojego braku dojrzałości? Zresztą, w moim roczniku były głównie dziewczyny zaraz po szkole, żadna z nas nie była dojrzała.

Jednak siostry twierdziły, że się odnajduję. Wysłały mnie na studia. „Zobaczysz, wszystko minie”. Tak trwałam, 8 lat, aż do ślubów wieczystych.

Decyzję o odejściu podjęłam z pomocą spowiednika. Nie, nie wypłynęło to z jego strony, ale kiedy powiedziałam, że odchodzę, umocnił mnie w tym, że to jest dobra droga. Może gdybym spotkała na niej inne osoby, wszystko potoczyłoby się inaczej? A może moje oczekiwania za bardzo różniły się od tego, co było rzeczywistością?

Mam dużo dobrych momentów, dobrych wspomnień. Podobał mi się ten ułatwiony kontakt z Panem Bogiem, codzienna Eucharystia. Mogłam zejść do kaplicy, pomodlić się. Ale były też rzeczy trudne. Nie mogłam wybrać, z kim chcę przebywać. Jeśli czułam, że z kimś się nie rozumiem, że jest konflikt, mówiono: „To jest wola Boża, niech siostra się jej podda. Pan Bóg chce siostrę ukształtować.”

Miałam w nowicjacie przyjaciółkę. Ale przyjaźń jest w zakonie bardzo źle postrzegana. My nikogo nie krzywdziłyśmy, po prostu lubiłyśmy przebywać razem. Jedna ze starszych sióstr mocno nas wtedy zrugała. Siostra powinna być dla Pana Boga i dla wszystkich innych. Ale z nikim „na wyłączność”. Nikt się nie zastanawiał nad tym, ze te relacje mogą być zdrowe. Dziś myślę, że może obawiano się ich, bo zdarzały się jakieś sytuacje, które nie powinny się wydarzyć.

Spotkałam w zakonie wspaniałe, wyrozumiałe przełożone. Takie, które rozumiały, że kiedy dodatkowo studiuję, mogę być zmęczona, że muszę mieć czas dla siebie. Ale znałam też siostry, które dorzucały mi obowiązków i mówiły, że powinnam zaufać Panu Bogu, że dostanę objawienia, a nie siedzieć z książką i się uczyć.

Brakowało mi w nich takiego ludzkiego podejścia. Często odnosiłam wrażenie, że najlepiej być maszyną bez uczuć i potrzeb, robić co trzeba z uśmiechem na twarzy. I ta małostkowość, życie problemami, szczegółami, na które w normalnym, codziennym życiu nie ma czasu. Obowiązków przybywało nam z czasem. Na placówce było ich już bardzo dużo. Każda godzina w zakonie jest ściśle zaplanowana. Może po to, żeby nie mieć czasu na myślenie? Wieczorem miałam siłę tylko na to, by położyć się do łóżka.

Księża diecezjalni tratowali nas „z góry”, jak posługaczki, które nie powinny mieć swojego zdania, takie, które, gdzie się popchnie, tam polecą. Pamiętam urodziny proboszcza w jednej z parafii. Zjechało się wielu gości. Chodziłyśmy i usługiwałyśmy. To było straszne.

Co czułam, kiedy opuściłam zgromadzenie? Zagubienie. Musiałam radzić sobie ze wszystkim, od początku. Trochę kamień spadł mi z serca. Miałam przekonanie, że moja decyzja była właściwa i świadomość, że teraz muszę o siebie zawalczyć, muszę znaleźć pracę.

Moja mama bardzo się cieszyła. Tata gorzej. Długo miał nadzieję, że tam wrócę.

W tym roku mija 9 lat odkąd wyszłam. Dużo ponadrabiałam. Zrobiłam prawo jazdy, zdobyłam dobry zawód. Wszystko dzięki mojej ciężkiej pracy.

Z Panem Bogiem jestem nadal blisko. Mam swoje uwagi co do niektórych decyzji, czy wypowiedzi przedstawicieli Kościoła, ale to normalne, jeśli jesteś osobą myślącą. Z niektórymi siostrami mam jeszcze kontakt, ale nie wszystkie tego chcą. Pamiętam, że kazano nam się kiedyś modlić o miłosierdzie Boże dla sióstr, które opuściły zgromadzenie. Zupełnie jakby były grzesznicami. Kiedy jedna z nas odchodziła, siostry pytały mnie: „Po co ci kontakt z nią? Ona jest już „tam”, w niczym jej już nie pomożesz”. Inna znajoma odeszła, wzięła ślub z rozwodnikiem. Od przyjaciółki, która została w zakonie, usłyszała, że żyje w grzechu i że tamta nie chce z nią mieć kontaktu.

Wydaje mi się, że przewartościowałam swoje życie. Zmieniło się moje spojrzenie na ludzi, na różne sytuacje. Może warto czasem pomyśleć, zaufać, że Pan Bóg wie, co robi? Na początku uważałam, że czas w zakonie był czasem straconym. Po „ludzku”, nie nauczyłam się tam niczego, co przydałoby mi się dzisiaj, w realnym świecie. Kiedy poszłam do pracy i zaczęłam więcej przebywać z ludźmi, było mi bardzo ciężko. Żałowałam.

Ale potem stwierdziłam, że nie cofnę czasu. Że poczucie straconych lat do niczego nie prowadzi. Fakt, mogłam pójść na studia, o których marzyłam. Mogłam mieć rodzinę, dzieci, męża. Ale może to wcale by się nie wydarzyło? Może to był taki mój parasol ochronny od Pana Boga?


Miłość czy kariera? Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a uczuciowym

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/kupicoo

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Błyskotliwa kariera zawodowa i udane życie uczuciowe, czy to nie za duży sukces? Wydaje się, że jedno zawsze musi być realizowane kosztem drugiego. Tymczasem badania wykazują, że ludzie w udanych, szczęśliwych związkach zarabiają więcej, są zdrowsi, żyją dłużej i szybciej awansują.  

Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a miłosnym?

Trzymaj się priorytetów

Czasami życie zmusza nas do rezygnacji z jednego celu na rzecz drugiego, który w danym momencie wydaje się ważniejszy. Zawsze warto obniżyć trochę zawodowe ambicje, jeśli zaczynają one zagrażać zdrowiu naszej relacji. Czasem nie masz możliwości, by zrezygnować z czegoś całkowicie.

Upewnij się, że twoja druga połówka wie, że jest bardzo ważną częścią twojego życia. Kiedy obie strony czują, że są dla siebie ważne, pobyt do późna w biurze nie oznacza zaniedbania dla związku. Uprzedzaj ukochaną osobę, kiedy musisz poświęcić więcej czasu jakimś zawodowym obowiązkom. ​

Rozdzielaj życie zawodowe od uczuciowego

Dwa światy niech pozostaną dwoma, odrębnymi światami. Kiedy jesteś w pracy, nie pozwól by związkowe problemy utrudniały ci wywiązywanie się z obowiązków. Kiedy jesteś w domu, odłóż służbowy telefon i poświęc swój czas ukochanej osobie.

Naucz się zarządzać czasem

Konsekwencje zaniedbania są po po obu stronach poważne: utrata pracy i rozpada związku wynikają najczęściej z braku czasu i poświęcenia. Jeśli twoja kariera wymaga, byś pracował do późna, pod koniec każdego miesiąca zaplanuj weekend z ukochaną osobą.

Pozostań w kontakcie

Spędzanie czasu w biurze jest nieuniknione. Poświęć z niego 5 minut każdego dnia, by dać znać swojemu partnerowi, że go kochasz, pamiętasz, jesteś.

Naucz się, kiedy trzeba odpuścić

Bądź świadomy, ile czasu jesteś w stanie zainwestować w swój związek, ile  poświęcić dla kariery. Gdzie jest granica? Kiedy trzeba odpuścić, by nie stracić tego, co ważne? Może twoja ambicja uniemożliwia ci realną ocenę twojej sytuacji? Podobnie, jeśli związek, w którym jesteś przynosi ci tyle cierpienia i smutku, że nie możesz i nie masz ochoty się rozwijać – dla swojego dobra, warto przewartościować swoje życie.


Zobacz także

Czy to coś poważnego? 12 wymiarów szczęśliwej i długiej miłości

Jak przetrwać próbę czasu? 12 wymiarów szczęśliwej i długiej miłości

W związku liczy się lojalność. O czym nigdy nie powinnaś opowiadać znajomym?

Męski punkt G. Co powinnaś o nim wiedzieć?