Ślub w ciemno, ciąża w ciemno… Przecież to wszystko już było

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
31 października 2017
Fot. istock/zamuruev
Fot. istock/zamuruev
 

Moja znajoma namiętnie ogląda w telewizji tylko jeden program. Ten, w którym uczestnicy zostali połączeni w pary przez grupę specjalistów. Pełni nadziei, że właśnie za chwilę spotykają miłość swojego życia widzą się pierwszy raz na ślubnym kobiercu i… biorą ślub. Na serio. Zupełnie się nie znają, nigdy wcześniej ze sobą nie rozmawiali, a teraz mają żyć jak mąż i żona. Od „już”. Taki eksperyment. Nowatorskie podejście (choć z zachowaniem polskiej tradycji). Ale czy na pewno?

W głowie robię szybki przegląd doświadczeń życiowych moich koleżanek i swoich własnych też. Wiele z nich (moich znajomych) jest właśnie na etapie: „Jezus Maria, żyłam z nim tyle lat, a nie wiedziałam jaki jest naprawdę, nie znałam go”. Albo: „Gdybym wiedziała, że on taki jest, nigdy bym za niego nie wyszła za mąż”. No i klasycznie: „Dlaczego nikt mnie nie uprzedził, że on taki jest?”. A oznacza to właściwie, że „ślub w ciemno” brała większość z nas. Albo nie zdążyłyśmy naprawę dobrze poznać mężczyzny, z którym związałyśmy nasze życie „na dobre i na złe” albo byłyśmy tak zakochane, że żadne logiczne argumenty bliskich osób, które „widziały więcej” do nas nie dochodziły. Eh, miłość. Naprawdę da się nią wszystko wytłumaczyć?

Bo jak to się dzieje, że facet, z którym spędziłaś kilka wiosen, z którego rodzicami siedziałaś nieraz przy niedzielnym obiedzie, że mężczyzna, z którym masz wspólnych znajomych, ba! Z którym masz wspólne dzieci! No więc, że ten mężczyzna, z dnia na dzień oświadcza ci na przykład, że właściwie to on był z tobą nieszczęśliwy, że go ograniczasz, związek go w ogóle ogranicza, unieszczęśliwia go to wszystko i właśnie ma depresję, więc on sobie już pójdzie. Dzieci możesz zatrzymać.

Co sobie pomyślisz? Że, cholera jasna, naprawdę świetnie udawał? Oskarowo po prostu? Że jeszcze dwa tygodnie temu z zapałem opowiadał twojemu ojcu o swojej nowej pracy, dzięki której stać was będzie na większe mieszkanie i te fajne wakacje, o których marzyliście? A teraz co? Rozchorował się na głowę? Ma chwilowy kryzys z przepracowania? Można mu jakoś pomóc?

Kiedy okazuje się, że kryzys jest koleżanką z liceum, którą twój mąż spotkał przypadkiem pod centrum handlowym pół roku temu, oczy wychodzą ci z orbit. Jasne, jesteś nieszczęśliwa i wściekła, ale przede wszystkim jesteś ZDZIWIONA. Bo myślałaś, że go znasz, a tu taki klops.

Albo taki facet, na którego źle działa papierek? To znaczy, on bardzo chce wziąć z tobą ślub, marzy o tym, najchętniej ożeniłby się z tobą już zaraz. Ty, niestety, jesteś tym zachwycona. No to wychodzisz w tym zachwycie za niego za mąż, chociaż nigdy nie byłaś jakąś zwolenniczką ślubów. A kiedy on już jest twoim mężem przechodzi metamorfozę. Zamienia się w kogoś, kto nie ma dla ciebie ani grama szacunku. Sprawia, że na kilka długich lat stajesz się kimś innym. Taka jesteś zdziwiona, że grasz w tę jego grę. Wciągasz się w to, a nawet zaczynasz wierzyć, że wszystko jest w porządku. Z tego małżeńskiego i osobistego dramatu wychodzisz w końcu, poraniona, niepewna siebie, ale szczęśliwa, że to już koniec. I nieustannie zaskoczona, że się w ogóle znalazłaś w tym punkcie.

Jasne, że nie chcę tym tekstem wam powiedzieć: „zgłaszajcie się masowo do programu, w którym ktoś mądrzejszy od nas wybierze nam partnera, może tym razem się uda, skoro same nie potrafimy”… Ja właśnie chciałam o tym, że miłość to poważna sprawa. Znacznie poważniejsza niż ta biała sukienka, którą zakładasz na kilka godzin. O wiele mniej błaha niż wybór weselnego menu. Miłość szczęśliwa, dobry związek to eksperyment na naszym życiu i na naszym sercu. Bo pozwalamy drugiej osobie wejść w naszą intymność, codzienność, nasze „ja”.  A ślub w ciemno, choć się zdarza, to zły kierunek.

Podobno telewizja szykuje nowy program. Taki, w którym uczestniczki będą zachodzić w ciążę z nieznajomym. I właściwie, to też już było, prawda?


Czas sprawia, że pamiętamy to, co dobre, rzadziej to, co złe. Co z tego? Przecież i tak już nigdy się nie spotkamy

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
1 listopada 2017
Fot. iStock/AntonioGuillem
Fot. iStock/AntonioGuillem
 

Pamięć o bliskich jest mądra i prowadzi nad dokładnie tam, gdzie powinniśmy się znaleźć. Ratuje nas przed żalem i wskazuje, którą drogą pójść, by, nie zapominając o nich, pozwolić im odejść. Pozwala zatrzymać to, co naprawdę ważne, odpuścić tam, gdzie się minęliśmy, gdzie zabrakło zrozumienia i chęci.

Mój dziadek umierał w szpitalu, jego serce było już zmęczone, przeszło zbyt wiele. Postanowiło się zatrzymać. Tej jednej nocy, babcia poszła do domu odpocząć. Rano, jak co dzień, miała pojechać do swojego męża, pocałować go w czoło, potrzymać za rękę i opowiedzieć o tym, jak kasztany na ich ulicy zaczynają kwitnąć. I że sąsiadka z domu naprzeciwko już dawno nie wychodziła na podwórko. Może coś jej dolega? I nawet pomarańcze były już spakowane i leżały w plastikowej torebce, w przedpokoju. Tam już zostały, jeszcze długo po owym poranku, gdy zadzwonił telefon ze szpitala.

Tuż przed śmiercią, w nocy, dziadek wołał głośno imię babci. Nie wiem, czy można nazwać to odzyskaniem przytomności, iskierką woli, ostatnim wysiłkiem, by pożegnać ukochaną osobę. By być blisko kogoś, z kim spędziło się całe życie. Ja właśnie tak to widzę. Tym bardziej, że ten głos trafił do serca mojej babci. Tej nocy śniła sen o dziadku. Obudziło ją przeczucie, że odszedł. Intuicja nie zawiodła.

Wierzę w miłość. Wierzę w energię między dwojgiem kochających się ludzi, która sprawia, że w krytycznych momentach „wyczuwamy się” nawzajem, odczuwamy niebezpieczeństwo, jesteśmy w stanie przeczuć, że czyjeś życie się kończy.

Ale nie tylko. Miłość bliskiej osoby, prawdziwa, szczera bliskość, to siła, która pozwala nam również czuć mocniej, bardziej intensywnie to, co dobre i piękne.

I wierzę w pamięć. W to, że ona się jednak nie myli. Że tak wszystko w naszej głowie się układa, byśmy mogli po śmierci bliskiej osoby żyć dalej, spokojnie. Niezależnie od tego, jak się między nami układało, ile żalu nosiliśmy w sobie, kiedy jego/jej już nie ma, zostają tylko wspomnienia. Nawet jeśli nie są dobre, czas tak je „zaciera”, że nabieramy dystansu, że rozumiemy już – wina często leży po środku. Żałujemy niewypowiedzianych słów, spacerów, których już nie odbędziemy, gestów, których nie wykonamy. Niepotrzebnie.

Mówi się, że o zmarłych nie powinniśmy powiedzieć nic złego, że to się „nie godzi”. Nie lubię tego powiedzenia. Nie uważam, żeby śmierć w jakikolwiek sposób „uświęcała” albo sprawiała, że należy kogoś bardziej szanować, udawać, że był kimś innym. Że my byliśmy kimś innym. Myślę, że trzeba mówić o negatywnych uczuciach, zdarzeniach, zamiast udawać, że ich nie było. Wszyscy jesteśmy tylko ludźmi. To czas zadecyduje, kiedy „złe” przestanie mieć znaczenie. Bo nasza pamięć ma to do siebie, że dobrze filtruje nasze wspomnienia. Z czasem, to co negatywne,  niewygodne, to, o czym nie chcemy pamiętać samo „zaciera się”, odchodzi na dalszy plan. A takie momenty jak umieranie, pożegnanie zostają w nas na zawsze, jak furtka między dwoma światami. Styczność z nieuchronnym, świadomość, że to odejście jest realne i na zawsze sprawia, że zaczynamy rozumieć również swoje błędy. Jakoś to się samo „równoważy” i wracamy do poczucia wewnętrznej harmonii. Oswajamy to odejście.

Kilkanaście lat po śmierci dziadka, babcia wciąż pamiętała te „dobre momenty” z ich życia. Mówiła o uczuciu, które ich łączyło, nie o kłótniach i problemach, które ich w pewnym momencie podzieliły. To wcale nie był „łatwy” związek. Ale na pewno autentyczny.

Pamięć o tym, co dobre sprawia, że idealizujemy. Ale tak właściwie – co z tego? Przecież już nigdy więcej się nie spotkamy. Jeśli była między nami naprawdę silna więz – zachowajmy z niej w sobie to, co najlepsze.


Pieniądze nie dają szczęścia? Może, ale dają spokój. Dzięki nim łatwiej budować nowe życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 października 2017
Fot. istock/LittleBee80
Fot. istock/LittleBee80
 

Pieniądze szczęścia nie dają. Znacie to powiedzenie? I pewnie słyszeliście niejedną historię o kimś bajecznie bogatym i ogromnie nieszczęśliwym. O tym, że szczęścia, zdrowia, miłości, kupić sobie nie można. Może przeprowadzono nawet jakieś badania, żeby udowodnić, policzyć, jaki odsetek bogatych jest nieszczęśliwy. I jaki odsetek biednych potrafi cieszyć się tym co ma. Gdyby to wszystko było takie proste…

Załóżmy, że zaczynasz nowe życie. Ale takie nowe, naprawdę. To znaczy, nie masz nic, bo przez lata żyłaś w związku, w którym, choć na pozór miałaś wszystko, nic nie było tak naprawdę „twoje”. Zarabiałaś mniej niż on (bo na przykład zajęłaś się w większym stopniu domem i wychowywaniem dzieci), nie robiłaś znaczących zakupów (bo ci na to nie pozwalała twoja skromniejsza niż jego pensja), a chcąc coś sobie kupić konsultowałaś to na wszelki wypadek z partnerem, mimo, że on tego nigdy nie robił.

Teraz odchodzisz. Z dzieckiem lub dwójką, znajdujesz jakieś mieszkanie, nawet najmniejsze, ale spokojne, wasze. Wynajęte za TWOJE pieniądze. Wiesz, że powinnaś dostać od niego JAKIEŚ pieniądze na wychowanie dzieci. Ale coś (ta cholerna duma) nie pozwala ci przypominać mu o tym obowiązku. Nagle zostajesz sama ze wszystkimi opłatami, wydatkami, obciążeniami, które dla niego nie stanowią problemu, ale dla ciebie samej, z dwójką dzieci, są już niezłym wyzwanie.

Jasne, możesz liczyć na zespół wsparcia. Są twoi rodzice, przyjaciele, życzliwi znajomi, ale na miłość boską, nie chcesz przecież teraz pożyczać od wszystkich pieniędzy. Chcesz poczuć się wreszcie wolna i odpowiedzialna za własne życie. I żeby nikt nie mówił ci, że gdyby nie on, nie dałabyś sobie rady. Cholernie się tego boisz – zależności od innych. Marzysz o wygranej w totka, spadku, niezwykłej propozycji zawodowej, która przyniesie ci świetną pensję (nie zabierając przy tym czasu, który do tej pory poświęcałaś swoim dzieciom). Ale nic takiego się nie dzieje, zawrotna kwota nie pojawia się w zawrotny sposób na twoim koncie. Zamiast tego widzisz, jak ta, którą z trudem odłożyłaś „na nowe życie” topnieje w zatrważającym tempie. Zaczynasz się bać coraz bardziej. Wątpić w to, że podjęłaś słuszną decyzję. W siebie.

Wstajesz w środku nocy, spędzasz godzinę w kuchni nad kubkiem ciepłej herbaty martwiąc się o to, co będzie dalej, jak dasz sobie radę, czy uda ci się zadbać o dzieci, zapewnić im to, o czym marzą. Płaczesz. Nie tak, jak wtedy, gdy podejmowałaś decyzję o rozstaniu. Płaczesz cichutko, marząc o tym, by przez chwilę móc być znów małą dziewczynką, stęsknioną za swoją mamą. Czy na pewno dobrze zrobiłaś? Absurdalne myśli plączą się w twojej głowie. Że jeśli nie dasz rady, zabiorą ci dzieci. Że może jesteś beznadziejną matką, że może źle zrobiłaś. Że on miał rację.

A potem, wiedziona emocjami wchodzisz do pokoju dzieci. Światło księżyca pada na ich śpiące twarze. Są spokojne, tak, jak od dawna nie były. Wydaje ci się nawet, że lekko uśmiechają się przez sen. Wsłuchujesz się w tę ciszę, w ich spokojne oddechy. I wiesz już, że wszystko będzie dobrze. Że dopóki one są zdrowe i szczęśliwe (a widzisz to każdego dnia), odnajdziesz w sobie siłę, dasz radę.

Pieniądze nie dają szczęścia. Dają spokój. Są tylko jednym z elementów, na którym możesz zbudować spokojne, szczęśliwe życie. Same w sobie nie zapewnią ci szczęścia. Ale mogą zapewnić ci upragniony spokój, STABILIZACJĘ. Nie wstydź się prosić o pomoc bliskie ci osoby.