Przypomnij sobie, kim jesteś – czyli zawodowe odrodzenie

Dominika Bagińska
Dominika Bagińska
29 października 2015
Fot. iStock
 

Ewa

Z bólem zęba idziesz do dentysty. Kiedy potrzebna ci szybka odmiana i relaks – do fryzjera. A do kogo się zwrócić, jeśli od pięciu lat siedzisz na bezrobociu i nie potrafisz znaleźć żadnej pracy. Do specjalisty.

Ewa, czterdziestolatka,  mama uroczych córeczek (lat 5 i 7), trafiła do doradcy zawodowego po tym, jak zaczęło się sypać jej małżeństwo. Mąż oskarżał ją, że gdyby pracowała, nie musiałby ciągle wyjeżdżać za granicę, żeby na nie wszystkie tyrać. Ona zarzucała mu pracoholizm i to, że zmienił się w despotę, który rozlicza ją z wydatków. Po którejś kolejnej kłótni w drodze na lotnisko, skąd mąż odlatywał na kontrakt do Anglii, podjęła decyzję, że musi poszukać ratunku.

Zanim została mamą, była nieźle zarabiającą dziennikarką telewizyjną i prasową. Jednak niedługo po narodzinach starszej córki zaczął się kryzys.  Ewa przestała mieć program, w prasie  też było trudno. Małe chałtury pojawiały się jeszcze przez jakiś czas. Po drugim dziecku domowy kierat zabrał Ewie całą energię, no i skończyły się pomysły i możliwości dorabiania. „Zresztą kto by myślał o robocie, kiedy w domu dwoje małych dzieci, z dwuletnią różnicą wieku”  pocieszała się. Gdyby tylko mąż choć trochę ją doceniał. Oboje brnęli w narastający konflikt.

Dominika Bagińska: Skąd kobiety znajdują w sobie siłę, by zrobić ten krok i pójść do coacha zawodowego?

Hanna Wieloch: Często dopiero wtedy, gdy coś złego dzieje się w ich związku. One przez lata odkładają decyzję o zmianie. I nagle okazuje się, na przykład, że mąż je zdradza lub nagle okazuje się, że jest uzależniony od hazardu, ma długi.  Rodzinny system się wali. Wówczas to, co w tej kobiecie do tej pory tylko pulsowało – przejmuje władzę.  Pragnienie, by zacząć robić coś swojego było, nie było jednak mocy, bo ona koncentrowała się na związku i rodzinie. Kiedy coś pęka w relacji z partnerem, przychodzi moment, by zająć się sobą.

Kto najczęściej decyduje się, by pójść na taki rodzaj terapii, coachingu?

Trafiają do mnie różne kobiety. W którymś momencie życia każda z nas musi się przyjrzeć się swojej zawodowej drodze.  Ostatnio wiele moich klientek to ofiary mobbingu w pracy. Wymagają często hospitalizacji, są dosłownie roztrzaskane psychicznie. Zauważyłam, że na rynek pracy wróciły bardzo złe obyczaje wolnej amerykanki w traktowaniu pracowników. I dotyczy to szczególnie kobiet, które, jeśli mają dzieci, wytrzymują złe traktowanie znacznie dłużej. Przychodzą też kobiety, które robią coś, co nie daje im już satysfakcji. Także te, które nigdy nie pracowały i nie mają pojęcia, co w ogóle mogłyby robić. Bywają też kobiety, które chcą wrócić na rynek pracy po długiej przerwie, na przykład po odchowaniu dzieci, czy po powrocie z dłuższych wyjazdów zagranicznych.

Ewa

Kiedy trafiłam do terapeutki, byłam zalęknioną i niewierzącą w siebie kurą domową. Tak siebie wtedy widziałam. Ostatecznie cały świat mówił mi wciąż, że humaniści wkrótce wyginą śmiercią naturalną i nie ma co marzyć o jakiejś fajnej pracy. W dyskoncie spożywczym obok naszego domu wisiało ogłoszenie, że szukają pracowników. Przymierzałam się do tej myśli, ale jednak zwyciężył wstyd. I dobrze, bo jak opowiedziałam coachowi o swoim doświadczeniu zawodowym, okazało się, że naprawdę mam się czym pochwalić.

Zrobiłam test kompetencji. To taka ankieta dotycząca zainteresowań i preferencji zawodowych. Były tam wymienione różne zdolności i umiejętności, nawet takie trywialne, jak posiadanie dużego talentu kulinarnego. Ale też np. biegłość w kontaktowaniu ludzi ze sobą, skuteczne porozumiewanie się w bezpośredniej rozmowie czy wreszcie zręczne posługiwanie się słowami w mowie lub piśmie. Kilka stron, gdzie musiałam zaznaczyć, z czym się identyfikuję. Na koniec terapeutka podliczała liczbę punktów i określała jakim typem jestem. Kreatywność, energiczność, elokwencja, otwarcie na kontakty z ludźmi, logika myślenia.

Jak zobaczyłam swoje cechy – przypomniało mi się, kim jestem. Fachowcem z bezcennym doświadczeniem. Okazało się też, że siedem lat w domu, to nie był czas stracony. Ujawnił się wówczas mój talent do gotowania i zmysł aranżacji wnętrz. W testach podczas terapii wyszło, że takie umiejętności, to cenna siła równoważąca moją spontaniczność i skłonność do nadmiernej ekspresji. A te cechy zawsze uważałam za typowe tylko dla trzpiotek. Oczywiście euforia szybko mijała, gdy wychodziłam z gabinetu. Coś w duszy podpowiadało, że to wszystko nieprawda, bo pracy jak nie było, tak nie ma. Zresztą mąż, któremu opowiedziałam o opinii mojej terapeutki, skwitował to: Mówi ci, że znajdziesz pracę, bo jej za to płacisz.

Jak motywuje się kogoś, kto w siebie nie wierzy? Podobno zbadano, że już pół roku spędzone w domu, bez pracy, powoduje drastyczne obniżenie samooceny?

To prawda, dlatego w trakcie spotkań często zatrzymujemy się, by popracować z wewnętrznym krytykiem. To taki cichy głos, który torpeduje każdy nasz sukces. Myślenie, że terapeuta chwali mnie, bo z pewnością wszystkim tak mówi. Są na to specjalne metody.

Ewa wspomina:

Musiałam sobie wyobrazić, jak ten krytyk wygląda i co ze mną robi. Zobaczyłam wielkiego Yeti, który mnie rozpłaszcza na ścianie, aż brakuje mi tchu. Następnie miałam zadanie wyobrazić sobie, że zamiast mi przeszkadzać, przechodzi na moją stronę i mi pomaga, bo ja przejmuję jego energię. I nagle okazało się, że on teraz stoi tuż za mną i swoim wielkim włochatym cielskiem zapewnia mi bezpieczne wsparcie. Dosłownie to poczułam.

Czy proces powracania na rynek pracy jest długotrwały? Czy terapia to lata spotkań?

Moja metoda pracy polega na połączeniu psychologii procesu i doradztwa zawodowego, takie „doradztwo zawodowe zorientowane na proces”, w którym ważne jest, aby, jak tylko to możliwe, najszybciej zmobilizować kobietę do zrobienia kolejnego kroku. Zwykle to kilka – kilkanaście spotkań. Na początku – głębsza praca psychologiczna – bo kobiety chcą, by ktoś potraktował je z szacunkiem i uważnie wysłuchał. Ktoś, przed kim nie muszą udowadniać swojej wartości i kto pokaże im ich mocną stronę i sukcesy. Następnie wspólnie opracowujemy profil zawodowy. A więc, jakie umiejętności i doświadczenia, także te pozazawodowe, pasują do jakich zawodów. Czasem okazuje się, że wystarczy doszkolić się w swojej dziedzinie, zdobyć uprawnienia, by móc podjąć stałą pracę (na przykład kurs pedagogiczny dla kogoś, kto żył z udzielania korepetycji językowych na czarno).

Ewa

Musiałam napisać na nowo CV  i przykładowy list motywacyjny. To było chyba najtrudniejsze. Terapeutka pokazała mi, jak wyglądają te najlepsze. CV powinno być intrygujące, ale czytelne graficznie. Ujęte nietypowo, na przykład grupujące kolejne miejsca pracy nie według dat, tylko według umiejętności, ze stopką na górze, zaraz pod imieniem i nazwiskiem (pisanymi wielką czcionką) która zawiera wypunktowane kwalifikacje. Na koniec dział „Moje sukcesy”, w którym podaje się to, z czego jesteś dumna.. List motywacyjny zawsze musi nawiązywać bezpośrednio do oferty i zawierać w sobie przekaz, że orientujesz się co nieco na temat działania firmy, do której aplikujesz. Próbowałam pisać.  Setki poprawek i nowych wersji. Czułam rozpacz i zniechęcenie. Aż któregoś razu po prostu usiadłam i napisałam. Efekt zaskoczył mnie samą. Zobaczyłam swoje doświadczenie zawodowe czarno na białym. Okazało się, że przez ponad dziesięć lat pisałam teksty o najnowszych osiągnięciach medycyny, prowadziłam program w topowej telewizji, znam mnóstwo specjalistów. Byłam zapraszana na prestiżowe wydarzenia branżowe do Indii, Paryża, Londynu czy Monte Carlo.

Po raz pierwszy od dłuższego czasu poczułam wielki szacunek do samej siebie. Pomyślałam, że najgorsze mam już za sobą. Jednak okazało się, że teraz, po tym, jak ustaliłyśmy, do jakiej pracy mogłabym pójść, będę chodzić na tak zwane wywiady zawodowe. Umawiasz się na spotkanie z kimś, kto robi to, co ty chciałabyś robić, i wypytujesz o jego doświadczenia. Udało mi się porozmawiać z doskonałymi specjalistami. Szef CSR-u (dział odpowiedzialności korporacyjnej) największej firmy komputerowej na świecie zaprosił mnie nawet na swoje wykłady na prestiżowej uczelni MBA. Rozmawiała ze mną też zastępczyni rzecznika prasowego ważnej instytucji państwowej, a szefowa działu PR i marketnigu globalnej firmy farmaceutycznej do dziś wspiera mnie radą i swoim doświadczeniem. Ci ludzie naprawdę mieli ochotę poświęcić mi czas. Niesamowicie mnie to podbudowało. Teraz byłam gotowa wysyłać swoje podrasowane CV.

I okazało się, że to działa – dostałam zaproszenia na rozmowy kwalifikacyjne. W CV do oferty na stanowisko rzecznika prasowego w międzynarodowej firmie ekologicznej podkreśliłam swoje naturalne zdolności do wystąpień publicznych i umiejętności negocjacji. Z kolei lekkie pióro i umiejętność pozyskiwania ekspertów zwróciły uwagę instytucji szukającej specjalisty do spraw informacji, czyli jakby ich etatowego dziennikarza i marketingowca w jednym. Przed pierwszą z rozmów odbyłam taką samą próbną ze swoją terapeutką. Ubrana w stosowny strój odpowiadałam na pytania, które, jak się okazuje, łatwo przewidzieć. Bez pudła pojawiały się na każdej kolejnej rozmowie. A to ci daje zastrzyk pewności siebie, kiedy znasz popularne chwyty rekruterów. Czy mam pracę? Tak. I to na swoich warunkach, a z mężem budujemy zupełnie nową relację!

Jaką radę można dać kobietom szukającym pracy?

Nie szukaj pracy na oślep. Wybieraj mądrze. Eliminuj takie miejsca i środowiska, o których wiesz, że do nich nie pasujesz. CV wysyłaj, celując tylko w interesujące cię oferty. To zwiększa szansę, że ty i pracodawca, który na ciebie czeka – odnajdziecie się na rynku pracy. Każda z nas może znaleźć coś dla siebie, nawet, jeśli nigdy nie pracowała. Jeszcze mi się w mojej praktyce nie zdarzyło, by proces szukania swojej drogi, w którym towarzyszyłam moim klientkom, nie zakończył się sukcesem.

Sama droga jest ważna, bo pozwala nam odkryć i rozwinąć to co stanowi nasz unikalny potencjał, o którym zapomniałyśmy. Dzięki niej wracamy do siebie.


 

Hanna Wieloch, psychoterapeutka, doradczyni kariery, trenerka rozwoju osobistego i coach w fundacji Nowy Świat Kobiet w Warszawie. Autorka i realizatorka programów aktywizacji zawodowej kobiet, planowania ścieżki kariery, liderowania. Prowadzi grupy rozwojowe dla kobiet „Odnaleźć siebie”.


Każdy ma swój niewysłany list. Jesteśmy silni słabościami

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 października 2015
Fot. iStock / Eva Katalin Kondoros
 

Akurat dzisiaj śpię sama. Nie, nie ma we mnie wielkiej tęsknoty, odliczania, kiedy wróci. Zbyt długo jesteśmy razem, żebym zwracała uwagę na godziny, czy pojedyncze dni jego nieobecności. Ktoś by powiedział, że przecież one składają się na życie, na związek. I miałby rację, ale ja zwyczajnie nie ubolewam nad tym, że go nie ma tu, obok. Pomyślałam dziś: „Jakie to szczęście, że siebie mamy”. Nawet gdy nie jesteśmy blisko.

To szczęście nie wynika z tego, że mamy dzieci, że oboje pracujemy i do tego lubimy naszą pracę, że mieszkamy tu, gdzie akurat mieszkamy, że czasami rozumiemy się bez słów, albo dzwonimy do siebie w tym samym momencie.

Nie, na to szczęście składają wszystkie nieszczęścia, które były z nami.

Ten moment na początku, gdzieś na ciemnej ulicy powiedziane „Ale ja ciebie nie kocham, nie chcę z tobą być, daj mi proszę spokój, bądźmy przyjaciółmi, tak jest dobrze”. I ty, który nie znałeś mnie długo, a wiedziałeś już wtedy, że tak bardzo boję się miłości, wolałam nie kochać niż przeżywać dramat porzucenia i rozczarowania. Ale byłeś. Nie odszedłeś. Aż mnie oswoiłeś.

I później, kiedy wyrzucałam cię z domu po raz pierwszy. Rozmawialiśmy i płakaliśmy.
W kuchni, na podłodze. Wtedy wolałam, żebyś odszedł, nie chciałam, żebyśmy jeszcze bardziej rozczarowali się sobą w tym dorosłym życiu. A tak bardzo byliśmy sobą rozczarowani. Ja zachłyśnięta pierwszą pracą, ty kompletnie nie odnajdujący się w obcym dla ciebie miejscu. A ja chciałam mieć w tobie zrozumienie i oparcie. Mężczyznę, który da mi bezpieczeństwo, nie umiałeś tego…

Cierpiałeś odchodząc, nie mogłam na to patrzeć. Po kilku miesiącach przyjechałeś, jak kumpel, spotkać się. Śmiałam się z twojego żartu, a w głowie rozbłysło: „Jeny, jak ja go kocham!”. Znowu mieliśmy siebie.

Wtedy myślałam, że to co złe już za nami. Daliśmy sobie przestrzeń do zmian, do odnalezienia się w odpowiedzialnej rzeczywistości. Zaufaliśmy uczuciom i sobie nawzajem. Przecież to tak nas wzmocniło. Byłam pewna, że już nie ma rzeczy, które mogłyby nas jeszcze kiedyś podzielić.

Jeszcze bardziej połączyły nas dzieci. Nie mieliśmy jednak być szczęśliwi.

Zdradziłeś mnie. Upokorzyłeś. Nie zaufałeś naszej przyjaźni, przestałeś w nas wierzyć. A ja nie chciałam walczyć, choć wydawało mi się, że wcześniej walczyłam jak lwica, tyle że głucha, która nie słyszała, co do niej mówisz. Więc przestałeś do mnie mówić. Odszedłeś, a ja pozwoliłam ci zostać. Tu nie było już przestrzeni dla siebie, było uciekanie w bok. Stawianie się poza tym, szukanie siebie poza tobą, poza związkiem, poza rodziną. Radości szukałam u kogoś innego. Spokój przyszedł powoli. Późno, za późno. I w ogóle spokojem nie był, raczej zamkniętymi w szafie trupami. Takiej na wielką kłódkę, a klucz do niej chcieliśmy utopić jak najgłębiej.

Długo oszukiwaliśmy się, że się udało. Byliśmy rodziną, przyjaciółmi – każde ze swoją tajemnicą.

Trupy czasami ożywały i pukały w drzwi szafy. To pukanie świdrowało mi głowę, wbijało się w mózg, zaczęłam żyć według tego miarowego stukania. I wyrzuciłam cię po raz kolejny. Obiecałam sobie, że tym razem już na zawsze. Żeby trupy nigdy nie wróciły, ty też nie możesz wrócić. Pamiętasz ten wieczór, kiedy wyszliśmy jako przyjaciele, a ja ci mówiłam: „Boję się, że zakocham się w kimś innym”. „Nie bój, pamiętaj, że zawsze będę obok”, uspokajałeś.

I znowu płakaliśmy, kiedy każde wracało samo do swojego domu.

Przyjaciółka spytała: „Dajesz mu w ogóle szansę? Co musiałby zrobić, żebyś pozwoliła mu wrócić?”. Mówiłam wtedy, że to nie tak. „Nie da się czegoś po prostu zrobić. On musiałby się zmienić, a to długi proces. Nie wierzę, że będzie mu  się chciało”. Za dobrze cię znałam, przez tyle czasu nic nie zmieniałeś. To ja byłam motorem zmian. Wiecznie w pędzie z rozbitą o ściany głową.

Nie wierzyłam w twoją miłość, a to ona mi pokazała, jak można być silnym, jak wiele można zrobić dla kogoś, kogo się kocha. Paradoksalnie, kiedy nie byliśmy razem, rozmawialiśmy więcej, niż kiedykolwiek wcześniej. O tych trudnych emocjach. Odprowadzałam cię, kiedy przychodziłeś położyć nasze dzieci spać. I byłam zdumiona człowiekiem, który właśnie wyszedł z mojego domu.

I zakochiwałam się na nowo, a może odkrywałam, że moja miłość jest silna dzięki twojej miłości? I kiedy po niemal roku spytałeś w banalnej sytuacji o moje zdanie, o moje uczucia, wiedziałam, że jestem dla ciebie ważna. Wtedy już wiedziałam, że zadział się proces, o którym mówiłam miesiące wcześniej. Przepraszam, że zwątpiłam w twoją miłość.

I dziś leżę sama. I myślę, jak silni jesteśmy razem. I już nie wierzę, że nic nie może nas podzielić. To nie jest zasługa dojrzałości. Bo gdybyśmy poznali się dziś, gdzie byłoby doświadczenie, nasze kryzysy, upadki? To wszystko, co wspólnie przeżyliśmy, przez co przeszliśmy, sprawia, że dziś zasypiam spokojnie czując się kochaną. Wiem, że dla siebie nawzajem jesteśmy dokonywać tego, na co myśleliśmy, że nigdy nas nie będzie stać.

Chciałam ci tylko powiedzieć, a późno i nie chcę już dzwonić, że cię  kocham. Taką pełną miłością, taką miłością, która wypełnia mnie po brzegi.


Każdy z nas ma swój „niewysłany list”

Czasem zapisany tylko w sercu. Czekający w szufladzie niezałatwionych spraw. Na wysłanie niektórych jest już za późno, na inne brak odwagi, brak aktualnego adresu…  A może wszystko byłoby inne, gdyby się tylko od nich uwolnić?

Piszcie do nas, anonimowo jeśli chcecie. Wyślijcie wreszcie swoje listy i poczujcie ulgę. Wybrane listy nagrodzimy bonami zakupowymi o wartości 200 zł do Limango.

Listy wysyłajcie na adres kontakt@ohme.pl – w temacie wiadomości wpisując „Niewysłany list”

Wszystkie „Niewysłane listy” możecie przeczytać tutaj.

Sponsorem nagród jest LIMANGO


Koniec polityki jednego dziecka w Chinach! Czy to oznacza koniec dzieciobójstwa?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
29 października 2015
Fot. Flickr / CC BY

Nigdy nie mogłam czytać o polityce jednego dziecka stosowanej w Chinach. Zaraz za nią szły obrazy dzieciobójstwa, nielegalnej aborcji i wszystkich tych rzeczy, o których my rodzice wiedzieć byśmy nie chcieli, bo tyle w nich okrucieństwa i odczłowieczenia.

Nakaz władz był jasny, w chińskiej rodzinie mogło być tylko jedno dziecko. Celowo nie piszę urodzić. Bo między jednym a drugim pozostaje ogromna przestrzeń. Chiny to kraj, gdzie czeka się na przyjście na świat syna. Córki zawsze spychane są na margines, jako nieprzydatne, które po wyjściu za mąż stają się częścią rodziny męża. Zatem jedno dziecko, czyli najlepiej syn. Bo co w rodzinie po córce, która nie przedłuży nazwiska rodu i nie będzie na starość opiekować się swoimi rodzicami. Co prawda, można było „poprosić” władze o pozwolenie na drugie dziecko, kiedy pierwsze było dziewczynką. Jednak utrzymanie dwojga dzieci w Chinach jest bardzo drogie. Posiadanie dwójki wiązało się z dodatkowymi opłatami za obsługę, utratą pracy i grzywnami.

Po wprowadzeniu polityki, przy niemym pozwoleniu rządu, aborcja stała się przymusowa. Kobiety, które ukrywały drugą ciążę, porywano z ulicy. Słyszano o przypadkach, kiedy w ósmym miesiącu ciąży przeprowadzano aborcję. Wstrzykiwano matkom roztwór soli. Dzieci mordowano w kanale rodnym w trakcie porodu. W głowie od dawna mam obraz dziewczynek zrzucanych ze skał tuż po urodzeniu, nie pamiętam już, gdzie o tym czytałam. Powszechny w Chinach stał się handel dziećmi. Kilka lat temu głośno było o 28 niemowlakach nafaszerowanych lekami i przewożonych w bagażniku. Gdy je znaleziono, jedno już nie żyło.

Kiedy wszyscy mówili o ludobójstwie, chińskie władze podawały, że dzięki wprowadzonej polityce na przełomie ostatnich 30 lat urodziło się o 300 milionów mniej dzieci.

Jednak demografowie zaczęli przestrzegać przed starzejącym się społeczeństwem, przed nierównością płci. W Chinach zdecydowanie było więcej chłopców niż dziewczynek. Dwa lata temu zezwolono parom, gdzie jedno z rodziców było jedynakiem, na posiadanie dwojga dzieci.

Czyżby tak dumne ze swojej polityki Chiny zmieniły zdanie? Oczywiście, że nigdy nie przyznają się do powszechnego dzieciobójstwa, boją się jednak, że dotknie ich niż demograficzny, a na starców nie będzie miał kto pracować. Dzisiaj, po 35. latach, podczas zakończenie plenum Komitetu Centralnego Komunistycznej Partii Chin wycofano się z polityki jednego dziecka. Wiadomo już dziś, że pary od przyszłego roku będą mogły posiadać dwoje dzieci. Co jeśli zechcą mieć trójkę? O tym władze Chin milczą.


 

Źródło: news.xinhuanet. com


Zobacz także

Uwierz, naucz się, odpuść i skoncentruj… Poradnik pozytywnego myślenia

Życzliwości ucz od małego albo… „pocałuj się w d…” i nie dziw na starość. Obejrzyj ten film

Jeśli myślisz, by do niego wrócić, odpowiedz sobie na 6 ważnych pytań. Co zrobisz, gdy pojawią się „stare” problemy?