Związek

Tych błędów w miłości już nie popełnię…

Femme fatale
Femme fatale
3 lipca 2016
Fot. iStock/Prochkailo
 

Jaka ja byłam głupia, jaka ślepa… tak mogłaby się zaczynać ta opowieść, ale się nie zacznie. Nie skończy też się „…i żyli długo i szczęśliwie”. To opowieść zupełnie inna. Te wszystkie błędy, które popełniałam w miłości, zaprowadziły mnie dokądś. Czasem śmieję się, czasem płaczę – ale cieszę się, że jestem właśnie tu. Nawet, gdy myślę, że do szczęścia w miłości jeszcze daleka droga, wiem, że w pewnych miejscach nigdy się już nie znajdę. Bo najlepiej uczyć się życia żyjąc, a miłości – kochając… Tak, czasem kochając głupio i niemądrze.

Tych błędów w miłości już nie popełnię…

Nie będę myśleć, że moja miłość na wszystko „wystarczy”…

Nie będę, bo już tam byłam. Stałam w tej wodzie po kostki, po kolana i po pas… i wiem, że nawet, gdybym zanurzyła się po czubek własnej głowy i tak by nie wystarczyło. Wtedy nie chciałam tego wiedzieć, nawet mi to przez myśl nie przemknęło. Czy żałuję? Nigdy nie będę żałować, bo bez tego, nawet mając pięćdziesiąt lat nikomu bym nie uwierzyła. Jeśli tam byłaś, też to wiesz, jeśli nie – i tak mi nie uwierzysz. Są w naszym życiu takie emocje, którym nie da się nie ulec, które tworzą i niszczą równocześnie, ale przede wszystkim pokazują, jak cholernie mało i dużo zarazem może człowiek kochający.

Nie móc wszystkiego w miłości, nie móc w pojedynkę, nie mieć już jak walczyć – to ważne rozczarowanie, takie, które oswojone, daje siłę. Nie pozwól tylko by cie zatruło. Potem – tak, jest jakieś potem – sobie podziękujesz.

Wierzyłam, że z nami, będzie inaczej – że będziemy inni…

To jeden z najgorszych błędów, bo sama wiara nie wystarczy… Bo ona najmocniej przesłania nam rzeczywistość. Jest wymówką, strachem przed tym, co się zbliża. Aż pewnego dnia możesz obudzić się „tam” i będąc „nimi”. Tymi, których całe życie nie rozumiałaś, w miejscu, do którego przez całe życie nie chciałaś trafić. Nawet nie wiesz, jak i kiedy to się stało.

Myślałam, że miłość jest wieczna…

… a gdy raz uda ci się ją znaleźć i usidlić możesz się czuć bezpiecznie. Że to najtrudniejsze, poczuć to coś, wygrzebać z dna tego popapranego świata. A potem wystarczy już tylko pielęgnować. Voila, gotowe, happy end i konfetti.

Bullshit. Nic wieczne nie jest oprócz pokusy ulegania wizji tego co łatwiejsze, piękniejsze, lepsze. Lubimy mówić: miłość jest wieczna, tylko ludzie się zmieniają… Tak gładko zapominając, że ta miłość to ludzie. Że nie da się jej wlać do słoika i zostawić na potem, w lodówce, żeby się nie zepsuła. Szkoda.

Myślałam, że prawdziwa miłość (każda prawdziwa) jest warta każdej ceny…

Długo tak myślałam. I dojrzałość, i dorosłość z błędu mnie nie wyprowadziły. Dopiero dzieci pokazały mi, że niektóre miłości z innymi nigdy nie wygrają. Że odbywamy milion podróży, a mamy tylko jeden port. Takie miejsce, do którego zawsze prowadzi nas niewidzialna nić, nawet gdy kompas wskazuje zupełnie inną drogę. Może to dobrze, może źle… pewne jest tylko, to, że jest i będzie. I że prawdziwych miłości można mieć wiele, ale nigdy nie da się ich przeżywać sprawiedliwie i po równo. Trudno się z tym pogodzić.

Wierzyłam, że miłość zwycięży wszystko…

Miłość to wszystko czego potrzebujesz, a reszta zawsze się jakoś ułoży… Bo jak mogłoby być inaczej. Przecież tak bardzo kochamy. Kto to wszystko poskłada, sklei jak nie my, no kto? Ten wariant pomija tylko jeden, malutki i najważniejszy detal. Miłość – taka w prawdziwym świecie, to nie solówka na scenie, to nie monodram jednego aktora…

… nie chciałam widzieć, że nie da się kochać za dwoje, być za dwoje, być całym światem…

… bo czasem powiedzieć sobie, że czegoś nie można zrobić – to powiedzieć sobie „nie będę mieć życia, o którym marzyłam”… tyle, że te marzenia się ciągle zmieniają, nie sztuką jest wymyślić, tylko nie przegapić tych, po które możemy sięgnąć.

W miłości nie wszystko zależy tylko do ciebie. Gdy nie grasz w zespole, żadna miłość nie przetrwa i żadna nie skończy się dobrze, jeśli tego nie chcesz widzieć.

Wierzyłam, że miłość z natury jest dobra… i że zawsze jakaś na nas czeka

Ten błąd chcę popełniać w nieskończoność, zawsze. Chcę zawsze mieć w sobie choć krztynę naiwności, dziecięcej wiary, nadziei. Bo bez tego świat byłby smutny, cyniczny, zraniony swoją własną naturą. Bez tego – żadnej miłości nigdy by nie było.

Dziś, po tych wszystkich latach, nadal szukam miłości w miłości. Może znajdę ją tuż za rogiem w miłości nieco utraconej albo potknę się o nią na ulicy. A może wróci ta stara, zupełnie odmieniona?

Nie wiem:
– czy ją mam czy już ja straciłam,
– czy nie potrafię jej dostrzec, bo zmieniła się nie do poznania,
– czy leży na kanapie i czeka, aż znajdę czas by spokojnie obok niej usiąść.

Wiem tylko, że dziś bez moich błędów, nie miałabym tak wiele. Może byłabym już zbyt daleko by dać jakiejkolwiek miłości szansę się znaleźć, gdzieś na dworcu autobusowym w dziale rzeczy zaginionych. Czasem tak dobrze jest jeszcze nie wiedzieć i trochę pobłądzić – najważniejsze, to tylko swoich błędów nie żałować.


Związek

Dobry seks zaczyna się po trzydziestce…

Femme fatale
Femme fatale
23 lipca 2016
Dobry seks zaczyna się po trzydziestce
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

Wiele kobiet histerycznie boi się trzydziestych i czterdziestych urodzin, jakby były wyrokiem, nieuniknioną równią pochyłą. Dopiero, gdy są już tam, widzą, że… było warto.

– A Ty pamiętasz swój seks młodej dziewczyny, jako coś niezwykłego? – pyta znajoma, a ja gorączkowo przeszukuję swoją pamięć. I muszę się naprawdę skupić. Wniosek jest jeden – seks jak seks, było coś, kiedyś, jakoś, ale żadnych fajerwerków nie było. Hmm, dlaczego? – myślę głośno. Ona też myśli podobnie. Nawet, jeśli wtedy wydawał się cudowny – dziś wiemy, że „wydawał się” to najtrafniejsze słowo.

Inna znajoma opowiada o swoich spotkaniach z nieco młodszym kochankiem, mówi – Dla niego to kosmos. Jakby odkrywał Amerykę, choć wcale różnica wieku nie jest ogromna, a on do nieśmiałych chłopców nie należy. Wciąż i od nowa zachwyca się tym, jak inny i dobry seks można odkrywać ze świadomą, bardziej dojrzałą kobietą – dodaje. I wcale nie ma na myśli żadnych perwersyjnych wyczynów. – On się nie może nadziwić tym, że kobieta szczerze cieszy się seksem!

Chichoczemy chwilę nad błędami swoich młodości i cholernie cieszymy się, że mamy już trzydzieści lat.

Dobry seks zaczyna się po trzydziestce, bo:

– nie traktujesz już swojego ciała jako waluty…

… choć nierzadko właśnie ono jest lepsze niż u niejednej osiemnastki, która jeszcze nie MUSI o nie tak dbać. Jakaś zmarszczka, uda nieprzypominające standardem tych z okładki CKM-u? Co? Nie dowierzasz sama sobie, że kiedyś mogłaś myśleć tymi kategoriami. Nic dziwnego, że wszystko cię zawstydzało. Wcześniej naprawdę wierzyłaś, że musisz być idealna, a nawet jeśli nie – musisz przynajmniej poświęcić się, aby tę nieidealność ukryć perfekcyjnie.

I wcale nie przejmujesz się tym, że twoje ciało będzie się zmieniać – bo będzie. Co, masz z tego powodu założyć pas cnoty i worek pokutny, bo nie jesteś już dwudziestką? Absurd jakiś. Przecież kochasz seks, namiętność – zupełnie inaczej niż kiedyś. I w głowie ci się nie mieści, żeby z tych wszystkich emocji rezygnować przez jakieś „pierdoły”.

Jasne nadal masz swoje kompleksy, bardzo różne. Ale już wiesz, że kompleksy zazwyczaj niewiele mają wspólnego z rzeczywistością. Wiesz, że one mieszkają w twojej głowie – a jeśli ktoś jest blisko ciebie na tyle, by dzielić z tobą łóżko – one zwyczajnie się kurczą.

– dopiero wtedy masz naprawdę wolny umysł…

… a gdy masz wolny umysł, możesz się wreszcie skupić. I naprawdę cieszyć się w łóżku. Nie myślisz cały czas:
– co on sobie pomyśli,
– czy dobrze wyglądam,
– czy dobrze coś robię,
– a co, jeśli…

Itepe, itede. Wcześniej byłaś w łóżku jak uczeń przed egzaminem. Never again. Coś sobie pomyśli, jaśnie pan? Co?! Nawet nie zamierzasz się tym przejmować, za mądra jesteś na to.

A gdy twoja głowa jest naprawdę wolna – dopiero szczerze seks może cię cieszyć.

– nie boisz się ciała swojego partnera…

… Nie zachowujesz się już ani jak stażysta na pierwszych zajęciach z anatomii, ani jak niewprawnie maskujący swoją nieporadność furiat. Nie boisz się, bo nie boisz się rozmawiać w łóżku. To nie te czasy, gdy pewne rzeczy nie przechodziły ci przez gardło (i proszę tutaj nadmiernie nie świntuszyć ze skojarzeniami). Wręcz zastanawiasz się – skoro byłam gotowa TO zrobić – dlaczego nie umiałam TEGO nazwać, zapytać, powiedzieć? Jakież to było beznadziejnie nielogiczne.

I nie traktujesz jego penisa jak poganiacz tygrysów w cyrku. Ani jak osobliwego kaktusa. Bo jest w tobie więcej doświadczenia, życia, tolerancji i akceptacji – nie tylko dla swojego ciała, dla świata w ogóle. Nie analizujesz wszystkiego, częściej bierzesz życie jakim jest.

– bo masz szacunek do swojego ciała…

Wiesz ile potrafi. Często jesteś już matką – wiesz wtedy, że twoje ciało jest zbyt silne, niezależne, by sprowadzać je do pustej powierzchownej oceny. Wiesz jaką może mieć moc. Sporo razem już przeszliście – w końcu ponad trzydzieści lat, byłoby beznadziejnie głupio skreślać je z powodu nie nazbyt smukłej łydki. Przecież to niepoważne. Ale dopiero teraz zaczynasz to rozumieć, ba! w ogóle dostrzegać.

– potrafisz zaufać w łóżku partnerowi…

… nie boisz się, po prostu słuchasz swojego ciała. I wcale nie musi to oznaczać ekstremum. Nie ma przecież listy do odhaczenia. Po prostu wiesz, że niczego nie musisz – i wiesz też, że możesz chcieć. Lubisz szukać, potrafisz się zrelaksować. Wreszcie seks na każdym „etapie” jest odprężeniem – a nie sytuacją, w której czujesz, że musisz się pilnować (po prostu wcześniej nie wiedziałaś tak dobrze, że to nie ma sensu).

– seks nie jest już dla ciebie tak śmiertelnie poważny…

A ty wręcz kochasz się łóżku śmiać.

– orgazm kiedyś i orgazm dziś – znaczy zupełnie co innego…

Jedno jest pewne – trzydzieści świeczek na torcie nie daje gwarancji wygranej w szóstki seksualnym totku, nie. Najczęściej jednak nasze życia toczą się podobnie i gdzieś okolicach tej magicznej trzydziestki – uczymy się bardziej kochać siebie… i sprawiać sobie przyjemności – zamiast wiecznie się karcić.

I możecie się burzyć, że to nie jest prawda, że wcześniej seks może być udany. Owszem, może. Ale nikt tak jak kobieta nie musi nauczyć się w łóżku swojego ciała. Nauczyć się go słuchać, dopieszczać. Tego czasu nie da się kupić i zastąpić. Każda z nas musi sama dojść do tego w momentu w życiu, w którym stanie przed lustrem i po prostu się do siebie uśmiechnie.

I wiecie co? Chyba już nie boję się tego, że kiedyś będę mieć czterdzieści czy pięćdziesiąt lat. Teraz – ja trzydziestolatka wiem, że życie jest za krótkie i zbyt skomplikowane, żeby jeszcze fundować sobie kiepski seks. Więc drogie baby, cieszcie się życiem – i seksem! Bo tak!


Związek

Choć raz w życiu oszaleć z miłości, kochać się jakby jutra nie było i złamać serce… bez tego nie da się żyć naprawdę

Femme fatale
Femme fatale
5 czerwca 2016
Fot. Splitshire/ Daniel Nanescu / CC0 Public Domain

Pamiętam jak wtedy padał deszcz. Zupełnie inaczej niż zwykle. Tak głośno tłukł o blaszany parapet i wył… A ja z nim. Pamiętam też dokładnie zapach pościeli, w której kochaliśmy się tak, jakby świat nie istniał, albo miał się zaraz skończyć. Do dziś szukam tego zapachu w nakrętkach płynów do płukania, bez skutku. I pamiętam dokładnie jak po prostu leżeliśmy na plaży, a ja marzyłam tylko o tym, by ta chwila zastygła… tak naiwnie, młodzieńczo.

Bo są takie chwile, bez których życie nie byłoby tym samym życiem. Nawet jeśli potem długo liżesz rany, skomląc jak pies…

Choć raz w życiu oszaleć z miłości

Kompletnie stracić głowę i serce. Robić milion głupich rzeczy, które wydają się tak naturalne. Nie myśleć przez chwilę, nie liczyć, nie mierzyć, nie odcinać kuponów. Jak zwierzę zanurzyć się w tych emocjach bez opamiętania. Zachłannie.

Bo oszaleć z miłości, to:
– śmiać się jak szaleniec, który nie ma żadnych trosk
– płakać ze szczęścia, z powodu rzeczy, których nigdy byśmy nie zauważyli
– tarzać się w trawie
– i tańczyć na palcach.
– nie musieć spać i jeść
– odwrócić bieg czasu albo go zatrzymać
– być tolerancyjnym jak nigdy wcześniej
– nie czepiać się
– uśmiechać się bez powodu
– łaknąc ludzi razem z ich zaletami i wadami
– poznawać tak wiele nowego
– czuć inaczej niż zwykle. Czuć: emocje, smaki,  świat i ludzi. Pełniej z otwartymi oczami (choć pozornie jesteśmy tak zaślepienie tą miłością).

Być szczerym i otwartym, gotowym do zmian bez strachu w kieszeni i zbędnych kalkulacji. To znaczy żyć – tak po prostu.

Choć raz w życiu kochać się, jakby jutra nie było

Ach, tak. Nie sposób dobrze opisać tego uczucia, gdy sama zdumiewasz się sobą. Gdy namiętność w jednej chwili uwalnia cię od  najgorszych kompleksów. Czujesz dzikość i bezpieczeństwo – i one w tak oczywisty sposób współegzystują.

Gdy ktoś dotyka cię tak, że nigdy już tego dotyku z siebie nie zmyjesz, nie będziesz chciała. I ten seks nie musi być ani długi, ani dziki, ani tajemniczy. To magia chwili. To i chemia i więź. To moment, którym bez granic poznajesz… jego, siebie, wasze ciała. Zaufanie i zgoda na podróż. Nie boisz się, bo jesteś pewna, że to lądowanie będzie wyjątkowo miękkie. Zamykasz oczy i skaczesz – po to by pofrunąć.

Zrzucić z siebie bagaż ograniczeń w łóżku, mieć ku temu okazję, to:
– odkryć swoje ciało na nowo, jakby się je widziało po raz pierwszy,
– czuć jakby wszystko przedtem było tylko gapieniem się na wystawę ze słodyczami
– zbadać swoje granice bez żadnego ryzyka
– kochać się i pieprzyć równocześnie
– dostać więcej niż się oczekiwało
– być oddanym, być naprawdę we dwoje
– poznać prawdziwą magię i wartość seksu – ta wyjątkowa zostaje na zawsze.

Dziękuje ci M. za ten lot balonem.

Choć raz w życiu złamać serce

W tę podróż pojechałam z D.. Motyle, dreszcze, przygoda. A potem kawałek wspólnego życia. Wszystko tak nagle urwane, jak rozpoczęte. I ja tak zaskoczona, że przez chwilę nie wiedziałam, kim jestem. Dzisiaj dziękuję ci D. za to, że złamałeś mi wtedy serce, a nawet chciałeś złamać życie, bez tego nie wiedziałabym, że:
– to nie mogła być miłość, bo żadna miłość nie jest okrutna
– kochać, to najpiękniejsze ale i najgorsze co może nas w życiu spotkać
– park jesienią może przyprawiać o łzy lub o uśmiech
– mam tyle siły
– wspomnienia mogą mieć zapachy, kolory, rytm. Że mogą wprawiać w drżenie powietrze, być sygnałem, że pora uciekać do prawdziwego życia
– że można czuć tak wiele naraz
– cierpieć jak nigdy w życiu, a potem podnieść się z kolan.

Bez ciebie drogi D. nie poznałabym nigdy potem smaku prawdziwej miłości, ani potęgi jaką ma szczera radość, która rodzi po ogromnym smutku, po stracie. Ta pierwsza, która odmienia wszystko. Nie nauczyłabym się chronić przed złem, do którego wszystkie siły wszechświata cię ciągną. Nie dojrzałabym jako kobieta, kochanka. Nie ty jeden złamałeś moje serce, ale ty po raz pierwszy w życiu wystawiłeś mnie do walki z lękiem. Wygrałam (choć nie wiem jak obstawiałeś zakłady).

Nie cierpienie nie uszlachetnia. Uczy pokory. Jest lekcją – choćby tego, by nigdy nikogo tak nie potraktować.

Choć raz w życiu oszaleć z miłości, kochać się jak by jutra nie było i złamać serce… bez tego nie da się żyć naprawdę. Przynajmniej ja bym nie chciała… Może raz dobrze a raz źle, ale nigdy w życiu nie będziecie mieli okazji tyle dowiedzieć się o sobie.