Psychologia Związek

„Powiedziała, że od lat jej nie pociągam. Te słowa są we mnie do dziś”. O tym, co czuje zdradzany mężczyzna

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
10 października 2015
Fot. iStock
 

Zdradzający mężowie, skrzywdzone kobiety, niewierne żony mówiące: „Ja też mam prawo”.  Listy, artykuły, wywiady. Ale dlaczego nigdzie nie ma mężczyzn, którzy zostali zdradzeni?

– Jesteśmy mniej ekshibicjonistyczni – mówi Jakub. 37 lat, ojciec dwóch synów (4, 7 lat).

Katarzyna Troszczyńska: Ale zgodziłeś się na rozmowę.

Jakub: Bo chciałbym przełamać stereotypy. Nie każdy mężczyzna marzy o innych kobietach, oddziela seks od miłości. Są wśród nas faceci z zasadami. Ja mam zasady, nie miała ich moja żona.

Może po prostu się zakochała?

Tak. I nie o to mam żal. Mam żal o formę. Zadzwoniła z wyjazdu służbowego i powiedziała: „to koniec, wyprowadzam się”. Żadnego „nie wiem, co się dzieje”, „chodźmy na terapię”. A przecież nie byliśmy tylko parą, ale rodziną. Dzieci, mieszkanie, sprawy. Dziesięć lat małżeństwa do kosza.

Nie spodziewałeś się?

Nie. Choć potem, oczywiście, po nitce do kłębka zacząłem dochodzić prawdy. Jej nagłe wyjazdy, wieczory na mieście, obsesyjne dbanie o siebie, pilnowanie telefonu.

Najśmieszniejsze jest to, jak ludzie udają, że o niczym nie wiedzą. Nie chcą się wtrącać. Dopiero, gdy zacząłem pytać znajomych wprost, ktoś powiedział: „Tak, widziałem ją z innym w markecie”, „Tak, słyszałem, jak rozmawia przez telefon i mówi: musimy teraz trochę uważać, on czegoś się domyśla”.

Wtedy, gdy zadzwoniła, że się wyprowadza, powiedziała, że ma romans?

Nie. Na początku zaprzeczała. Winę zwalała na mnie: „Jesteś beznadziejny, zmarnowałeś mi życie, od dawna czuję do ciebie wstręt”. Dla mnie to był szok. Kilka dni przed tym przyszła do pokoju, w którym pracowałem: „Masz ochotę na seks?”. Dziś myślę, że może to był pożegnalny seks. A potem myślę: kochała się i ze mną, i z nim. Masakra.

Wasze małżeństwo twoim zdaniem było dobre?

Nie wiem. Na pewno byliśmy ładną rodziną. Choć było chłodno między nami. Bardzo rzadko się kochaliśmy. Kiedyś powiedziała: „Zrób to szybko, nie lubię gry wstępnej”. Potem tłumaczyła: „To przez pracę, jestem zmęczona, przepraszam”. Czasami zdarzał się  fajny seks. Dopiero potem pomyślałem: „Ona zawsze robiła to ze mną po alkoholu”. Faceci nie analizują, jest zmęczona, okej, tyle. Napiła się wina, bo kolacja sobotnia – też normalne. Pewnie nie przytulała mnie tak często, jakbym chciał. Ale potem przychodzili do nas znajomi, oglądaliśmy filmy, rozmawialiśmy. Myślałem: „Mam super rodzinę”

Tłumaczyłem sobie, że kryzysy to przez dzieci, że to naturalny etap. Że i tak mam dużo. Mijamy się, każdy to przerabia. Do tego jeszcze praca, ja w dużej firmie, ona w dużej firmie.

Pracoholicy?

Ona nie. Miałem nawet pretensje, że tak lekko podchodzi do spraw zawodowych. Jej nie zależało na rozwoju. Najważniejsze były zakupy, przyjaciółki, relaks.

Nie przemawia przez ciebie teraz żal?

Pewnie trochę tak. Była bardzo dobrą matką, świetnie gotowała, zajmowała się domem. Ale naprawdę to ja ogarniałem nasze życie. Zarabiałem więcej, ona prawie wcale. Nie chciała przenieść się do innego działu, poszukać lepszej pracy. Byłem też odpowiedzialny za jej finansowe wpadki. Tu od kogoś pożyczyła, tu zadłużyła kartę kredytową, kochała wydawać, ale nie zarabiać. I nawet bym się nie czepiał, gdybyśmy mieli bardzo dużo pieniędzy. Ale nie mieliśmy.

Słyszysz, co mówisz: „Była dobrą matką, świetnie gotowała, zajmowała się domem”, a ty miałeś pretensje, że nie zarabia?

To nie tak. Przeszkadzało mi to, że jest lekkoduchem. Nie rozumiałem tego.

Może więc problem w tym, że potrzebowałem innej kobiety? Ale nie sądzę, bardzo ją kochałem. Jestem tylko odpowiedzialny i nie rozumiem, jak można się zadłużać na sukienki, czy nowe buty.

A wasze początki?

Namiętne. Poznaliśmy się na studiach, na imprezie u znajomych. Przez pierwsze parę lat byliśmy nierozłączni. Szybko razem zamieszkaliśmy, wzięliśmy ślub. Ona była wtedy otwarta, ciepła, czuła. Miała w sobie magnes, bardzo przyciągała ludzi. To zresztą spodobało mi się w niej na początku. Wtedy wydawało mi się, że jesteśmy tacy sami. Klasyka.

Co zrobiłeś, gdy powiedziała, że odchodzi?

Myślałem, że zwariowała. „Ale jak to? Co się stało?” – pytałem. Byłem w szoku. Wtedy ona spokojnym tonem mówiła: „Nic już do ciebie nie czuję, to się działo od dawna”. To był marzec. Jeszcze w lutym byliśmy na weekend w Mediolanie. Cały dzień zakupy, zwiedzanie, wieczorami kolacje, wino i seks. To były jej urodziny, kupiłem jej chwilę wcześniej auto, o którym marzyła. Gdy w takiej sytuacji słyszysz: „Brzydzę się tobą”, nie wierzysz, że to w ogóle możliwe. A ona mówiła, że bardzo próbowała to ratować, ale nie wyszło. I że właśnie wtedy, w lutym, ratowała nasze małżeństwo.

A on?

Znali się z pracy. Romans zaczął się chyba od imprezy gwiazdkowej w firmie. Wiem, bo potem dostałem obsesji. Zacząłem ją śledzić, podglądać Facebook’a. Najgorsze było to, że ona całą winę zwaliła na mnie. Zniszczyłem jej życie, jestem potworem. Doprowadziła mnie do takiego stanu, że pomyślałem: „W porządku, znajdę mieszkanie, wyprowadzę się, zostawię jej wszystko. Niech ma dobrze, to moja wina”. Przez kilka dni nic nie jadłem, nie spałem, butelkami piłem nervosol. Tak mnie zastał przyjaciel z pracy. „Jezu, jak ty wyglądasz? Anka cię nakryła z inną?”. To są te stereotypy, zawsze się uważa, że to facet zdradza. A przecież związki rozpadają się z różnych przyczyn. Ten mój kumpel,  gdy usłyszał, o co chodzi, powiedział: „Dlaczego ty masz się wyprowadzać, przecież to rozpad małżeństwa z jej winy”. Wzmocnił mnie. Wróciłem do domu i powiedziałem, że się nie wyprowadzę, że jak chce, niech odchodzi sama. Że mam to gdzieś, ale musi się dzielić ze mną opieką nad chłopcami „pół na pół”.

Poszła na to?

Powiedziała: „Ale mnie urządziłeś!”. Wtedy wciąż zaprzeczała, że kogoś ma. Dopiero, kiedy rzuciłem jej wydrukami wiadomości z FB, powiedziała: „A, chodzi ci o Piotrka?”. To było chyba najgorsze. Totalne zobojętnienie. Czułem jej luz, jej energię, radość. Wyprowadziła się pod koniec kwietnia. Pamiętam, tuż przed weekendem majowym zabrała wieczorem dzieci. Chodziłem po pustym mieszkaniu, a potem całą noc jeździłem autem po mieście. Kolejne dni to był koszmar, jakby ktoś wypalał wnętrzności gorącym żelazem. Nigdy wcześniej nie czułem takiego cierpienia. To trwało ponad miesiąc. Zmieniło się, gdy wyjechałem służbowo do Toronto.

Tylko?

A ile, twoim zdaniem, powinno trwać? Ten miesiąc też był różny, bo gdy byli u mnie Antek z Frankiem, im w 100 procentach poświęcałem czas, ale gdy byłem sam – masakra. Byłem na służbowym wyjeździe, gdy  mój kumpel wrzucił mi link do tindera, zalogowałem się, zacząłem rozmawiać z jakimiś dziewczynami. To nie było nic poważnego, ale wtedy pomyślałem: „Dość”, nie przeżyję tak więcej ani jednej minuty mojego życia.

Twardy jesteś?

Myślę, że mężczyźni przeżywają rozstania inaczej niż kobiety. Bardzo cierpią na początku, ale potem odcinają to. Przez miesiąc fantazjowałem o zemście, wyobrażałem sobie, że zniszczę temu kolesiowi życie. A potem po prostu odpuściłem. Zrozumiałem, że nie cofnę czasu i muszę zacząć żyć innym, nowym życiem. Skupiłem się na zadaniach, na wypełnianiu czasu. Miałem kilka dziewczyn na chwilę, podreperowały moje poczucie własnej wartości, ale szybko uciekałem. Nie byłem gotowy na poważniejsze relacje. Taka sytuacja trwała mniej więcej rok.

A co z Anką?

Kilka kaw, spotkań, pretekstem były dzieci. Na którymś spotkaniu mnie przeprosiła, na kolejnym zapytała, czy jest szansa, żebyśmy zaczęli od początku. Że ten koleś okazał się pomyłką, a ona tęskni. Że dopiero teraz zrozumiała, co czuje.

A Ty?

A ja nic. Nie to, że chciałem się zemścić. Naprawdę nie. Tego dnia, gdy powiedziała, że odchodzi, potem przez kolejne dni – błagałem ją, żebyśmy spróbowali. Nie chciała. Myślę, że po prostu któregoś dnia wszystko pęka i już nie ma znaczenia, że tyle lat, dzieci, marzeń, planów. Tego już po prostu nie ma. Ona już jest tylko matką moich dzieci, byłą żoną. Dziś jestem sobie wdzięczny, że nie wygrała potrzeba, żeby ją zniszczyć. Że nie walczyłem w sądzie o prawa do wyłącznej opieki nad dziećmi, nie manipulowałem nimi.

Nie myślisz, że gdzieś mogłeś sam popełnić jakiś błąd?

Na pewno popełniłem. Największy, że nie stawiałem granic, że nie myślałem o własnych potrzebach i że chciałem być z nią za wszelką cenę. Im dalej odsuwała się ode mnie, tym bardziej się starałem. Nawet, jak chciała nie chciała być ze mną blisko, nawet, gdy mówiła, że się mną brzydzi. Ale to tylko przynosiło odwroty efekt.

Ludzie nie powinni godzić się na żadne upokorzenia w imię tak zwanej miłości. I powinni pamiętać, by przede wszystkim kochać siebie. Straszne jest, co przeżywa człowiek, któremu zależy na drugim. I naprawdę skończmy z tymi stereotypami. Ofiarami wielkich miłości są i mężczyźni, i kobiety. Kobieta też potrafi się odwrócić i zacząć nowe życie.  Nie myśląc o rodzinie. Ja zawsze zastanawiam się, czy naprawdę dużo ważniejsze jest życie zabawne niż odpowiedzialne? Czy ludzie porzucający nie widzą, że zostawiają zgliszcza?

 


Psychologia Związek

Matka w Bloku Startowym. Jak zamieniłam stanowisko menedżerskie na etat kierowcy

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
10 października 2015
Fot. iStock
 

Złapałam się ostatnio na tym, że wchodząc do domu nie zdejmuję butów. Nie dlatego, że jest brudno, nie z powodu lenistwa, ale zwyczajnie nie opłaca mi się to, gdyż co wejdę, to zaraz muszę gdzieś jechać. Na zajęcia. Z zajęć. Bo ktoś coś zapomniał. bo brakuje czegoś w lodówce. Bo gardło boli i nie ma pastylek do ssania (cytrynowych, bo inne nie mogą być). Bo koledzy zadzwonili, że jest trening, bo koleżanka ma szczeniaczka i ona musi go zobaczyć. Już. Teraz. Natychmiast. Jestem Matką W Blokach Startowych. Mam wrażenie, że moje życie zamieniło się w etat kierowcy (raczej bezpłatny staż).

Ale od początku. Wielki entuzjazm, że uwalniam się od korporacji. Wreszcie sama będę zarządzać swoim czasem i przestrzenią. Będę pracować zdalnie i wyskakiwać raz na jakiś czas na spotkania w Warszawie. Życie marzenie. Oczami wyobraźni widzę te leniwe poranki zmącone tylko odwózką dzieci do szkoły. Potem pisanie, jakiś obiad, drzemka i zajęcia pozalekcyjne. Biegam, chodzę na fitness, odżywiam się zdrowo i mam czas na kosmetyczkę – to nadal wyobrażenia.

Mam także ten spokój swoich koleżanek, które o niczym nie zapominają, zgłaszają się ochoczo do bycia opiekunem na szkolnych wycieczkach, ich dzieci zawsze mają wszystko w piórniku, a one zawsze czekają uśmiechnięte i wypoczęte pod salą, mimo iż dzieci kończą czasami około 12-tej! Będę taka! Będę matką, która jest oazą spokoju, symbolem zorganizowania i będę rozsiewać energię zen.

Poranki zaczynają się jednak wcześniej niż zakładałam. Pies ma chory pęcherz, więc nie wypuszczenie go o 6-tej powoduje poranek z mopem. Wstaję więc, słysząc popiskiwanie, otwieram drzwi i kładę się jeszcze na 15 minut na kanapę. Potem kanapki do szkoły, budzenie, awanturka o strój, szukanie zagubionego podręcznika, dyskusja o tym, czym się różni lato od jesieni i jak to wiedzę zastosować odnośnie nakryć wierzchnich, kolejna awanturka o to, kto gdzie siedzi w aucie, komentarz na temat stanu auta („Mamo, a Ty go kiedyś umyjesz”), znów dyskusja o tym, że nie muszą mnie prosić o puszczanie muzyki, gdy wycofuję auto z garażu, jednocześnie zamykając pilotem bramy. Przypominam sobie, że negatywne emocje w domu mogą spowodować rozładowanie w szkole, puszczam coś wesołego i rzucam jakieś teksty, aby rozładować atmosferę. – Jesteś wstrętny! (Klara). – Wyglądasz, jakby Cię sąsiad podrzucił! (Jurek). Podkręcam muzykę głośniej i odliczam minuty do wysiadki. – Pa pa, miłego dnia DZIECI!

Wracam więc, ogarniam szybko poranny rozgardiasz, zamierzając wsunąć za chwilę kapcie i siąść przy kompie, gdy…telefon….od syna…który…..zapomniał…podręcznika….od angielskiego. Shit!Matka egoistka odzywa się we mnie, tłumacząc mu przez telefon, że przecież może mieć jednego minusa, że taka teraz zajęta jestem (robię sobie kawkę!), że nic się takiego nie stanie. Cisza. A potem zdanie „To będzie mój kolejny minus”. Cisza. „Który?”. Cisza. „Czwarty”. Jak to?! Przecież dopiero wrzesień się skończył!!! Szukam podręcznika, lecę do auta i podwożę mu książkę. Godzinę później telefon. „Mamo, jak będziesz po Klarę, nie że tak specjalnie masz jechać, to weź hulajnogę”.

Odbieram Klarę i zahaczamy o sklep z konikami ulubionej firmy na „s” , odmawiam prośbie o hot-doga (przecież gotowałam pół dnia!), nie reaguję, gdy nie smakuje („w tym sosie jest cebula!”), jadę odebrać Jurka. Stoję w aucie, a go nie ma. Dzwonię, nie odbiera. Idę zaniepokojona do szkoły, gdzie miła Ciocia, która wie wszystko, informuje mnie, że odjechał z grupą na hulajnogach. Dzwoni. „No przecież przywiozłaś mi hulajnogę, to chyba jasne, że poszedłem na skatepark!”. Powinnam się domyśleć?!

Wracam wściekła do domu. I teraz już wersja „fast forward”. Odbieram z kolejki WKD Panią od chińskiego (sic!), odwożę do nas, zawracam po Jerzego z hulajnogą na skatepark, zaliczam sklep, bo nie ma wody, masła i mleka, Klara kończy lekcje, zawożę do domu, potem na konie, Jurek kończy chiński, odwożę Panią na kolejkę WKD, odbieram Klarę z koni, zawożąc jednocześnie syna na tenisa. Obie z Klarą odbieramy go ok. 20-tej. Jest po wiadomościach, dobranocce i 8 godzinach, które poświęciłam na przebywanie w aucie, które jest brudne!!! Powiedzcie mi, jak to się wszystko układało przed wakacjami?! Przecież ja chodziłam do pracy i działało!!!

Dziś jest niedziela, gdy to piszę i również mam buty na nogach. Rano zaliczyłam wizytę w sklepie, bo Jurkowi śniła się jajecznica ze szczypiorkiem (szczypiorek się skończył), a Klarze występ w programie Aplauz, w którym to odpadła z Tatą na castingu (hihi), odwiozłam dziecko komunijne do Kościoła, a drugie na skatepark (wraz z rowerem, dla którego musiałam złożyć siedzenia i ułamałam paznokcia i zaklęłam „k…”). Czekam więc na telefon od syna, żeby go odebrać. Jego i rower, a potem córka ma konie o 15.00, no i przychodzą goście, więc trzeba by coś upiec.

Dobrze, że mam buty wygodne. sprowadzone z USA. Wybaczcie, że się chwalę, ale dla Matki w Bloku Startowym każdy szczegół,  który ułatwia jej mobilność jest bardzo ważny. Muszę kończyć, bo Jurek dzwoni. Pewnie trzeba go odebrać. Albo przywieźć mu coś, bo zapomniał. Albo zabrać rower.

PS: Nie, nie jestem zen, zajadam ze stresu śledzie po kaszubsku. Palcami. W hipermarkecie.

PS2: Nie, nie jestem zorganizowana. Zapominam, że Klara ma we wtorek wycieczkę i musi być godzinę wcześniej w szkole. „Na sygnale” dowożę ją do kina.

PS3: Nie, nie jestem społecznicą. Nie zgłosiłam się do Trójki Klasowej. I nie wyglądam na wypoczętą, bo Pani nie poznała mnie pod salą, „jakoś inaczej Pani wygląda”. Inaczej znaczy bez makijażu.

PS4: Uwaga! Szukam pracy. Na etacie. W biurze. Jakiejkolwiek. Byle nie kierowcy. 🙂


Psychologia Związek

Chcesz dziecko, chętnie pomogę. Dawca spermy łatwy do znalezienia

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
9 października 2015
Fot. iStock

Twój partner jest bezpłodny, a może nie masz partnera, za to ogromne pragnienie posiadania dziecka. Do banku nasienia nie chcesz się zgłosić? Więc umów się z dawcą na zapłodnienie naturalne, naprawdę jest wielu chętnych.

Rozmawiałam kiedyś z koleżankami o tym, co zrobić, kiedy kobieta chce mieć dziecko, a niekoniecznie żyć z jego ojcem. Nie byłabym sobą, gdyby nie zaczęła szperać i tak trafiłam na portal, na którym kobiety mające problem z zajściem w ciążę – z różnych przyczyn, szukają pomocy. Zajrzałam w ogłoszenia „szukam dawcy nasienia” i  dotarłam do mężczyzn, którzy opowiedzieli mi swoje historie, jak zostali dawcami, z jakimi kobietami się umawiają i ile biorą za ich zapłodnienie pieniędzy.

Młody – zapładnia zamożne kobiety

Nazwijmy go Tomek. Ma 30 lat. Z wykształcenia jest mechanikiem samochodowym, ale nie pracuje w zawodzie. Żyje w związku bez ślubu, ma dwóch synów. Kiedy pytam, jak to się stało, że został dawcą opowiada, że najpierw był dawcą w banku nasienia. – Tam oddałem swoje nasienie siedem razy, aż wpadłem na to, że mogę być dawcą bez żadnych pośredników – tłumaczy Tomek. Początkowo mężczyzna oddał swoje nasienie trzem kobietom, które się z nim skontaktowały. Kiedy okazało się, że tylko jedna z prób zajścia w ciążę była udana, postanowił zaoferować zapłodnienie naturalne, które okazało się skuteczne w 100%. Dzisiaj z tego, co mu wiadomo oprócz dwojga dzieci ze swojego związku ma pięcioro jako dawca.

Tomek umieszcza swoje ogłoszenie na portalu lub odpowiada na prośby kobiet. Jak sam mówi, najczęściej piszą mężatki, choć trafiają się kobiety samotne, była też lesbijka. Za każde udane zapłodnienie pobiera kwotę 1000 złotych, tyle, ile płaci się w banku nasienia,  plus koszty dojazdu do miejsca spotkania. – Na początku mamy kontakt mailowy, przed samym spotkaniem wymieniamy się numerami telefonów i wyznaczamy termin zapłodnienia w dni płodne kobiety – opowiada Tomasz. Jak sam mówi, został bezpośrednim dawcą nasienia, bo chce pomóc parom, które nie mogą mieć dzieci oraz kobietom, które tego pragną. Kontakt stały ma z dwoma z kobiet, które zapłodnił. – To zależy, od kobiety, czy ona ten kontakt chce podtrzymywać.  Pytam, czy nie obawia się, że pewnego dnia, jego dzieci zapukają do drzwi, albo kobiety będą domagać się alimentów.  – Nie boję się – odpowiada. – Każdy ma prawo wiedzieć, kim jest jego ojciec i skąd pochodzi. Jeśli zaś chodzi o alimenty, to raczej nie powinienem mieć z tym problemu, bo zapładniam kobiety, które są zamożne.

Tomek proponuje, że mi też może pomóc w zapłodnieniu, wyśle swoje zdjęcie, zdjęcie synów, badania krwi i  badania na obecność wirusa HIV. Kiedy mówię, że mam już dzieci, pyta, czy istnieje możliwość umieszczenia nazwy portalu i podania nicku przemo30, gdyż chciałby pomóc kobietom, które pragną dziecka, a nie mogą go mieć z obecnym partnerem.

Fot. Flickr / Eugene Luchinin / CC BY

Fot. Flickr / Eugene Luchinin / CC BY

Erotoman – jest pokaźnie obdarzony

Tym razem niech to będzie Krzysztof. Ma 45 lat, 183 centymetry wzrostu i waży 82 kilogramy.  Od osiemnastu lat w małżeństwie, z tego związku ma córkę i syna. Z jego opisu wynika że bardzo lubi seks, a w małżeństwie ma go za mało.  – Moja żona chcę się kochać średnio raz na dwa tygodnie, a ja mogę trzy a nawet cztery razy dziennie.

Od dziewięciu lat jest dawcą i od samego początku dawcą naturalnym, nigdy nie oddawał swojego nasienia do banku. Jak to się zaczęło? Zadzwoniła do niego kuzynka żony zapraszając Krzysztofa na kawę. Po uprzejmej wymianie zdań poprosiła mężczyznę, by ten  pomógł ratować jej małżeństwo.  Kobieta nie mogła zajść w ciążę, podejrzewała, że problem dotyczy jej małżonka, ale ten nie chciał iść na badania. – Była trzy lata po ślubie. Mówiła, że jestem bardzo podobny do jej męża, więc jeśli urodzi moje dziecko, nikt się nie zorientuje. Zaproponowała sześć tysięcy złotych za zapłodnienie.  Myślałem dwa tygodnie, ostatecznie zdecydowałem się jej pomóc – opowiada mężczyzna. Problemem był jedynie fakt, że kobieta mieszkała z rodzicami. Musieli korzystać z okazji, kiedy wszyscy domownicy wychodzili do pracy. – Przez dwa dni umawialiśmy się na seks. Niecałe dwa tygodnie później zrobiła test i wyszło, że jest w ciąży. Krzysztof nie wziął pieniędzy od kuzynki żony, jak mówi, zrobił to gratis. Po pierwszej ciąży kobieta zwróciła się ponownie do mężczyzny o pomoc i urodziła kolejne dziecko.

Po tych udanych zapłodnieniach Krzysztof postanowił dać ogłoszenie w Internecie. Średnio dostaje od czterech do pięciu ofert w miesiącu. On sam zwykle decyduje się odpowiedzieć na trzy z nich. Otrzymuję od Krzysztofa dokładny opis jego „usług”: – Z paniami spotykam się przez trzy dni po dwa wytryski – jeden rano i jeden wieczorem. Przy stałym cyklu, jeśli kobieta chce córkę, zaczynamy na cztery dni przed jajeczkowaniem, a jeśli ma być syn – dokładnie podczas jajeczkowania. Oczywiście nie można mieć pewności, że uda się trafić z płcią dziecka, ale zawsze próbuję – opowiada.

Mężczyzna spotyka się z biorczyniami jego nasienia w hotelu lub prywatnym mieszkaniu, bez obecności męża czy partnera. Podobnie, jak w przypadku Tomasza najpierw ma miejsce mailowa korespondencja, wymiana zdjęć. Krzysztof pyta kobietę, jak chce zostać zapłodniona – naturalnie, czy mechanicznie. Podaje długość penisa, informuje, że jest obrzezany, że preferuje pozycję klasyczną z pupą na poduszkach i zaznacza, że stosunek może trwać nawet ponad godzinę. – Informuję kobiety, by po ośmiu do dziesięciu dni po ostatnim stosunku zrobiły test ciążowy. Miałem tylko jedną  poprawkę, w przypadku 48-letniej Włoszki.

Krzysztof mówi, że z tego co wie, kobietom dzięki jego pomocy udało się urodzić około 65 – 70 dzieci, dziesięć z nich wróciło z prośbą o pomoc w zapłodnieniu przy kolejnym dziecku. – Jestem zwolennikiem kontaktu z kobietami aż do porodu. Kiedy spotykam się z kobietą najpierw wymieniamy się badaniami, nie wymieniamy swoich nazwisk, wszystko odbywa się anonimowo. Nie pobieram żadnego wynagrodzenia, jedynie umawiam się na zwrot kosztów podróży, noclegu i wyżywienia.

Mężczyzna nie szczędzi mi szczegółów swoich stosunków, pisze, w jaki sposób lubi zapładniać kobiety i podkreśla, jaka pozycja gwarantuje sukces. Co prawda mi samej nie proponuje zapłodnienia, za to wysyła zdjęcia jednego ze swoich dzieci, kobiet w ciąży i… fotkę swojego penisa.

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Fot. Pixabay/Unsplash / CCO

Filozof – dzieli się darem od Boga

– Dlaczego dziwi cię, że wysłał zdjęcie, widocznie uważa, że ma się czym pochwalić. Eksponowanie swoich narządów płciowych jest wpisana w naszą naturę – słyszę od Marcina, który jako jedyny zdecydował się porozmawiać ze mną przez telefon. Z wykształcenia filozof. Mówi, że przystojny, choć zacina się w pół słowa i kończy, że ma 192 cm wzrostu, jest wysportowany, bez nałogów. – Raz w życiu paliłem papierosy i chyba się przepaliłem – śmieje się. Do czterdziestki brakuje mu jeszcze kilku lat.  – Cieszę się, że chcesz poruszyć ten problem. Mało kobiet wie, o tym sposobie zapłodnienia – mówi. Kiedy opowiadam Marcinowi, że na moje pytanie odpowiedzieli tylko mężczyźni, kobiety nie odpisały (a z tymi również chciałam porozmawiać), tłumaczy:– Wcale się nie dziwię. Dla nich to wstydliwe, wolą powiedzieć, że poznały chłopaka na imprezie i z nim zaliczyły wpadkę niż, że skorzystały z usług dawcy nasienia.

Jak to się stało, że Marcin został dawcą? Otóż, przyjaciółka jego żony miała problem z partnerem. Nie mogła zajść w ciążę, Marcin im pomógł za zgodą swojej żony. Oddawał nasienie między innymi do dwóch banków w Londynie, tam wyczerpał limit, gdyż dzięki jego plemnikom urodziło się już po 20-cioro dzieci z każdego banku. – W  mililitrze mojej spermy jest 165 milionów plemników, co jest naprawdę bardzo dobrym wynikiem. Statystycznie, po zamrożeniu, przeżywa około 5 milionów plemników, u mnie zostaje ich 80 milionów. Gdy  jedna pielęgniarka zobaczyła te wyniki, to omal nie spadła z krzesła – mówi Marcin. – To dar od Boga, więc się nim dzielę z kobietami. Wyczytałem i dowiedziałem się od specjalistów, że świeże nasienie jest lepsze dla dziecka, stąd naturalne metody. A poza tym lubię seks, kocham kobiety – dodaje.

Dla Marcina bycie dawcą nasienia, to trochę jak bycie dawcą krwi, dzieli się, jak sam to określa „specjalistycznym komórkami swojego organizmu”. Zawsze ma przy sobie aktualne wyniki badań. Najchętniej decyduje się na pomoc parom, małżeństwom, w których mężczyzna nie może mieć dzieci. – Dziecko musi mieć ojca, a przecież nieważne kto zapłodnił, ważne kto wychowuje. Jeśli o pomoc prosi mnie samotna kobieta, to staram się dociec, dlaczego jest sama, czy ma warunki na zajęcie się dzieckiem. Kiedyś umówiłem się na zapłodnienie z 24-latką. Młoda, pracująca, nie miała czasu szukać tego, kto zostanie ojcem jej dziecka, a miała świadomość, że zegar biologiczny tyka.

Mężczyzna, jeśli kobieta sobie tego życzy utrzymuje z nią kontakt.  – Nie mam z tym problemu nawet, jeśli któraś by chciała, żeby moje nazwisko widniało w dokumentach dziecka, też się zgodzę – tłumaczy. Kontakt jednak najczęściej się urywa, gdy kobieta układa sobie życie z innym mężczyzną.  Marcin, podobnie jak Krzysztof, nie bierze pieniędzy za zapłodnienie. – Mam dość dobrą sytuację finansową, ewentualnie, gdy muszę gdzieś dalej dojechać, to umawiamy się na zwrot kosztów paliwa, ale to też nie zawsze.

Kiedy rozmawiam z Marcinem odnoszę wrażenie, że jest on bardzo dumny ze swojej płodności, zresztą nie ma co się dziwić, w końcu dzięki niemu przyszło na świat ponad 80 dzieci. – Nie wiem, ile dokładnie kobiet urodziło, bo bywały takie sytuacje, że kobieta przychodziła, wychodziła i nie miałem z nią już później żadnego kontaktu. Myślę jednak, że zachodziły one w ciążę, nie udać mogło się jedynie wtedy, gdy źle wyliczyły dni płodne. Natomiast miło jest dostawać sms-y w stylu „Gratulacje, zostałeś tatą”.

A co, gdy kobieta nie jest w Marcina typie, nie pociąga go fizycznie? – Oczywiście, że tak też się zdarza. Ale jest na to sposób, idę pod prysznic, trochę sam siebie pobudzam i wtedy wszystko się udaje. Bardzo często bywa, że kobiety są zestresowane i ten stres przenosi się także na mnie. Próbuję wtedy rozluźnić atmosferę, zawsze kończy się sukcesem.

Seks z kobietami, które Marcin zapładnia, są dla niego także okazją do pewnych obserwacji. – Kobiety bardzo ograniczają stereotypy i narzucona im moralność społeczna. Często wstydzą się swojej kobiecości, ale gdyby tylko im pozwolić na puszczenie wodzy fantazji, dać przyzwolenie, którego one oczekują, to ta kobiecość by z nich emanowała. Dlaczego tak myślę? Bo poznałem kobiety, które mnie w łóżku zaskakiwały, a niejedno już widziałem – opowiada.

Marcin sam porusza ważny wątek. – Pozostaje pytanie, kiedy z tym skończyć. Myślę sobie, że po 40-tce zdecyduję na wazektomię. Nie chcę narażać kobiet na to, by ich dzieci z racji mojego wieku zostały obciążone jakimiś chorobami. Ze wszystkich dzieci, które się urodziły wiem, że tylko jedno ma alergię, pozostałe są zdrowe. Chciałbym, aby tak zostało.

Pod koniec rozmowy pada pytanie: – A ty masz dzieci? Przepraszam, że tak bezpośrednio. Kiedy potwierdzam i dodaję, że oprócz dzieci również męża, temat uznajemy za zamknięty. Ale może kiedyś, przy okazji spotkamy się na kawie, żeby jeszcze porozmawiać.


Zobacz także

Twój facet jest prawdziwym dupkiem. Przestań się w końcu oszukiwać, że jest inaczej

Naprawdę nie rozumiesz, dlaczego wciąż przyciągasz facetów, którzy cię nie szanują?

Kiedy śmiejesz się przez łzy... Co się kryje za twoimi emocjami

Kiedy śmiejesz się przez łzy… Sprawdź, co się kryje za twoimi emocjami