Związek

W którym roku małżeństwa ryzyko rozwodu jest najwyższe?

Redakcja
Redakcja
17 lipca 2022
ryzyko rozwodu
fot. iStock/ Daniel Ernst
 

Nowożeńcy i stare małżeństwa mają jedną wspólną cechę – nigdy nie mają pewności, jak długo będą razem. Słyszeliście o „kryzysie siódmego roku”, ale czy to zjawisko jest rzeczywiście prawdziwe? Jak długo trwa przeciętne małżeństwo? Czy istnieje, jak zdaje się sugerować słynne zdanie, „najtrudniejszy rok małżeństwa”, czy też jest to mit? Czy możesz przetrwać najtrudniejsze lata małżeństwa bez zwiększania ryzyka rozwodu? Czy istnieje wskaźnik rozwodów według stażu małżeńskiego, czy też nie ma to ze sobą nic wspólnego? 

Nie ma wzoru matematycznego, który pomógłby nam jednoznacznie obliczyć ryzyko. Pewne jest jedno – rozwodzą się i 20-, i 80-latkowie.  Są jednak badania, które dają nam ogólne wyobrażenie o tym, jak prawdopodobne jest, że twoje małżeństwo zakończy się w danym roku swojego istnienia. Oto, co wiemy.

Jakie są czynniki ryzyka rozwodu według długości małżeństwa?

Rok 1-2: Wysokie ryzyko

Ryzyko rozwodu w pierwszym roku małżeństwa jest wysokie. Pierwszy rok to nie tylko miesiąc miodowy – emocje po weselu opadają szybko, a szara rzeczywistość wydaje się bez tej bajkowej scenerii jeszcze bardziej szara. To czas na dotarcie, czas, w którym na jaw wychodzą nasze prawdziwe cechy, których być może u siebie nawzajem nie dostrzegaliśmy, albo uznawaliśmy za nieuciążliwe. Przed młodymi wyboista droga do dogadania się. Powodem, dla którego małżeństwa rozpadają się tak szybko jest też to, że zwyczajnie pary nie zdążyły się ze sobą zżyć na tyle, żeby chciało im się pracować nad związkiem. Brutalne, ale prawdziwe.

Rok 3-4: Średnie ryzyko rozwodu

Przeciętna para zaczyna mieć dzieci około trzeciego roku wspólnego życia, a dzieci zwiększają stabilność związku i zmniejszają ryzyko rozwodu. Dzieci pomagają wam pozostać razem. Ale nie przeceniaj bezpieczeństwa, jakie dziecko wnosi do małżeństwa. Jedno z badań przeprowadzonych na 522 parach wykazało, że jakość małżeństwa zaczyna spadać po czterech latach. Zaczynamy z wysokiego C, nic dziwnego, że nie dajemy rady tego utrzymywać w nieskończoność.

Rok 5-8: Wysokie ryzyko

Być może słyszałeś o „kryzysie siódmego roku„, frazie spopularyzowanej przez sztukę z 1952 roku, a później film z Marilyn Monroe w roli głównej. Odnosi się do długotrwałej teorii, że satysfakcja z relacji spada po około siedmiu latach. Rzeczywiście, pogląd, że małżeństwa utknęły w martwym punkcie po siedmiu latach jest poparty danymi.

Istnieje kilka powodów, dla których jest to jeden z najbardziej ryzykownych okresów dla małżeństwa. W tym momencie młodsze dzieci są już wystarczająco duże, aby pary nie czuły aż tak dużego lęku przed rozstaniem. Około siódmego roku zaczyna słabnąć „efekt dziecka”.  Innym wyjaśnieniem jest to, że „kryzys siódmego roku” stał się tak znormalizowanym pojęciem, że jest teraz samospełniającą się przepowiednią. Pary, które są już nieszczęśliwe, mogą podświadomie czekać na siódmą rocznicę, aby ostatecznie zakończyć małżeństwo.

Rok 9-15: Niskie ryzyko rozwodu

W dziewiątym roku  małżeństwa większość par nie ma już w domu niemowląt i istnieją pewne dowody na to, że wraz z wiekiem dzieci rodzice zgłaszają zwiększoną satysfakcję z relacji (istnieją również dowody na to, że ryzyko rozwodu wzrasta wraz z wiekiem dzieci, więc bądźmy czujni). Tymczasem pary, które docierają do 10-lecia, doświadczają niższego ryzyka rozwodu w każdym kolejnym roku. Eksperci mówią, że może to być wynikiem tego, że oczekiwania dotyczące relacji stają się z czasem bardziej praktyczne. To też czas, kiedy jesteśmy już ze sobą mocno związani emocjonalnie i rozstanie jest dla nas bardzo bolesne.

Rok 15-20: Średnie ryzyko

Rozwodu w wieku 50 lat stała to nowość, ale takich spraw prawnicy mają coraz więcej. W USA nazywa się je „szarymi rozwodami”. Ludzie są coraz bardziej świadomi, coraz częściej zaczynają rozumieć, że żyli w tradycyjnym związku bez miłości, z przyzwyczajenia i kosztem własnego szczęścia. I w końcu osiągają punkt krytyczny. Resztę życia chcą przeżyć w szczęściu.

 


Związek

Kogo i czego w życiu słuchać? Trzy najlepsze opcje

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
18 lipca 2022
słowa wsparcia
fot. FilippoBacci/iStock
 

Dziś Światowy dzień słuchania. W kalendarzu takie uzasadnienie święta: „Światowy Dzień Słuchania podkreśla wagę tej umiejętności, która jest niezwykle cenna. Obecnie wiele osób skupia się na dawaniu niepotrzebnych rad innym ludziom. Natomiast wystarczy ich wysłuchać i okazać odrobinę empatii, aby poczuli się lepiej”. 

Święte słowa– nieustannie wszyscy nawzajem sobie radzimy, wyplenienie tego nawyku jest bardzo trudne. Nas, w przeszłości, zwykle też nie słuchano, chyba każdy pamięta „dobre rady” nauczycieli, rodziców, babci, cioci, sąsiadki i innych doroślejszych, lepiej wiedzących.
Dlatego: nie słuchajmy rad, których nie chcemy i ich sami nie dawajmy nieproszeni. A kogo dobrze jest słuchać?

Siebie

Przede wszystkim. I nie chodzi o egocentryzm, narcyzm, czy skrajny egoizm. Chodzi o bycie blisko siebie, w zgodzie ze sobą. A jak mamy to zrobić, gdy siebie nie słuchamy? Niemożliwe. Moja znajoma terapeutka mówi, że zanim cokolwiek zrobi w życiu pyta siebie: czy to jest dla mnie? Jak się poczuję z tym? Czy naprawdę tego chcę. Oczywiście, nie chodzi o dylematy: iść do marketu, czy nie iść, zjeść arbuza, czy nie, ale o poważniejsze życiowe kwestie, życiowe wybory.

Choć z drugiej strony może gdybyśmy zadawały sobie te pytania przed prostymi czynnościami, byłybyśmy szczęśliwsze? Na przykład: czy ja naprawdę muszę odkurzać podłogę kolejny raz? A może teraz zrobi to inny domownik. Albo: może ta podłoga mogłaby pobyć trochę brudna. Czy ja chcę odebrać ten telefon od koleżanki? I tak dalej.

Wrzuciłam dziś w wyszukiwarkę hasło: jak słuchać siebie. Na stronie Moniki Gabrysiak, psychologa, autorki podcastu: „Możesz Myśleć Inaczej” znalazłam cytat z Abrahama Maslowa:

„Nie możesz dokonywać mądrych wyborów życiowych, jeśli nie odważysz się słuchać samego siebie, swego Ja, w każdej chwili swojego życia”.

Tych, na których nam zależy

Komunikacja to przede wszystkim umiejętność słuchania. Tylko słuchając możemy poznać myśli, potrzeby drugiej strony, przez to zrozumieć jej zachowania. Tyle że jesteśmy zabiegani, zmęczeni i czasem po prostu nam się nie chce. Wyrzucamy więc z siebie słowa, polecenia, pretensje i… tak, te nieszczęsne rady. A potem dochodzi do małżeńskich kryzysów, problemów w relacji z dziećmi. Kiedyś usłyszałam, że fajnie by było gdyby codziennie wieczorem, przy rodzinnej kolacji mówić sobie, co u kogo słychać. Jak minął dzień. Znam ludzi, którzy tak robią.

Z drugiej strony – bez presji. Ale naprawdę warto spróbować pomilczeć, gdy ktoś do nas mówi. Notorycznie proszę o to męża: nie musisz mnie ratować, wymyślać rozwiązania, chcę się tylko wygadać. A wczoraj przyjaciółka mi pisała, że ma ciężkie dni, a ja musiałam się powstrzymywać, żeby jej nie powiedzieć, że przecież tyle ma, niedawno się zakochała, że POWINNA się tym cieszyć. Nie mogłam wytrzymać swojego milczenia i chciałam ją zalać rozwiązaniami. Ała.

Przyrody, ciszy i wszystkiego, co przynosi ukojenie

To nam pomoże w pierwszym punkcie. Tak, żeby usłyszeć siebie, czasem trzeba posiedzieć w ciszy, w samotności albo na plaży, w lesie. Bez ludzi, bez mediów społecznościowych, bez nieustannego mówienia. To bywa trudne, dużo osób mówi, że po prostu się tego boi, w takim momencie musi natychmiast gdzieś zadzwonić, przejrzeć Facebooka, Instagram, nawet czytać.

W 2021 roku, w Stanach Zjednoczonych przeprowadzono nawet badania wśród pacjentów szpitali , analizowano dźwięki z 251 miejsc w 66 amerykańskich parkach narodowych, okazało się, że otoczenie ma ogromny wpływ na zdrowie pacjentów. I tak, jeśli w okolicy było dużo naturalnych dźwięków, a mało mało sztucznych, stan pacjentów się poprawiał, odczuwali mniejszy ból, mieli lepszy humor, mijało zdenerwowanie, rozdrażnienie. Co więcej, różne dźwięki przynosiły różne efekty – dźwięki wody były najlepsze w poprawianiu nastroju i zdrowia, podczas gdy śpiew ptaków obniżał stres i irytację.

Może to więc też dobry plan na dziś?

 

 


Związek

Czy afrodyzjaki są w stanie zwiększyć ochotę faceta na seks? O mitach opowiada dr n. med. Tadeusz Oleszczuk

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
17 lipca 2022

Świat szuka afrodyzjaków od tysięcy lat, z różnym skutkiem”, twierdzi doktor nauk medycznych, ginekolog-położnik Tadeusz Oleszczuk. Właściwości pobudzające przypisywano choćby nasionom kanianki, preparatom pochodzącym z poroża jelenia, penisów wołów i kóz. A ich działanie opierało się jedynie na rozpalających wyobraźnię skojarzeniach. Skuteczność? Na zasadzie placebo. Ale Tadeusz Oleszczuk twierdzi: „Czemu nie, nasze myśli mają większą moc, niż podejrzewamy”.

1. Jak działa johimbina?

Jeszcze niedawno za popularne afrodyzjaki uchodziła johimbina. Johimbina to alkaloid z  kory johimbinowca, drzewa lasów zachodniej i  środkowej Afryki. Pierwotnie była wykorzystywana jako lek na kaszel i  gorączkę. Johimbina farmakologicznie to selektywny antagonista receptora alfa-2-adrenergicznego, a pisząc prościej: jest bogata w alkaloidy, które rzeczywiście mogą przyśpieszać wzwód i  ułatwiać wytrysk nasienia  – poprzez nasilanie napływu krwi do narządów miednicy małej mogą ułatwiać wypełnianie się ciał jamistych penisa. Kiedyś przypisywało się jej także poprawę libido, nowe badania jednak tego nie potwierdzają (za to wskazują, że ma wpływ na zaburzenia erekcji). Jej stosowanie lepiej skonsultować z lekarzem, bo w większych dawkach może (choć rzadko) wywoływać halucynacje i  zakłócać pracę serca.

Jeszcze jedno: aby odczuć działanie johimbiny, trzeba mieć naczynia krwionośne w bardzo dobrym stanie. Przy zaawansowanej miażdżycy, nadciśnieniu czy cukrzycy (zwykle te choroby występują razem) ściana naczyń jest pogrubiona, a to zmniejsza średnicę i  krew nie przepływa sprawnie. Nie zaznamy więc spodziewanego wypełnienia ciał jamistych, a możemy doświadczyć skradającej się po cichu niewydolności układu krążenia, która, niestety, już w wieku 45 lat niekiedy daje o sobie znać udarem czy zawałem. Bardzo często, nawet u ponad połowy użytkowników, rozczarowanie słabym działaniem johimbiny (jego brakiem) wynika z ich kiepskiego stanu zdrowia.

2. Co z tzw. muchą hiszpańską?

Jej nazwa robi właściwie całą robotę, a nie jest ani hiszpańska, ani żadna z niej mucha. To chrząszcz, który się nazywa pryszczel lekarski. To, co zyskało sławę afrodyzjaka, to kantarydyna, substancja, którą owad wydziela z siebie w chwili zagrożenia. Kantarydyna ma właściwości pobudzające zakończenia nerwowe w obrębie układu moczowo-płciowego i  podrażnia błony śluzowe oraz cewkę moczową, co może być odbierane jako wzrost pobudliwości seksualnej. Działa jednak wtedy, gdy podniecenie jest już na wysokim poziomie, za to szybko, już kilka minut po podaniu kilku kropli pod język. Kłopot w tym, że nieostrożne jej stosowanie może prowadzić do poważnych powikłań, na przykład do krwotocznego zapalenia cewek nerkowych i ich martwicy.

Dobra (niedobra?) wiadomość jest jednak taka, że w większości oferowanych w internecie preparatów o nazwie „hiszpańska mucha” niewiele jest substancji czynnej, czyli kantarydyny. Dlatego też trudno zauważyć działanie „muchy”, zarówno to właściwe, jak i niepożądane.

3. Czy krewetki i ostrygi wzmagają pożądanie?

Afrodyzjakami w potocznym języku są też produkty spożywcze. Uważa się, że ich jedzenie wprowadza w erotyczny nastrój – w rzeczywistości zawierają substancje usprawniające działanie ciała, najczęściej ukrwienie, w tym męskich narządów rodnych. Z medycznego punktu widzenia można powiedzieć, że są to produkty bogate w wartości odżywcze, których regularne spożywanie może się przysłużyć poprawie łóżkowej kondycji. Za afrodyzjaki uchodzą owoce morza  – krewetki i  ostrygi. Sam rytuał ich jedzenia potrafi zapalić erotyczną lampkę, a w dodatku jako produkt luksusowy wprawiają w przyjemny nastrój. Przy okazji mają sporo witamin A, D oraz z grupy B i pierwiastków: cynku, wapnia, fosforu, jodu, żelaza, przez co wpływają na metabolizm testosteronu. Cynk jest ważny dla odpowiedniej pracy układu krążenia (oraz odporności) i lepiej pamiętać o  jego naturalnej suplementacji w  okresie wzmożonej aktywności seksualnej, bo – uwaga – spore ilości cynku wytracamy wraz z  ejakulatem.

4. Czy banan i arbuz są jak viagra?

Oba zawierają bromelin, enzym, który poprawia produkcję testosteronu, i szybko dostarcza energii na łóżkowe igraszki. Z kolei arbuz jest nawet nazywany grecką viagrą. Wszystko dzięki zawartości naturalnego przeciwutleniacza, likopenu (poprawia krążenie krwi), ale przede wszystkim cytruliny, która ma właściwości rozszerzające naczynia krwionośne – jest nawet stosowana w produkcji leków zapobiegających problemom z erekcją. Gorsza wiadomość jest taka, że najwięcej cytruliny zawiera skórka arbuza. Można ją jednak podawać zmiksowaną w koktajlach albo duszoną z przyprawami jako np. składnik chutneya.

5. Czy papryczka chili i imbir pobudzają?

Ostry smak papryczki to zasługa kapsaicyny, związku, który rozgrzewa i poprawia krążenie krwi, przez co może potęgować doznania seksualne, ale też odpalać w mózgu endorfiny odpowiedzialne za rozluźnienie i  dobry nastrój. Jeśli do trawy dodajemy chili, pamiętajmy, by towarzyszyła jej oliwa. Obecność dobrego tłuszczu zwiększa przyswajanie składników przyprawy. Imbir ma wpływ na lepsze ukrwienie męskich na[1]rządów płciowych. Dowiedziono, że rozszerza naczynia krwionośne i umożliwia swobodny napływ krwi do ciał jamistych prącia, a  to pozwala na osiągnięcie odpowiedniej sztywności członka i erekcję. Regularne jedzenie imbiru wzmaga produkcję hormonów i plemników, a  spożycie go przed randką przyspiesza tętno, przez co  wywołuje reakcję podobną do tej towarzyszącej seksualnemu podnieceniu. Cenne właściwości imbiru podnosi dodanie aromatycznych przypraw, takich jak cynamon, anyż, goździki czy kardamon.

6. A może korzonki są skuteczne?

Najwięcej naukowych not pochwalnych ma jeszcze inna roślina – żeń-szeń. Ten egzotyczny korzeń zwiększa potencję, a  nawet krzesze pożądanie. Zawiera ginsenozydy, które zwiększają uwalnianie się tlenku azotu z  komórek nabłonków naczyń i  receptorów nerwowych okołonaczyniowych narządów płciowych, co wspomaga rozkurcz naczyń krwionośnych i powoduje napływ krwi do penisa, a to poprawia erekcję. Działanie ginsenozydów jest tak dobrze zbadane, że są one nawet stosowane do produkcji współczesnych leków na zaburzenia erekcji. Usprawniają też ukrwienie żeńskich narządów płciowych. Żeń-szeń ma też właściwości wzmacniające  ogólny stan zdrowia. Za najcenniejszą uchodzi koreańska odmiana, bo jest szczególnie bogata w ginsenozydy. Żeby odczuć cudowne właściwości korzenia, trzeba go spożywać przez dłuższy czas. Jednorazowe wypicie toniku z żeń-szeniem na godzinę przed randką raczej nie da spektakularnych efektów.

A co daje spektakularne? Współczesna medycyna dla mężczyzn ma naprawdę niezłe propozycje.

****

Tekst powstał na podstawie nowej książki Tadeusza Oleszczukaa „Facet jak młody Bóg”, Pascal

Dr Tadeusz Oleszczuk, lekarz z trzydziestoletnim doświadczeniem, pracuje jako ginekolog położnik w Warszawie. Częsty gość telewizji śniadaniowych i radiowych. Autor bestsellerowych poradników i propagator holistycznego podejścia do ludzkiego zdrowia. Uważa, że nie można lekceważyć wpływu, jaki na nasze samopoczucie mają środowisko i styl życia. Łatwo jest połknąć tabletkę. Ae czy nie lepiej zmienić sposób, w jaki żyjemy?

 


Zobacz także

Dlaczego najlepsze związki to te, które nigdy nie wyjdą poza sferę marzeń

5 rzeczy, które świadczą o tym, że jesteś kiepska w łóżku

Bo to zła kobieta była… Jak robimy z mężczyzn niezdolne do podejmowania decyzji umysłowe kaleki, a z kobiet modliszki