Rozwód Związek

Sezon na rozwody – czyli dlaczego w styczniu składamy najwięcej wniosków rozwodowych

Redakcja
Redakcja
23 grudnia 2019
Sezon na rozwody – czyli dlaczego w styczniu składamy najwięcej wniosków rozwodowych
Fot. iStock
 

Przyzwyczailiśmy się już do tego, że duża część  naszych działań podlega rytmom sezonowym; wiemy że inaczej funkcjonujemy w różnych porach roku, przy zróżnicowanej temperaturze i ilości światła. Ale że te naturalne rytmy sezonowe sprzyjają okresowi nasilonych rozwodów pewnie żadna z nas nie pomyślała.

Dziś o tym,  jak wygląda to oczami eksperta, a także o innych przyczynach styczniowej fali wniosków rozwodowych porozmawiamy z Anną Klaus-Zielińską psychologiem społecznym, założycielką Wise Mind – miejsca oferującego kompleksowe wsparcie osobom rozwodzącym się.

Pani Anno jak to jest, czy w Wise Mind faktycznie widzicie jakieś prawidłowości? Są miesiące, w których wnioski rozwodowe są składane najczęściej?

Anna Klaus Zielińska: Tak, zdecydowanie. Generalnie mamy zawsze dwa okresy w roku kiedy wniosków pojawia się dużo więcej niż  w innych miesiącach: wrzesień i styczeń. Łatwo dostrzec że są to momenty po dwóch wielkich, wyczekiwanych wydarzeniach w życiu każdej rodziny; wakacjach i świętach Bożego Narodzenia.

Nie rozumiem, wydawać by się mogło, że to czas, kiedy właśnie mamy szansę pobyć razem, zadbać o związek.

Cóż… mamy szansę skorzystać z czasu wspólnego i zadbać o związek, o ile ten związek jeszcze istnieje… Ale jeżeli od miesięcy mijamy się w drzwiach i przekazujemy sobie wyłącznie logistyczne komunikaty na temat dzieci czy funkcjonowania domu, to czas w którym jesteśmy zdani wyłącznie na swoją obecność przynosi nam często doświadczenie pustki i frustracji.

Jesteśmy fizycznie obok siebie, ale druga osoba zamiast nas ciekawić, wzruszać, rozczulać czy rozśmieszać, często wyłącznie drażni i irytuje. A czasem odkrywamy, że jest nam po prostu obojętna.

Czyli miało być dobrze, a wyszło „jak zwykle”. Rozczarowujemy się sobą? 

Oba te okresy, to czas wielkich oczekiwań. Myślimy sobie „teraz jest jak jest, ale gdy wyjedziemy/ będziemy mieć wreszcie czas dla siebie/ odpoczniemy na pewno będzie inaczej“.

Cóż.. zwykle faktycznie jest inaczej, z tym że inaczej oznacza gorzej.

Bo dochodzą dziesiątki kwestii logistycznych, ustaleń wymagających mediacji i kompromisu, a my, nie ćwicząc na co dzień komunikacji z partnerem, tym bardziej nie potrafimy z nim rozmawiać o rzeczach trudnych..

To są te wszystkie odwieczne spory, do czyich rodziców jedziemy na wigilię, a gdzie w pierwsze święto i dlaczego „zawsze jest po twojemu”?

Tak, podobnie dużo trudnych tematów, przy okazji których trzeba wziąć pod uwagę potrzeby obu stron, pojawia się też w trakcie wakacji. Do tego dochodzą wspólne dla obu tych okresów napięcia związane z wydatkami. Domowy budżet rzadko kiedy jest tak przeciążony, jak w tych dwóch momentach w roku. Szczególnie gdy w rodzinie są dzieci.

Ale jednak styczeń zdecydowanie przoduje, jeśli chodzi o ilość składanych wniosków rozwodowych. Dlaczego? Co takiego dzieje się z nami na początku roku?

Koniec roku to dla większości z nas okres podsumowań i rozliczeń. Myślimy, ile mamy lat, co nam się udało, czego jeszcze byśmy od życia dla siebie chcieli. Przyglądamy się swojej relacji wnikliwie, jak nigdy w ciągu roku i zadajemy sobie pytanie: czy to jest ta osoba, z którą chcę iść przez życie? Czy jest mi dobrze w tym związku? Czy mój partner mnie buduje, wspiera, czy jest moim przyjacielem?

I zastanawiamy się nad tym właśnie w święta. 

Jakbyśmy nie mieli jeszcze dość problemów z pogodą grudniową, prawda? 🙂

A poważnie, różne badania pokazują, że w grudniu i styczniu kłócimy się dłużej i częściej. Pamiętajmy, że na nasze samopoczucie i zachowanie wpływa w dużym stopniu brak naturalnego światła i tłoczenie się przez większą część dnia w dusznych pomieszczeniach. Generuje to nerwowość, drażliwość i przygnębienie.

Na święta dochodzi nam do tego jeszcze stres związany z większą niż zwykle ilością zadań domowych i z ich podziałem, oczekiwaniami bliskich i pogodzeniem różnych potrzeb poszczególnych członków rodziny.

I jeszcze dobre rady teściowej przy stole wigilijnym… To taki sprawdzian z naszych relacji? 

Tak, świąteczny stół oprócz karpia i kutii serwuje nam też konieczność skonfrontowania się z jakością relacji rodzinnych. To generalnie trudny czas z wielu względów. I nie pomagają nam go przetrwać wyidealizowane, reklamowe obrazki z pięknymi rodzinami w czerwonych swetrach zgodnie piekącymi pierniki i wspólnie dekorującymi abstrakcyjnie wielką choinkę. Zapatrzeni w siebie, pogodni i szczęśliwi, wydają się nieosiągalni w przygnębiający dla nas sposób.

Bo nasze święta rzadko kiedy tak wyglądają, choć z całych sił za takim obrazem gonimy.

Powiedzmy to sobie szczerze – wyglądają po prostu nieidealnie. I dlatego w styczniu często  pojawia się myśl „skoro nawet wspólne święta nam nie wychodzą, to chyba nic już nam nie pomoże“.

Jak przetrwać święta? Jest na to sposób, zwłaszcza, gdy relacja z partnerem wisi na ostatnim włosku?

Dać sobie zgodę na to, że jest to zwyczajnie trudny czas – również dla partnera.

I nie podejmować decyzji o rozwodzie pochopnie. Najlepiej usiąść i z kimś porozmawiać.

W Wise Mind mamy kompleksowe wsparcie dla osób rozwodzących się – począwszy od prawnika, przez mediatorów i doradcę majątkowego, a skończywszy na psychologu dla dzieci i terapeucie, ale i tak, na początku zawsze spotykam się z osobą zdecydowaną na rozwód, żeby po prostu porozmawiać. I rozmawiamy, rozmawiamy rozmawiamy.

Sama jestem po rozwodzie więc wiem, że takie rozmowy potrafią bardzo pomóc.


Anna Klaus Zielińska

Wise Mind, Anna Klaus Zielińska

Anna Klaus Zielińska – Psycholog społeczny (Uniwersytet Warszawski), coach i trener warsztatów z kompetencji społecznych (Uniwersytet Warszawski)

Absolwentka podyplomowych studiów „Psychologia zachowań” (UW), oraz „Pomoc psychologiczna i interwencje systemowe w rodzinie“ (SWPS). Ukończyła liczne szkolenia m.in z dialogu motywującego, uważności i współczucia, pomocy psychologicznej osób zgłaszających niepowodzenie w związkach. A także z wywiadu, pracy z genogramem, i diagnozy w systemowej terapii rodzin. Od kilkunastu lat pracuje, słuchając i zadając pytania, które pozwalają klientom odkryć, że mają w sobie wszystko, co jest im potrzebne do osiągnięcia poczucia satysfakcjonującego życia.
Ma szerokie doświadczenie w pracy coachingowej również ze starszymi nastolatkami (wybory ścieżki życiowej).

Szkoleniowiec i trener warsztatów z kompetencji miękkich (m.in; komunikacji werbalnej i niewerbalnej, asertywności, odporności na stres), autoprezentacji (firmy prywatne, Fundacja Polsko – Amerykańska, Szkoła Liderów) i warsztatów dla rodziców. Prowadzi też różnego rodzaju grupy rozwojowe. Pracowała jako wykładowca w Akademii Leona Koźmińskiego. Podróżnik, żeglarz, szczęśliwa żona i mama.


Rozwód Związek

Hashimoto, kimono i gejsza – czyli krótka opowieść o zbuntowanej tarczycy

Gościnnie w Oh!me
Gościnnie w Oh!me
23 grudnia 2019
Fot. iStock / hoozone
 

Zanim lekarz nazwał mnie hashimotką, jedyne co wiedziałam o tej chorobie to po pierwsze to, że żadna to choroba, tylko moda, za którą podążają aktorki, pisarki, dziennikarki i blogerki. Po drugie, że od tego się nie umiera. Wstyd się przyznać, ale na tym kończyła się moja wiedza o hashimoto. Przypuszczam, że na tych dwóch filarach opiera się wiedza większości społeczeństwa, niestety. Innymi słowy, hashimoto – wytwór kobiecej fanaberii.

Co ciekawe, od jakiegoś czasu otaczało mnie coraz więcej znajomych, które mówiły o „tym”, bo same chorowały, eksperymentowały z dietą i imały się różnych niekonwencjonalnych metod, by uchronić się przed koniecznością brania hormonów. Puszczałam jednym uchem, a drugim wypuszczałam, nie poświęcając temu zbyt dużej uwagi. Bagatelizowałam ich wywody i schematycznie wrzucałam je do worka z modnymi Paniami. Pamiętam jak wiosną tego roku znajomi mojego narzeczonego zaprosili nas na obiad. Wszystko było dietetyczne, zdrowe, chleb bez glutenu, sos bez śmietany, dużo owoców i warzyw, stół zastawiony przez Panią Hashimoto. Na przekąskę krewetki, pasta z avocado i orzechy. Wszystko niezwykle mi smakowało, tylko myślałam sobie, dlaczego zmusza się gości do diety a’la hashimoto, skoro oni nie hashimoto?

Aż pewnego dnia, niedługo po tym obiedzie, dokładnie 30 maja usłyszałam diagnozę – hashimoto. Co za ironia, prawda?  Wsiadłam do taksówki, obok mnie siedziało to choróbsko, śmiejąc się z satysfakcją i szepcząc „i tu Cię mam!”. Wyglądało jak klaun, który wyginał się na tylnym siedzeniu, szturchał mnie i szyderczym uśmiechem wpatrywał się we mnie. Nie miał on nic wspólnego z klaunem z cyrku, który bawił mnie i rozweselał, gdy byłam dzieckiem. Od Pana taksówkarza, który z zaciekawieniem słuchał, jak rozmawiam przez telefon, usłyszałam „Proszę Pani, teraz każda kobieta chce mieć hashimoto”. A więc moda, fanaberia? O nie! Z moją głową przecież wszystko w porządku, a za modą nigdy nie podążałam, stawiając na ponadczasową klasykę.

Zastanówmy się. Gdyby hashimoto było modą, to jak nazwa sugeruje, powinno to być piękne, szmaragdowe kimono, haftowane złotą nicią, zaprojektowane w Kioto, przez znanego japońskiego fashion designera, i które to kimono każda kobieta chce mieć w swojej szafie, nosić i błyszczeć. Tymczasem to kimono drapie, dusi, kłuje, drażni, zaciska szyję, budzi odrazę innych. Wygląda się w nim jak blada gejsza, z polikami niczym pękający pomidor. Kto w takim kimonie chciałby chodzić, nawet jeśli to ostatni krzyk mody? Nie można się w tym nawet porządnie najeść, bo obi ściska nam brzuch.  Nie jesteśmy przecież oddane i uległe jak gejsze, aby tak się poświęcać, głodzić i dreptać niemalże w miejscu. Nadto każda moda przemija, przychodzi nowa z sezonu na sezon, a o hashimoto mówi się już od dobrych paru lat.

Skoro więc nie moda, to złapmy się drugiego filaru. Od hashimoto się nie umiera, prawda! Ale biję się w piersi za moją wcześniejszą niewiedzę i ignorancję. To choróbsko przez parę miesięcy dało mi tak do wiwatu, że o ile zgodzić się mogę z tym, że się nie umiera, to objawy doprowadzają człowieka na skraj wytrzymałości i wręcz marzysz o śmierci. Tak bardzo o niej rozprawiasz, że chodzi Ci po głowie, aby wziąć hash i moto, wjechać na autostradę prosto ku przepaści i zakończyć ten dręczący żywot!

A co dręczy hashimotki? Otóż dręczą je wszystkie żywioły natury. Od wulkanu, który zalewa Cię lawą podczas spotkania, gdzie wszyscy patrzą na Twoją czerwoną od gorąca twarz. Po zamiecie śnieżne, które mrożą Ci stopy i nie pozwalają zasnąć, a termofor staje się Twoim najlepszym przyjacielem tak samo latem, jak i zimą. Po wichurę, która wyrywa ze skalpu całą Twą czuprynę, zostawiając kitka jak u samuraja. Czy burze piaskowe, po których skóra swędzi Cię jak przy ospie. Aż po ulewne deszcze wybudzające Cię w nocy spoconą i przerażoną. Zdarzają się też emocjonalne tornada, kiedy rozstawiasz po kątach wszystkich domowników. Kończąc na trzęsieniach ziemi, kiedy już Tobie samej wydaje się, że śmierć zagląda Ci w oczy swymi wyłupiastymi ślepiami. Wszystkie te żywioły pętają się na jednej małej wyspie, w jednym małym ciele. Są one tak niszczycielskie, że z tej wyspy w te pędy uciekają ludzie, zasychają wszelkie zbiorniki wodne, znikają najmniejsze formy życia, zieleń ustępuje wypalonym drzewom. Zostajesz sama, bezludna, szara. Na tym może się skończyć, choć nie musi. Taka przetrawiona wysepka to nie lada gratka dla nowych gości, którzy ochoczo się na niej zadomowią: tężyczka, depresja, nerwica.  Bo niby na wyspie nie ma już nic, ale zawsze można poszukać głębiej, może gdzieś jeszcze w ziemi, coś z życia zostało.

Dość dramatycznie, prawda? Zapewniam, to nie moda, nie kimono, nie fanaberia! A my hashimotki nie gejsze, które potulnie noszą kimono, by wejść w łaski mężczyzny lub świata, roztaczając wkoło siebie złudną wyjątkowość. Ponadto kto by z hashimotką wytrzymał? Chyba wyjątkowo twardy i lojalny egzemplarz.

Niektóre teorie jak widać, zostają szybko powalone, kiedy znienacka przychodzi nam praktykować. To tak jak z dziećmi, dopóki ich nie mamy, jesteśmy pierwsi, by radzić świeżo upieczonym rodzicom.  Ostrożnie więc z osądami, teoriami, a już tym bardziej powstrzymujmy się od hashi-hejtu.


O autorce:

Karina Dziuba

Cześć kobiety! Po tej stronie Karina. Dużymi krokami zbliżam się do 40-tki. Czy to mnie przeraża? Absolutnie nie! Teraz dopiero otwiera się przede mną raj możliwości. Kiedy jako dojrzałe kobiety wiemy już czego chcemy, a właściwie czego nie chcemy, życie staje się łatwiejsze i pełniejsze. I tak, w wieku 37 lat wróciłam do pisania, dawniej popełniłam kilka opowiadań i wierszy, które z braku odwagi lądowały z szufladzie. Z wykształcenia jestem pedagogiem i prawnikiem. Togi nigdy nie założyłam, nauczycielką też nie zostałam. Spędziłam ponad 15 lat w warszawskich korporacjach, wszystko po to, by w końcu móc osiąść na swoim i robić to co kocham.

Jestem szczęśliwą narzeczoną Portugalczyka Jose (z polskiego Józek😊). Kiedy przychodzi weekend uciekam w swój świat i piszę. Najchętniej przy łagodnej muzyce filmowej Rachel Portman. Zdarza mi się również wyciągać pióro w podróży, szczególnie w samolocie. Nie ma miejsca z lepszym zasięgiem, aniżeli to w chmurach, kiedy telefon milczy, a my odzyskujemy dostęp do samych siebie.

Jak spora część z Was, oprócz narzeczonej, przyjaciółki, córki, pełnię też rolę najtrudniejszą – jestem mamą 12 letniego Marcela. Mamy za sobą bardzo długi, ponad 9 letni, burzliwy rozwód. Piszę ‘mamy’, bo rozwód, zawsze dotyczy dzieci i dotyka ich ze zdwojoną siłą. Tak więc i ja i mój syn, przeszliśmy długą, wyboistą drogę, co tylko umocniło naszą więź i nadało jej wyjątkowego wymiaru. Tymi doświadczeniami również chciałabym się z Wami dzielić na łamach OhMe.

Ale nie tylko. Chętnie piszę o relacjach damsko-męskich, a ta tematyka jak wiecie jest jak studnia, w której nigdy za dużo wody. Chwytam za pióro też w podróży, kiedy zmysły pobudzane są nowymi widokami, smakami i dźwiękami. Zatem DO ZOBACZENIA, DO ZACZYTANIA!


Rozwód Związek

Laptop to laptop? Nic z tych rzeczy. Jak wybrać dobrze i nie dać się nabić w butelkę? Oswajamy się ze sprzętem

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
20 grudnia 2019
Fot. iStock

Załóżmy, że potrzebujesz nowego komputera, co robisz? Prawdopodobnie zaczynasz przeglądać oferty laptopów lub zlecasz to zadanie… mężczyźnie. Bratu, partnerowi, tacie… A nawet jeśli sama bierzesz sprawy w swoje ręce, bo przecież „sprzęt to sprzęt i cóż to za filozofia iść do sklepu i kupić”, usłyszysz milion dobrych rad, właśnie od panów. Zastawiałam się ostatnio nad tym, dlaczego mężczyźni czują się z racji płci bardziej kompetentni w podejmowaniu decyzji o zakupie elektroniki i doszłam do wniosku, że poniekąd same podtrzymujemy ten stereotyp. Łatwiej jest oddać to zadanie i połechtać męskie ego niż samej porównywać nie do końca zrozumiałe parametry. Ale tak nie musi być. Bo nie ma żadnego powodu, by taki wybór przerażał i sprawiał kłopot. Dlatego postanowiłyśmy przygotować dla was mały poradnik, kompendium wiedzy – babskim okiem. Serio, kobiecość i męskość nie wpływają na umiejętność zakupu dobrego sprzętu. Wystarczy wiedzieć, co jest naprawdę ważne. Do dzieła!

Zacznijmy od podstaw, mówiąc komputer, większość z nas niejako z automatu ma przed oczami laptopa… a wiecie dlaczego nie starego, dobrego Peceta? Bo laptop w dzisiejszym świecie jest oczywistym i prostszym wyborem, przynajmniej dla większości z nas. Coraz częściej wybierają je również artyści i profesjonaliści – ze względu na coraz wyższą jakość i wydajność.

Kupując laptop zyskujemy nie tylko mobilność, ale i unikamy mnóstwa trudnych, technicznych decyzji. Dostajemy gotowy produkt, z ekranem, systemem, napędami, dyskiem i wszystkim, co do jego działania jest potrzebne. Wystarczy nacisnąć guzik i gotowe.

To, że decydujemy się na laptopa wcale jednak nie musi oznaczać utraty jakości i funkcjonalności. Czy konieczności wyboru jedynej słusznej marki.

Pozwólcie, że przejdziemy przez kilka punktów – ich ocena pozwoli wam dokonać racjonalnego wyboru i zawęzi nieco nasze typy na laptop idealny. I wcale nie będziemy wam opowiadać o tym, że jakaś marka laptopa jest ach, och, ę – liczy się wnętrze. 🙂 Zdradzimy wam też magiczną sztuczkę, dzięki której wystarczy sprawdzić jedną rzecz i mieć pewność, że laptop to prawdziwe Ferrari. 😉

Rozmiar ekranu i matrycy

Czyli przekątna ekranu i rozdzielczość. Rozmiar ma znaczenie. Wiele zależy od tego, do czego będziesz używać swojego laptopa. Jeśli spędzasz przed ekranem sporo czasu – zdecydowanie lepiej postawić na większy sprzęt. 17 cali to dobry wybór, szczególnie jeśli planujesz chociażby obróbkę graficzną, czy lubisz duże ekrany, a nie masz możliwości podłączenia laptopa do dodatkowego monitora. Niestety rozmiar i waga siedemnastek działa nieco na ich niekorzyść. Klasyczne 15,6″ to rozmiar w dzisiejszych czasach idealny.

Parametrem, który pojawia się, gdy mowa o matrycy – jest rozdzielczość ekranu. Im wyższa rozdzielczość, tym lepsza jakość obrazu.

Procesor

To jeden z najważniejszych elementów – mózg, serce, dusza naszego laptopa. W dużej mierze to od niego będzie zależała wydajność komputera. Najpopularniejsze procesory to produkty marki Intel. Oprócz nich, spotkacie się często z marką AMD. Można powiedzieć, że tu również działa model przywiązania do marki, są zwolennicy każdego typu.

W dużej mierze od procesora jest uwarunkowana nie tylko wydajność, ale i cena – czy wiecie, że są procesory warte ponad czterdzieści tysięcy złotych? Robi wrażenie, prawda?

Wracając do tematu, najczęściej spotkacie się z marką Intel. Nazwy procesorów zazwyczaj związane są z liczbą – mamy np. procesory i3, i5 czy i7. Znów trzymamy się zasady – im wyższa liczba tym większa wydajność i wyższej klasy sprzęt.

Zastawiacie się do czego praktycznie przyda się większa ilość rdzeni? Jeśli jesteś królową otwartych zakładek i działających w tle aplikacji – wybierz cztery rdzenie, wpłynie to na sprawne funkcjonowanie komputera nawet podczas wykonywania kilku zadań równocześnie. Im więcej rdzeni, tym lepiej. 🙂

System

Wybieramy sprzęt z systemem operacyjnym! Po co robić sobie dodatkowy kłopot czy koszty! Na laptopach systemy operacyjne są preinstalowane, czeka nas tylko krótkie ustawienie preferencji podczas pierwszego uruchomienia.

Napęd

Dziś mało który sprzęt ma napęd dvd – i nie trzeba się tego bać. Praktycznie odeszliśmy od stosowania płyt cd czy dvd jako nośnika danych. Taka prawda. Nie martw się, jak obejrzysz ulubiony film czy obejrzysz archiwalne zdjęcia – zewnętrzny napęd podpinany za pomocą kabla USB do komputera czy telewizora to koszt 100 złotych. Tak! Malutkie, płaskie urządzenie nieco większe od pudełeczka na płytę, odeśle do lamusa ciężkiego laptopa i twój domowy odtwarzacz dvd.

Praktycznie wszystkie „dobra” internetu można dziś streamować – od platformy muzycznej po platformę z grami. Żeby zostać dumnym posiadaczem nowej części ulubionej strzelanki czy przygodówki, nie trzeba już biec do sklepu. 🙂

Dysk

Pamiętacie dyskietki i ich szaloną pojemność 1,44 mega? Co to były za czasy! Pamiętam grę na 32 dyskietkach w spakowanych paczkach. O rany. Dziś twój telefon ma czasami ponad 64 giga! A komputer? Tu sprawa nie jest oczywista. Bo moda się zmienia.

Im większy dysk – tym więcej miejsca na przechowywanie naszych danych. Ale i rodzaj dysku świadczy o „szybkości komputera”.

Najczęściej laptop będzie miał pojemność dysku od 150 GB do 1 TB (czyli 1000 GB – kocham te opcję dla chomików) dysku typu HDD. Drugą opcją są dyski SSD – droższe, mniejsze, ale szybsze! Pojemności dysków SSD mieszczą się w zakresie od 128  do 512 GB. To nadal dużo miejsca, ale lepsza wydajność i cichsza praca komputera. Warto ją rozważyć.

Jeden szczegół, który świadczy o jakości – karta graficzna

Tutaj czeka was prawdziwa niespodzianka. O ile nie jesteś grafikiem, filmowcem, fotografem czy zapalonym graczem, zazwyczaj na ten parametr nie zwracasz uwagi. A szkoda. 🙂 Jest jeden smaczek, o którym warto wiedzieć. Jak wybrać prawdziwą żyletę wśród laptopów nie analizując wszystkich powyższych czynników?

To prostsze niż mogłoby się wydawać. Jeśli chcemy wysokiej jakości sprzętu – szukamy laptopa, którego nie powstydziłby się profesjonalista, który będzie działał zawsze – bez względu na zadanie, jakie mu postawimy do wykonania. Nie trzeba być fotografem, żeby mieć do czynienia z bardzo dużymi, profesjonalnymi plikami graficznymi – kto nigdy nie zawiesił komputera próbując otworzyć gigantyczny plik ze zdjęciem niech pierwszy rzuci kamień…  Profesjonalny laptop – to dobry laptop bez względu na markę. Po co laikowi taka karta?

Mowa o kartach graficznych GeForce RTX oraz GTX, czyli wysokiej klasy sprzęcie umożliwiającym korzystanie z obrazu na najwyższym poziomie – a to wbrew pozorom dość ważne. Z takim cackiem niestraszne będą żadne gry – raz na zawsze utniecie dyskusję o wyższości konsoli od komputera. Obróbka zdjęć, grafiki czy oglądanie filmów w 4K – to też zależy od jakości sprzętu. Bez dobrej karty i sterowników często to 4K pozostaje tylko nazwą…

Taka karta to przede wszystkim gwarancja tego, że pozostałe części są również wysokiej klasy – muszą być, żeby obsłużyć taką jakość obrazu i się nie zacinać! Karta graficzna GeForce RTX  to prawdziwa perełka. Obsługuje takie funkcje, jak ray tracing w czasie rzeczywistym – czyli odpowiada za bardzo realistyczne obrazy. Technika analizuje padające promienie światła i w czasie rzeczywistym odwzorowuje odpowiedni światłocień na ekranie. Uwielbiają ją i graficy i gracze, zwłaszcza gdy planują rozgrywkę w ostatnie Control, Call of Duty: Modern Warfare czy zapowiedzianą na kwiecień 2020 grę Cyperpunk 2077.

Polecane szeroko rozumianym twórcom laptopy wykorzystujące platformę NVIDIA Studio to połączenie kart graficznych GeForce RTX, specjalistycznego oprogramowania oraz dedykowanych sterowników. Brzmi groźnie, ale takie nie jest. W ramach tej platformy przetestowana najważniejsze aplikacje dla twórców. Taki laptop doskonale odpowiada swoją wydajnością stacjonarnym, dużym Pecetom. I właśnie o to chodzi. Sprzęt w pełni przenośny, który nie traci na jakości!

Do bólu upraszczając, jak wybieramy? Stawiamy na największe cyfry w naszym finansowym zasięgu!

Rozdzielczość – im więcej tym lepiej. Procesor – im więcej tym lepiej. RAM – im więcej tym lepiej. Dysk – im więcej tym lepiej i na pewno nie zaszkodzi! System – im więcej tym lepiej – bo lepiej mieć niż nie! Napęd – co kto lubi, nie jest konieczny! Karta graficzna – im lepsza, tym lepiej, bo sprawne działanie zaawansowanej grafiki wymusza wyższej jakości pozostałe części komputera!

Jeśli zobaczysz na laptopie oznaczenie NVIDIA Studio – oznacza to, że jest upragnioną żyletą –  obojętnie czy to Acer, ASUS, HP, Lenovo czy MSI (do wyboru jest ponad 40 modeli różnych firm). Wybierz swoją ulubioną markę. Jeśli sprzęt ma takiej jakości kartę graficzną i dostęp do oprogramowania – cała reszta musi być de luxe, żeby to udźwignąć!

Warto pomyśleć ciepło tych pięciu modelach (różnych marek):

Laptop MSI P65 Creator 9SE-623PL – to jeden z tych modeli, do których można wzdychać przez szybę. To jeden z pierwszych na świecie laptopów kierowanych ściśle do twórców – czyli moc i potęga. 🙂 Ale nie jedyny, poznajcie Jego Wspaniałość Laptop Dell Precision 7540 – laptop idealny. 🙂 Nie straszne mu grafiki i filmy, ale ma jedną zaskakującą cechę – waży 1,88 kg! Jak można się w nim nie zakochać? Smukły, lekki, ach…

Laptop Asus ROG Zephyrus S to ultra szybki komputer. Ma piękną smukłą linię i jest bardzo elegancki. Wydajność? Oczywiście najwyższa i fajny ciekawy smaczek – tego laptopa możecie naładować za pomocą powerbanku! Cudo!

Asus ROG Zephyrus S/ Fot. Materiały prasowe

Laptop MSI GS65 Stealth, piękny, szybki i wyjątkowo leciutki – waży mniej niż 2 kg. Ma piękny, czarny, satynowy kolor. Jeśli jesteś wiernym fanem laptopów HP, ten model skradnie twoje serce Laptop HP Omen X 2s 15-dg0004nw – uwierzycie, że ma aż dwa ekrany? Wygląda obłędnie!

 


Artykuł powstał we współpracy z morele.net


Zobacz także

Miłość, jak plaster na blizny po kimś ważnym. Kochaj wtedy, gdy jesteś na to gotowa, a nie, gdy czujesz się samotna

Słowa robią różnicę

Słowa robią różnicę. Są takie, które umocnią twój związek, ale są i takie, które go osłabią

8 sygnałów, które zdradzają, że twój mąż kłamie