Związek

Podobno każde małżeństwo składa się z kilku związków. W którym jesteście wy – kochankowie, wspólnicy czy współlokatorzy?

Redakcja
Redakcja
8 lipca 2021
fot. bernardbodo/iStock
 

Dla dobrego zobrazowania małżeńskiego życia fajnie jest zastanowić się, jakie w nim przyjmujemy role i jak sobie w nich radzimy. Terapeuci wyróżniają sześć głównych typów relacji w związku. Sprawdź.

Czemu służy taki podział relacji małżeńskich? Określenie, w której z tych sześciu sfer występuje konflikt może pomóc parze ustanowić swoje własne strategie zapobiegania nieporozumieniom i przyczynić się do lepszej komunikacji w związku. Te sześć relacji w naszym małżeństwie to sześć pól w obrębie których toczą się nasze małe małżeńskie konflikty. Jedną z najbardziej użytecznych strategii ich rozwiązywania, jest zatem odkrycie tego elementu, w którym idzie nam najgorzej. Pamiętajmy jednak zawsze, że tak jak przyjaźń nie powinna być wykorzystywana w celu rozwiązywania problemów na polu seksualnym, tak seks nie powinien regulować problemów związanych na przykład z nieporozumieniami w relacji „współlokatorskiej”.

1. Kochankowie

Ten typ relacji opiera się na namiętności, miłości, pożądaniu i seksie. Gdy przestaje dobrze działać, mimowolnie wpływa na pozostałe relacje. Często wykorzystywany jest do tego, by wymusić lub sprowokować jakieś działania w pozostałych pięciu sferach związku. A to bardzo źle. „Karanie” brakiem seksu sprawia, że zaczynamy traktować go jako narzędzie manipulacji, a nie sposób na zaspokajanie naturalnej potrzeby czułości i bliskości. Stąd tylko krok do niezdrowej, krzywdzącej relacji między partnerami.

2. Przyjaciele

Tutaj głównymi składnikami relacji są lojalność, zaufanie, sympatia i poczucie oparcia w drugiej osobie. Gdy brak tej relacji, związek nie rokuje dobrze – swojego partnera nie wystarczy przecież kochać, trzeba go także lubić. Jak bardzo jest to ważne, przekonujemy się szczególnie wtedy, gdy namiętność gaśnie, albo gdy choroba lub inne życiowe okoliczności wymuszają na nas ograniczenie kontaktów fizycznych. Przyjaźń w związku to zatem zobaczenie w partnerze czegoś „więcej” niż jego atrakcyjność i ciało.

3. Wspólnicy

Kiedy jedno z partnerów wykorzystuje swój lepszy status materialny jako narzędzie ograniczające lub uzależniające od niego drugą osobę, dochodzi do sytuacji, w której możemy mówić o przemocy ekonomicznej (źle jest już wtedy, gdy będąc w związku małżeńskim odczuwamy silny dyskomfort związany z tym, że to drugie zarabia więcej). Dwa osobne konta czy jedno wspólne, to kwestia do dogadania. Stosunek „moje”/”nasze” to już kwestia mentalności, o wiele trudniejsza do zmiany.

4. Towarzysze

Dobre „towarzyskie” relacje z partnerem gwarantują nam miło spędzony czas we dwoje, a nawet nie tylko we dwoje, bo warto być z kimś, z kim po prostu dobrze czujemy się idąc do znajomych, do teatru, czy na kawę… Jeśli wasz związek to nie tylko namiętność i emocje, ale również porozumienie intelektualne czy „pokrewieństwo dusz”, ten element związku zawsze będzie pomocny w rozwiązywaniu konfliktów na innych polach. Po co tracić czas na kłótnię o niezaładowaną zmywarkę, kiedy można zaplanować wspólne wyjście ? 😉

5. Współlokatorzy

O tę zmywarkę tu chodzi… Wspólne mieszkanie to przede wszystkim logistyka i podział obowiązków. Ale także kompromisy, dopasowywanie się pod względem potrzeb, preferencji (ty lubisz słuchać głośno muzyki, on kocha swoje ćwiczenia w domowej mini- siłowni), ustępstwa i wspólne decyzje (gdzie postawimy regał, jak ma wyglądać nasza kuchnia). To naprawdę ważny typ relacji w małżeńskim życiu, często stanowiący odzwierciedlenie problemów w innych sferach (kłócimy się o nieporozumienia w relacji erotycznej, na złość nie załaduję tej zmywarki, niech sobie sam ładuje).

6. Rodzice (nie tylko dla dzieci, ale również jako prowadzący np. biznes)

Nie jest dobrze, kiedy nie zgadzamy się w kwestiach wychowawczych. Badania wykazują, że nieporozumienia na tym tle stanowią pokaźny (ok 49%) odsetek wśród głównych powodów konfliktów w małżeństwie. Równie niszczące dla związku są problemy związane z odmiennymi koncepcjami prowadzenia rodzinnej firmy. Dlatego mówi się, że sprawa wychowania dzieci to jedna z podstawowych kwestii jaką przyszli małżonkowie powinni omówić przed ślubem.

 


Związek

„Powoli dociera do mnie, że będę cierpieć jeszcze bardziej, bo ignorowałam „czerwone lampki” na początku związku”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
8 lipca 2021
fot. Matthias Lindner/iStock
 

Powoli uczę się, że ignorowanie czerwonych lampek ostrzegawczych, które widzisz na początku, jest prawdopodobnie najgorszą rzeczą, jaką można sobie zrobić, ponieważ one nigdy nie zmieniają koloru na zielony i nigdy nie gasną. Powoli uczę się tego starego banału, że czerwone lampki, które ignorujesz od początku, stają się powodem, dla którego później odchodzisz. Powoli uczę się, że tylko dlatego, że chcesz kogoś zatrzymać, oznacza, że ​​okłamujesz samą siebie na temat tego, co widzisz i co czujesz gdzieś głęboko, w środku.

Powoli uczę się, że należy słuchać pierwszych podszeptów intuicji, tego pierwszego poczucia, że coś jest nie tak. Widzieć tę pauzę, która następuje, kiedy dostrzegasz drugą twarz – wydawałoby się bliskiej – osoby. Dać dojść do głosu temu niepokojowi, że coś jest nie tak. Że albo cię okłamuje, albo tobą manipuluje. To uczucia, których nie powinno się ignorować. To czerwone lampki ostrzegawcze, które żeby przeoczyć, trzeba naprawdę bardzo chcieć. A najwyraźniej świecą w miarę upływu czasu, już post factum.

Powoli uczę się, że ignorowanie czerwonych lampek prowadzi bezpośrednio do bólu i rozczarowania. Obudzisz się w związku, który nie daje ci tego, czego byś chciała. Już zawsze będziesz czuła, że obniżasz swoje standardy, rezygnujesz z marzeń i siebie, cały czas idziesz na kompromis. Pozwalasz na rzeczy, na które nie chcesz pozwalać. Tkwisz w pułapce. Nie kochasz bezwarunkowo i nie jesteś bezwarunkowo kochana. Nie ufasz i ciebie nikt nie darzy zaufaniem. Stajesz się kimś innym. Defensywną wersją siebie. Wątpiącą, schowaną, rozedrganą.

To nie jest tak, że wierzę w związki oparte na totalnej zgodzie, takie, w których nie ma różnic, wyzwań, konfliktów. Nie. Ale każdy powinien otrzymać tyle miłości, ile sam daje, na ile zasługuje. I to jest więcej, niż tylko trwanie przy kimś. Nie jest normalnym pozwalanie komuś na wmówienie nam, że „to już wszystko, co może ci dać i na co zasługujesz”. Nie. Nie jest normalnym uwierzyć, że jeśli komunikujesz swoje potrzeby, to jesteś histeryczką, roszczeniową babą. Nie. Nie można dopuszczać do tego, że ktoś sprawia, że czujemy się niegodni, niekochani. To nie jest normalne, że ktoś wywołuje w tobie poczucie, że prosisz o zbyt wiele, prosząc de facto o absolutne minimum.

Powoli uczę się, że zostawianie tego, który sprawia, że masz poczucie, że kochać cię to niezwykły wysiłek i trudność, jest najlepszym wyborem, jakiego możesz dokonać. I im wcześniej to zrobisz, tym lepiej dla ciebie.

Im więcej czerwonych lampek zignorujesz, tym więcej czasu zmarnujesz.

 

 


Związek

Pandemia sprawiła, że spałaś dłużej. Jak przekonać szefa, że nie zrezygnujesz z nowych przyjemnych zwyczajów, gdy wrócisz do biura?

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
8 lipca 2021
fot. PeopleImages/iStock

Pandemia kompletnie zmieniła nasze poranne rutyny. Zero pośpiechu, by umyć włosy (w kamerce nie widać, że są przetłuszczone). Nie trzeba pędzić, by złapać metro albo autobus (z łóżka do biurka masz tylko trzy metry do przejścia!). Więc spaliśmy dłużej!
Według badania przeprowadzonego na University of Colorado Boulder – uczniowie, uczęszczający na zajęcia zdalne spali teraz średnio o 30 minut dłużej w ciągu tygodnia i 24 minuty dłużej w weekendy niż podczas zwykłego semestru przed pandemią. Wielu pracowników „przesunęło” też prawie o godzinę swoje budziki. Na później! To dobrze czy może – źle? I co możemy zrobić z tym odkryciem, że dostosowanie się do własnych biologicznych potrzeb wpływa na naszą koncentrację, poczucie szczęścia i kreatywność?

17 godzin tygodniowo więcej na sen

Przepytałam swoje przyjaciółki, jak spały podczas pandemii.

– Odkryłam, że o godzinie 16.00, tuż po pracy świetnie mi robi półgodzinna drzemka. Przed pandemią w tym czasie zwykle jadłam batona, by się jakoś zreanimować do dalszej pracy. Boże, jak trudno będzie mi z tej drzemki zrezygnować – powiedziała mi Iwona ze łzami w oczach.

Większość z osób, która pracowała lub nadal pracuje na tzw. home office odkryła, że ich życie nabrało kolorów, gdy zyskali godzinę lub półtorej dla siebie. Wcześniej ten czas marnowali w środkach komunikacji miejskiej lub stojąc w korkach we własnych samochodach.

– Przeliczyłam sobie, ile tygodniowo miałam czasu dla siebie w pandemii. To czas z odzysku!  A więc 10 godzin (tyle spędzałam w komunikacji miejskiej) plus 5 godzin (tyle prasowałam ciuchy, prostowałam włosy i robiłam makijaż) plus 2 godziny (tyle przeznaczałam na pakowanie torby, zawijanie kanapek i przygotowywanie lunchu do pracy) – mówi Grażyna. – Wyszło mi, że w tygodniu zyskiwałam 17 godzin tylko dla siebie – na dodatkowy sen, na jogę, na… co-tylko-sobie-zamarzyłam!

Jak przekonać szefa?

Kiedy coraz więcej firm wraca już do normalnych procedur, naukowcy twierdzą, że niekoniecznie wszyscy musimy wracać do stanu rzeczy ze stycznia 2020 roku. Céline Vetter, która kieruje uniwersyteckim Laboratorium Epidemiologii Dobowej i Epidemiologii Snu w Kolorado, twierdzi, że pracodawcy powinni skorzystać z nagromadzonego w ostatnich miesiącach materiału dowodowego, który mówi jasno, że optymalizacja cykli snu pracowników może poprawiać ich produktywność. Jasne! Tylko jak o tym przekonać szefa, który z „home office” właśnie „zaprasza” cię właśnie po drugiej dawce szczepienia do wysiadywania tzw. „dupo-godzin” od godz. 8.00 do 17.00? No jak?

Cztery racjonalne argumenty naukowców, które pomogą ci przekonać szefa do bardziej elastycznego sposobu pracy

1. Mam biologicznie uwarunkowany „późny chronotyp”

Wiadomo, że wszyscy ludzie są zwierzętami dziennymi i to jest poza dyskusją. Jeśli ktoś będzie próbował wmówić szefowi, że doskonale funkcjonuje mentalnie dopiero po godzinie 17.00, to nie ma szans, że zostanie potraktowany na serio. Prawdą jednak jest, że każdy z nas ma genetyczne predyspozycje, które warunkują albo „wczesny chronotyp” (wstajesz rześka skoro świt), albo „późny chronotyp” (wstajesz „grubo” po wschodzie słońca). Oznacza to, że rozpoczęcie pracy o godzinie. 9.00 rano może być dla dwóch pracowników zupełnie inną biologiczną rzeczywistością. – Jeśli jesteś „wczesnym chronotypem”, czyli „skowronkiem”, to o tej godzinie czujesz się jak „w połowie dnia” – mówi Vetter. – Natomiast  dla „sowy” to środek nocy.

2. Zostanę w pracy po godzinach

Profesor psychiatrii Diane Boivin, która kieruje Centrum Badań i Leczenia Rytmów Dobowych w Instytucie Uniwersytetu Zdrowia Psychicznego w Douglas oferuje stażystom elastyczne godziny pracy. Chociaż wszyscy muszą być obecni w laboratorium od 10.00 rano do 16.00, to pozostałe dwie godziny są do ich dyspozycji – mogą przychodzić wcześniej lub pracować później. Pewnie w idealnym świecie staralibyśmy się dopasować harmonogram pracy do biologicznego wzorca jednostki, ale nie zawsze jest to wykonalne – twierdzi Boivin. Ponieważ potrzebny jest moment interakcji pracowników, to trzeba podejmować kompromis.

3. Sowy są równie produktywne co skowronki

Profesor na Uniwersytecie Waszyngtońskim Christopher Barnes, który bada wpływ snu na pracowników, mówi, że wokół harmonogramów pracy nagromadziły się stereotypy. Jego badania sugerują, że ludzie, którzy zdecydują się rozpocząć dzień wcześniej, są postrzegani jako bardziej produktywni i sumienni niż ich koledzy, nazywani „sowami”. – Jeśli nie zmienimy tych założeń, pracownicy nie będą chcieli skorzystać z rozwiązań, które pozwolą im rozpocząć pracę później.

4. Drzemka doda mi energii

Barnes sugeruje, że „pokoje do drzemki” mogą również pomóc pracownikom odpocząć. – Zamiast postrzegać drzemkę w pracy jako próżniactwo, powinniśmy myśleć o tym jako o inwestycji – mówi. Piętnaście minut przestoju może pomóc w zwiększeniu kreatywności, ale ludzie muszą czuć się komfortowo, wybierając tę opcję. Jego zdaniem liderzy firm powinni być widziani podczas korzystania z tych pokojów i powinni rozmawiać o tym, jak ważne jest, aby być dobrze wypoczętym w pracy. To zdecydowanie lepsze podejście niż chwalenie podwładnych, którzy w biurze pojawiają się bardzo wcześnie lub pracują do ciemnej nocy.

***
Presja wczesnego wstawania, długiego przesiadywania w biurze i przekonanie, że praca jest ważniejsza niż nasz sen — dawno już powinny odejść do lamusa.  Etat od 9.00 do 18.00 nie oznacza to, że jest to najlepsze rozwiązanie dla wszystkich. Bądźmy dla siebie łaskawsi i spróbujmy z pandemii wyciągnąć wnioski. Wielu z nas potrzebuje więcej… SNU! To jest po prostu zdrowe! Może więc warto pokusić się o rozmowę z szefem. Może się uda?

W tekście wykorzystałam badania opublikowane w serwisie: wired.com


Zobacz także

Czy spotkałaś na swojej drodze kolekcjonera? Mężczyznę, który unika zobowiązań, jak ognia

dupek zawsze zostanie dupkiem

My to jednak bywamy głupie i naiwne. Porzućcie płonne nadzieje: dupek zawsze zostanie dupkiem. Wy go nie zmienicie

Czego najbardziej brakuje nam w związku? Bez czego nie da się zbudować wspólnego szczęścia