Związek

Już wie, że skok w bok nie jest wart ryzykowania małżeństwa. Zyskuje się chwilę, stracić można całe życie

Poli Ann
Poli Ann
1 kwietnia 2022
skok w bok, zdrada, para, seks
fot. ShaneKato/iStock
 

Ich historia nadaje się na serial,  taki tasiemiec z dwoma milionami odcinków. Sinusoida, że hej. A temat powielany od zawsze, gdy wplątuje się w związek zakazany, gdy robi się skok w bok. Najpierw ekstaza, czekanie na wiadomość – czy będzie, co napisze. Nieśmiałe rozmowy przez telefon. Och, łatwo nie było, ta cholerna pandemia wszystko im przedłużyła.


Rozalia skomentowała jego zdjęcie na insta. Piękny widok, nagle szczyty gór i on – pan życia. Odpisał. Szybko go wygooglowała. Pracuje w takim a takim zawodzie, czyta to i to, kocha góry, jest chyba w związku, bo na kilku zdjęciach przewija się ta sama dziewczyna. Nieoznaczona.
Pisze im się dobrze  o górach, o sporcie, sushi, które uwielbiają. Piszą w sumie codziennie tak niewinnie, bo on szybko przyznaje, że ma żonę. Rozalii to w sumie nie przeszkadza, przecież nic złego się nie dzieje, taka kumpelska wymiana. Wysyłają sobie memy, piosenki, linki do filmów. Trwa pandemia. Przykuci do komputerów wtapiają się w wirtualny świat. On czasami znika, żona woła. Rozalia więc czeka na ikonkę wiadomości od niego. W międzyczasie szuka tej jego drugiej połówki.

Znajduje ją w końcu na fejsbuku. Niebrzydka, ale żeby jakaś piękność od razu? Zwyczajna dziewczyna, chyba kosmetyczka, bo wstawia sporo zdjęć paznokci i różnych makijaży. Zaczyna śledzić jej profil, by wiedzieć, co dzieje się w jej życiu. Ania, bo tak ma na imię, nie pokazuje nic prywatnego, prowadzi własną działalność i po to ma konto w mediach społecznościowych. Czarek, jej mąż też na fb nic nie pokazuje. Ale nudne mają życie. A może nic uch nie łączy? Rozalia czuje się uprawiona, by z nim trzymać kontakt. Stopniowo ich znajomość ewoluuje.

Gdy obostrzenia są nieco poluzowane, spotkają się parku. Niewinnie. Tylko rozmowa i kawa na wynos. Dla niego to miły przerywnik w ciągu dnia, dla niej esencja całej doby. Dotyk pojawia się dużo później, jak i pocałunek, który inicjuje on. Piszą codziennie, intensywnie. Spotykają się regularnie, piją kawę w tym parku, potem w małym pensjonacie, gdzie płacą gotówką i w ogóle nie pokazują dowodów. Jest gorąco, namiętnie. Realizują dzikie fantazje. On kocha jej ciało, ona kocha jego. I czeka  sama nie wie na co, bo ich rozmowy nie dotyczą przyszłości, lecz kiedy i gdzie się spotkają.

Gdy nadchodzi kolejny lockdown, Rozalia wariuje, chce go zobaczyć, on nie może się wyrwać, jest na kwarantannie. Ona śledzi go i jego żonę na fejsie, wydzwania, pisze, gdy Czarek ją blokuje, ta wpada w szał. Spada w czarną nicość, traci kontrolę nad sobą, jest kłębkiem nerwów. Czarek pisze raz, że to koniec, że ma dość, że nic jej nie obiecywał i że zachowuje się jak stuknięta.  Dotyka ją to do żywego. Umawia się po cichu do jego żony na paznokcie, dumnie siedzi przy jego stole, pije herbatę z jego kubka, gdy nieświadoma niczego Ania robi jej hybrydę. Czarek wymyśla pretekst, by odprowadzić Rozalię do auta. Dziewczyna triumfuje, on traci grunt pod nogami.

Spotyka się z nią znowu, Rozalia się uspokaja, on robi wszystko, by tylko żona się nie dowiedziała. Teraz to Rozalia rozdaje karty. Na paznokcie do Ani już nie przychodzi, ale nadal obserwuje jej profil. Czarek czuję się jak w matni. Każdego dnia żałuje znajomości z kochanką i gdy dostaje propozycję zmiany pracy, przyjmuje ją bez zastanowienia. Namawia żonę na wyjazd. Nad morzem będzie pięknie. W końcu fakt,
że na fejsie się nie oznaczają i nie są zbyt aktywni, przynosi upragnione skutki. Czarek zmienia numer telefonu, namawia żonę na profil pod inną nazwą, by na nowo budować swoją markę. Niczego nieświadoma Ania zgadza się na to i cieszy z przeprowadzki. Cezary jeszcze nie śpi spokojnie. Nie wie, co Rozalii strzeli do głowy.

Widział do czego jest zdolna. Ona sama szaleje, szuka go, wypytuje, ale on umiejętnie zatarł wszystkie ślady. Każdego wieczoru, całując Anię, ma ogromne wyrzuty sumienia, żałuje pozornie bardzo niewinnego romansu. Docenia żonę i już wie, że żaden skok w bok nie jest wart ryzykowania małżeństwa. Zyskuje się chwilę, a stracić można całe życie.


Związek

Co taka kobieta, jak ona, mogła mu dać? Traktowano ją jak harpię, która poluje na młodszych

Poli Ann
Poli Ann
19 kwietnia 2022
fot. lowk/iStock
 

Wpadła na trening spóźniona. Dziewczyny już były po rozgrzewce, a Aśka dopiero się przebierała. Wszystko przez Lenę, która strasznie się guzdrała przed wyjściem na angielski. Te dziewczyny dojrzewają teraz jakoś wcześniej. – Żeby czternastolatka chciała pudrować nos i stroiła się jak nie wiem? Zwariować można! – pomyślała Asia wiążąc buty. Wypadła z szatni jak burza prosto w ramiona jakiegoś młokosa.


– Komuś tu się bardzo spieszy! – skomentował uśmiechając się mile.
– I tak jestem spóźniona. Przepraszam pana – powiedziała szybko. Jeszcze jej wypadek potrzebny. Psia kość!
– Pana? Ja Maciek jestem- znów wyszczerzył uzębienie i patrzył się jej prosto w oczy.
– Pewny siebie – pomyślała.
– Aśka – rzuciła i pobiegła na zajęcia.

Chłopak przyjrzał się jej uważnie. Drobna, średniego wzrostu, włosy związane w niedbały warkocz. Na pewno starsza od niego, ale jakaś taka dziewczęca, krucha, że chciałoby się ją przytulić. Aśka nie wiedziała, że obserwował ją przez całe zajęcia, kiedy to w rytmie muzyki spalała kalorie i wyrzucała z siebie wszystkie złe emocje, jakie zgromadziła w ciągu dnia. A trochę tego było. Zbliżający się audyt, dojrzewanie córki, choroba mamy i jeszcze ten mail od Piotra – ojca Leny, który w związku z pandemią wnioskuje o zmniejszenie alimentów. Koszmar, żeby tak się p każdą złotówkę wykłócać?! Żeby Asia faktycznie z tych pieniędzy korzystała dla własnych korzyści, to jeszcze, ale duma i przyzwoitość nie pozwalały jej na to.

Wsparcie było jej potrzebne. Kredyt, alergia Leny, leki, ubrania, buty, dodatkowy angielski- to wszystko kosztowało. A Piotrowi tak źle nie było skoro budował się za miastem i co i rusz miał nową narzeczoną.  Nawet Lena się z tego śmiała.

Aśka wyżyła się na treningu, potem tak na dobicie poszła jeszcze na bieżnię. Lena miała nocować u Zuzi, więc nie trzeba było się spieszyć.  Maciek znów obserwował
kobietę kątem oka i nie potrafił wyjaśnić, dlaczego go tak zainteresowała. Zawsze gustował w brunetkach, wysokich, smukłych. Lubił się chwalić dziewczynami, wybierał te najładniejsze. Koledzy mu zazdrościli tych modelek u jego boku, jak to mawiali. Aśka natomiast, niebieskooka blondynka z warkoczykiem, bez sztucznych
rzęs i z resztką makijażu, drobnej budowy totalnie niepasująca do jego typu, miała w sobie to coś, czego on nie potrafił zdefiniować. Na siłowni mnóstwo dziewcząt
wzdychało do niego, on zawsze uśmiechnięty i miły, wysoki, dobrze zbudowany, zadbany blondyn o takim spojrzeniu, że mógłby roztopić nim pół Antarktydy. Na
powodzenie zatem nie narzekał.

– Ta bieżnia się zacina- wyjaśnił widząc jak Asia walczy ze sprzętem.
– Albo mnie nie lubi – odparła lekko.
– Chyba nie ma powodu.
– Coś by się znalazło – dodała i zarumieniła się lekko, bo zdała sobie sprawę z tego, chyba nie tak powinna wyglądać ta konwersacja, przecież ten chłopak może mieć nie więcej niż dwadzieścia pięć lat podczas gdy ona nieuchronnie zbliża się do czterdziestki.
– Widocznie czas na trening już się skończył. Proszę jest twoja – dodała i zeszła z bieżni kierując się do szatni. Maciek podziękował i skorzystał z zaproszenia.

Asia nie musząc się spieszyć, wzięła prysznic, wysuszyła włosy, w torebce znalazła o dziwo tusz do rzęs i błyszczyk. Poprawiła więc lekko urodę i wyszła z klubu. Szła
zamyślona, analizując w głowie dzisiejszy dzień. Dotarła do auta, otworzyła bagażnik, wrzuciła torbę sportową i usłyszała pisk opon. Odskoczyła prędko. Auto zatrzymało się tuż przed nią.

– O Jezu, przepraszam. Nie widziałem pani! – kierowca wyskoczył z auta. – Zadzwonił telefon, a ja głupi odebrałem. Jest ciemno,  pani ma ciemne ubrania, auto też ciemne. Wszystko się zlało – w głosie mężczyzny słychać było zdenerwowanie. – Wszystko w porządku? – i dopiero teraz się zorientował w czyj samochód o mały włos by nie wjechał.

– Asia…
– Tak Asia, imię wciąż to samo. Ja na szczęście też ta sama, w jednym kawałku, ale mało brakowało. Jeden jeden – skwitowała.
– Jeden jeden? Aaa, no tak. Rachunki wyrównane, a szkoda, bo chciałem się zrehabilitować – uśmiechnął się.
– Nie trzeba – odparła nieco zdenerwowana.
– Ja nalegam. Szybka kawa, ok?
– Maćku posłuchaj…
– Czuję już delikatne „spadaj”, ja po prostu chcę zachować się jak wypada. Mało cię nie staranowałem. Proponuję kawę, tu na dole w klubie, żeby milo zakończyć dzień. To chyba nie jest karalne?
– No nie wiem…
– Jestem pełnoletni, stanu wolnego, sam stanowiący o sobie, niekarany, zdrowy na umyśle, chorób brak, przyjazny – i znów ten uśmiech. – Aśka co cię zbawi? A ja będę spał spokojnie.

To jak wypowiedział to „Aśka” zupełnie ją rozbroiło.

– Dobra chłopaku, dowód pokażesz w kawiarni – odwzajemniła uśmiech. I poszli. Siedzieli do północy, bo tak długo kawiarnia przy siłowni była otwarta, oferując fitciasta i napoje dla najbardziej zapracowanych. Było zwyczajnie bez nadęcia, wesoło. I rozmawiało im się zdecydowanie za dobrze, choć dzieliło ich równe
piętnaście lat. Może dlatego Aśka była tak swobodna, bo nie traktowała tej kawy w ramach relacji damsko-męskiej. Ot, kawa z kumplem z klubu.

– Fajny dzieciak – pomyślała, wsiadając do auta i machając mu na pożegnanie.

Maciek wróciwszy do domu, znalazł ją w mediach społecznościowych. Nie była zbyt aktywna. Kilka krajobrazów, zdjęcia jej sylwetki gdzieś z dala. Żadnych informacji o życiu prywatnym. Nie napisał następnego dnia. Nie chciał się narzucać. Taką kobietę należało zdobywać powoli. Odezwał się w dniu jej treningu. Zwykła gadka, trochę o pogodzie, o ćwiczeniach. Zaproponował kawę. Odmówiła.

„Chłopaku, mam dziecko, cztery dychy zaraz na karku i kredy” – napisała konkretnie. Dziś był dzień audytu, była poddenerwowana, nie miała ochoty na amory z jakimś gówniarzem, który pewnie założył się z kumplami z siłowni, że się z nią umówi.

„Dziewczyno, mam ćwierć wieku, kota, dwóch chrześniaków i kredyt studencki” – nie dawał za wygraną. Nie odpisała, choć ją rozbawił. Za dużo jednak miała teraz na
głowie. W klubie w kolejnym tygodniu minęła go bez słowa. Bała się tych emocji jakie w niej wywoływał. Po treningu podszedł do niej:

– Zawsze tak olewasz ludzi? – zapytał prosto z mostu.
– Zawsze podrywasz starsze? – odpaliła.
– Co wiek ma tu do rzeczy? Miło spędziłem z tobą czas, dawno mi się z nikim tak dobrze nie rozmawiało. Chciałbym to powtórzyć po prostu, czy to zbrodnia?
– Słuchaj ja… – zaczęła, ale jej przerwał.
– Co ty? Bo masz więcej lat? I co z tego? Pesel definiuje? Serio? Bo jestem młodszy, to kawa zakazana? Kurczę Aśka… – spojrzał na nią z wyrzutem.
– Nie lubię, kiedy ktoś mi przerywa. Za kawę dziękuję – powiedziała hardo, nie podając powodu. Musiała dziś być w domu punktualnie. Lena nie zawsze spała u przyjaciółki.
– Ok – odparł już nie naciskając i wrócił do ćwiczeń.

Aśka zaś szybko udała do auta. Nie myślała o nim za dużo. Tata dzwonił i donosił, że mama gorzej się czuje, więc Asia swoją uwagę skierowała w stronę rodziny. Maciek zaś myślał o niej intensywnie. Była inna, poważna, twardo stąpająca po ziemi, jako matka zapewne odpowiedzialna, przy czym bystra, zabawna i momentami taka… delikatna. Starsza owszem, piękna, zadbana, pociągająca, choć nie do końca chyba tego świadoma, zamknięta szczelnie w przeciwieństwie do jego koleżanek z roku. Nie wytrzymał, napisał po kilku dniach. Ona odpisała też nie od razu, wyznała jednak, że musi odpuścić treningi, że ma sprawy rodzinne i te pe. Poszukał więc trochę w sieci  znalazł firmę w której pracuje i pewnego dnia, gdy wychodziła z biura on po prostu na nią czekał z kubkiem kawy w ręku.

– Żartujesz sobie  – zrobiła wielkie oczy.
– Bynajmniej – i podał jej kawę. Padała z nóg, a musiała jeszcze jechać po zakupy dla mamy, ta kawa to był dar od niebios.
– Dziękuję – szepnęła i uśmiechnęła się tak, że chciałby ją przytulić.
– Gdzie masz auto? – zapytał trzymając emocje na wodzy.
– U mechanika – odparła upijając łyk.
– Co się stało?
– Zgubiłam tłumik. Banał, ale do końca tygodnia jestem zdana na komunikację miejską.
– To zapraszam – i wskazał na swoje auto.
– Maciek nie trzeba. Korki są, a tramwajem dojadę w dwadzieścia minut – broniła się.
– Owszem, ale dziś był wypadek i tramwaje też mają opóźnienia, bo któryś się wykoleił, więc chyba droga ci się przedłuży.
– Serio? – znów upiła łyk kawy.
– To jak? – spojrzał jej w oczy  nieco za długo. Już miała odmówić, ale wizja godzinnej drogi nie bardzo odpowiadała tym bardziej, że chciała jeszcze zajrzeć do mamy.
– Dziękuję, bardzo dziś mi to rękę – powiedziała szczerze.
– No i taką Aśkę lubię – znów uśmiechnął się tak, że zrobiło się jej gorąco.

Zawiózł ją do domu. Po drodze rozmowa o życiu, pracy, jego obronie magisterki, jej chorej mamie i audycie w pracy. Nie spodziewała się, że gdy po godzinie wyjdzie z
domu, by odwiedzić rodzicielkę Maciej będzie nadal czekał pod blokiem, by znów ją podwieźć. Każdego dnia rano czekał tak na nią twierdząc, że i tak jedzie na uczelnię i może ją podrzucać. Dziwnym trafem zawsze pasowało mu, by ją odwieźć do domu.

Asia najpierw się krygowała, potem zdała sobie sprawę z tego, że na niego czeka, że lubi jego towarzystwo, że ma z nim o czym rozmawiać i że po prostu się jej podoba. Pisali do siebie codziennie, pomagał jej przetrwać trudne chwile w pracy. Ona jemu doradzała w pisaniu pracy magisterskiej, bo akurat jego temat to był jej konik. Po jej treningu zawsze szli jeszcze na bieżnię. Lena świetnie radziła sobie sama, a gdy wyjechała wiosną na szkolną wycieczkę, a babcia poczuła się lepiej,  Asia w końcu miała kilka dni dla siebie. Spędzili je razem i wtedy dopiero pozwoliła sobie na coś więcej – na namiętny pocałunek, którego szalenie się bała. Wiedziała bowiem, że gdy da dostęp do swojego ciała, Maciej nie będzie już tylko kumplem. On kumplem być zresztą nie zamierzał i gdy kolejnego dnia zjawił się u niej w domu wieczorem niezapowiedziany, wyszedł dopiero rano.

Aśka pijana szczęściem ledwo wytrwała do szesnastej, by znów wpaść w ramiona Maćka. Wtedy wyznał jej, że ją kocha, że to nie jest przelotny romans, że chciałby z nią być. Lena go zna i lubi, mogliby więc spróbować. Aśka od dawna tak się nie czuła, fruwała wręcz, co zresztą zauważyła jej bystra matka:

– Asiu, dziecko, to nie przystoi.
– Nie rozumiem mamo.
– On jest za młody. Lena was obserwuje, nie wstyd ci?
– Mamo nie – Aśka się zaperzyła. – Nie robię nikomu nic złego. Nie rozbijam rodziny. Dobrze mi z nim, a Lena go lubi i widuje go częściej niż rodzonego ojca, który co i rusz ma nową panienkę.
– A ten Maciek ożeni się z tobą ? – kobieta wypaliła.
– Oby nie! Jeden ślub już miałam – Aśka śmiała się w głos. – I starczy.
– To może przyprowadź go na obiad.
– Mamo pogadam z nim. Mi jest dobrze jak jest. Nie jestem panną na wydaniu.
– Halinko, Asia ma rację  niech żyje jak chce – dodał tata.
– Zobaczysz on cię rzuci. Pozna młodszą i zostaniesz na lodzie- dodała matka.
– Mamo i tak byłam sama na lodzie. Potrafisz mnie pocieszyć, jak zawsze…

Aśka nie znosiła nadopiekuńczości matki. Zawsze słyszała od niej, że sobie nie poradzi, że chłopak ją rzuci, że jest za mało lub za bardzo przebojowa, że nikogo sobie
w życiu nie znajdzie albo że jest za stara (jak już ktoś się znalazł), a teraz na dodatek, że demoralizuje nastoletnią córkę.

Starała się o tym nie myśleć, ale patrząc na powodzenie Maćka faktycznie trudno było być spokojną. Te młode dziewczyny same do niego pisały, zaczepiały na siłowni, nawet gdy obok była ona. Aśka zaś nie wisiała mu na szyi, nie sprawdzała go, była taka normalna i za to ją kochał. Kochał to, że jest dla niej wsparciem, że ona mu ufa, że pozwala mu odebrać Lenę z zajęć. Kochał jej delikatne zmarszczki wokół oczu i radosny śmiech, którym wybuchała coraz częściej. Kochał jej spokój i dojrzałość, jej zawstydzenie i to, że przy nim się otwierała. Matka nadal wbijała jej szpile, a gdy w końcu wylądowali u niej na kolacji atakowała Maćka pytaniami typu „kiedy ślub?”.

Nawet wtedy się nie pokłócili, tylko śmiali. Pierwszy zgrzyt pojawił się, gdy siostra Maćka skomentowała dobitnie wiek Asi, a ten myśląc, że to niewinne żarty nawet nie pomyślał, że jego partnerce jest po prostu przykro. Niefajnie też było na weselu kumpla Maćka, który najpierw Asi nie chciał zaprosić, a gdy w końcu to zrobił to
grono znajomych dało jej wyraźnie odczuć, że nie jest „ich”. Dziewczyny z przekąsem odpowiadały o podbojach Maćka sugerując, że Asia jest tylko jedną z panienek do zaliczenia. Maciek starał się ratować sytuację, ale nie bardzo mu to się udawało. Aśka poza tym nie miała wspólnych tematów z dwudziestolatkami. Bo o czym miała rozmawiać z dziewczętami, które jeszcze nie wiedzą czym jest życie a i tak uważają, że wiedzą o nim wszystko?

Wtedy Aśka poprosiła Maćka o zwolnienie tempa, zrezygnowała też ze wspólnego wypadu w góry, absolutnie nie oczekując, że on z nią zostanie. Nie został. Przecież to tylko zwykły wypad, nie mógł wiedzieć, że uprzejme koleżanki wyślą Asi jego zdjęcia, gdy pijany w sztok leżał w objęciach jakiejś rudej dziewczyny. Aśka nie zrobiła mu awantury. Wiedziała, że zrobiły to specjalnie, poczuła jednak, że ten związek dużo ją kosztuje, że ciągle musi się komuś tłumaczyć z tego, że jest starsza.

Co taka kobieta, jak ona, mogła mu dać? Mogła jedynie mu zaoferować zwyczajne życie, z jej córką u boku, byłym mężem i nadopiekuńczą matką. I podporządkowanym ojcem. Maciek był młody, powinien próbować życia,  zbierać doświadczenia, a nie wieść nudne życie u boku czterdziestki , która zaraz będzie przewrażliwiona na punkcie swojego wyglądu. A tego bała się najbardziej.

Nie zerwała z nim przez SMS. To była długa rozmowa  podczas której oboje płakali. Asia była rzeczowa  trudno. Było podważyć jej argumenty.

– Sama miłość to za mało – powiedziała w końcu czując, że brakuje jej tchu.

Maciek wyszedł, zamilkł, nie dzwonił. Tymi słowami pokroiła mu serce na milion kawałków.

– Dobrze zrobiłaś córeczko – skwitowała pewnego dnia matka, a Asia choć się lekko wtedy uśmiechnęła wcale nie podzielała jej zdania, poczuła nagły skurcz w żołądku i zrozumiała, że popełniła jeden z większych  jak nie największy błąd w swoim życiu.


Związek

Wiem, że nasza miłość jest silnie toksyczna. Że ciągniesz mnie w dół i zniewalasz

Poli Ann
Poli Ann
24 marca 2022
fot. skynesher/iStock

Jesteś największą miłością mojego życia. Moim oddechem,  słońcem. Wszystkim, co mam i kocham. Jednocześnie wiem, że nasza miłość jest silnie toksyczna. Że ciągniesz mnie w dół i zniewalasz. Jesteś moim efektem jojo. Moją czkawką. Moim  bumerangiem. I choć, gdy za każdym razem znikasz, obiecuję sobie Ciebie więcej nie wpuszczać do swojego życia, to i tak zawsze to robię. I nie potrafię powiedzieć dlaczego.

Czy są to te Twoje oczy  którymi roztapiasz wszelkie lody, jakie na chwilę skują moje serce? Czy uśmiech, któremu nie mogę się oprzeć? Czy przytulenie, dzięki któremu przez moment czuję się ważna i bezpieczna?

Ja – przewodnicząca szkoły, aktywna zawsze i wszędzie inicjatorka wszelkich akcji, wygadana, niegłupia, ambitna i przebojowa. Ty – buntownik, zawsze idący pod prąd, pewny siebie, nie idący na kompromisy.

Wszyscy nam kibicowali. „Taka piękna para” – mówili, a ja wierzyłam, że razem zdobędziemy świat. To ja ciągnęłam cię za uszy w klasie maturalnej. Miałeś taki potencjał, a nie chciałeś się uczyć. To wtedy zniknąłeś pierwszy raz. Nikomu nic nie mówiąc, nawet mnie, choć byłam ponoć Twoją brakującą połówką. Odchodziliśmy od zmysłów, ja, Twój brat, rodzice i przyjaciele. Ty zaś bawiłeś się w najlepsze odreagowując rzekomy stres. Nie myślałeś o innych. Wróciłeś i miałeś pretensje, że się o Ciebie martwimy.

– Potrzebuję przestrzeni – powtarzałeś, a ja starałam się to zrozumieć. Znikałeś, gdy tylko miałeś ochotę. Nie było reguły. Zapewniałeś mnie o miłości, o tym, że mną oddychasz, mnie potrzebujesz i tylko ja Ciebie rozumiem, po czym szukałeś swojej przestrzeni. To nie kobiety były Twoimi kochankami, lecz ta przestrzeń bliżej nieokreślona, z którą wciąż mnie zdradzałeś, a ja wierzyłam, że jestem na tyle silna, by to zrozumieć.

Nie rozumiałam, ale byłam przecież taka wyjątkowa. Nie mogłam zawieść ani siebie ani Ciebie. Kłóciliśmy się głośno, godziliśmy jeszcze głośniej. Nikt tak nie grał na moim ciele jak Ty. Chyba od Twojego dotyku byłam uzależniona. Gdy znikałeś, a ja po raz setny pisałam Ci sms, żebyś nie wracał, okłamywałam samą siebie. Tak bardzo chciałam być twarda i móc nie umieć wpuścić Cię z powrotem do mojego życia, ale

Ty zjawiałeś się nagle, rujnując spokój, jaki osiągnęłam. Naręcza kwiatów, lot balonem, pierścionek zaręczynowy podarowany w miejscu publicznym, przeprosiny w radiu, kupno mojego wymarzonego auta. Oj tak potrafiłeś mnie do siebie przekonać. Szukałeś tej swojej przestrzeni, po czym na nowo pojawiałeś się w moim życiu, z którego nie potrafiłam cię wyrzucić. Wracałeś jak bumerang. Gdy tylko czułeś, że mogę odejść, natychmiast byłeś obok. Gdy zmieniłam pracę, gdy straciłam naszego synka, gdy zaszłam w kolejną ciążę, gdy zainteresował się mną Robert. Jak tylko wracałam do siebie, odzyskiwałam równowagę, Ty wyrastałeś spod ziemi z tym swoim bezczelnym uśmiechem. Broniłam się przed Tobą nieudolnie. Mój upór tylko Ciebie motywował.

Przeżywaliśmy swoje miodowe chwile, po czym na nowo swoim zniknięciem niszczyłeś to, co zbudowaliśmy. Wracałeś do swojej przestrzeni. A może do mnie?

Nie wiem, kogo wolałeś bardziej.

Wszyscy mi mówili, bym zamknęła drzwi przed Tobą na cztery spusty, bym zaczęła żyć i oddychać samodzielnie. Nawet Twój brat nie był w stanie Cię wybronić. Twoja matka przepraszała mnie przez łzy, teść zaciskał pięści, bo przecież nie tak Cię wychowywali. Ja za każdym razem obiecywałam sobie, że tym razem Ci nie otworzę, że pozwolę sobie na myślenie tylko o moim szczęściu, że ojciec widmo nie jest dobrym tatą. I gdy nabierałam sił i świetnie radziłam sobie bez Ciebie, Ty nagle pojawiałeś się znikąd. Jak czkawka, której nikt nie chce i się nie spodziewa. Jak efekt jojo, którego nie da się przewidzieć. Liczyłam, że znikniesz na dobre, po czym przerażona życiem bez Ciebie po cichu liczyłam, że wrócisz. I liczę nadal, choć twardo udaję, że jest inaczej.

Nasza miłość to ciągle rozstania i powroty. Sinusoida, historia niczym z opery mydlanej. Odcinek 2794.

Za miesiąc komunia naszej córki. Ciebie jak zwykle nie ma. Prosiłam  byś nie wracał, dał nam spokój. Tego chce moja głowa. Ona doskonale wie, co dla mnie najlepsze. Gani mnie, przywołuje do porządku, pozwala w miarę normalnie funkcjonować. Serce moje zaś przytakuje zerkając na mnie pobłażliwie. I bezczelnie, nie pytając mnie o zdanie, bije szybciej, gdy tylko usłyszy zgrzyt klucza w drzwiach, licząc na to, że staniesz w nich Ty…