Związek

Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji? No dobra, dzisiaj to ja przeproszę

Michalina Grzesiak
Michalina Grzesiak
17 września 2016
Fot. iStock/Yuri_Arcurs
 

Stoję nad patelnią. Zamaszyście zmywam strupy z obiadu, bo nikt nie pomyślał o opłukaniu mojego Tefala. Tyle razy, ile mówię. Ile proszę.  Po pierwsze nie maltretuj pasty do zębów, po drugie zmień mości panie papier toaletowy, kiedy po ścisłym posiedzeniu w ręku zostaje ci już tylko świstek na wzór autobusowego biletu i na Boga – opłucz talerz.

Jakiś był zgrzyt, ewidentnie. Iskry skakały jak po nieoheblowanej desce. Nie bez przyczyny przecież stoję przy zlewie z nosem na kwintę mamrocząc najgorsze litanie. Nie bez przyczyny pogniewałam się na amen. Na zawsze. I bez wycieczki na kolanach do Częstochowy w intencji mojego lepszego samopoczucia odgniewać się nie mam zamiaru. Żeby mężczyzna wiedział, miejsce swoje znał. To jest poważne pogniewanie i nie na żarty powinno się je traktować. Nie na darmo nie odzywam się już od pół godziny, mimo tego, że kot właśnie zaplątał się w plastikowy, mysi ogon. Wyglądał przezabawnie, jak spadał z nim ze stołka, a ja ledwo co opanowałam śmiech. Nie wolno było się zaśmiać. Gniewam się na poważnie, jak zawsze. W pogniewaniu trzeba umieć wytrwać. Wiadomo.

W naszym codziennym rytuale idzie on znowu, na horyzoncie szura nogą powolnie, spod byka brew unosi, widać, że serce mu mięknie, trochę dupa. Azymut poprawnie ustawił na moje napuszone ego, na „idź sobie” odpowiednio długo odbija jak o ścianę stanowczym „przestań”. Od pierwszych kroków czuję wicher ekscytacji, zdobytą górę współzawodnictwa, zwycięstwo, że tak oto mężczyzno ty do mnie, nie ja do ciebie. W pianie jakby mocniej majtam trzepaczką do jajek, a chochlą od pomidorowej jak batutą zawijam. Głową aktorsko zarzucam na lewo, pancerz się łamie, ale mój to trochę ze stali, może być ciężko, to potrwa.

Przepraszaj mnie. Przepraszaj draniu póki się przepraszaniu oddaję, bo później pogniewać się mogę więcej. Pogniewam się mocniej. Zacietrzewię z większym zapałem. Właśnie za to, że się do przepraszania zabrać nie chciał. A trzeba! I kiedy już, pokruszony jak jajeczna skorupka, przekonany o winie swojej największej do mnie doczłapiesz, – Boże, przepraszam! – wykrzyczysz szczere. To ja za cholerę. Nic a nic. Nie będę pamiętać. Za co to ja się właściwie pogniewałam?

Jestem bohater dramatyczny. Przyznać mu się, że nie wiem? Nie ma mowy. Jeszcze sobie trochę pocmokam pod nosem z niezadowolenia. Już w sumie nie muszę, wiem, ale ciężko teraz, na szybko, wymiksować się z operacji „foch”. Tak się zakopałam, że aż sama uwierzyłam. Pomału czuję, że jestem zła do szpiku kości. Po cichu z lekka mi wstyd. Starannie wciągane nosem prawdy od mamy, o roli kobiety i mężczyzny, o otwieraniu drzwi, o noszeniu na rękach, o zdobywaniu, ustępowaniu i wiecznej potrzebie żeńskiej dominacji, tak strasznie zmutowały, że nie jestem w stanie odpuścić niespłukanej patelni. Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji?

Idę do niego. Dzisiaj ja odpuszczę. Dzisiaj będę przepraszać. Czasem warto.

Stoję nad patelnią. Zamaszyście zmywam strupy z obiadu, bo nikt nie pomyślał o opłukaniu mojego Tefala. Tyle razy, ile mówię. Ile proszę.  Po pierwsze nie maltretuj pasty do zębów, po drugie zmień mości panie papier toaletowy, kiedy po ścisłym posiedzeniu w ręku zostaje ci już tylko świstek na wzór autobusowego biletu i na Boga – opłucz talerz.

Jakiś był zgrzyt, ewidentnie. Iskry skakały jak po nieoheblowanej desce. Nie bez przyczyny przecież stoję przy zlewie z nosem na kwintę mamrocząc najgorsze litanie. Nie bez przyczyny pogniewałam się na amen. Na zawsze. I bez wycieczki na kolanach do Częstochowy w intencji mojego lepszego samopoczucia odgniewać się nie mam zamiaru. Żeby mężczyzna wiedział, miejsce swoje znał. To jest poważne pogniewanie i nie na żarty powinno się je traktować. Nie na darmo nie odzywam się już od pół godziny, mimo tego, że kot właśnie zaplątał się w plastikowy, mysi ogon. Wyglądał przezabawnie, jak spadał z nim ze stołka, a ja ledwo co opanowałam śmiech. Nie wolno było się zaśmiać. Gniewam się na poważnie, jak zawsze. W pogniewaniu trzeba umieć wytrwać. Wiadomo.

W naszym codziennym rytuale idzie on znowu, na horyzoncie szura nogą powolnie, spod byka brew unosi, widać, że serce mu mięknie, trochę dupa. Azymut poprawnie ustawił na moje napuszone ego, na „idź sobie” odpowiednio długo odbija jak o ścianę stanowczym „przestań”. Od pierwszych kroków czuję wicher ekscytacji, zdobytą górę współzawodnictwa, zwycięstwo, że tak oto mężczyzno ty do mnie, nie ja do ciebie. W pianie jakby mocniej majtam trzepaczką do jajek, a chochlą od pomidorowej jak batutą zawijam. Głową aktorsko zarzucam na lewo, pancerz się łamie, ale mój to trochę ze stali, może być ciężko, to potrwa.

Przepraszaj mnie. Przepraszaj draniu póki się przepraszaniu oddaję, bo później pogniewać się mogę więcej. Pogniewam się mocniej. Zacietrzewię z większym zapałem. Właśnie za to, że się do przepraszania zabrać nie chciał. A trzeba! I kiedy już, pokruszony jak jajeczna skorupka, przekonany o winie swojej największej do mnie doczłapiesz, – Boże, przepraszam! – wykrzyczysz szczere. To ja za cholerę. Nic a nic. Nie będę pamiętać. Za co to ja się właściwie pogniewałam?

Jestem bohater dramatyczny. Przyznać mu się, że nie wiem? Nie ma mowy. Jeszcze sobie trochę pocmokam pod nosem z niezadowolenia. Już w sumie nie muszę, wiem, ale ciężko teraz, na szybko, wymiksować się z operacji „foch”. Tak się zakopałam, że aż sama uwierzyłam. Pomału czuję, że jestem zła do szpiku kości. Po cichu z lekka mi wstyd. Starannie wciągane nosem prawdy od mamy, o roli kobiety i mężczyzny, o otwieraniu drzwi, o noszeniu na rękach, o zdobywaniu, ustępowaniu i wiecznej potrzebie żeńskiej dominacji, tak strasznie zmutowały, że nie jestem w stanie odpuścić niespłukanej patelni. Zołza – to tylko moje drugie imię, czy całej damskiej populacji?

Idę do niego. Dzisiaj ja odpuszczę. Dzisiaj będę przepraszać. Czasem warto.


Związek

Wsi spokojna, wsi wesoła? To spróbuj na wsi zamieszkać. O życiu tych, które porzuciły miasto

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
17 września 2016
Fot. iStock/SandraKavas
 

Wiedziałaś, że miasto jest nie dla ciebie.  Ale mieszkałaś w nim wiele lat, bo choć może masz duszę wieśniary, to nie marzyłaś o pracy w polu. W marzeniach widziałaś siebie raczej w leniwe sobotnie przedpołudnia z kawą na tarasie. Wokół ogród. Rzecz jasna zadbany. Ręka ogrodnika nieznana. Pod płot czasem przychodzi sarenka….Słodko, aż mdło. Ale to twoje marzenia, więc kto ci zabroni?

Zaczynasz kombinować, skąd na to wziąć kasę.

Najpierw studia. W dużym mieście, bo na wsi uczelni nie ma. Potem kilka lat orki w korpo – dom jednak kosztuje.

I przychodzi ten dzień. Masz na tyle wysoką pozycję, że możesz pracować w domu, możesz się spóźniać, żyć od projektu do projektu, założyć własną firmę. Jesteś ważną paniusią z korporacji, energiczna bizneswoman, wziętym freelancerem. Kupujesz działkę, stawiasz dom. Przeprowadzasz się i choć masz taras i kawę, to wcale słodko nie jest. Bo nie jesteś wieśniakiem, jesteś zwykłym dziwakiem. Idąc przez wieś do jedynego w okolicy sklepu czujesz się, jakbyś miała trzecią rękę albo co najmniej czułki na głowie.

Oh!me.pl zapytało czytelniczki o pierwsze doświadczenia z życia na wsi. Okazało się, że większość z nich przez pierwsze lata czuło się na wsi nieswojo. Milczenie, wrogość zdumione spojrzenia sąsiadów, czasami złośliwe plotki i bezradność, że się do tego miejsca nie pasuje. Życia na wsi trzeba się nauczyć. Trudno było, cholera…

Pierd*nięty uśmiechnięty

Iwona: pamiętam, że w pierwszych tygodniach mieszkania na wsi bardzo chciałam się z kimś zaprzyjaźnić. Albo przynajmniej poznać. Jestem towarzyska, ale jeżdżenie popołudniami do miasta nie wchodziło w grę. No chyba, że w weekendy. Pracując w domu brakowało mi kontaktu z żywym człowiekiem, bo rozmowy przez net to jednak nie to samo. Chodziłam na spacery po wsi i zagadywałam sąsiadki uśmiechając się przy tym szeroko. Odpowiadały grzecznie, ale patrzyły na mnie jak na idiotkę. Pijana może? Naćpana?

We wsi znają się wszyscy. Oni w przeciwieństwie do mnie nie potrzebowali towarzystwa. Byłam obca.

Nagle, równo po roku od przeprowadzki, mi z tego ni z owego zaczęły do mnie same zagadywać. Zapisały sobie datę mojej przeprowadzki w kalendarzu i wyznaczyły okres kwarantanny?  Sprawdzały czy nie mam czarnej ospy? Dżumy? Schizofrenii? Nie jestem dziwką? Terrorystką?

Bo żyję w syfie

Jagoda: w wyobraźni obok tego przysłowiowego tarasu z kawą zawsze widziałam duży, jasny, przestronny dom. Duży jest to fakt, ale chyba non stop zasyfiony. Sprzątanie to koszmar. Po podłodze mamy ponad 220 metrów. Leniwe poranki? Nie ma szans. Dwie godziny odkurzam, tyle samo myję. Zaczynam sprzątać w piątek wieczorem, w sobotę od szóstej rano już na mopie. Inaczej się nie wyrobię. A jeszcze podwórko trzeba ogarnąć, bo inaczej mieszkam jak w slamsach. Do wypielęgnowanego ogródka sąsiadów daleko mi jak stad do Ameryki.

Koło wtorku w domu znów jest syf. Muszę wybierać – albo sprzątam, albo pracuję. Staram się ogarnąć – znów z półtorej godziny. Jak nie ogarnę, to jestem pewna, że o mnie gadają. Porządek w domu i koło domu to rzecz święta. Nie wyrabiasz – co z ciebie za gospodyni?

Iwona: Pewnie byłoby mi łatwiej, gdybym nie pracowała. Widziałam dziś rano, jak sąsiadka przed siódmą rozwieszała pranie. O której ona wstała? O piątej? Ja ledwo się zwlokłam, ale fakt – do trzeciej kończyłam projekt. Słyszałam plotki, że pewnie co noc siedzę na Fejsie. Ten Fejs to prawdopodobnie wersja dla mnie, bo daje sobie rękę uciąć, że poza plecami mówią, że siedzę na  seks czatach.

Wiadomo, że na seks au natural, to trzeba mieć figurę, a ja albo na szmacie, w samochodzie albo przed kompem. Dupa rośnie. Mam wrażenie, że jestem jedyna, która nie chodzę z kijkami. Co to za dziwna mania?

 Bo się nie maluję

Marta: brakuje mi anonimowości. Marzenia o snuci się w piżamie, niewyszukanym dresie czy bez makijażu szybko zweryfikowała wiejska rzeczywistość. W mieście do spożywczaka po masło leciałam w tym, co aktualnie miałam na sobie. Czasami w płaszczu narzuconym na piżamę. Każdy tak chodził. Tusz na rzęsach? Po co?

Tu też tak chciałam. Spróbowałam dwa razy, wyszło, że popadłam w obłąkanie. Mieszkająca w pobliżu ciotka przybiegła do mnie przerażona, czy wszystko ok.

Przemyślałam sprawę, mają rację. Teraz stara się z rana jakoś lepiej ubrać, umalować, uczesać. Czuję się lepiej. To jednak jest fajne.
  

Bo nie ogarniam podwórka

Marta: życie w bloku koncentruje się z reguły w czterech ścianach. Na podwórku bywa się przy okazji wyjścia lub powrotu. Dostęp do natury zapewnia balkon. Budując dom koniecznie chciałam balkon, by mieć gdzie wietrzyć pościel. Balkony kosztowały dużo i ciągnie od nich po nogach.  Ale ja, idiotka, nie pomyślałam, że można tę kołdrę i poduszki wynieść na podwórko. W ogóle nie umiałam wyjść na podwórko. Bo po co?

Dziś już bardziej oswajam swoją przestrzeń. Tydzień temu robiłam dżem z jabłek. Miałam do obrania całą skrzynkę. Wyszłam na podwórko. Przyjemnie było. Wcale się już nie dziwię, że sąsiadka przez całe lato obiera kartofle na ławce przed domem. Jakbym na to wpadła w maju, to też bym teraz była tak opalona jak ona.

Jagoda: Życie na podwórku to możliwość zdobycia informacji. Na początku wszystko szukałam w necie. Tyle, że tu strony są słabe i rzadko aktualizowane. Żadne źródło wiedzy. Czasami z mężem wspominamy ze śmiechem jak kilka lat temu szukaliśmy w Lesku „Empiku” i „Alkoholi świata”. Wydawało nam się, że muszą być one w każdym mieście. W miasteczku pobliżu naszego domu Empiku nie ma. Szczęśliwie dobrą wódkę kupimy wszędzie – chociaż i tak nam się nie chce jechać do miasta po alko. Jesteśmy mistrzami świata w robieniu nalewek.

Bo kocham zwierzęta

Iwona: Zawsze marzyłam o psie. I mam, suczkę. Podwórkowca. Nie wiedziałam, że jak ma cieczkę, to każdą szpara każdy kurdupel może się do niej wcisnąć i zrobić swoje. Przekonałam się, że może. Urodziło się siedem szczeniąt. Sąsiad od razu skomentował, że trzeba „selekcji naturalnej dokonać.” Znaczy, co drugiego utopić, bo „szkoda suki”. Dokarmiać młode? „Po co, co wy z nimi zrobicie.”

Widziałam ostatnio w necie filmik jak dziewczyna topiła szczeniaki. Na samą myśl o tym robi mi się niedobrze. Miałabym te zwierzaki tak wrzucić do rzeki? Ja nawet pułapkę na myszy kupuję taką, by tej myszy nie zabiło tylko złapało. Wypuszczamy później na pole. Do tego się żadnemu sąsiadowi ni przyznam, choćby mnie przypiekali nad ogniem.

Ale choć pierwsze miesiące po przeprowadzce były trudne, nasze rozmówczynie przyznają zgodnie, że wolą być dziwakami niż mieszkać tam, gdzie im było źle. Zresztą im bardziej się one przyzwyczajają do wsi a wieś do nich, tym bardziej się czują w niej swojsko. – Życia na wsi trzeba się nauczyć. To hermetyczne środowisko, więc nie ma w tym nic dziwnego, że do obcych podchodzi się z dystansem – mówią zgodnym chórem. I dodają, że choć czasami tęsknią za miastem, jego wygodą i anonimowością, to jednak za nic by tam nie wróciły na stałe.


Związek

Uzdrawiająca moc miłości. Jak dobry związek może cię uwolnić cię od złej przeszłości

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
17 września 2016
Fot. Pexels / Freestokcs / CC0 Public Domain

Dobry związek lub udane małżeństwo, mogą skutecznie nas ocalić, uratować przed demonami przeszłości. W relacji opartej na szczerym uczuciu i wzajemnej akceptacji tkwi olbrzymi potencjał. Tak wielu z nas dorasta w rodzinach dysfunkcyjnych. Są tacy, którzy zmagali się alkoholizmem rodziców, czy ich uzależnieniami innego typu. Są tacy, których wychowywano „na chłodno” bez ciepła, bez komunikacji, bez czułych, pokrzepiających słów i  dotyku. Są wreszcie tacy, którzy doświadczyli fizycznej lub słownej przemocy, manipulacji i nieustannej kontroli. Wyszliśmy  z tych rodzin poranieni, poszarpani. I nie do końca potrafiący odnaleźć się w relacji z drugim człowiekiem.

Wyobraź sobie taką sytuację (a może wcale nie musisz jej sobie wyobrażać, bo przeżyłaś ją na własnej skórze): masz dwadzieścia kilka lat, spotykasz kogoś, zakochujesz się. Choć nadal czujesz się niepewnie stawiając życiowe kroki w dorosłym życiu, wchodzisz w ten związek w nadziei, że wreszcie będzie inaczej niż zwykle.

Etap pierwszy: KONSTERNACJA

Jesteś właśnie taką, poranioną przeszłością osobą. Przeżyłaś coś, co pozostawiło w tobie głębokie blizny, wiele bólu i mnóstwo strachu. Ciągle nie możesz uwierzyć, że on cię kocha. I za co właściwie? W sytuacji konfliktowej, kiedy zdarzy mu się podnieść głos – zamierasz. Jesteś znów tą małą, czteroletnią dziewczynką, przerażoną, zamkniętą w sobie, nie sposób się teraz z tobą porozumieć. Panicznie boisz się tego krzyku, bo przywołuje on najgorsze wspomnienia z dzieciństwa. To się zdarza setki razy, w ciągu pierwszych dwóch lat waszego związku, potem małżeństwa. Twój partner nie wie co właściwie się z tobą dzieje. Nie tłumaczysz, zostawiasz go z emocjami, w poczuciu osamotnienia i rozpaczy. Tu mógłby nastąpić początek końca tego związku. Gdyby nie to, że…

Etap drugi: PRAWDA

Jego miłość jest prawdziwa. Mimo, że nie rozumie, co właściwie się z tobą dzieje, okazuje ci wsparcie, czułość i akceptację. Nie odchodzi, ZAUWAŻA, że masz problem. Zaczyna szukać rozwiązań.

W miarę jak twoje zaufanie i wasze wspólne zaangażowanie w tę relację rośnie, zbliżacie się do siebie coraz mocniej. Nadchodzi moment prawdy, w którym mówisz mu o wydarzeniach z twojego życia, które ukształtowały cię w taki, a nie inny sposób. Zaczynasz też odnosić je do waszej relacji, mówić jak się w niej czujesz, gdy z zupełnie błahych powodów wpadasz w otchłań rozpaczy. Jesteś wtedy znów małą, delikatną dziewczynką. Spadasz do głębokiej, ciemnej studni. Jesteś przerażona. Jesteś tak zrozpaczona, że nawet nie krzyczysz o pomoc. Nie wierzysz, że ktokolwiek przyjdzie uratować cię z tej studni.

Etap trzeci: POMOC

On prosi cię tylko o jedną rzecz: obiecaj mu, że kiedy następnym razem znajdziesz się na dnie twojej studni, zawołasz go, poprosisz o pomoc, nie zamkniesz się do końca, szczelnie w swojej skorupce, by na nowo, w samotności przeżywać swój ból z przeszłości.

Przez chwilę jeszcze cierpisz w milczeniu, by ostatecznie zdecydować się na ten przełomowy krok.

Nie jest ci łatwo, ale kiedy zjawia się on, czujesz natychmiastową ulgę. Pierwszy raz w życiu czujesz, że nie jesteś sama. Jest ci dziwnie, inaczej niż kiedykolwiek. Zaczynasz oddychać, zaczynasz żyć. Najpierw jeszcze nieporadnie, potem powoli coraz bardziej teraźniejszością niż przeszłością.

Etap czwarty: AKCEPTACJA I STABILIZACJA

Stajesz się silniejsza i zaczynasz wierzyć w to, że zasługujesz na ratunek. Z biegiem czasu, z powtarzalnością tej sytuacji, uczysz się, że nie jesteś już sama. A wtedy wydarza się cud. Powoli odnajdujesz w sobie siłę, by samej wydostać się ze swojej studni. Wiesz już, jak się uspokoić bez jego pomocy i obecności. Świadomie pozwalasz innym, by cię kochali. Może decydujesz się na pomoc terapeuty?

W trudnej przeszłości odnajdujesz wartość: masz w sobie dużo empatii i zrozumienia dla rzeczy i sytuacji, których inni nie rozumieją. Być może sama umiałabyś uratować kogoś innego.

Jak uzdrowiła cię miłość:

– wyciągnęła do ciebie rękę, gdy znajdowałaś się na dnie rozpaczy,

– dała ci wsparcie, które uwolniło cię od ograniczających przekonań o twojej niskiej wartości,

–  zmobilizowała do pracy nad negatywnym obrazem samej siebie, z którym borykałąś się od lat.

Twoje życie już prawie przypomina tego, które miałaś dawniej.

Proces  uzdrowienia zaczyna się w momencie, w którym zaczynasz wierzyć,  że masz je w zasięgu ręki. Gdy masz takie przekonanie, zaczynasz wypróbowywać różne nowe schematy zupełnie inne niż te, w których tkwiłaś od lat, a które trzymały cię jak zakładnika w twojej przeszłości.

Miłość drugiego człowieka, szczera i bezwarunkowa może nas uratować. Warunkiem jest wzajemna szczerość, nie wolno nam udawać, że studnia rozpaczy nie istnieje.


Zobacz także

Dlaczego psycholodzy odradzają przyjaźń z byłym partnerem?

Bo ty się w ogóle nie starasz. A ja tu buduję nam miłość za dwoje

Chciałam się zemścić, zranić go tak mocno, jak on mnie, kiedy odchodził do innej kobiety. Znałam jego słaby punkt…