Związek

Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną i to lubię… Co więcej – polecam

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
20 czerwca 2017
Fot. iStock / max-kegfire
 

Muszę się do czegoś przyznać. Otóż bywam wredną żoną. Chociaż czasami się zastanawiam, czy nie bywam tą dobrą, a wredną jestem na stałe… No, ale nie ma co tak krytycznie do siebie podchodzić, prawda?

Nie lubię spijania sobie z dziubków i i całego tego „niuniania”, ściskania i pokazywania światu, jaka ta miłość nasza jest piękna. To już przerabiałam i nieustannie dziwię się, że ludziom się wydaje, że jak na zewnątrz będą obsesyjnie wręcz okazywać sobie miłość, to ona taka cudowna będzie. A guzik prawda, bo jak wiecie – niestety – jeśli na zewnątrz cudownie, to w środku cuchnie na odległość. Na taką odległość, że w końcu ci ludzie muszą się wyprowadzić bardzo daleko od siebie, bo tego smrodu wytrzymać nie mogą.

No więc ja nie z tych dziubkujących. Nie też z tych, co to sobie miłość na mediach społecznościowych wyznają. Mam wręcz organiczny wstręt do tego typu zachowań i też bardzo długo mojego osobistego męża nawet do znajomych nie przyjmowałam. A jak już przyjęłam, to zastrzegłam, żeby go ręka boska broniła przed wrzucaniem mi jakiś wyznań miłosnych i wspólnych pragnień. Na szczęście on podejście ma podobne do mojego, więc jedynie od czasu do czasu coś sobie zalajkujemy nawzajem i na tym nasze publiczne okazywanie uczuć w wirtualnym świecie się kończy. Ale skoro inni mają taką potrzebę – to okej, aczkolwiek nadziwić się nie mogę, że oni wysyłają do siebie wiadomości, zdjęcia, na których się oznaczają, jakby nie mogli ze sobą pogadać. To jak z tymi turystami, co to robią sobie foto z atrakcją turystyczną stojąc do niej tyłem i nie przyglądając się jej na żywo. Ale to takie moje spostrzeżenia i subiektywne zdanie, z którym nikt zgadzać się nie musi.

I też daleka jestem od teorii, że co nie bez nas razem, to nie istnieje. Że my zawsze i wszędzie wspólnie. Jak biegamy, to razem, jak idziemy do kina, to też razem, każdy wyjazd wspólny, każda impreza tylko we dwoje. I sobie tak myślę, że to oszaleć idzie, jak przez całe swoje życie taki cień masz, który jest z tobą wszędzie i ty z nim tak samo. Brrr aż mam ciarki i myślę, że to jak strzepywanie jakiegoś pyłku z ubrania, który odkleić się nie chce. Co to, to nie, jestem wyznawcą teorii, że każde z nas jest osobnym bytem. Odrębną istotą, która ma swoje potrzeby i pragnienia, swoje pasje, a to, że się spotkaliśmy i że ze sobą jesteśmy to fart. To naprawdę szczęście, że się udało i nie muszę tego udowadniać nieustannie swoją obecnością.

Znałam kiedyś jednego strasznego dupka. Chyba nigdy później, ani nigdy wcześniej nie poznałam takiej kanalii w męskim wydaniu, ale on rozrysował mi kiedyś jedną mądrą rzecz (wiedziałabym to bez niego, ale niech mu będzie). Że my jesteśmy jak dwa zbiory, które mają pewną część wspólną. I ta pewna część jest tu istotna, bo ona nigdy nie zajmuje więcej niż 50% nas samych, nie może o nas stanowić i uzależniać naszego życia od tego drugiego człowieka. No bez przesady, nie mam aż tylu deficytów, żeby łatać miał je drugi człowiek, o nie.

No więc w naszym przypadku są rzeczy, które uwielbiamy robić wspólnie, tylko dlatego, że mamy te same pasje, tak samo lubimy spędzać wolny czas, śmiać się z tych samych rzeczy i odpoczywać dokładnie tak samo – to jest nasza część wspólna. Ale jego wyjazdy z kumplami w góry i moje fanaberie zawodowe to są nasze spersonalizowane części i nie musimy się zmuszać do tego, żeby brać w nich udział, co więcej nie musimy wymagać, by ktoś nas do nich zapraszał.

Jest jeszcze jedna rzecz. Przestałam się starać, stawać na głowie, gotować obiadki, sprzątać, robić zakupy, wieszać pranie, robić wszystko, by ktoś, a nie ja był szczęśliwy. Frustracja uszami mi się wylewała, kiedy widziałam, jak on sobie siada na kanapie, a ja zapieprzam z cudowną kolacją dla niego i dzieci. Cudowna to może ona była na początku, ale w trakcie jej przygotowania tyle żółci i złości w nią wlewałam, że nie wiem, jak im to później przez gardło przechodziło. Oczywiście sama demonstrując swojego focha, że on ZNOWU nic nie zrobił, mówiłam, że nie dziękuję, ja jeść nie będę. I jakoś nikt się tym nie przejmował… No tak, bo ja to bym się przejęła.

Matko, co za ulga kiedy pozbyłam się tej swojej potrzeby dogadzania i nieustannego dawania. Wtedy okazało się, że można normalnie i że słowo „partnerski” w związku może zaistnieć. Że on nie ma jednak dwóch lewych rąk i wszystko potrafi zrobić i nie kocha mnie mniej i nie ucieka do innej, gdy mówię, że nie chce mi się dzisiaj robić obiadu. Nic się nie dzieje, po prostu on gotuje, albo zamawiamy pizzę. I wszystko jest w porządku.

A dzisiaj wyjechał. O rety, jak dobrze. Dreptałam już w miejscu odliczając godziny do jego wyjazdu. Sama z dziećmi przez cztery długie dni. Czy może być coś cudowniejszego, gdy facet, którego kochasz, a który ma swoje wady, które doprowadzają cię czasami na granicę twojej własnej cierpliwości, wyjeżdża? Możecie spokojnie mówić: „jak tak można, ja za moim tęsknię, jak tylko próg przekroczy”. A można. Spróbujcie, to jest fantastyczne uczucie móc zostać w końcu sama ze sobą. Skupić się na tym, co dzisiaj dla mnie ważne. Pogadałam z dziećmi, jak wróciły do szkoły, zrobiłam obiad bezmięsny, a jutro zrobię jakiś makaron (mój mąż się nie najada takim obiadem). Pójdę pobiegać bez wyrzutów, czy to będzie półtorej godziny czy dwie, że w całym natłoku dnia nie wygospodarowałam dla niego chociaż 15 minut na rozmowę – co się oczywiście, że zdarza i co on rozumie, ale wiecie, jak jest, niby wredna, a poczucie winy w sobie nosi. I dzisiaj na pewno nie zatęsknię. Kładąc się do łózka wezmę książkę i pewnie z godzinę przegadam z przyjaciółką przez telefon, nie czując na plecach wzroku: „ile można gadać?”. A jak wiemy, my kobiety, można długo.

Rano wypiję kawę, pierwsza przejrzę gazetę i wiedzieć będę, że to ja śmieci wyrzucić muszę, dzieci na trening zawieźć, zakupy zrobić. Czasami fajnie jest tak liczyć tylko na siebie, chociażby po to, by docenić, ile on robi i w końcu zatęsknić… Pewnie koło trzeciego dnia, tuż przed jego powrotem.

To ja wredna żona, która cieszy się jak mąż wyjeżdża i tęskni dopiero przed jego powrotem.


Związek

Największa zakupowa trauma – przymierzalnie. Spróbuj stanąć przed lustrem i poczuć się dobrze. Nie ma szans

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 czerwca 2017
Fot. iStock / stock_colors
 

Wybrałam się na zakupy. I oczywiście nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że ja nie cierpię zakupów. Nienawidzę kupować sobie ubrań, jestem cała chora, kiedy już się wybiorę do jakiejś galerii i przeglądam i oglądam i nigdy nic mi się nie podoba. A tak ładnie te ciuchy wyglądają gdzieś na zdjęciach. Macie tak? Że widzicie gdzieś w reklamie super sukienkę i myślicie: „o to, to jest, czego chcę”, a później wchodzicie do sklepu i nie wierzycie, że to jest właśnie to, po co przybiegłyście.

A jak już jest ktoś tak niewymiarowy jak ja, kto na siebie spodni kupić nie może, bo jak już na udach jakoś leżą, to w pasie i tyłku tak szerokie, że w sumie spadają same. Albo za krótkie, albo za obcisłe. A do diabła z tym. Najgorsze jest, gdy widzicie fajny ciuch i zapala się lampka: „o to, będzie nam mnie leżeć jak ulał”. Celowo wybieracie rozmiar o numer większy, bo jednak milej stwierdzić, że coś jest za duże niż za małe, wchodzicie do przymierzalni i zonk. To, co na manekinie wygląda fantastycznie na was – jakiś koszmar. A przecież kolor taki piękny i krój jak na was przygotowany. Niestety, mam wrażenie, że w sklepach dopada nas jakieś złudzenie optyczne. Podziwiam kobiety, które wchodzą, ściągają z wieszaków pewnym ruchem ręki czy to bluzkę, sukienkę, czy spodnie, właściwie bez potrzeby kierują się do przymierzalni i z całym naręczem ubrań w fantastycznej wyprzedażowej cenie stają w kolejce do kasy. Zielenieję wtedy z zazdrości i UWAGA, mierzę się z największą moją zakupową traumą – przymierzalniami.

Naprawdę ciuch musi mi się bardzo podobać, żebym zmusiła się do przymierzenia go w sklepie. Mam tylko nadzieję, że nie jestem w tym odosobniona. Bo jak chciałabym sobie popsuć humor, to wystarczy zamknąć się w przymierzalni. Zresztą mam koleżanki, które przechodzą tę samą traumę. Przecież to jest jakiś koszmar. Bo po pierwsze – idziesz z drżącym sercem, czy wymarzony ciuch będzie na ciebie pasował, czy może jednak tylko na manekinie wygląda cudownie i na kobietach w rozmiarze 34. Po drugie wchodzisz do tej przymierzalni, patrzysz w lustro i twój nastrój leci na łeb na szyję, bo nagle widzisz siebie w jakiś takich wyświechtanych ciuchach z podkrążonymi oczami. Matko – czyżbym aż tak była ślepa, na to jak wyglądam? Przecież, kiedy wychodziłam z domu rzucając ostatnie spojrzenie w lustro pomyślałam, że kurczę całkiem fajnie wyglądam. Kolorowa, uśmiechnięta, z lekkim makijażem. A tymczasem w przymierzalni przybieram postać żywego trupa. Patrzę i nie dowierzam. Czy to naprawdę ja? Czy tak bardzo moje postrzeganie siebie samej jest tak złudne i nazbyt pozytywne?

To jeszcze nic. Prawdziwy koszmar zaczyna się, kiedy trzeba coś naprawdę przymierzyć… Ściągasz szybko spodnie, czy spódnicę, zadowolona, bo przecież przed wakacjami schudłaś trochę i jednak efekty pracy na siłowni są widoczne, ale wiadomo stojąc w samych majtkach zerkasz w stronę lustra i uwaga… Co to żesz ku*wa jest? Że to niby ja? Tak wyglądam? Jakaś blada, z żyłkami na wierzchu, z jakimś plamami i celullitem, o którym przecież już dawno zapomniałam. Nieeee, to niemożliwe!!! Wciskam się w nowe ciuchy, chcąc jak najszybciej zapomnieć widok, który przed chwilą miałam przed oczami. I… znowu ZONK. Przecież wzięłam numer większe, a ta bluzka jednak wydawała się dłuższa, myślałam, że w tym kolorze będzie mi naprawdę do twarzy, a tymczasem twarz to jedne wielkie sińce pod oczami, jakby mi ktoś tusz rozmazał, zamiast rzęsy pomalować. Ale to nie tusz, to ja tak wyglądam. Uciekłabym najchętniej jak najszybciej. Patrzę, a na wieszaku jeszcze dwie bluzki, spodnie i jedna sukienka do przymiarki… Mierzyć, czy dać sobie spokój. Przecież na taką szarą, brzydką i grubą babę nic pasować nie będzie.

A już w ogóle najgorzej to stanąć w przymierzalni w samej bieliźnie… Zmierzenie się z tym widokiem jest prawdziwym wyzwaniem. I to pytanie co się we łbie kołacze: które odbicie jest prawdziwe – czy to w domu, gdzie wyglądam naprawdę dobrze, czy to koszmarne z przymierzalni, które prawdę o mnie samej chce powiedzieć?

Ostatecznie uciekam nie kupując kompletnie nic i nie mając najmniejszej ochoty na dalsze przebieranki. Znajoma mi tłumaczy: „Nie przejmuj się, to wina tego koszmarnego zimnego światła, które świeci z góry i wyłuszcza wszystkie niedoskonałości”. Tylko, że ja w tym świetle jestem jedną wielką niedoskonałością. Myślę sobie, że przecież w tych sklepach pracują kobiety, wystarczyłoby szepnąć słówko, żeby klientki czuły się bardziej komfortowo. Dać ciepło światło wzdłuż lustra, oświetlić inaczej naszą sylwetkę i o ile chętniej chodziłybyśmy na zakupy zadowolone ze swojego wyglądu. Tak niewiele potrzeba. Na mnie na pewno by to podziałało.

Na szczęście są teraz oversize’y, które workowo pasują na każdego i nawet przymierzać ich nie trzeba. Stałam się mistrzynią wyszukiwania takich ubrań. Koszule, bluzki, sukienki – od koloru do wyboru, byleby tylko uniknąć koszmaru pod hasłem: „przymierzalnia”. Myślę sobie, że musiał je wymyślić facet kompletnie nieświadomy tego, jaką krzywdę robi każdej rozbierającej się w przymierzalni kobiecie. No cóż, faceci jednak myślą o sobie dobrze, a nam trupie światło przymierzalni przypomina o wszystkich naszych kompleksach. A przecież szłyśmy na zakupy, by poczuć się piękniej… Wolę chyba jednak fryzjera na poprawę humoru.


Związek

W dupie mam te wszystkie komentarze, że za chuda, zbyt uśmiechnięta i za szczęśliwa. Weźcie się matki ogarnijcie!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
16 czerwca 2017
Fot. Screen z Instagrama / Anna Lewandowska

Najgorsza rzecz? Zostać matką w naszym kraju. A druga najgorsza z najgorszych? Obwieścić swoje szczęście całemu światu. Jest jeszcze jedna – zostać matką – celebrytką, na której córkę czeka pół Polski, bo drugie pół jest rozczarowane, że to jednak nie chłopak.

Ja pie*dole, zastanawiam się, co ludzie mają takiego w głowach, że tak bardzo interesuje ich cudze życie. A życie MATKI – Lewandowskiej interesuje niemal wszystkich. Przez zwykłych szaraczków, po ludzi, którzy publicznie zabierają głos w jej sprawie, w obronie lub próbie upokorzenia. Czy wy nie rozumiecie, że ona ma to kompletnie w dupie? Jest jej dobrze i zupełnie nieświadomie śmieje się w nos tym, którzy chcieliby jej dopiec, czy wyrazy współczucia złożyć.

Dlaczego tak w oczy nas kole czyjeś szczęście? Matka, która nie chce w swoim macierzyństwie zostać skazana na ostracyzm:

– powinna mieć 20 kilogramów nadwagi – żeby inni jej współczuli mówiąc: „No tak bywa” i dodając „ja to miałam szczęście, po miesiącu wchodziłam w swoje dżinsy sprzed porodu”. Nic nie poprawia bardziej humoru, niż świadomość, że inni mają gorzej.

– idealna matka powinna mieć podkrążone od niewyspania oczy – bo przecież dziecko MUSI dać w kość, wtedy tylko zrozumie, co znaczy prawdziwe macierzyństwo.

– matce wszyscy powinni odmawiać pomocy w myśl zasady: „chciałaś, to se radź”. Bo przecież nie może być tak łatwo, że ma nianię, czy panią od sprzątania! Matko przyznać się, że pani przychodzi ci sprzątać, bo nie wyrabiasz na zakrętach – lincz gotowy!

– jeśli chce wrzucać na Facebooka jakieś zdjęcia, to najlepiej ze spacerów, i to spacerów po parku, w których spędza ponad połowę dnia, a w domu jakimś cudem czeka i tak przygotowany dla męża i dla niej obiad.

– powinna być oczywiście zawsze uśmiechnięta, a szczęście musi z niej emanować. Nie ma prawa powiedzieć: mam dość, jestem zmęczona – bo jak to? Jak będziesz tak mówić, to twojemu dziecku coś się stanie.

Jedno jest pewne, matka idealna musi mieć źle. MUSI mieć gorzej od nas. Nie może mieć czasu na spotkania z przyjaciółkami, jej małżeństwo musi przejść kryzys i wtedy inne matki będą jej mówić: „oj kochana, nie przejmuj się to normalne”. A gówno prawda, że normalne. Mamy prawo być matkami na miarę tego, jakimi ludźmi jesteśmy!

Mam ochotę po sześciu tygodniach biec na fitness – to biegnę zostawiając małe z ojcem/babcią/ba nawet z tą demonizowaną nianią. Idę, bo jestem człowiekiem, bo mam ochotę, bo jak nie wyjdę, to zwariuję i w dupie mam te wszystkie matki, co myślą inaczej.

Mam ochotę wybrać się na randkę z mężem bez dziecka? A proszę bardzo. I jeszcze zdjęcie z przepięknej restauracji wrzucę i wara żeby ktoś się pytał, gdzie mój syn lub córka. Nie, nie śpi pod stołem, nie ryczy samo w domu. Jest pod dobrą opieką tak, żebyśmy my mogli choć przez chwilę pobyć sami.

Chcę poplotkować z przyjaciółkami, spotkać się, zrelaksować, bo tylko tak jestem w stanie uśmiechnąć się do mojego dziecka, które po raz kolejny obudzi się w nocy przez te cholerne zęby? I spotkam się i pojęczę, jak mi źle, jak marzę, żeby się wyspać i jak czasami najchętniej uciekłabym na drugi koniec świata, byle jak najdalej od tego kieratu.

I nikogo nie udaję! I wybaczcie, że na waszą modłę Matek Zawistnych, Matek WiemLepiejCojestDobreDlaTwojegoDzieckaIDlaCiebie nie śpiewam! I nie wrzucam swoich zdjęć z błaganiem o komentarz, że jak tak można i czy mi wypada. W końcu zostałam matką, więc nie mogę:

– dobrze wyglądać

– pokazywać się bez dziecka

– spędzać czasu z mężem

– jeść sushi skoro karmię piersią.

O matko właśnie – a ciekawe czy karmię, czy dziecko śpi ze mną czy osobno. Ono już na pewno ma syndrom odrzucenia, zacznie mieć tiki nerwowe i źle sypiać – ojoj wtedy to mi pokaże. Prawda? Albo, tak wiem – będę je rozpieszczać zabawkami w zamian za brak czasu i wyrośnie mi taki samolub, dla którego tylko materialne rzeczy ważne będą. A niej daj Boże jak ten wiecie – Januszek z ballady. I kto się będzie temu dziwić, skoro matka na fitness leciała, zamiast siedzieć nad śpiącym smacznie dzieckiem?

Zostajesz matką i okazuje się, że cała wiedza, którą posiadasz, warta jest funta kłaków, bo inne matki wiedzą lepiej! Wiedzą lepiej nawet od Matki-Lewandowskiej jak ona powinna wyglądać i na co może sobie sportowo pozwolić. Wiedzą lepiej, bo zostały matkami ciut wcześniej – i wszystkie rozumy pozjadały – w każdej kwestii.

Drogie Matki Furiatki – zamknijcie komputery, wylogujcie się z wszelakich forów i idźcie na spacer ze swoimi dzieckiem, albo umówicie się z przyjaciółkami wieczorem na wino. Może jutro na świat spojrzycie bardziej przychylnym okiem. Czego sobie i wam życzę.