Lifestyle Związek

Romans z młodszą kobietą kosztuje. Koniec mitu o sukowatych naciągaczkach   

Joanna Ćwiek
Joanna Ćwiek
20 stycznia 2017
Fot. iStock/mictian
 

„Każdy bowiem mężczyzna w mocno średnim wieku, chcąc mieć romans z młodą kobietą i żyć z nią w konkubinacie, musi liczyć się z pewnymi wydatkami, chociażby na drobne upominki do jakich można zaliczyć zakup kobiecie bluzki. Żądanie zwrotu kwot wydatkowanych na upominki…. jest moralnie naganne….” – widziałaś to orzeczenie sądu w Łodzi? 55 – letni facet pozwał swoją byłą, młodszą o ponad 20 lat dziewczynę, by zwróciła mu pieniądze, które wydał na jej jedzenie, ciuchy i prezenty. Chciał od niej 33 tys. wraz z odsetkami – Anna pokazuje mi artykuł w gazecie opisujące tę kontrowersyjną sprawę.

– W miłości nie chodzi o pieniądze tylko o serce – mówię jej, bo czuję, że tak powinnam powiedzieć. Ale w głębi duszy gdzieś tam wiem, że miłość to jednak też koszty materialne.

Moja rozmówczyni nie komentuje, chociaż mam wrażenie, że patrzy na mnie jak na idiotkę. I zaczyna opowiadać….

„Marka poznałam dokładnie rok po tym, jak zostawił mnie facet, z którym planowałam życie, dom, dzieci. To nie były tylko moje plany, bo rozstanie miało miejsce trzy miesiące przed ślubem. Sukienka i wódka była już kupiona. Okazało się, że od roku prowadził drugie życie. Tamtej też ponoć obiecywał ślub.

Ale była wiosna i choć mi było wciąż źle, nie mogłam usiedzieć w domu. Poszłam na piwo, bo na żadne spacery czy kina wciąż nie miałam siły. Siedziałam w ogródku, piłam to moje piwo z sokiem i w pewnym momencie zagadał do mnie facet siedzący przy stoliku obok. Też był sam. Przypominał mi trochę mojego ojca i pewnie dlatego w ogóle zaczęłam z nim rozmawiać.

Widziałam, że facet ma obrączkę na palcu, ale rozmowa w knajpie, to jeszcze nie przestępstwo. Tyle, że na rozmowie się nie skończyło. Jedno piwo, drugie, piąte i pojechaliśmy do niego. Seks jak seks, było normalnie, a ja myślałam, że na tym jednym się skończy. Nie skończyło się. Nagły romans przerodził się w pięcioletni związek. Dość specyficzny, bo Marek miał żonę, tyle, że mieszkała na drugim końcu Polski. On awansował, wyjechał do Warszawy, dostał służbowe mieszkanie i robił karierę. Na weekendy potulnie wracał do domu. Tłumaczył, że „do dzieci”, a z żoną go nic nie łączy.

Wierzyłam, bo wszystko wyglądało dość prawdopodobnie. Zdjął obrączkę z palca. Po roku nawet zamieszkaliśmy razem, wiec wydawało mi się, że aż tak ściemniać nie może. No bo niby jak wytłumaczyłby się żonie, gdyby odkryła moją nieobecność??? O święta naiwności, po czasie dowiedziałam się, że oficjalnie to wynajmował mi pokój. Nie przyznał się do podwyżki, więc dodatkową kasę tłumaczył wpływami z najmu. Żona pewnie się cieszyła.

Marek był ode mnie starszy o ponad 20 lat. Dobrze zarabiał, był ustawiony. Ja wtedy byłam zwykłym urzędnikiem. Zarabiałam grosze. O ekstra ciuchach, kosmetykach czy dobrym fryzjerze mogłam tylko pomarzyć. To problem, jeśli masz faceta jakby „z górnej półki”. Bo raz, że sama czujesz się obok niego jak uboga krewna, a dwa, że wstydziłam się z nim chodzi na oficjalne, służbowe imprezy. Partnerki jego kolegów zdecydowanie były kilka poziomów wyżej ode mnie.

Wiadomo, że nie chciałam brać od niego kasy. Dziwna ze mnie kochanka? Może i dziwna, ale ja przecież myślałam, że jestem jego narzeczoną.

Tak czy owak, trzeba było jakoś wyglądać na tych jego służbowych rautach.

Dlatego najpierw zdecydowałam się z nim zamieszkać, potem przymykałam oko na to, że nie dokładam się do zakupów. Miałam więcej pieniędzy na siebie. Ale na luksusy stać mnie nie było.  Marek to wiedział, dlatego jak robił prezenty, to zawsze konkretne. Raz dostałam od niego zegarek za 800 zł, innym razem dołożył mi ponad 500 zł do sukienki, to znów kupił aparat fotograficzny i laptopa. Drogie? Z pewnością, ale jak sobie dziś myślę, to tak naprawdę nie wypada, żeby mężczyzna w średnim wieku, kasiasty obdarowywał swoją kobietę jakimś badziewiem. Zwłaszcza, gdy ta jego dziewczyna ma dwadzieścia lat mniej.

On pewnie też tak czuł, bo nie raz mnie pytał, czy nie zostawię go dla młodszego. Koleżanki też się dziwiły, co ja robię z takim starym dziadem. Rodzice nic nie mówili, ale patrzyli karcącym wzrokiem. Mama tylko raz powiedziała, że jest przystojny.

A mnie było z  nim tak dobrze. Do czasu oczywiście, bo im bliżej do jego emerytury, tym między nami zaczynało się psuć. Wiadomo było, że straci swoje mieszkanie i trzeba będzie coś wynająć albo kupić. Marek zżymał się, że w Warszawie tak drogo i on przecież gdzieś w Polsce ma swój dom. O rozwodzie już nie mówił. O ślubie ze mną tym bardziej.

Nagle dowiedziałam się, że za dwa tygodnie zostanie emerytem. Wyprowadza się z Warszawy. Będzie mieszkał z żoną. Że przeprasza. I że nigdy nie zapomni tych lat. I że będzie tęsknił.

Nie chcę wracać do tego, co przeżyłam, bo to była masakra. Kilka miesięcy spędziłam na zwolnieniu lekarskim i straciłam pracę. Okazało się, że wszyscy poza mną mieli mnie za kochankę dobrze ustawionego pana. Pan odszedł ze stanowiska, poleciałam i ja.

Jakby tego było mało, pewnego dnia Marek zadzwonił i poprosił mnie o spotkanie. Zgodziłam się, bo miałam nadzieję, że powie, że do mnie wraca. Zdziwiłam się, gdy zobaczyłam, że podchodzi do mojego stolika z żoną. Poznałam ze zdjęcia.

On się nie odzywał. Żona uprzejmie poprosiła o zwrot prezentów. Chciała i zegarek i laptopa i nawet o ubrania zapytała. – Musi pani zrozumieć, że okradała pani nasze dzieci – mówiła.

Wstałam i wyszłam. Wybiegli za mną. Marek mówił: – Ania, zrozum…Żona wyzywała od sukowatych naciągaczek, k…. i że chciałam rozbić jej rodzinę.

Poszłam do domu. Przez tydzień odbierałam od nich obraźliwe esemesy. W końcu wkurzyłam się, zapakowałam wszystko i im wysłałam.  Nawet sukienki, majtki i do połowy zużyty krem.

I wiesz co? Żałuję. Poświeciłam mu pięć lat życia. Facet mnie przez tyle lat oszukiwał, a ja kurcze, taka uczciwa, oddałam mu wszystko? Bo żona krzyczała?

Dziś bym nie była już taka głupia. To były moje rzeczy. Nikt mu nie kazał mi ich dawać. Dlatego gdy przeczytałam o tym orzeczeniu sądu, to się ucieszyłam z tego, że są kobiety, które nie dają się tak wyrolować jak ja.

Na marginesie: Nikt mi za przesyłkę nie podziękował.”

Wysłuchała Joanna Ćwiek

 


Lifestyle Związek

Cuba libre. Wyjść z kołowrotu życia i stanąć obok

Agata Sliwowski
Agata Sliwowski
20 stycznia 2017
Fot. iStock/MikeVanSchoonderwalt
 

Zafundowałam sobie reset. Na koniec roku, praktycznie w wigilię Wigilii, wsiedliśmy z panem mężem w samolot i tuż przed północą wylądowaliśmy na Kubie. Zupełnie nie wiedziałam czego oczekiwać, bo poza Fidelem, kwaśnymi pomarańczami komuny, Buena Vista Social Club i cygarami, które rzekomo kobiety na udach rolują, nie wiedziałam o Kubie wiele. Postanowiłam też, że to w sumie dobrze, bo jak wiadomo trick to stary jest jak świat, że jak człowiek tak bez oczekiwań do rzeczy podchodzi tak z reguły miło zaskoczyć się może. Ja się zresetowałam. I to praktycznie do ustawień fabrycznych, o których tak po prawdzie to nie myślałam, że jeszcze kiedykolwiek będzie mi dane się nimi cieszyć.

W planie mięliśmy Hawanę, Cienfuegos i Trinidad. Rezerwacje noclegów zrobiliśmy wcześniej głównie via AirB&B. Poza tym żywioł. Dwa przewodniki, jeden niezwykle cenny, bo wielce praktyczny, drugi Lonely Planet, przydał się jak nic. Bo poza tym całkowity żywioł. Cuba Libre, a my na niej.

Pierwszą noc rozpoczęliśmy od imprezy vis a vis. Kolejne noce też tak się zaczynały. Dla jasności, to “vis a vis” imprezowało, my usiłowaliśmy spać. Ale nie jak to zwykle bywa na siłę i ze złością, która rozpędza cały sen. Usiłowaliśmy spać jakoś tak inaczej, bo z wewnętrznym uśmiechem i na całkowitym luzie właściwym prawdziwym wakacjom. Kiedy po imprezie rozbawiony tłumek rozchodził się pod oknami do białego świtu, też nie było w nas żadnej złości. Pan mąż zresztą spał jak zabity bez względu na decybele. Ja natomiast w głowie błogość miałam przeplataną kołyszącym do snu gwarem nocy, ludzkim śmiechem i głośnymi okrzykami, a także raz po raz odpalanymi silnikami wiekowych motorynek pozbawionych jakichkolwiek opcji tłumiących. No po prostu żywe, soczyste noce to były, napełnione dźwiękiem, od zmierzchu aż do świtu.

A po nocy przychodził dzień, anonsowany przez poranek radośnie powarkujący dostawczymi ciężarówkami, brzmiący nawoływaniem ludzi, śmiechem dzieciaków i ujadaniem bezpańskich psów. Wytaczaliśmy się z łóżka w cudownym nastroju, przeciągnięci, rozciągnięci i doskonale wyziewani jak dwa leniwe, kubańskie koty. Zimny prysznic (jedyny dostępny) bosko był orzeźwiający, po nim kawa z termosu, całkiem aromatyczna. Luz. Na zewnątrz upał, w pokoju upał, ale to nie szkodzi. Telefon milczący, wyrwany z zasięgu, brak kontaktu emaliowego ze światem. Człowiek instynktownie w takich okolicznościach sięga po prostu po książkę i robi się jakby czujniejszy. Zaczyna być uważny, zaczyna się przyglądać i nagle łapie się na tym, że podobnie jak ta starsza kobieta w oknie na przeciwko, stoi sobie oto na balkonie oparty o poręcz i z zadumą obserwuje jak życie bulgocze dwa piętra niżej w korycie rwącej uliczki.

Wyjść z kołowrotu życia i stanąć obok. Jakże rzadko zdarza nam się taki luksus i jakże rzadko nań sobie pozwalamy. Bo nie czarujmy się przecież! Nawet jak już człowiekowi nadarzy się okazja na reset to nieszczęśnik i tak na uszach staje by nie paść jego ofiarą. Dzisiejszy człowiek, by mógł być człowiekiem, musi być szaleńczo zajęty. Jak nie jest, to łapie za komórę albo nerwowo nadużywa komputerowej myszki w nadziei, że na powrót podchwyci wariacki pęd. Dzisiejszy człowiek to pełny świr. Zakręcony, wszechdostępny bez względu na porę dnia i nocy i bardzo obecny, ale li tylko w mediach społecznościowych. Taki człowiek zna ludzi, wie rzeczy, kapuje sprawy, lajkuje jak pro, ale zapytany o to co tak naprawdę czuje zawiesza się jak ten komputer, który czasami też ma już po prostu dość.

No bo ileż tak można? Jakie są nasze ludzkie granice? No i czy w ogóle jest dla nas jakaś nadzieja w temacie wiecznej nieobecności w życiu? Niby jesteśmy, a jednak nas nie ma. Niby słuchamy, lecz nie słyszymy. Świat nasz już nie jest ani trochę realny, bo dla odmiany zrobił się całkiem wirtualny. Badania podobno pokazują, że ludzki mózg zmienia się pod wpływem naszego niekończącego się serfowania po wirtualnej rzeczywistości. Robimy się rozkojarzeni, nie potrafimy się skupić, mówi się do nas jak do ściany, bo nie dociera do nas przekaz. Do tego wszystkiego nie możemy i nie potrafimy się zrelaksować. Odcięcie od kabla zamiast dać nam oddech, wywołuje w nas lęki, więc robimy się rozdrażnieni i niespokojni. Taki jest zestaw objawów po odstawieniu Internetu i nie przesadzam z tym wcale, z doświadczenia mówię. Największe awantury w rodzinie się dzieją, kiedy pana męża od netu odciągam za frak. Bożesz ty kochany, jakże on wtedy walczy. Jakby o życie chodziło…. Bo może i chodzi? Tyle że nie o to życie z krwi i kości, lecz o jakieś dziwne życie w sieci? Życie pośród kabli, po których z zawrotną prędkością przemieszcza się informacja. Życie 100% wirtualne, w którym wszystko co ludzkie jest nam obce, wszystko jest takie jakieś odseparowane, zaś idea, że mogłoby być inaczej, doprowadza nas na skraj szaleństwa. Czy aby jednak zasadnie?

Mój kubański reset i owszem zawiódł mnie, ale nie na skraj szaleństwa, lecz na planetę: Błogość. Wprowadził mi powietrze w płuca, wyrównał oddech, wyeliminował pleców ból i inne bóle, zafundował mi zdrowe zmęczenie po dniach wypełnionych ruchem i wrażeniami i ostatecznie oddał mi sen. Taki, który regeneruje dogłębnie. Sprawił też, że przez najmniejszą nawet minutkę nie tęskniłam za kontaktem ze światem via telefon czy email, a to pewnie dlatego, że kontaktu ze światem, takiego prawdziwego, mięsistego, soczystego kontaktu ze światem to ja miałam na tej Kubie w bród! I pierwszej klasy był to kontakt! Barwny, naładowany dobrą energią, kontakt z ludźmi, ze sobą samym, kontakt z duszą.

Kiedy w Cienfuegos siedzieliśmy sobie w barze na dachu jednego z budynków patrząc na przygotowania słońca do zachodu i kiedy paru muzyków grało kubańską muzykę tak pięknie brzmiącą miłością, tęsknotą i wszystkim tym co tak bardzo jest ludzkie, wtedy, pochwycona za serce przez magiczną tą chwilę, czułam szczęście. Tak po prostu. Żywe, niewirtualne, lecz całkowicie namacalne, szczęście. Szczęście, które jakby tego było mało, zmagazynowało się we mnie, osadziło się na ściankach mojej duszy tak, że gdy teraz nucę sobie pod nosem Los gardenias para ti, czuję jak to szczęście radośnie we mnie drga.

Taaa… konia z rzędem temu, komu wirtualny świat tak duszę rozedrgać potrafi! Taaa.. Tak właśnie myślałam. A zatem: Guantanamera kochani! Nie ma to jak dobry reset.


Lifestyle Związek

Podobno siódemka to szczęśliwa liczba, a nam piątka przyniosła szczęście. Pomylony numer sprawił, że dziś jestem jego żoną

Magdalena Lis
Magdalena Lis
20 stycznia 2017
Fot. iStock/shironosov

Róża: „Wiesz, to był klasyczny, majowy niedzielny wieczór. Słońce chyliło się ku zachodowi, nad głową krążyły mi uparcie chrabąszcze, lekko wiał ciepły wiatr. Siedziałam na balkonie i wbrew tej sielankowej scenerii nie byłam szczęśliwą, cieszącą się życiem osobą. Sączyłam przez słomkę lemoniadę, przeglądałam jakieś czasopisma. Mieszkam niedaleko jeziora, z balkonu miałam widok na ścieżkę rowerową, na plac zabaw, na wodę. Obserwowałam ludzi, większość z nich była w parach. Ktoś jechał na rowerze, ktoś jadł lody, ktoś się uśmiechał. Uznałam, że dla nich wszystkich świat jest kolorowy, a dla mnie odcienie szarości to było maksymalnie co widziałam. A później dostałam SMS-a”.

Z Różą i Czarkiem spotykam się w ich domu, bo tak im było najwygodniej. Siedzimy w niewielkim salonie, co chwila się przytulają. Obok nas, na kolorowej umiejscowionej na podłodze macie bawią się bliźniaki, Jagoda i Ziemowit.

Czarek: „Majówka, impreza, szaleństwo – tak to teraz wspominam. Wiesz, leniwa niedziela, leżę taki, no taki nazwijmy to zmęczony, żeby nie powiedzieć skacowany. Biorę telefon, na kartce obok mam spisany numer telefonu fajnej dziewczyny. Poznałem ją poprzedniego wieczoru, ten numer nad ranem szybko zanotowałem.  Wklepałem go, napisałem kilka słów i wysłałem smsa. Chciałem ją jakoś zaczepić, zagadać, zapytałem więc jak leci, czy już odpoczęła po podróży i czy o mnie nie zapomniała. Banalnie wiem. Ale poszło, wysłałem. A odpowiedź mnie lekko zaskoczyła, żeby nie powiedzieć, że byłem rozczarowany. Nie no, nie możliwym jest – pomyślałem, że coś mogłem zwyczajnie pomylić”.

Róża: „To ja dostałam wówczas tego sms-a. Nie znałam numeru spod którego przyszedł, i nawet  miałam go skasować, ale coś mnie tknęło i odpisałam. Krótko, acz konkretnie napisałam, że zaszła jakaś pomyłka, że proszę zerknąć na numer adresata, by wiadomość trafiła do właściwego człowieka i że pozdrawiam”.

Czarek: „Wiesz, patrzę na ten numer, i wszystko mi się zgadza. Końcówka sześćset pięć, taka sama na kartce i taka sama w telefon wklepana. Piszę jej więc, żeby się nie zgrywała, że to ja Czarek, że jestem kumplem Bartka i że poznaliśmy się przecież wczoraj:.

Róża: „A ja mu uparcie, że wczoraj to ja piekłam szarlotkę z budyniem i jabłkami i piłam z koleżanką wino. Że mam na imię Róża, a nie Blanka, że to pomyłka, jak już wspominałam”.

Czarek z czułością patrzy na żonę i mówi mi, że nie przypuszczał, że będzie taka zadziorna. Jednak to sprawiło, że go zaintrygowała.

Czarek: Zwątpiłem. Ale serio taki numer miałem podany. Widocznie tamta dziewczyna celowo mnie oszukała, tak wtedy pomyślałem sobie.

Tamtego wieczoru więcej już nie pisali. Czarek zrozumiał, że to faktycznie nie jest ta nowo poznana dziewczyna, ale coś mu mówiło, że ta przypadkowa znajomość jest warta kontynuowania. Nazajutrz napisał więc do Róży znowu

Róża: Zapytał, skąd jestem, a kiedy dostał odpowiedź, że tak jak on z Wielkopolski to zagadnął, czy nie uważam, że to przeznaczenie. Odpisałam mu wtedy, że też tak myślę, bez wątpienia, a on chyba nie wyczuł mojej ironii. O przeznaczeniu wiedziałam wówczas wiele, bo byłam świeżo z jednym takim mi przeznaczonym po rozstaniu. Ostatnim o czym marzyłam było randkowanie, zwłaszcza z chłopakiem poznanym telefonicznie. Jak to brzmi zabawnie w ogóle. Poznałam go przez telefon – uśmiecha się.

Czarek był nieugięty i zaczął pisać do Róży regularnie. W swoich odpowiedziach bywała oschła, czasem wyniosła, ale w gruncie rzeczy zawsze mu odpisywała. Niedługo potem po raz pierwszy się spotkali.

Czarek: Zaproponowałem kawę, a ona mi na to, że może się zgodzić jedynie na wspólne wyjście na rower. Wiesz, ja byłem gotów na wszystko, tylko, że nie miałem roweru. Długo nie myśląc go jednak kupiłem. Umówiliśmy się na ścieżce rowerowej. Jak ją tylko zobaczyłem, to oniemiałem, była przepiękna, dosłownie zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Przytargała mnie przez trzydziestopięciokilometrową trasę, myślałem, że ducha wyzionę. Sam nie wiem już, czy z tej miłości, czy może ze zmęczenia.

Róża: Matko, on mi się w ogóle nie spodobał. Jakoś tak strasznie różnił się od kanonu mężczyzn w których od zawsze gustowałam. Niski blondyn, kiedy uwielbiasz wysokich brunetów. Sama rozumiesz – uśmiecha się. Poczucia humoru mu jednak nie brakowało, wytrwałości też, bo wtedy specjalnie wybrałam tamtą trasę rowerową. Jak ją przetrwa – pomyślałam, to nic mu już będzie nie straszne. No i dał radę.

Od tamtej pory spotykali się regularnie. Czarek zapytał Róży jakie ma plany na wakacje. Pomyślał nieśmiało, że może byłoby fajnie, gdyby gdzieś razem wyjechali. Dziewczyna mu jednak odmówiła i był po raz wtóry rozczarowany. Oczyma wyobraźni widział ich gdzieś jak leżą na plaży, albo wspólnie łażą po górach. Albo, że jadą za granicę i bez opamiętania zwiedzają. Zupełnie nie rozumiał, dlaczego tak negatywnie zareagowała.

Róża: Czarek zaproponował wspólne wakacje a ja struchlałam. Całą sobą chciałam z nim jechać i całą sobą wiedziałam, że nie dam rady. U mnie w biurze ostatnio były redukcje, spadłam o stanowisko niżej, co wiązało się również z obniżką wynagrodzenia. Miałam kredyt we frankach i ledwo mi starczało od pierwszego do pierwszego. Wstydziłam mu się przyznać, że chodzi o kasę. Zbyłam go, zaczęłam rzadziej mu odpisywać. Uznałam, że powinien poznać inną dziewczynę, może taką jak na tamtym wyjeździe. Taką, która pojedzie z nim na te wymarzone wakacje.

Czarkowi było przykro, ale nie rezygnował. Powiedział jej, że jak nie ma ochoty to on rozumie, że może się zagalopował, że może za wcześnie na takie decyzje, że szanuje to, jeśli ona ma inne plany. I że może za rok, albo innym razem.

Róża: Kiedy powiedział ‘może za rok’ to tak troszkę oszalałam. Za rok oznaczało, że nie byłam dla niego na chwilę, że on coś ze mną planował. Coś więcej niż wypad na rower, lody czy wspólne wakacje. Próbowałam go unikać, ale kiepsko mi szło. Ja się w nim najzwyczajniej na świecie zakochałam.

Róża uznała, że skombinuje te pieniądze, i że pojadą. Pożyczyła część od siostry, część wzięła z tak zwanych żelaznych zapasów. Oznajmiła Czarkowi, że chce z nim wyjechać, że się zgadza. Tylko, że on już zaplanował ten wypad z kumplami.

Czarek: Ona dopiero wtedy mi się do wszystkiego przyznała. Że nie chodziło o brak chęci, tylko o pieniądze. Boże, dlaczego mi wcześniej nie powiedziała? Przecież to ja ją zapraszałem, więc logicznym było dla mnie, że chciałem to sfinansować.

Róża wtrąca pośpiesznie jedno zdanie, że nigdy by się na to nie zgodziła. Czarek: Widzisz, ona jest właśnie dumna taka. Oczywiście wyjazd z kumplami odwołałem, i spędziłem z Różą tak zwane wakacje życia – wyraźnie promienieje.

Na moje pytanie dlaczego wakacje życia, wskazuje na bawiące się obok nas bliźniaki i mówi, że to jest jego życie. Owoc tamtego wyjazdu. Że to jest wszystko to co ma najlepszego na świecie. Róża: Nazywamy ich cudem wiesz? Cierpię na zespół policystycznych jajników, lekarz mówił mi, że być może nigdy nie będę miała dzieci. A tu dwójka i to ot tak, od razu. Urodzili się piątego. My pobraliśmy się w maju. Tamta pomylona cyfra to piątka, ostatnia z cyfr mojego numeru. Bo wiesz, to miała być siódemka, tylko on źle zanotował. Mówią, że to siódemka przynosi szczęście – jak widać, u nas jest inaczej. Czarek: Ważne, by to szczęście nasze trwało dłużej niż pięć lat.

Oboje się uśmiechają.

Róża: To na pewno – całuje męża w czoło. Nasze dzieci noszą imiona po moich dziadkach, którzy przeżyli ze sobą pięćdziesiąt lat. Widzisz, znów piątka. U nas też nie może być zatem inaczej. I będzie, będzie wspaniale. Za pięć, dziesięć i piętnaście lat. Bardzo w to wierzę.


Zobacz także

„Kobieta sukcesu”, nowa komedia romantyczna z gwiazdorską obsadą, w kinach już 8 marca

9 rzeczy, które nazywamy błędami w związku, a które wcale nimi nie są!

Każdy zasługuje na szczęście. 10 kroków, by być szczęśliwym

Każdy zasługuje na szczęście. 10 kroków, by być szczęśliwym