Lifestyle Związek

Obchodzi ich jedynie to, ile dla siebie znaczą. Wszystkie tabu miłości

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
2 września 2016
Fot. iStock/verste
 

Widziałam dzisiaj miłość. Szła z nimi albo też to oni nieśli ją w sobie delikatnie trzymając się za ręce i niespiesznie całując na powitanie. Miłość była w ich spojrzeniach i w tonie jego głosu, kiedy dopytywał z troską, czy nie jest jej zimno. Tak, byli młodzi i piękni, ale nie tak jak myślicie. Obojga dotknął pewien stopień  niepełnosprawności intelektualnej pozostawiając niewyraźny ślad na ich twarzach, utrudniając odrobinę mowę. Choć nie byli piękni fizycznie, idealnością rysów, rzeźbą ciała, byli piękni swoją miłością.

Przecież to wiemy. Miłość nie dotyczy tylko pięknych, zdrowych, sprawnych. Do miłości mają prawo wszyscy, jesteśmy tutaj absolutnie równi i tak samo nieporadni wobec uczuć, które się w nas rodzą. Więc dlaczego?…

Brzydka ona, brzydki on

To nie jest para jak z obrazka. On –  ani trochę przystojny, ona – ani trochę ładna. Dla siebie –  najpiękniejsi. Kiedy w sypialni on rozpina jej powoli bluzkę, nie myśli o jej niezgrabnych łydkach. Kiedy ona delikatnie, z czułością całuje jego szyję, nie przeszkadza jej jego nadwaga. Miłość jest przecież zupełnie „nie o tym”, nie na ten temat…

Idąc za rękę, czasem złapią jakieś krytyczne albo zdziwione spojrzenie. Nic ich ono nie obchodzi. Obchodzi ich to, kim są dla siebie nawzajem, to jak się widzą, ile dla siebie znaczą.

Albo inaczej: on męski, wysoki, zgrabny i przystojny. Ona niska, może odrobinę przysadzista albo przeraźliwie szczupła. – Co on robi z takim brzydactwem? –  słyszy za swoimi plecami. – Mógłby mieć każdą…

Ale jej już to nie dotyka, nie boli, bo jest szczęśliwie pewna jego uczuć i czyni ją to piękną.

Nigdy nie jest za późno

Kochanie może mieć zmarszczki, obwisłe piersi i siwe włosy. Ale będzie wciąż tym samym kochaniem, a może większym, silniejszym nawet, doświadczeniem i zrozumieniem bez słów, akceptacją, wypracowanymi przez cały ten wspólny czas kompromisami. Może mieć kilkadziesiąt lat, a nadal sprawiać, że oni całują się w usta i trzymają za ręce. I tak, oni „nadal TO robią”. Jak? Pięknie, bo znają się na pamięć.

Miłość wykluczona

Ona i ona, on i on. Kochający się po cichu, nie obnoszący ze swoją miłością, nie krzyczący o niej całemu światu. Dyskretni ze strachu, a nie z potrzeby serca. Bo przecież kochają nie tak, jak chcą tego najbliżsi, otoczenie, cały świat. Kochają wbrew oczekiwaniom. Ktoś każe im wybierać: „Jeżeli natychmiast z nim nie zerwiesz, stracisz oboje rodziców!”.  To rozdziera ich i tak umęczona serce na pół.  Przecież chcieliby tylko, by nie wytykano ich palcami, by pozwolono im cieszyć się swoim szczęściem. Czemu odebrano im tak fundamentalne prawo?

Miłość niekompletna

Ona jest chora, ma nowotwór, cztery lata temu usunięto jej lewą pierś. Długo się nad tym zastanawiała, dla niego już prawie zdecydowała się na zabieg rekonstrukcji. Ale powiedział: dla mnie nadal jesteś najpiękniejsza. Jeśli chcesz to zrobić, zrób to tylko dla siebie. Kocham cię.

Tak, chodzą ze sobą do łóżka. Nie, nie zraża go jej „niekompletność”. Dla niego wciąż jest tą samą kobietą, dla której kiedyś stracił głowę. A może nawet– jest jeszcze bardziej kobietą…

Miłość jest też wtedy, kiedy kiedy on porusza się na wózku, bo nie ma nóg, albo jest sparaliżowany od pasa w dół.  Ona, ta jedyna, była z nim, kiedy wątpił, że może jeszcze się na coś przydać. I kiedy krzyczał: „Znajdź sobie prawdziwego faceta, ja nim już nigdy nie będę”. Jest i teraz, kiedy nauczyli się od nowa swoich ciał. I już zostanie.

Nie odwracajcie głowy od miłości dwojga staruszków przytulających się do siebie w parku na ławce. Nie śmiejcie się z miłości dwóch osób, które być może nie wszystko z otaczającego ich świata są w stanie zrozumieć, ale na pewno rozumieją, że to co im się przytrafiło jest wyjątkowe. Nie odzierajcie z intymności „niekompletnych” ciał, one potrafią dać sobie miłość. Jeśli w to kpiąco wątpicie, to znaczy, że o miłości nie wiecie nic.


Lifestyle Związek

To nie romans, tylko praca… Korpo-żony zasypiają w milczeniu

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
5 września 2016
Korpo-żony asypiają w milczeniu
Fot. iStock/Anna Rise
 

Odgarniam mu włosy z czoła i na chwilę wstrzymuję oddech, żeby wsłuchać się w tę ciszę. Po raz pierwszy od dawna czuję spokój. Po raz pierwszy od dawna, zaczynam wierzyć, że nam się uda. Po raz pierwszy od dawna, patrzę jak on śpi i nie czuję złości, bezradności, pustki. Powoli przestaję bać się przyszłości. Od czterech tygodni nie jestem już korpo-żoną. Jestem znów żoną mojego męża.

Kochanie, teraz nam będzie wspaniale

Ta propozycja pojawiła się w naszym życiu nagle, nieoczekiwanie. Właściwie to pojawiła się w jego życiu, ale zmieniła i moje. Przyszła e-mailem, skusiła prestiżem miejsca pracy, zaszeleściła imponującą kwotą i mile połechtała jego ambicję ilością obowiązków. Nie wahaliśmy się. Pięciocyfrowa kwota, regularnie spływając na konto gwarantowałaby nam, prócz większego spokoju, jeszcze coś dodatkowego: możliwości. Będą pieniądze, będzie niezależność, może w końcu własne mieszkanie. Widziałam nas już w tym mieszkaniu. Widziałam pokój małej: mebelki, wymarzone, na wymiar, już nie te składaki z IKEI. I naszą sypialnię z wygodnym fotelem, na którym wylegiwałby się kot.

I może w końcu przestanę się zastanawiać, czy na pewno mogę posłać Małą na te zajęcia z rysunku? Będzie nam wspaniale, to na pewno.

Decyzję podjęliśmy wspólnie. Następnego dnia złożył aplikację, w ciągu miesiąca przeszedł cały proces rekrutacyjny i udało się. Odetchnęłam. Nie, nie tylko odetchnęłam. Cieszyliśmy się oboje jak wariaci. Nie tylko w tej kasy, z tego, że będzie lżej. Ale i z tego, że go doceniono, zauważono.

– Dobrze będzie, prawda?

– No pewnie, zobaczysz. 

– Nie boisz się trochę?

– Czego?

– No wiesz, że to korporacja…

– No co ty. Szybko pójdę wyżej, zarobię jeszcze więcej. Będziesz mogła rzucić te swoje zlecenia  i robić to, co lubisz.

Zaprosiliśmy rodziców na obiad, upiekłam ciasto, drożdżowe ze śliwkami. Usiedliśmy razem przy stole i ogłosiliśmy dobrą nowinę: Piotrek zmienia pracę. Kwota zrobiła spodziewane wrażenie.

W koszty wrzuciliśmy wtedy tylko czas. Wiadomo, będziemy go teraz mieli dla siebie mniej, ale przecież „coś za coś”.

Pierwszego dnia wrócił z pracy pełen wrażeń. Że sprzęt, naprawdę bardzo dobry, że budynek rzeczywiście ogromny, bardzo nowoczesny i rytuały w zespole fajne: co piątek wspólne śniadanie, raz w miesiącu wyjście na piwo, codzienne stand-upy. Że pierwszy wyjazd, do firmy, do Stanów. Otworzyliśmy wino i długo snuliśmy plany na życie.

Minął tydzień, dwa, trzy. Po dwóch miesiącach był już wciągnięty w tryb korporacyjnej pracy. A właściwie, ten tryb wciągnął nas wszystkich.

Kochanie, nie mam czasu

Mała zachorowała. Nie ten czas, nie ten moment. Piotrek siedział nad jakimś raportem, był już późny wieczór. Poprosiłam go o pomoc, chciałam tylko zejść na dół, do apteki. Miał zostać z dzieckiem na niecałe 10 minut. Dostał szału. Krzyczał, że jest spóźniony, że musi pracować, że jego praca jest najważniejsza, że po to jestem w domu, żeby on mógł spokojnie TO skończyć. Że jeśli TEGO nie wyśle za chwilę, będzie bardzo źle. Że dziecko może poczekać. Że jestem do niczego. Jego twarz była twarzą obcego człowieka. Na dobre kilkanaście sekund zamarłam.

Potem wybiegłam z pokoju i oparłam się mocno plecami o ścianę. W głowie pulsowało mi gorąco. Tego wieczora położyliśmy się spać osobno.

Co się stało?

– Nic się nie stało.

– Ale dlaczego tak zareagowałeś? Przecież to nie jest normalne? Coś się dzieje w pracy?

– Nie, nic się nie dzieje. Nie rozumiesz po prostu.

– To mi wytłumacz…

– Co tu tłumaczyć?! Że jak pracujesz, to masz obowiązki?!

– Nie krzycz…

Zaczął znikać. Nie fizycznie. Fizycznie był tuż obok. Wieczorem słyszał, jak opowiadałam mu o moim zwykłym dniu, o tym jak mała radzi sobie w przedszkolu, ale wcale nie słuchał. I nie odpowiadał, choć pytałam. Spał w tym samym łóżku, ale nie ze mną, nie dotykał mnie nawet, choć dobrze wiedziałam, że godziny mijają, a on nie może zasnąć. Traciłam go. Samotność uderzyła mnie mocno, zwaliła z nóg. Płakałam w tym łóżku, po cichu, do środka płakałam.

– Na pewno ma romans – myślałam i przeszukiwałam w nocy kieszenie jego spodni, w obawie, że jak w filmie, znajdę jakieś rachunki za hotel na godziny, za damskie drinki z palemką i za bieliznę nie dla mnie. Bezskutecznie.

Ale jak tu sobie racjonalnie wytłumaczyć, że ktoś, kto dotąd był ciepły, otwarty, kochający, odsuwa cię od siebie, zamyka ci wszystkie drogi i nie masz już jak do niego dotrzeć? Że nie chce już rozmawiać jak dawniej? Miotałam się bezsilnie, na przemian albo próbując mu dogodzić, przypodobać się,  albo karząc go milczeniem i chłodem, którego i tak nie zauważał. Żal i złość mieszały się we mnie i gryzły od środka.

W tygodniu wstawał spięty, podminowany. Robił sobie dwie kawy, przeglądał maile i wychodził, coraz rzadziej całując mnie w czubek głowy. Wracał późno, jeszcze bardziej podminowany i piekielnie zmęczony. Przestały go cieszyć wspólne wieczory z dobrym filmem, przestał zaglądać do córki, kiedy już spała. Piątkowe raporty kończył jeszcze w domu,  w niedzielę po południu żył już poniedziałkiem. Szef dał mu zadanie, od którego realizacji miał zależeć awans. Tyle dowiedziałam się właściwie przez przypadek. Napięcie, które przynosił do domu stało się nie do zniesienia. Kłóciliśmy się o wszystko, bo wszystko, każda błahostka mogła go zdenerwować. A to krzywo odwieszona torba na zakupy, a to lalka na podłodze, a to moje wyjście do sklepu…

– Proszę, zajmij się małą, ona tęskni za tobą…

– Nie mogę teraz, muszę to skończyć.

– Ale ona za tobą tęskni!

– O co ci chodzi, przecież macie za co żyć i dobrze żyjecie, prawda?

Zdarzały się chwile, kiedy znowu był tym dawnym NIM. Przytulałam go wtedy mocno, żeby mu powiedzieć, że tak jest dobrze, że tego chcę. Przez ten jeden moment oboje żyliśmy nadzieją, że możemy mieć wszystko.

Potem było ich coraz mniej, a coraz więcej tych trudnych, niepojętych. Działo się źle, a ja zaczynałam rozumieć, że to nie romans, tylko praca – atmosfera, rywalizacja, tworzenie sztucznych i coraz wyższych poprzeczek – niszczy mojego męża, sprawia, że staje się kimś innym. Że to nie dla niego, że wyzwala w nim wszystko, co najgorsze, zmienia w potwora, w kogoś z z kim nie mam ochoty przebywać, patrzeć na niego. Jeśli jej nie zmieni, rozpadniemy się. Nie wysłuchał mnie.

Po niespełna pięciu latach małżeństwa byłam zdecydowana odejść. Nie wiedziałam już kim jesteśmy, nie miałam siły ani determinacji. Marzyłam o spokoju, a nie życiu w ciągłym strachu, że nie wiedząc nawet jak, wywołam burzę.

Kochanie, lepiej zejdź mi z drogi

W tamtą sobotę wstał w południe, z ogromnym bólem głowy. Zamiast odpocząć, usiadł przy komputerze. Powiedział, że musi się uczyć nowych technologii. Panicznie bał się zostać „w tyle”. Nie zareagowałam. Jego praca w weekendy stała się czymś normalnym. Nie wiem kiedy, nie wiem jak. Nasze życia rozminęły się. W domu zapanował podział: ja i dziecko i gdzieś daleko, nieobecny on.

– Ma być dziś cisza.Więc lepiej zabierz stąd dziś dziecko i zejdzcie mi dziś z drogi.

– Dobrze, zaraz pójdziemy do parku. Za pół godziny.

(…)

– Co mówiłem?! Do cholery, co mówiłem? Nie potraficie uszanować mojej pracy? 

Agresja, gniew. Złapał Małą za rękę, mocno. Bardzo mocno. Pisnęła z bólu, ze strachu, skuliła się. Podbiegłam, odepchnął mnie, upadłam pod ścianą. To był koniec.

Znaleźliśmy się na podłodze, płacząc, we trójkę. Najgłośniej płakał on, zaraz potem Mała, przerażona, drżąca. Pamiętam tę chwilę trochę jak przez mgłę. Ile to trwało? 15 minut czy pół godziny? Nie wiem. Wieczorem usiedliśmy w kuchni, pod dwóch stronach dębowego stołu. Pierwszy raz od  dziesięciu miesięcy rozmawialiśmy szczerze. Przyjrzałam się mu wtedy uważnie i zobaczyłam: cienie pod oczami, blado – żółta cera, i dobre kilka kilo mniej. Dlaczego nie zauważyłam tego wcześniej?

Tydzień później złożył wymówienie. Nikt nie mógł zrozumieć. Zawsze odpowiedzialny, pewny siebie, mocny punkt zespołu… Dlaczego…?

Tamten czas jest jeszcze trochę w nas, a trochę już za nami. Ślad, taka jakaś blizna na naszym związku została, a może dopiero się goi? Ale nie jestem już sama. Zasypiam i budzę się z nim.

– Kocham Cię. Przepraszam.

– Ja też kocham. Będzie dobrze w końcu, prawda?

– Zrobię wszystko, żeby było. Ale musisz mi pomóc.


Lifestyle Związek

Klub hipochondryków, czyli mężczyźni nie chorują, oni walczą o życie

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
28 sierpnia 2016
Fot. iStock/Antonio_Diaz

„To” zjawia się w najmniej oczekiwanym momencie. Jeszcze przed chwilą był przecież całkiem zdrowy, jeszcze wczoraj wieczorem grał w piłkę z waszym synem, albo świetnie się z tobą bawił na spotkaniu ze znajomymi. W nocy przychodzą pierwsze objawy. Kręci się niespokojnie w łóżku, pochrząkuje i pokasłuje. Rano umiera. Wiesz już, że nadchodzą ciężkie dni. Twój facet złapał katar.

Wstanie, wejdzie do łazienki, przed lustrem pomaca sobie węzły chłonne, wywali język i sam oceni kolor swojego gardła. Z pewnością poprosi cię o jakąś opinię w kwestii swojego stanu zdrowia, ale nie wiadomo po co. On i tak wie i widzi lepiej. Węzły są powiększone, gardło czerwone (twoim zdaniem czyste, ale ty jesteś złośliwa, albo nieczuła). – Podaj mi termometr – mówi głosem umierającego łabędzia. Chociaż doskonale wie, gdzie jest termometr, od teraz potrzebuje asysty. Po chwili słyszysz okrzyk tryumfu: 36,9. I na pewno rośnie. Urośnie niestety tylko do 37,2. Ale nie szkodzi, „jak na niego, to przecież bardzo wysoka temperatura, bo normalnie to on ma 36,4”. Nie śmiej się. To na poważnie przecież. Czy ty naprawdę nie potrafisz mu współczuć?!

Podczas gdy ty szykujesz się do pracy (odpowiadając co chwila na pytanie „gdzie jest – paczka chusteczek, kropelki do nosa, lepsza poduszka?”), on albo zalega w waszej sypialni wijąc sobie relaksujące gniazdko, albo biegnie do przychodni wydębić zwolnienie z pracy. Tam, grając paskudnie na emocjach czułej pani doktor (zazwyczaj takiej w wieku jego matki, te młodsze mają mniej empatii) uzyska może ze trzy dni wolnego i uczepi się jak rzep słów: Proszę się porządnie wyleżeć, takie przeziębienia biorą się z przemęczenia.

Taki jestem…

Znam jednego takiego, co do perfekcji opracował spektakl: „jestem taki chory, a muszę chodzić do pracy, żeby utrzymać rodzinę, bardzo chciałbym być dla nich zdrowy, proszę dać mi coś co szybko postawi mnie na nogi”. Zawsze działa. A jeszcze można usłyszeć wzruszone: „No wie pan, skąd się biorą tacy odpowiedzialni mężczyźni?”. To bezcenne.

Męska hipochondria szczególnie mocno uderza w kobiety, bo dotknięci tym problemem panowie wymagają od swoich pań pełnego zaangażowania w opiekę i ciągłego zainteresowania ich stanem zdrowia (a raczej choroby).

Kiedy wrócisz z pracy i zapytasz (uważaj na te swoje kpiące miny) go z czułością jak się czuje, słabym głosem odpowie ci „bez zmian”.  Albo „gorzej”. Szybko pozbieraj porozstawiane wszędzie kubki po herbacie z miodem i cytryną. Przyzwyczaj się do myśli, że wasza sypialnia zamieniła się w szpital, aptekę i salon gier jednocześnie (choroba nie przeszkodzi w instalacji nowych aplikacji na telefonie). Idź po dodatkowe paczki chusteczek („tylko kup te miękkie, z balsamem, bo mam delikatna skórę i zaraz się zrobi czerwona”). Nie licz teraz na jakąkolwiek pomoc z jego strony. Tak, jest w domu. Ale przecież CHORUJE! I to legalnie. Dostał najprawdziwsze zwolnienie!

Po trzech dniach tego cyrku (i wizytach lub telefonach zaniepokojonej teściowej, która koniecznie chce przyjechać z rosołkiem) następuje cudowne ozdrowienie. Nawet jeśli jeszcze jakiś lekki katar pozostał, to on sobie już odpoczął i spieszy do pracy. Ty, łącząc obowiązki zawodowe z domowymi i opieką nad przeziębionym facetem jesteś tak wykończona, że potrzebujesz sanatorium.

Krew, krew mi leci!

Nigdy nie zapomnę, kiedy moja najlepsza przyjaciółka wiozła, będąc w ósmym miesiącu ciąży, swojego męża do szpitala. Biedak zaciął się dość niefortunnie w palec, tak, że wymagał profesjonalnego opatrunku. Wesoła, nieco starsza pielęgniarka oznajmiła mu na wstępie : „Pan się tak nie cacka, widziałam gorsze rzeczy.”. Obraził się. Przecież krew mu leciała! Ale ona nieubłaganie kpiła z niego dalej i bandażując palec dopytawała „Będzie pan rodził?”, oceniajac jego predyzypozycje do rodzinnego porodu fachowym okiem. Następnie zaczęła go ze szczegółami instruować, co powinien zrobić w razie gdyby żona nie zdążyła do szpitala i było już widać  główkę.  Zanim skończyła, leżał zemdlony na kozetce. Wykończyly go nerwy, upływ krwi i własna wyobraźnia.  Kiedy przerażona żona próbowała go ocucić, pielęgniarka objęła ją uspokajająco, –  Pani go jeszcze  na chwilę zostawi – powiedziała. – Proszę sobie wykorzytać ten moment i odpocząć. Przecież on z tym palcem to już w niczym pani do samego rozwiązania nie pomoże. Dla niego, to jakby był bez obu rąk.

Oczywiście, miała rację.

Mężczyni nie chorują. Oni walczą o życie. Pamiętajcie o tym, drogie panie, jeśli macie w domu taki oto właśnie, kruchy męski egzemplarz. I zaopatrzcie wasze domowe w apteczki w meliskę. Nie, nie dla niego. Dla siebie.