Związek

Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale… Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie zamienia jej życie w koszmar

Poli Ann
Poli Ann
17 sierpnia 2021
fot. baona/iStock
 

Beata znów nie spała całą noc. Analizowała po raz setny całą sytuację i choć naprawdę się starała to nie widziała w swoim mężu już nic, co kazałoby jej zmienić zdanie. Początki znajomości były cudowne, jak i pierwsze lata małżeństwa, ale kolejne lata przypominały już raczej wegetację. Starała się jak umiała. Prezenty bez okazji, kolacyjki, wypady gdy córkę podrzucali do jej matki tylko po to, by móc spędzić czas tylko we dwoje. Szukała dla nich wspólnego mianownika i po jakimś czasie zauważyła, że w tym duecie stara się tylko ona. Rafał nie planował weekendów, nie robił jej prezentów bez okazji. Przestał się o nią jakkolwiek starać. Była żoną, nie kobietą.

Pandemia zamknęła ich w domu na cztery spusty. Mijali się w przedpokoju, on coraz częściej zasypiał na kanapie, nie reagując na jej pytania, koronkowe koszulki i żarty. Gdy wyszło na jaw, że stracił pracę coś w niej pękło. Sytuację pogarszała jego bierność. Zamieszkał na kanapie i nie ruszał się z niej całymi dniami. Beata proponowała pomoc, lekarza, terapie. Pracowała dwa razy więcej, by utrzymać dom. Pobudka o piątej, wyjście z psem, śniadanie dla niego i córki. Szósta trzydzieści włączenie komputera i praca.

Rafał na kanapie. W międzyczasie pomoc córce, gdy tablet odmawiał jej posłuszeństwa, obiad, pranie, miliony telefonów i maili. Rafał na kanapie. Po południu spacer z psem, zakupy, praca nad nowym projektem, lekcje z córką, sprzątanie, prasowanie. Rafał na kanapie. Próba rozmowy z nim. Nieudana. Jak zawsze. Wieczorem kolacja, spacer z psem, rozmowa z córką, która pokłóciła się z koleżanką, ma trudny test lub tęskni za szkołą. Rafał na kanapie. Potem chwila dla siebie w łazience. Kolejna próba rozmowy kanapowcem, któremu bezczelnie zakłóca tylko oglądanie Netflixa. I tak w kółko. W weekendy praca, planszówki z córką, zakupy, spacery z psem. Rafał na kanapie. Kolejne próby rozmowy z mężem. Bezskuteczne.

Gdy zrobił jej awanturę o brak ciasta w niedzielę i powiedział, że nie da jej żadnych pieniędzy, bo jej odbija, uznała, że miarka się przebrała. Że ma dość skakania nad nim, proszenia, dogadzania, podejmowania prób ratowania ich związku. Umówiła się z prawnikiem, zdecydowała, że już nie chce być z Rafałem, który jest albo bierny, albo odzywa się do niej wulgarnie. By złożyć pozew musiała jednak trochę poczekać. Prawnik doradził żyć osobno na ile się da.

I zaczęło się piekło, gdy wskazała mu półkę lodówce i jego szafki w kuchni, gdy przełożyła jego ubrania do innej szafy, by wszystko było oddzielnie, gdy przestawiła swoje kosmetyki w łazience, gdy zażądała pieniędzy na czynsz i rachunki. Z sypialni nie musiała go wyrzucać. Na kanapie w salonie zapuścił chyba korzenie. Przestała go zagadywać, prosić. Nie zwracała na niego uwagi. Komunikowała się z nim tak, jak on z nią – w formie rozkazów.

Liczyła na odrobinę przyzwoitości z jego strony, a nie straszenie zabraniem dziecka, brakiem jakiekolwiek wsparcia finansowego i chęci rozmowy. Na porządku dziennym były wyzwiska, wyśmiewanie, złośliwe komentarze, grożenie alimentami. Rafał nie hamował się nawet przy dwunastoletniej córce.

Beata trwa tak od kilkunastu tygodni. Złożyła pozew, czeka na termin rozprawy. Wie, że musi w sądzie udowodnić półroczny rozpad jakichkolwiek więzi z mężem – uczuciowych, finansowych, seksualnych. Mężczyzna, którego kiedyś bardzo kochała, właśnie przemienia jej życie w koszmar, wykorzystuje jej słabe punkty i czerpie z tego satysfakcję. Bawi się jej strachem. Pokazuje swoje drugie oblicze, którego Beata nigdy wcześniej nie widziała. Wmawia dziecku, że matka jest debilką i nie chce pomóc choremu tacie, że na pewno się puszcza i go oszukuje, że jest winna tej sytuacji. Rafał żongluje uczuciami dziewczynki. Pyta, kogo mała kocha bardziej, chce Beatę pozbawić praw rodzicielskich, straszy, szantażuje, grozi. Nie chce współpracować na żadnej płaszczyźnie. Beata nie śpi po nocach, nigdzie nie rusza się bez córki, żyje w ciągłym napięciu. Nikt nie obiecywał, że rozwód będzie prosty, ale nie spodziewała się, że tak koszmarnie będzie wyglądał koniec jej małżeństwa.


Związek

Pracuje w szkole od 20 lat. Kiedyś to lubił, dziś czuje się jak śmieć, którego nikt nie zauważa

Poli Ann
Poli Ann
1 września 2021
fot. jeffbergen/iStock
 

Adam pracuje w szkole od dwudziestu lat. Nie jako nauczyciel, jednak jego praca jest nie mniej ważna od nauczania. Zatrudniony jest w obsłudze. Odpowiada za porządek, sprawne wpuszczanie dzieci do szkoły, odbieranie że świetlicy, pomoc przy najmłodszych, a w wolnej chwili naprawia to, co się zepsuje. A że w szkole zawsze brakuje pieniędzy na nowe to na wszystkie sposoby stara się ratować meble i sprzęty. Jest trochę jak Pan Kleks, który leczy chore przedmioty. Te, które są stare i te, które krnąbrna młodzież beztrosko niszczy. Tych drugich jest niestety o wiele więcej.


Nie jest to łatwa praca – fizycznie wyczerpująca, zmianowa, bo Adam pracuje w wielkim zespole szkół, do którego uczęszcza ponad tysiąc uczniów. Hałas, harmider, bałagan, porozrzucane buty, kurtki, czapki, worki, plecaki – to jego codzienność. Pracuje tu dwie dekady i przerażony jest tym, co widzi każdego kolejnego roku.

Kiedyś to przynajmniej mówiono mu „dzień dobry”, „dziękuję” i „do widzenia”. Dziś co dwudziesty uczeń mu się kłania, co dziesiąty coś burknie. Zdecydowana większość go lekceważy, przecież to tylko jakiś woźny, układa rozrzucone rzeczy, myje okna, chodzi ze śrubokrętem czy wózkiem do sprzątania. Rodzice w pędzie też go nie zauważają, nauczyciele bardzo różnie. Jedni zapytają co tam słychać, uśmiechną się, inni wpadają na dyżurkę z pretensjami, że coś jest niegotowe, niedoczyszczone lub się zapodziało.

Adam i reszta obsługi niczym duchy pracują w trakcie przerw, by dzieciaki i nauczyciele wyszli na czysty korytarz, by roztargnieni odnaleźli zgubione rzeczy, by w szkole było bezpiecznie i przyjemnie. Adam lubił swoją pracę, dziś już mniej chętnie do niej chodzi. Czuje się jak śmieć, którego nikt nie zauważa.

Niewielu kolegów z pracy docenia jego wysiłek. Pani Beatka od polskiego zauważy gdy w jej sali odmaluje ściany w wakacje, pan Władek zagadnie o sport, pani Magda od geografii podziękuje, gdy jej pomoże przenieść mapy i globusy. Inni nie mówią nic tak jakby uważali, że im się to należy. A Adamowi nie chodzi o czerwony dywan ani ukłony, wystarczy przecież uśmiech i miłe „dziękuję”.

Już nawet raz chciał zmienić pracę. Skończył technikum, musiał iść do pracy, by odciążyć chorą mamę. Jednak bez praktyki nie mógł liczyć na większe pieniądze, a w dużym mieście bez samochodu odległość do miejsca pracy ma znaczenie. Szkoła jest blisko, przeżył różnych dyrektorów, zawsze jakoś dawał radę. Pandemia uświadomiła mu, jak niewiele warta jest jego praca. Dzieci z oddziałów przedszkolnych były w placówce niemal cały czas, młodsze klasy hybrydowo. Sprzątania może było mniej, ale zamiast tego mierzył dzieciom temperaturę, użerał się z rodzicami, chcącymi wejść na teren szkoły i tymi, którzy maseczki nie nosili. Od dziecka chorujący na astmę był w pierwszej linii narażenia na zakażenie covidem. Miał bezpośredni kontakt z dziećmi i rodzicami. Gdy szczepiono nauczycieli, zarówno tych uczących stacjonarnie jak i zdalnie, liczył na to, że obsługa szkoły też szybko znajdzie się w tym gronie. Przeliczył się. Musiał czekać na swoją kolej, według peselu.

– Weź zwolnienie – mówię mu, gdy wiem, że wraca do domu padnięty po pracy w okrojonym składzie, wykonując obowiązki za trzy osoby.
– Nie – zapiera się dumnie.
– Wykończysz się – próbuję.
– Jeśli tak zrobię to gdy będzie trzeba kogoś zwolnić, ja będę pierwszy – odpowiada smutno. – Dyrekcja za mną nie przepada, nie wchodzę w żadne układy, nie podlizuję się, mówię, co myślę. Nie raz za to oberwałem.

Myślę sobie: a może jest zbyt wygodny na zmianę pracy, ale dowiaduję się, że z jego astmą nie wszędzie może pracować. Mieszka z mamą, którą się opiekuje, musi być blisko. Póki co nie założył rodziny. „Mój chłopak – woźny” niezbyt modnie brzmi. Adam ma za sobą kilkuletni związek, nie wyszło im, bo wstydziła się takiego narzeczonego rodzinie pokazać. Sparzył się więc i nie szuka. W domu po pracy czyta, fotografuje, gotuje, opiekuje się mamą, psem i trzema kotami. Lubi historię i politykę, niejednego by zagiął swoją wiedzą. Jest wycofany, nie lubi ludzi, gdyż obcując z nimi każdego dnia przekonuje się, że chyba woli zwierzęta.

Kochający młodzież odczuwa nią duże rozczarowanie. Dzieciaki z reguły traktują go jak służbę. Kiedyś jeden trzecioklasista wyrzucił ogryzek jabłka na podłogę, Adam zwrócił mu uwagę i usłyszał, że przecież on tu od tego jest i że jego tata płaci na jego pensję. Gdy odpalił „podziękowania dla tatusia” następnego dnia był już na dywaniku u dyrektora. Nie stać go było na dumne „ja wysiadam” , mama akurat była po operacji i potrzebowała intensywnej rehabilitacji, którą syn musiał jej opłacić. Wbrew sobie zatem przeprosił, tracąc szacunek do rodziców dzieciaka i samego siebie.

Na nowy rok szkolny nie czeka już z niecierpliwością. Jednak wczoraj jak zwykle wykonywał swoje obowiązki, gdy pani Magda przybiegła mu podziękować za pomalowanie magazynku na mapy i naprawienie stojaków. Gdy tylko się uśmiechnął, powiedziała:
– Panie Adamie przecież ja mogę pracować dzięki Wam. Mam czystą salę, ławki, okna, naprawione zawiasy od szafek. Teraz porządek w magazynku. Ułatwił mi pan pracę. Bez pana byłoby trudniej – uśmiechnęła się i poleciała dalej, bo ktoś właśnie ją wolał.
Nie odpowiedział nic, chyba go zatkało. A szkoda. Młoda kobieta zwykłą życzliwością zrobiła mu dzień. Nie pamiętał, kiedy ostatnio ktoś podarował mu uśmiech.


Związek

„Kiedyś nawet wspomniała o rozwodzie, ale potem uznała, że na starość chyba jej klepki urwało. Szkoda mi jej. Żyją jak współlokatorzy”

Poli Ann
Poli Ann
9 sierpnia 2021
fot. vm/iStock

Agata weszła za mamą do kuchni, by jej pomóc w nakryciu do stołu. Raz po raz nosiła półmiski z jedzeniem. Rodzinnej tradycji musiało stać się zadość i Agata z mężem i dwiema córeczkami w niemal każdą niedzielę lądowała u rodziców w starej kamienicy w centrum miasta. Mama robiła nieśmiertelny rosół, a na drugie danie ziemniaczki całe lub puree albo ryż. Do tego zawsze jakieś mięsiwo – kotlety schabowe, mielone, żeberka, piersi drobiowe lub udka z kurczaka. I oczywiście surówka – buraczki, marchewka z groszkiem, kapusta zasmażana, kalafior lub fasolka z tartą bułką. Tylko latem, ubłagana przez zięcia, podawała pierogi z truskawkami lub jagodami.

Do tego zawsze był kompot własnej roboty, a na deser ciasto drożdżowe, szarlotka, sernik, babka gotowana lub murzynek. Po takiej uczcie głodni robili się dopiero drugiego dnia. Babcia Amelia szalała w tej kuchni, Agata mogła jedynie pomóc jej coś nosić czy nakryć do stołu. Nie pchała się w królestwo matki. Jej tata natomiast siedział zawsze w fotelu, czytając gazetę lub rozwiązując krzyżówkę.

Odzywał się mało, jego konikiem była historia i gdy tylko z zięciem zaczynał jakiś temat to mama zawsze ukrócała te rozmowy. Tata więc milczał i zjadał wszystko, co mu mama na talerz nałożyła. Zawsze to ona go obsługiwała, a gdy chciał dokładki powoływała się na lekarza i trzymanie linii. Tata więc czekał z niecierpliwością na deser. Czasem małżonka wyrażała zgodę na nalewkę. O tak, to było święto, by chłopcy mogli napić się kapkę. Wtedy się nawet uśmiechał.

Agata z rodziną była u rodziców zawsze do osiemnastej, potem wracali do siebie, by jeszcze przygotować się na nowy tydzień. Wiadomo, praca, dzieci, obowiązki i pęd.

– Chciałbyś tak żyć? – zapytała Marka, gdy którejś niedzieli byli już w domu.
– Ale jak? – chyba nie bardzo wiedział o co chodzi.
– Jak moi rodzice?
– Czyli?
– Tak obok siebie.
– Skąd ta myśl? Są małżeństwem kilkadziesiąt lat, trudno by spijali sobie z dzióbków, tym bardziej, że zaraz im stuknie siedemdziesiątka – Marek chyba nie widział tylu szczegółowe co Agata.
– Zobacz, mama cały tydzień żyje niedzielą. Robi zakupy, piecze, gotuje, sprząta, pierze. Odbiera czasem dziewczynki z przedszkola. Tata, też już na emeryturze, chyba wrósł w ten fotel. Zawsze tam siedzi z gazetą. Nie poznaję go. Milczy, czasem coś odburknie.
– Mama go wyręcza. On się jej nie wtrąca. W sumie dobra taktyka – Marek się uśmiechnął.
– Jak tam wpadam w tygodniu to oni już ze sobą nie rozmawiają. Mama gani ojca za te krzyżówki, on chce ciszy. Więc mijają się w przedpokoju. Ja nawet nie wiem czy razem śpią.
– No co ty, w tym wieku?!
– Ja nie mówię, by od razu Kamasutrę przerabiali. Ale oni są jak współlokatorzy. Nie wchodzą sobie w drogę. Nie mają pasji, wspólnych zainteresowań.
– No chyba nie. Tata kocha historię, mama nie znosi.
– Ale mogliby iść do parku, do muzeum, kina, teatru. A mama żyje nami. Dzwoni, pyta jak dziewczynki. Jest na każde zawołanie, a sama nie oczekuje nic.
– Racja.
– Pytałam jej kiedyś, czy może im nie kupić biletu, nie zawieźć dokądś, ale wzruszyła ramionami. Kiedyś nawet wspomniała o rozwodzie, ale potem uznała, że na starość chyba jej klepki urwało. Szkoda mi jej. Poświęciła się. Sporo z ojcem przeszła. Święty nie był. A teraz jest bierny. Próbowałam z nim rozmawiać, ale on chyba już siły nie ma. Przywykł. Wygodnie mu.
– Wiesz co, faktycznie. On tak gaśnie w tym fotelu.
– To jego jaskinia. Mama okupuje kuchnię, on salon i tak im mijają dni. Czasem wpadniemy my, zajmą się dziewczynkami i to wszystko.
– Smutne, nie?
– Marek obiecaj mi, że my tacy nie będziemy. Że jak dziewczyny wyfruną z domu to będziemy mieli o czym rozmawiać. Znajdziemy pasje wspólne i osobne.
– Mijać się w własnym domu…straszne.
– Mama ma żal do ojca. On wiesz kiedyś miewał romanse. Teraz już nie bryluje, nie jest aktywny zawodowo, nie ma panien do wyboru. Mama znosiła to dzielnie. Z dumą. Nie odeszła, ale męczy się okrutnie.
– Tata też. Może ma wyrzuty? – Marek zastanawiał się głośno.
– Może i tak. Ślub wzięli w kościele, przyzwoitość nie pozwala im się rozwieść.
– I to nieśmiertelne: Co ludzie powiedzą?
– Masakra. Żal mi ich – powiedziała ze smutkiem w oczach.
– Tak żyje całe pokolenie. Razem źle, osobno jeszcze gorzej. Można im pomóc?
– Nie wiem. Ale wiem, że ja nie chcę tak żyć, czyimś życiem, nie mając swojego. Dziewczyny się usamodzielnią, my musimy umieć być ze sobą, rozmawiać, spędzać czas, kłócić się i godzić, mieć znajomych, pasje.
– Dobra, ale w fotelu pozwolisz mi posiedzieć? – Marek puścił żonie oczko.
– No pewnie, przed lub po…sssss….spacerze – odparła filuternie. – I jedzenia nie będę Ci nakładać, ok?
– Jakoś przeżyję, byle z tobą – i przytulił żonę, wiedząc, że właśnie tak chce spędzić swoje następne lata.