„Amelie” są wśród nas… Rozejrzyjcie się tylko

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
5 grudnia 2015
Powiedzcie sami, czy to nie najprawdziwsza Amelia z tej Gabrysi?
Fot. iStock / ferrantraite
 

Pamiętacie film o Amelii, która znalazła przypadkiem, w łazience swego paryskiego mieszkanka, ukryte tam przez małego chłopca (kilkadziesiąt lat wcześniej) pudełko z jego „skarbami”? Postanowiła oddać je właścicielowi, a jeśli się uda go odnaleźć, Amelia będzie uszczęśliwiać innych ludzi. W rezultacie okazuje się jednak, że ona sama bardzo potrzebuje tego, by i ją ktoś uszczęśliwił. Jak to zwykle w takich opowieściach bywa, szczęście dogania w końcu Amelię i łapie ją za rękę.

Dlatego właśnie to jest ulubiony film Gabrysi, która jak żadna inna znajoma mi osoba wierzy w to, że naszym życiem rządzi splot przeróżnych, mniej lub bardziej szczęśliwych zbiegów okoliczności. Jedyne, co trzeba zrobić, to odrobinę tym zbiegom pomóc. I ona im pomaga, tak jak umie najlepiej.

Zaczęło się bardzo niewinnie, od pani Hani, sąsiadki z pierwszego piętra. Gabrysia często mijała ją na klatce schodowej. Starsza pani uśmiechała się nieraz nieśmiało, ale bardzo serdecznie. Miało się przeczucie, że musi być fantastyczną towarzyszką dłuższych i krótszych rozmów, takich przy herbacie z sokiem malinowym. Ponieważ jednak obu damom brakło odwagi by uczynić pierwszy krok i poznać się lepiej, Gabrysia mogła się o tym nigdy nie dowiedzieć. Na szczęście pewnego dnia, gdy stała w oknie, szeroko otwartym z powodu upału (i jak tu nie wierzyć w te zbiegi okoliczności?) na podwórku, na ławeczce między piaskownicą a śmietnikiem pani Hania drżącymi palcami otwierała kopertę, którą przyniósł jej listonosz. – Od syna?- zapytał jeszcze na odchodnym, a starsza pani odparła odruchowo – Nie, on tak rzadko pisze. Nie same słowa, ale ton jakim zostały wypowiedziane trafił prosto w gabrysine serce.

Nie, nie napisała wzorem Amelii listu i nie podrzuciła go do skrzynki pocztowej pani Hani. Zrobiła coś o wiele prostszego, banalnego. Pokonała nieśmiałość. Dwa dni później usiadła na ławeczce tuż obok pani Hani i zaczęła z nią rozmawiać. O sobie, o swoim rodzeństwie, o życiu, o wróblach na dachu… I okazało się, że nawet w kwestii tych wróbli, z nową znajomą rozumie się doskonale. Następnego dnia pani Hania wyniosła na dwór ciastka z konfiturą i opowiedziała o swoim synu. I wnuczce, która już studiuje, ma zielone oczy i czarne włosy. I bardzo lubi jazz.  A kiedy zrobiło się chłodniej, ze swojej ławeczki koło śmietnika, przeniosły się do mieszkania pani Hani. I wiecie co? Oczy pani Hani odzyskały dawny blask, a jej śmiech, rozbrzmiewający teraz często okazał się perlisty i tak zaraźliwie radosny, że sąsiedzi nie mieli sumienia gniewać się, gdy zdarzało się, że w mieszkaniu na pierwszym piętrze bywało za głośno.

Drugi znajomy Gabrysi, Sebastian mówi, że za to, co dla niego zrobiła, będzie jej wdzięczny do końca życia. Gdyby nie ona, pewnie dalej wracałby codziennie wieczorem z pracy na budowie chwiejnym, choć tanecznym krokiem. Po jednym takim powrocie Gabrysia, przez ścianę w swej maleńkiej kuchni  usłyszała kłótnię Sebastiana z ojcem. Nie raz słyszała ich rozmowy – Jesteś młody, zdolny, pracowałeś w tylu znanych miejscach, a skończyłeś na budowie! Staczasz się! – grzmiał ojciec. – Weź się w garść, masz tu adres, wydrukowane referencje zaniesiesz do tej restauracji. Nie można całe życie rozpamiętywać jednej porażki!

Ową porażką, jak niedługo potem wyznał Gabrysi Sebastian, okazało się źle ulokowane uczucie i całkiem spora suma pieniędzy…  W każdym razie, gdyby następnego dnia Gabrysia  nie posklejała referencji Sebastiana (wyrzucił je przez okno drąc uprzednio ostentacyjnie ), nie przepisała ich i nie zaniosła pod zapisany na podartym skrawku papieru ołówkiem adres, los Sebastiana mógłby się potoczyć naprawdę zupełnie inaczej. – To najlepszy kucharz jakiego znam  – powiedziała drżącym głosem menadżerowi restauracji, a ten postanowił jej zaufać. Dalej wszystko potoczyło się szybko: zdumiony chłopak odebrał telefon i został zaproszony na rozmowę, potem na próbny miesiąc pracy. Dziś jest sous-chefem.  A o „pomocy” Gabrysi dowiedział się od pani Hani.  Kiedy może, wpada do sąsiadki na pierwsze piętro, pogadać  i podrzucić coś dobrego do jedzenia obu paniom.

No i jest jeszcze Małgosia, która kocha Kamila. I Kamil, który za Małgosią świata nie widzi. Gdyby nie Gabrysia, ci jej znajomi z pracy (osiedlowa biblioteka) nie byliby parą. Wziąwszy sobie do serca radę z ukochanego filmu („Weź dwoje stałych bywalców… wmów, że za sobą szaleją, i niech się podgotują”) Gabrysia zeswatała dwie udręczone dusze, które dotąd zdecydowanie źle lokowały swe uczucia.

Powiedzcie sami, czy to nie najprawdziwsza Amelia z tej Gabrysi?

Tu właściwie mogłaby się kończyć historia, którą dziś opowiadam. Ale wiecie przecież, że dobro wysłane raz w świat nie rozmywa się w nicości. Efektem śniegowej kuli wywoła mniejszą lub większą falę pozytywnych zdarzeń. I w końcu wróci do tego, kto je zapoczątkował.

Rok temu Gabrysia zachorowała. Choroba postępowała szybko, po miesiącu stan Gabrysi był poważny, a rokowania nie dawały dużej nadziei na to, że Gabrysia szybko wyzdrowieje. Wieść o chorobie rozeszła się szybko wśród jej znajomych. Każdy chciał „jakoś” pomóc. Jedni zbierali pieniądze na leczenie, inni zajęli się jej dwoma kotami. Pani Hania modliła się codziennie o jej zdrowie, Sebastian przemycał do szpitala swoje popisowe dania poupychane w pudełkach po lodach. A Małgosia i Kamil po prostu byli, trzymali ją za rękę, gdy leczenie okazywało się ponad siły, a gdy energia wracała, przynosili Monopoly i rozbawiali Gabrysię do łez. Po pięciu wyczerpujących miesiącach walki o zdrowie nastąpił cud: remisja choroby. Dziś jeszcze nie wiadomo, czy tylko chwilowo, czy też na stałe smutny cień zniknął z życia Gabi i jej przyjaciół. Jedno jest pewne. Do chorej Gabrysi wróciło tyle samo ( a może nawet więcej) ciepła, myśli, dobrej energii niż ona sama zdążyła dać innym. Z takim przekonaniem wróciła Gabrysia do domu, do swoich dwóch kotów, do sąsiadów o których mówi ” moi bliscy”. I do rozmów z mamą, która, lata temu wyjechała za granicę by zarobić pieniądze na „lepsze życie” dla córki. Tylko nigdy nie wróciła.

*Historia „Gabrysi” zawiera sobie elementy historii trzech wspaniałych kobiet. Każda z nich była Amelią. Dwie odeszły gdzieś dalej, wyżej. Już jako dobre duchy wspierają tych, których kochały. Do ostatniej dobro zdążyło wrócić. Jest najszczęśliwszą mamą i żoną.


„On mnie zranił, upokorzył. Czy można wybaczyć komuś krzywdę i zacząć od nowa?” List czytelniczki

Listy do redakcji
Listy do redakcji
5 grudnia 2015
Fot. iStock / pidjoe
 

Zaciśnięte usta, zmrużone oczy. „Czy my musimy tak długo czekać na zwykłą pizzę?” – Piotr mówi z pretensją do kelnerki. „Proszę się nie przejmować, wszystko w porządku”, próbuję ją uspokoić. Serce bije mi szybciej – nie znoszę, kiedy on zachowuje się w ten sposób. Gdy kelnerka odchodzi od naszego stolika Piotr zaczyna się tłumaczyć. „Przepraszam, mówiłaś, że jesteś głodna”. „Nie rób tak więcej. To niekulturalne”, denerwuję się. Jestem w ósmym miesiącu ciąży. Piotr się o mnie troszczy, jest kochany, ale kiedy mówi do kogoś z taką irytacją przypominam go sobie sprzed czternastu lat.

„Zostaw mnie, kretynko. Nic dla mnie nie znaczysz”

Był 2001 rok, miałam 23 lata. Stanął w drzwiach mojego mieszkania i po prostu powiedział: „Chcę się z tobą rozstać”.  Patrzyłam oniemiała – dwa tygodnie wcześniej mi się oświadczył. Powiedzieliśmy rodzicom, że się pobieramy, ustaliliśmy nawet datę. Zwierzałam się przyjaciółkom, że Piotr za mną szaleje tak bardzo, że chce się ze mną ożenić mimo tego, że jeszcze studiujemy.

Rano jego głos brzmiał normalnie. Kryzysy? Byliśmy młodzi, bardzo zakochani, żywiołowi – często się kłóciliśmy. Ale szybko się godziliśmy – „Jesteś jedyna i na zawsze” – powtarzał. Ten dzień, kiedy się ze mną zerwał – był marzec, lał deszcz, miałam na sobie kolorową sukienkę – zresztą jego ulubioną. Trzymałam go za rękę, prosiłam, żeby wytłumaczył mi o co chodzi – przecież spotykaliśmy się pięć lat, należą mi się jakieś wyjaśnienia. Chłodnym głosem powtarzał: „Nie muszę nic wyjaśniać”. A potem po prostu wyszedł, choć płakałam i prosiłam, by został.

Kolejne miesiące zlały się w jedno. Później było mi wstyd, ale dzwoniłam, prosiłam, by wrócił, wyznawałam, że tęsknię. „Zostaw mnie, kretynko, nic mnie nie obchodzisz”, napisał po miesiącu mojej walki. Nie jadłam, nie spałam, nie uczyłam się, choć zbliżała się sesja. Moja mama, przyjaciółki go znienawidziły. W końcu jedna szczerze wyznała, że Piotr z kimś się spotyka. Pamiętam setki obrazków. Przychodzę w nocy pod kamienicę gdzie mieszkał, żeby zobaczyć, czy stoi jego samochód – aż jakiś starszy pan, który wychodzi z psem zaniepokojony pyta, co robię w środku nocy sama na ciemnym podwórku. Oglądam nasze wspólne zdjęcia, przytulam się do jego bluzy, którą zostawił. On klucze do mojego mieszkania wysłał mi pocztą – bez słowa.

Znienawidziłam go dopiero po dwóch latach. Wcześniej śnił mi się każdej nocy, bez końca analizowałam naszą relację. Pierwsze spotkanie. Środek zimy, szczyt Kasprowego Wierchu, wyszłam z koleżankami z kolejki. „Wieczorem widzimy się grupą na Krupówkach!”, usłyszałam donośny głos. To wysoki blondyn krzyczał do dwóch oddalających się szatynek. „Ale fajny!”, zauważyła Ewa, moja najbliższa przyjaciółka. Poczułam, że szybciej bije mi serce. On też się przyglądał.  „Chyba poznaliśmy się na górze” – pół godziny później zaczepił mnie pod wyciągiem. Jeszcze tego samego wieczoru spacerowaliśmy razem po Zakopanem trzymając się za ręce. „K. plus P. równa się miłość od pierwszego wejrzenia” – pisał patykiem po śniegu. Spełnienie dziewiętnastolatki o romantycznym uczuciu. Oboje studiowaliśmy w Warszawie. On na SGH. „Będę doradcą podatkowym” mawiał. Ambitny, bardzo pewny siebie, dopingujący do rozwoju też mnie. Czy nie zasługiwałam na szczerość? – zastanawiałam się później. Moje przyjaciółki wyrzucały mi: „Zwariowałaś, to nadęty kretyn, zawsze tobą rządził” albo: „A pamiętasz co  zrobił, kiedy twoja babcia umarła?”. Nie przyjechał na pogrzeb, bo musiał coś załatwić. Lista przewinień Piotra była długa– ale zdałam sobie z tego sprawę dopiero później. Mimo to zawsze kiedy myślałam „wielka miłość”– to on stawał mi przed oczami.

Dwa lata po rozstaniu, wyszłam za mąż za bliskiego przyjaciela. Nie kochałam go, przynajmniej nie tak, jak kobieta powinna kochać mężczyznę. O Piotrze od czasu do czasu coś słyszałam – obronił dyplom z wyróżnieniem, zaczął pracę w dużej firmie prawniczej. Ma przelotne związki, ale głównie poświęca się karierze. Z moim mężem przez dwa lata bezskutecznie staramy się o dziecko. Nie wychodzi. Są rzeczy, których nikomu nie mówię: nie lubię, kiedy mnie dotyka– seks najlepiej nam wychodzi po alkoholu, drażni mnie jego brak zaradności. To ja muszę myśleć o wszystkim: gdzie pojedziemy na wakacje, jaki kupimy samochód, z kim się spotkamy. Łączy nas właściwie tylko przyjaźń. Po trzech latach zdradzam go z kolegą z pracy. Wtedy wiem, że moje małżeństwo to pomyłka. Mam 31 lat, nie chcę żyć w fikcji. Składam papiery o rozwód – na co zresztą mój mąż zgadza się bez oporu. Pewnie też inaczej wyobrażał sobie szczęśliwe małżeństwo. Po rozwodzie uciekam w pracę. Patrzę na koleżanki, zazdroszczę im, że mają mężów, dzieci. Ja głównie romansuję. Czy myślę o Piotrze? Wtedy wydaje mi się, że nie. On jest dla mnie tym „złym”. Kimś kto mnie skrzywdził, kto sprawił, że nie umiem i chyba nie chcę kochać.

W  2009 roku zakładam konto na Naszej klasie. „Można tam znaleźć każdego”, mówi przyjaciółka. Pierwsze hasło jakie wpisuję to: „Piotr R., Warszawa, doradca podatkowy”. Robię to po kieliszku wina – ot tak, z ciekawości. Trafiam na jego profil. „Odezwać się?” – myślę i zanim rozsądna część mnie powie: „Zwariowałaś!”, już piszę „Pamiętasz mnie?”, kilka godzin później wiadomość: „Boże, daj mi swój telefon, marzyłem o tym dniu”. Odczytuję ją rano, kiedy już – bez wina– przypominam sobie, jak bardzo mnie skrzywdził. Na wiadomość nie odpisuję. Za to pisze on – że myślał, że nie spotkał takiej kobiety jak ja, ale wstydził się odezwać, bo wie, że zachował się jak drań. Pisze też, że od lat dopytuje się przyjaciół co u mnie. Słyszał, że jestem po rozwodzie, że pracuję w nieruchomościach, kupiłam mieszkanie pod miastem. Po tygodniu podaje mu swój numer. Piszemy całą noc.

„Nie masz godności, on cię skrzywdzi”

„Boże, dziecko, nigdy on! Jak możesz w ogóle z nim rozmawiać”, obrusza się mama, której zwierzam się z kontaktów z Piotrem. Przyjaciółki: „Lecisz jak ćma do ognia, on cię skrzywdzi”. Nie potrafię jednak odmówić mu spotkania. Podjeżdża po mnie do pracy. Wchodzę do jego auta i czuję tak jakbyśmy widzieli się wczoraj. Wciąż jest między nami chemia, Piotr jest jeszcze przystojniejszy niż kiedyś, świetnie się nam rozmawia. Tego samego dnia zostaję u niego na noc,

Stajemy się nierozłączni. Wyjazdy, kolacje, długie rozmowy. Czy wtedy mam wątpliwości? Żadnych. Czuję, że całe lata na niego czekałam, że wciąż jestem tak samo zakochaną kobietą. Szczególnie, że o mnie dba, dzwoni kilkanaście razy dziennie. „Znów jesteśmy razem”, mówię głosem nieznoszącym sprzeciwu. „Nigdy z nikim tak się nie czułam”, zwierzam się. Pierwszy rok to nieustający haj. On prosi, żebym się do niego wprowadziła, jak najszybciej, znów mówi o ślubie. Nie słucham przyjaciółek, rodziców. „Dajcie mu szansę, proszę”. I wynajduję setki plusów Piotra: pomógł mi, gdy zmieniałam pracę, jest na każde zawołanie, potrafi słuchać, jak nikt. A potem jest ten dzień. Widzę jego minę, słyszę zimny ton. Nie, to nie do mnie. Opowiada o swojej pracownicy. Zawaliła terminy, czegoś nie dopilnowała. „Zwolnię ją” – grozi, chociaż ja wiem, że tamta dziewczyna ma małe dziecko. Przypomina mi się dawny Piotr. I słowa mamy: „Jeśli skrzywdził tak kogoś raz, skrzywdził drugi”. Następnego dnia wyprowadzam się od niego. On nie rozumie, błaga, żebym z nim została– dokładnie tak, jak kiedyś ja. Walczy o mnie ponad pół roku. W tym czasie trafiam do psychologa.„Nie mogę mu zaufać” – płaczę, bo wiem, że to dla mnie najważniejszy mężczyzna. „Czy zwolnił tę dziewczynę?” – pyta terapeutka. „Nie”, odpowiadam. Rozważam z nią wszystkie „za” i „przeciw”. „Jeśli chcesz z nim być, musisz pożegnać tę porzuconą dziewczynę, którą byłaś. Przebaczyć. Zaczynacie od zera. Trzymaj się faktów. Czy teraz cię krzywdzi? Czy ty nigdy nikogo nie zraniłaś? Czy nie masz przez to prawa do miłości?”, kontynuuje.  Muszę być uczciwa – wobec byłego męża bywałam okrutna. Piotrowi też nieraz opowiadałam straszne rzeczy o współpracownikach – pod wpływem emocji. Wyrzucałam to z siebie, następnego dnia zapominałam. „Naprawdę myślisz, że bym ją zwolnił?”, pisał w mailach Piotr. A ja powoli zaczynałam też widzieć dawną siebie, tę, którą ukochany porzucił. Byłam pełna pretensji, robiłam awantury, prowokowałam, robiłam na złość. Zmieniłam się. On też. „Jesteście już innymi ludźmi”, usłyszałam od psycholożki.

2012 rok. Nasz ślub w Trójmieście – bo tak sobie wymarzyłam, nasi przyjaciele. Sceptyczna mama, która jednak widziała, jak bardzo jestem szczęśliwa. Przyjaciółki, które widziały, że o mnie walczył i w końcu „dały mu szansę”. Powoli zapominam o bólu, który męczył mnie latami. Inaczej ten związek nie ma sensu- to wiem. Coraz rzadziej przed oczami stają mi dawne sceny. Widzę Piotra nowego– wybudował  dla mnie dom, dba o mnie, wciąż powtarza, że tak bardzo czeka na dziecko. Ostatnio opiekuje się moja mamą, która choruje– jeździ do niej do szpitala, załatwia najdroższe leki, rozmawia z lekarzami. Czasem tylko śnią mi się koszmary. Że on mówi: „to koniec”. Albo gdy słyszę jego ostrzejszy głos cała się spinam. Może ten lęk jest już wpisany w naszą relację? Może tak będzie? Pamiętam o jednym – też kogoś zraniłam. I cieszę się: moje dziecko urodzi się w szczęśliwym, kochającym związku. Nie związku zbudowanym dla wygody, z lęku. W związku, który jest pasją i świadomym wyborem.

Ale ciągle, gdzieś w środku, myślę. Czy jeśli ktoś mnie zranił raz, nie zrani drugi? Chciałabym komuś się zwierzyć, zapytać jakie ma doświadczenia. Bliskim nie mogę zadać tego pytania. Czy są wśród Was kobiety, który przeżyły podobne rzeczy?


Popularny bad boy z kotkiem pilnie poszukiwany. Czyli o jakich mężczyznach marzą kobiety

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
4 grudnia 2015
Fot. iStock / annebaek

Co nas kręci, co nas podnieca? Nie, nie chodzi mi dziś wyjątkowo o dobrą literaturę, kino czy wyśmienity koncert. Mam na myśli, to, co sprawia, że na widok tego czy innego pana kolana nam miękną, a serce bije mocniej. Tak, wiem, to pytanie jest zbyt ogólne. Ale gdyby tak zebrać choć garść tych wszystkich elementów składających się na męską atrakcyjność?

Wiecie co się okaże? Coś oczywistego: to będzie grupa pełna sprzecznych, czasem nawet zupełnie wykluczających się elementów. Ile pań, tyle odpowiedzi. Jeśli jesteście ciekawe jakie cechy inne panie uznały za atrakcyjne, to mamy tutaj coś dla was. Portal Way Too Social przygotował listę 100 cech i innych czynników stanowiących (kobiecym zdaniem) o atrakcyjności panów.
W pierwszej dziesiątce znalazły się te, naprawdę „podstawowe” takie jak… zdrowo wyglądające, ładne oczy, bogactwo (no, co?) i inteligencja. Prosta sprawa: przecież oczy to zwierciadło duszy, a zasobny portfel to szansa na dostatnie życie dla całej rodziny (z biologicznego punktu widzenia po to w końcu wchodzimy w związki: żeby mieć potomstwo). Inteligencja sprawi, że będzie jeszcze o czym pogadać. Czego chcieć więcej?:) Odrobinę dalej, ale ciągle wysoko na naszej liście znalazły się cechy, które składają się na taki „społeczny”, obraz naszego potencjalnego partnera.

Mężczyzno bądź otwarty! Ale niedostępny…

No więc dobrze by było, żeby był zabawny i otwarty. Ale niech jednocześnie będzie niedostępny! To przecież całkiem logiczne: ma być niedostępny dla nas. Bardzo często nie o to chodzi by złapać króliczka, ale by gonić… Wygląda na to, że ta zasada dotyczy nie tylko panów, ale i pań. I jeszcze, żeby się uśmiechał z pewnością siebie. Damy radę, prawda?

Ach, ta popularność!

Ale dalej zaczyna być „pod górkę”. Przynajmniej dla panów. Bardzo atrakcyjnym atrybutem męskości okazuje się bowiem bycie sławnym, popularnym, rozpoznawalnym po prostu! Czy to coś zaskakującego? Nie od dziś wiadomo, że podobają nam się te piosenki, które znamy. No i przecież skoro on jest znany to i w jakiś sposób ważny… Przynajmniej taki sukces ma na koncie.
Co jeszcze, drogie panie? No oczywiście, atrakcyjny mężczyzna musi „wyglądać”. Podoba nam się pokaźny wzrost, dobrze dobrane ubranie (pośrednio mówi nam ono co nieco o statusie materialnym pana) w tym buty i koszule, koniecznie odzwierciedlające nietuzinkową osobowość. Dorzućmy do tego głęboki, władczy głos i odpowiedni zapach (dla każdej z nas oczywiście atrakcyjny mężczyzna pachnie inaczej).

Niech bad boy pokocha pieski i kotki…

Co jeszcze? Dla wielu z nas liczy się silna osobowość. Atrakcyjny pan powinien więc czymś albo kimś zarządzać, nad kimś dominować. Czasem ta fascynacja męską siłą charakteru niestety przekracza pewne granice. Wtedy kochamy „bad boyów”, w kontakcie z którymi łatwo można się porządnie sparzyć. Ale przecież ryzyko jest bardzo podniecające. Cóż, każdy lubi inny rodzaj adrenaliny. Zaraz obok pań kochających „niebezpiecznych” pojawiają się więc panie, które pociągają mężczyźni łagodni, deklarujący miłość do zwierząt. Ciągle jeszcze wierzymy w to, że skoro ktoś kocha futrzaki to na pewno jest dobry i opiekuńczy w stosunku do ludzi. A właściwie w stosunku do nas.

Samolub również w cenie, niech szepce na uszko

Zaskakujące, że przyciągają nas również mężczyźni odrobinę samolubni. Podobno pociągająca jest w nich umiejętność zadbania o siebie samego, o swoje samopoczucie. Na pewno zyska jeszcze na atrakcyjności, jeżeli będzie nas umiejętnie zdobywał. Oryginalnie. I poprzez umiejętny kontakt fizyczny. Najlepiej żeby jeszcze szeptał nam słowa zachwytu wprost do uszka.

Jak być atrakcyjnym dla kobiety? To bardzo proste, drodzy panowie. Powinniście być po prostu pewni siebie i skromni jednocześnie, zabawni i niedostępni, współczujący i władczy. Poćwiczcie. Pełna lista atrakcyjnych cech znajduje się tu. Powodzenia 😉


Źródło: Way Too Social


Zobacz także

Akademia Duckie Deck – nowa edycja we Wrocławiu – ruszają zapisy

7 powodów, przez które ludzie zapadają na depresję

Zbyt wczesna menopauza zwiększa ryzyko chorób serca i udaru. Sugerują to badania