Lifestyle Związek

„Wtrącasz się, osaczasz, nie rozumiesz”. Dlaczego kobieta nie lubi swojej teściowej

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
26 lutego 2016
Fot. Pixabay / gpalmisanoadm / CC0 Public Domain
 

Dlaczego kobieta może nie lubić teściowej? Hmm, zastanówmy się. Bo jest złośliwa, wredna? (kobieta, nie teściowa). Nie. My, żony, partnerki facetów najczęściej chcemy polubić matki swoich mężów. 

W pierwszej fazie związku staramy się, walczymy o ich względy. Ale jest moment, gdy czujemy, że coś tu nie gra. Bo:

– nie chcemy, żeby ktoś wtrącał się w nasze życie

– nie chcemy, żeby ktoś nas pouczał

– nie chcemy fałszu.Teściowa się uśmiecha, jest słodziutka, a w potem słyszysz co mówiła o tobie swojemu synowi, ciotkom, koleżankom. Takie rzeczy wychodzą. Halo, naprawdę.

– nie chcemy, żeby ktoś naruszał naszą autonomię (wystarczy, że często walczyłyśmy o to ze swoimi rodzicami).

Dlaczego nie lubię cię, moja Teściowo. Inaczej, patrzę na ciebie z dystansem? Choć jestem raczej dziewczyną miłą, ciepłą i prawie nie mam konfliktów z innymi?

To zacznijmy.

Pouczasz mnie, że jestem złą matką…

Oczywiście, nie mówisz tego wprost. Ty po prostu przewracasz oczami i robisz miny „Jakże ty go/ją ubrałaś?”, „Nie za zimno mu/jej?”, „O taki maluszek zagłodzony, chodź, babcia da ci ciasteczko”. Za dużo zajęć, za mało zajęć. Jak oni mogą razem w jednym pokoju. „Takie jedzenie dajesz?” Każdy powód jest dobry. Nawet tego nie widzisz, że większość tego co mówisz, podważa mój autorytet. Poza tym dobijasz mnie – nie chcę słuchać, że jestem beznadziejna. Chcę otaczać się dobrymi i życzliwymi ludźmi.

A jaką ty byłaś matką?

Dlaczego nie nauczyłaś swojego syna samodzielności? Tyle rzeczy podtykałaś mu pod nos, że dziś to ja walczę, żeby zrozumiał, że nie wszystko należy mu się pod nos. Dlaczego nie nauczyłaś go dobrej miłości, rozumienia innych i odpowiedzialności? To ja go tego uczę każdego dnia. Rozmawiając z nim, tłumacząc mu co czuję, pytając co czuje on. Wiesz, że on mi kiedyś powiedział, że nigdy go nie pytałaś o jego uczucia?

Pozwól mi być matką taką jaką chce: czułą i troskliwą. Po swojemu. Ty już przeszłości nie zmienisz, ale ja mam jeszcze wpływ na przyszłość swoich dzieci. Zostaw mi to. Przykro mi, ale nie możesz być dla mnie w tej dziedzinie autorytetem, nawet jeśli bardzo bym się starała.

Pouczasz mnie, że jestem złą żoną

Szukasz w moim domu kurzu, bałaganu i brudu. Tyle, że kurz to dla ciebie jeden pyłek, bałagan nieuprasowane rzeczy na fotelu, a brud trzy kubki w zlewie. Halo, „Mamo”. Tak. W moim zlewie stoją czasem przez noc kubki, a ciuchy czekają na uprasowanie wieczność. Ale co z tego? Bzykam się z moim mężem do upadłego, gadamy, jesteśmy szczęśliwi. Naprawdę jestem złą żoną?

A zresztą jaką ty jesteś żoną?

Nawet nie zauważyłaś, że twój mąż jest  smutny w tym sterylnym mieszkaniu. Ucieka, nurkuje w swoje światy, zakłada słuchawki na uszy, żeby nie słyszeć gderania. Wiem, że latami razem nie spaliście, bo ciągle cię bolała głowa. Spaliście nawet w oddzielnych łóżkach, a wasz syn nigdy nie widział jak się przytulacie.

Jestem okrutna? A może ty też przestań być okrutna, bo to słabe, gdy mówisz mojemu mężowi, że jestem bałaganiarą i o niego nie dbam. Dbam o niego. I dałam mu to, czego ty nie potrafiłaś. Może ciesz się z tego, zamiast mnie niszczyć.

Pouczasz mnie, że za dużo pracuję

Świat zwariował, żyje tylko pracą, kobiety dzisiaj oszalały. Nie, kobiety dzisiaj walczą o siebie. Praca jest moją pasją – i dzięki temu ja uczę dzieci, że nie da się żyć bez pasji. A nawet jeśli się da – to to życie jest jałowe i smutne. Koncentrujemy się wtedy obsesyjnie na innych, osaczamy ich.

A jak ty pracowałaś?

Żyłaś nienawidząc swojej pracy. Nie miałaś pasji. Osaczałaś więc i obsesyjnie dbałaś o innych, nie dbając o siebie. Ale czy byłaś w ten sposób bliżej i bardziej niż ja z rodziną? Nie sądzę. Też cię nie było, tylko byłaś tam gdzie nie czułaś się dobrze. Dlaczego nie możesz mnie podziwiać, że jestem tam gdzie chcę, ciesząc się, że twoje wnuki mają dobry wzór? Zazdrościsz mi, że jestem szczęśliwsza? Widzisz we mnie młodość i radość, i wściekasz się, że ty swoją straciłaś na rzeczy, które nie miały sensu? Tak to czuję. I to jest przykre.

Wtrącasz się

We wszystko. Często ziejesz ogniem i złością. Tyle w tobie jadu. Jest mi przykro, gdy to widzę, bo wiem, że pod spodem jesteś smutną kobietą, a każdy twój atak jest tylko formą wyładowania się. Na mnie najlepiej, prawda? Może mam do siebie pretensje, że czasem nie potrafię się zamknąć, że powiem coś złego, obrażę się. Wiem, że jesteś starsza. Ale po prostu tego czasem się nie da znieść. Myślę wtedy, że chciałabym, żebyś utrudniała życie tylko sobie, ale już nie innym.

A przecież sama tego nie nienawidziłaś

Nienawidziłaś swojej teściowej. Bo mówiła, że jesteś złą matką, żoną, wtrącała się. Dlaczego dziś robisz to samo? Zrozum, jesteśmy inne. Jestem gotowa na przyjaźń i porozumienie, ale przepraszam, nie tylko na twoich zasadach.

Jest mi źle z tym, że nie mogę cię podziwiać, że patrząc na ciebie boję się przemijania, bo kojarzy mi się tylko ze złością i żalem. Wiem, że nie wszystkie teściowe takie są. A zmieniać się możemy całe życie. Wierzę w to. Może dlatego jestem szczęśliwsza od ciebie?


Lifestyle Związek

„Nie zazdrość szczęśliwym parom, pomyśl co możesz zrobić”. Mężatka do innych kobiet

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
27 lutego 2016
Fot. Unsplash/Johnatan Pendleton / CCO
 

Jesteśmy parą, która w niedzielne przedpołudnie idzie na spacer do lasu. Bierzemy naszą 7– letnią córkę i psa. Dużo się śmiejemy, a w lesie gramy w podchody ( zawsze to mąż wymyśla nam gry terenowe). Potem idziemy na obiad, trzymamy się za ręce i mówimy do siebie „mycho” i „kotku”, z czego tak się śmieją niektórzy ludzie. W domu razem gotujemy, kokosimy się na jednej kanapie( my plus córka plus dwa koty plus pies) i oglądamy filmy.

Nasz związek nie jest kompromisem, rezygnacją, poświęceniem dla dziecka.  Uprawiamy seks częściej niż statystyczne trzy razy w tygodniu, jest nam dobrze, czasem uciekamy na weekend i snujemy się po polskich miastach, sami, bo nasza córka zostaje z babcią.

Jesteśmy parą (rodziną), której być może zazdrościsz na ulicy (jeśli jesteś nieszczęśliwa, smutna, zakochana lub samotna). Widzisz, że my się przytulamy i śmiejemy. A może jesteś tą samotną (w związku lub sama), która widząc jak pakujemy rowery na dach samochodu zazdrości nam szczęścia. I tego, że wyglądamy jak z kolorowego obrazka. I zawsze mamy z kim jechać na rower, kochać się, chodzić do kina.

Ale chciałabym ci coś powiedzieć, o czym rzadko się mówi. O czym rzadko mówią małżeństwa, bo to takie tabu. Te wszystkie zdrady, prawie zdrady, zobojętnienia, albo po prostu wegetowanie obok siebie, bez romansów, ale z zamrożonym ciałem. I emocjami.

Ja o naszym kryzysie mówię głośno, bo chciałabym, żeby choć jedna osoba wiedziała, że kryzys jest często składową wieloletnich związków. I że warto walczyć. Nasz związek był ruiną. Doskonale wiem co to samotność w relacji, mój mąż też to wie. Sypiałam na kanapie w salonie, często bolała mnie głowa, a on za dużo pracował. Wiem wszystko o chodzeniu później spać, żeby nie musieć się kochać.  Nie chodziliśmy przytuleni, mijaliśmy się w kuchni, nasze rozmowy dotyczyły tylko mleka w lodówce, sprzątania i dziecka. Gdybyś nas wtedy zobaczyła na ulicy, pomyślałabyś: małżeństwo to koszmar.  Albo: tylko współczuć.

Jesteśmy dowodem na to, o czym często mówią starzy ludzie– że długi związek to przypływy i odpływy namiętności. Że wszystko można wybaczyć i nigdy nie jest za późno, by próbować od nowa. I nie zawsze warto ufać odczuciom– przecież naprawdę już myślałam, że nie kocham, podczas sporadycznego seksu patrzyłam w sufit, marzyłam o innym, zazdrościłam parom w kinie i na ulicy. Chciałam znów słyszeć: „kocham” i mówić to komuś.  A przynajmniej nie czuć pustki, z którą zasypiałam i budziłam się co rano.

Nie wiem na jakim jesteś etapie życia, może mnie rozumiesz, bo też to przeszłaś, może jesteś w tej samotni teraz.

W naszym życiu nie stał się cud. Nie wróciliśmy w swoje ramiona ot tak. Nie przestałam patrzeć w sufit na „raz, dwa, trzy” . Ale wiem, że można chociaż spróbować. Zanim spakuje się walizki i odejdzie. Potrzebujemy jednak do tego kilku rzeczy.

ŚWIADOMOŚĆ

Ona jest najgorsza. Możesz zapchać życie zajęciami, miłością do dzieci, pracą. Możesz co rano się oszukiwać, że nie jest tak źle, możesz po każdej awanturze myśleć sobie: „pomyślę o tym jutro”, ale tak będzie tylko gorzej i gorzej. Mnóstwo ludzi to robi. Zamiata pod dywan. I dla przyjaciół, i dla rodziny, ale też dla siebie. Bo prawda jest tak bolesna, że nie chce się jej znać. Bo przecież jest ten kolorowy obrazek, więc jak mam powiedzieć teraz, że to tylko iluzja?

Ale jedynym rozwiązaniem to stanąć i powiedzieć sobie, że jest najgorzej na świecie. Ale nie tylko sobie mówić i dalej z tym żyć. Zrobić coś. Powiedzieć jemu, nie zwracać uwagi, gdy on rzuca: „Ale o co ci chodzi?” (częste zaprzeczenie), zadzwonić, umówić się na terapię. Inaczej prędzej któreś z was zdradzi. Albo odejdzie. Albo wycofa się w miejsce, z którego nie ma odwrotu.

Mnie świadomość tego, co się dzieje w moim domu, powaliła. „Po prostu nie kocham” – powiedziałam sobie któregoś dnia. Nie chcę bliskości. On nie chce. To guzik prawda, że jesteśmy zapracowani. Nie jesteśmy na tyle. On mnie nudzi. On mnie brzydzi czasem. I wścieka. Ileś miesięcy „chodziłam” z tą prawdą. To bzdura, że robię te awantury o łyżkę, pranie, zapracowanie. Przecież chodzi mi o coś innego. W nosie mam tę łyżkę. Ale nie mam w nosie tej pustki. I powiedziałam to. Nie, że się wkurzam, bo on. Powiedziałam, co ja czuję.

On był w szoku. A potem ja byłam w szoku – bo tak długiej listy zażaleń nie usłyszałam od nikogo. Ale cóż, tak się kończą miesiące (prawie lata życia) w fikcji.

Chciałam spakować walizki. Marzyłam o samotnych wypadach do kina i brudnych – swoich– naczyniach w zlewie. Zazdrościłam singielkom.

Ale umówiłam nas na terapię– dla dziecka. I dlatego, że obiecywałam mu, że do końca życia. Może to głupie, nie jestem specjalnie wierząca, ale jednak ważna jest dla mnie odpowiedzialność za drugiego człowieka i dane mu obietnice.

CHĘĆ ZMIANY

Bez niej nie zrobisz kroku. Ta wola zależy od dwóch stron, sama możesz zmieniać się i zmieniać, ale związek to jednak relacja. On musi chcieć choć trochę.

Miliony razy chciałam wyjść od terapeuty. Myślałam, że mój mąż zwariował, kłamie i plecie bzdury. Myślałam też, że chyba żyjemy w dwóch różnych związkach i opowiadamy dwie zupełnie inne historie. Tak zresztą było.

Ale zacisnęłam zęby. Przestałam tylko tokować, mądrzyć się, wyszłam poza „ja to, ja tamto”. Zaczęłam słuchać. Brr.

W oczach faceta, którego pokochałam byłam męczącą, znudzoną, histeryczną żoną. Byłam nieuważna (ja?!!!), skoncentrowana na sobie (ja?!!!), i nie potrafiłam słuchać (to już był cios poniżej pasa!). Po tych terapiach wychodziłam do lasu z psem (sama) i biegałam. Inaczej nie zniosłabym tych oszczerstw. Zabiłabym go. To było takie niesprawiedliwe. ( serio?)

Ale fajny jest moment, gdy nagle rozumiesz, że to bzdura, że jesteś idealna. Że czasem ktoś widzi nas inaczej. A jeśli już to zrozumiesz – czujesz, że możesz fruwać. Koniec z obwinianiem, możesz się zmieniać i też polepszyć ten związek.

PRZEBACZENIE

Tak, wiem, nie ma gorszych awantur niż te awantury bliskich ludzi. To wypominanie, świadomość słabych punktów, perfidne ich wykorzystywanie, te słowa, które zostają. O których nikomu nie mówimy, bo sami nie chcemy pamiętać.

Wybaczyłam wiele słów. Że nie da się ze mną wytrzymać, że robię syf wokół siebie, że jestem męcząca i marudna, a budzenie się koło mnie przyprawia o mdłości, bo od rana narzekam i psioczę. Że się nie staram w seksie. Wybaczyłam każde trzaśnięcie,  „rozwiedźmy się”, „radź sobie sama”. Bo pomyślałam o tym, co ja mówiłam. I nie wiem czy te słowa nie były gorsze.

W momencie, w którym przestajesz mówić „To ty mnie źle traktowałeś, bo powiedziałeś to i tamto, zrobiłeś tak i tak” w związku robi się czysto. Trzymać się teraźniejszości– to chyba najlepsze rozwiązanie.

PRACA

Tygodniami i miesiącami. Robienie kolacji i czekanie w szpilkach (choć w duchu myślisz: WTF? To jest tylko komiczne, bo na pewno nieerotyczne), wyjazdy i rezygnowanie z tych miliona bodźców, żeby być tu i teraz z tym mężczyzną. Bieganie na terapię, rozmowa, rozmowa.

Seks, którego też znów uczysz się powoli. Otwierać też się uczysz powoli. Kilka takich rzeczy wbrew sobie (ja tak miałam) i nagłe odkrycie, że to jest wciąż ten sam facet, w którym się zakochałaś. Zmienił się tylko ciut ciut. Ale przecież ja już też nie ta sama. Może możemy od nowa, choć inaczej?

Dodaj do tego nieustanną pracę nad sobą, dobre chęci, nadzieję i już związek bardziej przypomina związek, a nie trupa. A przecież mogłam się rozstać i przy kolejnym partnerze dojść do tego samego. Szkoda rodziny, miłości i tego co razem zbudowaliśmy. Szkoda domu, wspólnych kubków i planów.

Jeśli jeszcze jest jakaś nadzieja – zrób wszystko. Nie jest powiedziane, że nie można pokochać znów tego samego mężczyzny.

A ty dziewczyno samotna, nie zazdrość parom i małżeństwom z dziećmi. Ludzie w wieloletnich związkach, jeśli chcą mieć wspaniale, najczęściej muszą już nad tym pracować. Ciesz się, że to czyste zakochanie, bez pracy, wciąż przed tobą.


Lifestyle Związek

Jak żyć w związku i nie zwariować? Kilka rad szczęśliwej mężatki

Żona w średnim mieście
Żona w średnim mieście
19 grudnia 2015
Fot. iStock / AleksandarNakic

Tyle się mówi i pisze o tym, jak trudno jest przetrwać w związku. Na ile pokus jesteśmy narażeni. Z artykułów często wylewa się nieszczęście i ból. Zdrady, rozstania, nieporozumienia. Czasem myślę: czy ja żyję w innym świecie?! Jestem z moim mężem 15 lat. Kocham go dużo bardziej niż na początku. Czuję się z nim bliżej.

Kocham nasze soboty, przedświąteczne poranki, zakupy, rozmowy. Czy ja jestem nienormalna? Nie, jestem normalną kobietą. Nie jestem wierząca, więc to nie religia trzyma mnie przy jednym mężczyźnie, z którym zresztą mam dziecko. Kłócimy się, mamy czasem gorsze momenty, różnimy się. On mi zawsze mówi, że najbardziej ceni mnie za to, bo jestem kobietą, która nie robi ciśnienia. Bo to prawda. Zawsze myślę co ja mogę w sobie zmienić, każdy kryzys zaczynam analizować od siebie. Nie, nie biorę na siebie wszystkich win. Ale to na siebie mam wpływ, to siebie mogę zmienić.

Ostatnio przeczytałam bardzo ciekawy wywiad w W.O Extra. Wypowiadał się terapeuta par. Opowiadał o pewnej żonie, która przyszła na terapię, bo chciała się rozwieść z mężem. Powodem były problemy z erekcją. „Ona chciała, żeby on był połączeniem matki Teresy, komandosa i jeszcze kilku innych bohaterów”.

Ja tego nie oczekuję. I trzymam się w życiu kilku zasad. Może Ty też spróbuj?

Po pierwsze: lubię rodzinę męża i akceptuję teściową

I to naprawdę nie jest tak, że moja teściowa  jest chodzącym ideałem. Nie jest. Na początku małżeństwa zdarzały się spięcia. Ona też lepiej wiedziała, jak powinnam mieć w domu, jak powinnam trzymać dziecko, kąpać syna, żyć. Do tej pory pewnie wie, ale ja kompletnie odpuściłam. Przecież i tak robię co chcę, jestem silna, niezależna. Otworzyłam się na nią.

Zobaczyłam w niej matkę mojego ukochanego mężczyzny, drugą kobietę i… to zadziałało. Ona też odpuściła. Potrafimy przegadać same pół nocy w kuchni, ufam ją i cenią. Chociaż charakter ma zupełnie inny niż ja.

Nawet żałuję, że nie spędzę akurat tych świąt z nimi, bo u rodziny mojego męża jest po prostu weselej…

Po drugie: nie muszę mieć zawsze racji

Ja już dawno zrezygnowałam z racji. Ona jest taka męcząca. Czemuż to mam przekonywać kogoś za wszelką cenę do tego co myślę?

Na przykład mój mąż dziś nie chce iść na manifestację pod sejmem. Ma swoje argumenty, dla mnie od czapy, ale co ja będę się z nim kłócić? Szkoda mi soboty. Pójdę sama i nie wysnuwam od razu teorii, że nasz związek nie ma sensu.

Po trzecie: nie zaogniam konfliktów

Jeśli widzę, że mój mąż wraca do domu wściekły, nie czaję się na niego jak sęp, żeby go pożreć. Przypomnieć o rachunkach, szkole dziecka, obowiązkach. Nie poruszam tego dnia trudnych spraw. Jestem feministką, żadną tam cichą żonką, ale w tej kwestii słucham się mojej babci i ukochanej ciotki, które miały szczęśliwe, wieloletnie małżeństwa– czasem warto zejść komuś z drogi. Dla dobra– że tak powiem– wyższych spraw

Po czwarte: nie oczekuję, że mąż zaspokoi wszystkie moje potrzeby

Gdy mam takie tendencje myślę sobie. Halo, a czy ja jestem dziwką w łóżku, perfekcyjną panią domu, idealną matką i super bizneswoman w jednym? No nie jestem. Więc dlaczego on ma być? Jeśli myślisz teraz: Ale ja jestem perfekcyjna– to lepiej pomyśl co możesz zrobić, żeby przestać być i nie oczekiwać tego od niego.

Po piąte: nawet najpoważniejsza kłótnia nie jest w stanie mnie od niego oddzielić

Nawet jeśli do trzeciej w nocy wrzeszczymy na siebie, ja rano odpuszczam. Przychodzę się przytulić, wyciągam pierwsza rękę. On też się tego nauczył. Nie, nie zamiatam problemów pod dywan, ale rozwiązuje je pokojowo, a nie przemocą ( np. milczeniem przez parę dni)

Po szóste: reaguję

Nie zamiatam problemów pod dywan. Na bieżąco ( chyba, że punkt 3.)

staram się wyjaśniać. Nie zachowuję się przy tym jak wojownik idący na wojnę. Nie krytykuję, nie histeryzuję, nie atakuję, nie dotykam czułych punktów. Jestem dyplomatą w negocjacjach. Nie używam słów: „bo zawsze”, „bo nigdy”. Mówię po prostu, że niektóre rzeczy MNIE ranią.

Po siódme: dbam o nas

Nawet, gdy jestem bardzo zmęczona. Robię kolację, którą on lubi. Prasuję mu koszulę choć nienawidzę, przytulam go. I pytam: co JA mogę dla niego zrobić.

On nauczył się tego samego. Jeśli dostajesz, najczęściej zaczynasz też dawać.

Po ósme: staram się w seksie

J.w. Prawie zawsze:) Poza sytuacjami, gdy też jestem bardzo zmęczona.

Po dziewiąte: nie uważam, że moje dziecko jest ważniejsze od męża

Jest bardzo ważne, kocham je jak szalona, ale nie stawiam go przed mężem w codziennych sytuacjach. Nie gram w grę: „tata jest niedobry, a my tu razem”, „jestem lepszą matką”, „robię dla rodziny więcej”, „nie możemy nigdzie wyjechać”.

Po dziesiąte: mam swój świat

Przyjaciółki, pasje– tam realizuję tę część siebie, której nie jest w stanie zaspokoić mój mąż. Z przyjaciółkami mam ten rodzaj bliskości, której on mi dać nie potrafi, bo jest inny. W pasjach szukam adrenaliny, której w codzienności czasem nie ma.

Po jedenaste: nie robię ciśnienia

O nic, bo szkoda mi życia. Nie kłócę się o rozrzucone ręczniki, naczynia w zlewie, niezapłacony rachunek. Mi po prostu szkoda czasu na spory o drobiazgi. Szczególnie, że po 15 latach naprawdę wiem jaki jest mój mąż i gdzie go na pewno nie zmienię. To po co w ogóle mam się denerwować? Wolę być szczęśliwa.

I to wszystko nie jest zgniły kompromis. To jest robienie sobie dobrze i czynienie mojego życia lepszym. Dzięki temu dom to moja opoka, ucieczka przed światem. Tu znajduje spokój.

PS. Metody działają, pod warunkiem, że nie jesteś żoną Pana Złego, czy Pana Egoisty Nie Zmienię się Nigdy.