Związek

Zaprzyjaźnij się z byłą swojego męża. Zyskasz więcej niż stracisz

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
24 maja 2016
Fot. iStock / Halfpoint
 

Bartek był z Kasią cztery lata. Nie na tyle długo, by zdecydować o wspólnej przyszłości lecz wystarczająco długo by zgromadzić całą masę wspólnych wspomnień, przyzwyczaić się do siebie, zaprzyjaźnić, zbliżyć, a na końcu znudzić sobą. Potem w życiu Bartka pojawiła się Ania i okazało się, że są takie osoby, którymi nie znudzisz się nigdy.

Problemy zaczęły się wtedy, gdy Kasia ponownie zawitała w życiu Bartka, wówczas już przykładnego i szczęśliwego męża Ani.  Żadnych tam niemoralnych propozycji, chęci powrotów albo przynajmniej zepsucia czegoś w związku byłego partnera. Zwykła próba odnowienia kontaktu z dobrym przyjacielem i chęć zyskania nowej znajomej w postaci jego żony.

Niestety Anka zareagowała podejrzliwie i nerwowo. Być może to przez negatywne doświadczenia (kiedyś chłopak zostawił ją dla swojej byłej), może dlatego, że do głowy nawbijano jej, że w przypadku przyjaciółek męża należy zachować szczególną ostrożność. Mur stanął od razu, pierwsza próba kontaktu ze strony Kasi (podczas imprezy u wspólnych znajomych) została odparta chłodem i koncertowym lekceważeniem. A mąż (Bartek) otrzymał zakaz kontaktów z Kasią innych niż w obecności żony. Koleżanki nie dziwiły się (dodatkowo Kasia była ciągle „niesparowana”, więc potencjalnie niebezpieczna), koledzy pośmiali, po czym między sobą przyznali, że z całą pewnością ich partnerki zachowałyby się w identyczny sposób. Miesiące mijały, Ania zazdrośnie przeglądała stare zdjęcia z wakacji Kasi i Bartka , kiedy  jeszcze wcale nie był jej mężem, a oficjalnie udawała, że cała ta sytuacja „w ogóle jej nie rusza”.

Przełom nastąpił po pierwszej poważnej awanturze małżeńskiej, dotyczącej zaniedbywania żony oraz niechęci do po partnersku porozdzielanych obowiązków domowych. A poza tym okazało się, że Bartek potrafi być chamski i nieczuły. Anka, wściekła i zalana łzami usiadła w kafejce pod blokiem (rozmazanym tuszem przyciągając oczywiście uwagę nie tylko personelu, ale i popijających swoje latte bywalców lokalu). I tak jej myśli ruszyły następującym torem:

On się w ogóle nie nadaje do związku. Mógłby sobie sam żyć do cholery, a te brudy do mamusi wozić, a wieczorami leżeć na kanapie. Albo grać w te swoje gry.

Dlaczego ja wcześniej nie zauważyłam, że jest taki egocentryczny?!

Wcale nie jest taki przystojny, zwłaszcza jak się przebiera w te dresy do biegania. Ha, ha po co on je zakłada, ostatnio biegał chyba przed ślubem. Co się stało z jego zgrabna figurą?!

Jak ona z nim, u diabła, wytrzymała całe cztery lata (my jesteśmy małżeństwem tylko rok, a znamy się dwa i pół)?!

Szczerze mówiąc to nawet jej współczuję. Przeżyła swoje. Nic dziwnego, że jest sama.

Ciekawe, czy ona też mi czasem współczuje kiedy o nas myśli. Ale ja głupia jestem, ona pewnie wcale o nas nie myśli. Ma ciekawsze tematy. Właściwie to nawet wygląda sympatycznie.

W tym właśnie momencie narodziło się coś w rodzaju zalążka zgody na damskie porozumienie ponad podziałami. Ania uspokajała się stopniowo dopijając swoją zieloną herbatę. Pogryzając wypasiony sernik podjęła decyzję o zawieszeniu broni (albo też raczej zawieszeniu akcji bojkotowania). Nie w stosunku do męża, rzecz jasna, ale w stosunku do Kasi. Co ją do tego skłoniło? Zdaniem przyjaciółek, wewnętrzne poczucie, że nie ma o co kopii kruszyć. No i trzeba przyznać, że Bartek, nie pozbawiony cech wyprowadzających z równowagi, „odidealizowany” i rzeczywisty przestał się również jawić jako cudowne trofeum, którego trzeba strzec i pilnować, gdyby przypadkiem była narzeczona zechciałaby znowu po nie sięgnąć. W pewnych chwilach można było nawet „życzyć go” co mniej lubianym koleżankom ;).

Przy następnej towarzyskiej okazji Anka podeszła więc do Kasi z uśmiechem i zagadnęła od tak, na luzie. Tak jak się spodziewała, Kaśka okazała się całkiem miłą, fajną dziewczyną, w dodatku taktownie omijającą temat związkowych perypetii z Bartkiem. Nić porozumienia została związana, panie zostały bardzo dobrymi znajomymi. Jedynie Bartek patrzył na ich relację podejrzliwie. No bo czy to normalne by była narzeczona przyjaźniła się z obecną żoną? 😉


Związek

Odkąd nie jesteś sama, walczysz nie tylko dla siebie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
30 maja 2016
Fot. Flickr / akshay moon / CC BY
 

Kochana Przyjaciółko! Nie mów proszę, że to nie moja sprawa. Wiem jak bardzo jest ci ciężko, jaki bagaż niesiesz ze sobą odkąd dowiedziałaś się, że jesteś chora. Uważasz, że nie jestem w stanie pojąć twojego cierpienia, nie potrafię odgadnąć co takiego dzieje się w twojej głowie odkąd usłyszałaś diagnozę. Masz rację, to zrozumie tylko ktoś, kto przez to przeszedł, kto choć raz, sparaliżowany strachem czekał na wyniki ważnych badań, które miały dać odpowiedź na pytanie: Co dalej? I Czy w ogóle będzie jakieś „dalej”?

Rozumiem, że nade wszystko kochasz swojego męża i dzieci, że masz starszych i schorowanych rodziców, o których bardzo się martwisz. O ciebie też można się martwić, wiesz?

Często myślimy podobnie. Ale teraz, z tym jednym zgodzić się z tobą nie mogę. Uważasz, że masz prawo zataić przed najbliższymi stan twojego zdrowia, nawet wtedy, gdy ważą się losy twojego życia. Udajesz, że wszystko jest w porządku. Że to tylko kontrolne badanie u ginekologa, że te pastylki to witaminki, bo spadł ci poziom żelaza i w ogóle jesteś trochę osłabiona. W dzień uśmiechasz się do swoich dzieci, wieczorem jesteś towarzyska

I tylko w nocy zagryzasz zęby na poduszce. Dopiero wtedy pozwalasz sobie na strach przed śmiercią i nie markujesz uśmiechem napadów bólu. Dopiero wtedy dociera do ciebie, że to wszystko dzieje się naprawdę. I masz świadomość, że możesz odejść. Ale dopóki oni NIE WIEDZĄ, przedstawienie musi trwać.

Czy naprawdę mamy do tego prawo? Czy odkąd nasze życie związane jest z czyimś życiem „na stałe”, odkąd przysięgaliśmy sobie być ze sobą miłość w zdrowiu i w chorobie, możemy ukrywać przed ukochanym, czy ukochaną że dzieje się źle?

Pamiętasz jak K. odkryła zdradę swojego męża? Zagryzła wargi i urządziła Wigilię. Dla jego rodziny, dla swojej, dla dzieci. Chociaż 24 godziny wcześniej rozpadała się na kawałki, tego dnia fenomenalnie zagrała rolę idealnej żony, matki, kochającej córki i wdzięcznej synowej. Zagrała tak dobrze, że jej mama od razu zrozumiała, że dzieje się coś niedobrego. Bo właśnie wtedy zaczynamy starać się tak, jak nigdy wcześniej. Ale ona chciała grać dalej, utrzymywać ten schizofreniczny stan, zaprzeczać rzeczywistości. Mamie, która widziała jej męża z kochanka na mieście opowiadała uparcie, że to niemożliwe bo właśnie w tym czasie robili razem zakupy. Córce, która przeczytała SMS-y ojca wmawiała, że to pomyłka, albo głupie żarty. Grała całe trzy miesiące.

A potem, któregoś dnia, podczas kolejnej, samotnej wizyty u rodziców wszystko pękło. Bo człowiek nie jest w stanie tłumić w sobie tak gwałtownych emocji, ukrywać tylu znaków zapytania. Człowiek sam sobie z tym nie poradzi. Czy coś się stało? Nie. Mama odgarnęła jej włosy z czoła i zapłakała razem z nią. A potem? Zaparzyła mocnej kawy, pokruszyła na mniejsze kawałki herbatniki cytrynowe i powiedziała, że jutro też jest dzień, że słońce wstanie, jak zawsze. Że walczyć o siebie łatwiej wtedy, kiedy ma się wsparcie. Kiedy jest ktoś, kto tę kawę zaparzy, herbatniki poukłada na talerzu, tak jak ona będzie musiała teraz poskładać swoje życie.

Ty też dajesz z siebie o wiele więcej, choć powinnaś oszczędzać siły i emocje na walkę o siebie. Wiem, wolisz, żeby to im było lepiej, najlepiej. Chcesz być dla nich taka jak nigdy. I boisz się tej ich nachalnej troski, czerwonych, zapłakanych oczu, szeptów po kątach, strachu przed śmiercią. Z resztą, twoje zdrowie, to twoja sprawa – powtarzasz. Nie. Twoje zdrowie, twoje troski, wszystko, co sprawia, że cierpisz to już od dawna WASZA wspólna sprawa. Ty także w końcu wybuchniesz, twoje emocje wezmą w końcu górę. Wykrzyczysz to, co powinnaś powiedzieć. Nie lubisz kawy, więc niech ON od dziś parzy dla ciebie zieloną herbatę. Niech martwi się i boi razem z tobą, bo strach podzielony na dwie, równe, choć zupełnie inne części łatwiej jest opanować i nie paraliżuje już tak bardzo. A nade wszystko zdejmij ze swoich placów ten wyczerpujący bardziej niż lęki o przyszłość, bagaż tajemnicy, to całe udawanie.

Nie czekaj z tym dłużej. W miłości i trosce najbliższych ukryta jest moc, która potrafi dokonywać największych rzeczy. Wierzę, że wszystko się uda. Razem.


Związek

Gdybyś miała spakować swoje życie do jednej walizki… co bym tam znalazła?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
19 maja 2016
Fot. iStock / South_agency

Myśleliście kiedyś jakby to było: spakować swoje życie do jednej walizki? Wybrać tylko to, co naprawdę nam się przyda, tam, daleko? Na przykład gdzieś na innym kontynencie, kiedy trzeba będzie oddalić się w nie do końca „wiadome”, bez możliwości powrotu tu, gdzie było bezpiecznie, bo znajomo? Z czym najtrudniej byłoby wam się rozstać, co zostawicie z chęcią tutaj, zamykając tym samym bolesne rozdziały? Co położycie na samym dnie, by mieć pewność, że nie zginie? Co pozwoli wam zacząć wszystko na nowo?

Ja z pewnością zabrałabym ze sobą:

Ukochaną książkę

Bo czytanie ukochanej książki jest jak powrót do domu. Póki nie będę mogła nazwać tego nowego miejsca, gdzieś tam daleko „domem”, karty ukochanej powieści pozwolą mi się czuć mniej „obco”.

Swoje zdjęcie

Nieważne jak będę na nim wyglądać, ale ważne kiedy zostało zrobione. Najlepiej wtedy, kiedy właśnie pokonałam jakiś osobisty kryzys, kiedy udało mi się wyjść na prostą. To zdjęcie będzie mi przypominać, że jestem silna, że dam radę i podniosę się z każdej porażki.

Rysunki moich dzieci

Żeby, gdziekolwiek się znajdę, pamiętać jak cudowną istotą jest człowiek, kiedy jeszcze nie ma za sobą całego życiowego bagażu doświadczeń, rozczarowań. Dziecięce spojrzenie na świat, ta wizja rzeczywistości bywa cudowną odtrutką na nabyty przez nas, dorosłych sarkazm i znudzenie powtarzalnością ludzkich charakterów i błędów. Na większości z tych obrazków mocno świeci uśmiechnięte słońce, a dzieci z ufnością wyciągają ręce do rodziców. Czy da się tę ufność odtworzyć, skorzystać z niej przy budowaniu relacji gdzieś, gdzie nas nie znają, gdzie sami nie wiemy czego się spodziewać?

Zapachy i smaki

Włożę je w przegródkę „wspomnienia”, żeby nie zabrały za wiele miejsca. Po co mi zapachy i smaki? Żebym pamiętała o drobnych przyjemnościach. O tym jak to jest umoczyć usta w ulubionym, czerwonym winie. Albo podjadać po kryjomu całkiem zwyczajne, domowe racuchy. Żebym nie straciła pasji do odkrywania „nowego” i ciekawości tego, co inne, orientalne, egzotyczne.

Nie wezmę prawie nic materialnego

Życie pokazało mi przecież nie raz, że w obliczu prawdziwie trudnych sytuacji albo osobistych tragedii, rzeczy materialne nie są żadną pociechą. Zapakuję wygodne ciuchy, takie w których czuję się pewna siebie i buty, które nie obcierają pięt. Żadne tam szpilki i obcasy. Zaczynanie na nowo to ciężka praca, musi być przede wszystkim komfortowo. Komputer? Tak, niech będzie moim łącznikiem z bliskimi i przyjaciółmi, których zostawię tutaj.

Zostawię żale i pretensje, uczucie zawodu i dawne smutki

Na cóż mi one w nowym życiu? Czy z nimi byłoby ono naprawdę nowe? Chce dobrze wykorzystać swoją szansę, nie mogę pozwolić by przeszłość blokowała mi możliwość „odrodzenia”.

Pozostałe rzeczy nie zajmą mi miejsca w walizce

Mam je ze sobą już teraz. To miłość bliskich i troska o to, jak sobie poradzę. Modlitwa tych, którzy wierzą i dobre myśli pozostałych. Wszystkie ciepłe słowa i wspólne przeżycia, które składały się na wspólne, szczęśliwe chwile. To taki niewidzialny bagaż, ogromny zastrzyk energii. Bardziej plecak niż walizka. Bardziej w sercu niż w dłoni.

Nie wezmę ze sobą wiele. Po co dźwigać za sobą, gdzieś gdzie zacznę wszystko od początku, gdzie za chwilę znów zacznę gromadzić rzeczy, uczucia, wspomnienia? Chciałabym tylko nie zapomnieć kim jestem i nie zagubić tego wszystkiego, czego dowiedziałam się o sobie.  Ale na razie, zostaję jeszcze na chwilę tutaj.