Związek

Mam wszystko, a jednak nie mam nic. Nie jestem szczęśliwa w związku, chcę uciec, zapaść się pod ziemię, znikąć

Listy do redakcji
Listy do redakcji
2 kwietnia 2019
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Czy można przeżyć życie nie sięgając po „więcej”? Czy można być szczęśliwym praktykując wdzięczność za to, co mamy w danej chwili, za proste, dobre chwile i brak dramatów w życiu? Dlaczego, chociaż mam wiele, choć mam dobry, ciepły dom, pracę i wiernego partnera pragnę uciec, schować się, zniknąć i zacząć wszystko od początku, z dala od bliskich?

Od pewnego momentu mam wrażenie, że utknęłam w martwym punkcie. Żyję złudzeniem, że jako- taka codzienność i świadomość, że nie jestem sama mi wystarczą. A przynajmniej powinny. Moja mama by nie zrozumiała. Zapytałaby tym swoim ironicznym tonem „Czego ty jeszcze chcesz dziewczyno, nie wydziwiaj! Masz męża, masz gdzie mieszkać, dla wielu to szczyt marzeń!”.

Zbyt wiele różnic między nami mamo, bym mogła ci to wytłumaczyć. To dla ciebie szczytem marzeń było wyrwać się z twojego miasteczka, znaleźć mężczyznę, którego poślubisz, któremu urodzisz dzieci i… Tyle. Tu kończy się twoja definicja spełnienia. Nie umiem przeskoczyć tej różnicy między nami. Chciałabym, żebyś w dzieciństwie i wtedy, kiedy dorastałam, mówiła mi to, co matki moich koleżanek mówiły swoim córkom – „spełniaj marzenia, dąż do tego, czego pragniesz, nie zadowalaj się byle czym”. Ale ty wychowałaś mnie inaczej. „Nie wyróżniaj się” – powtarzałaś, – „Nie rzucaj się w oczy”. Moje studia – kulturoznawstwo – wydawały ci się fanaberią. Taka małomiasteczkowość w wielkim mieście. Chciałaś, żebym poszła na ekonomię, zaczepiła się gdzieś w księgowości, póki nie wyjdę za mąż. Bo po ślubie, to już tylko tak jak ty – rodzina, koniecznie dzieci, domowe ciasto pieczone co niedziela. Nie znoszę piec, nie umiem gotować. Widzisz, nawet tutaj cię zawodzę.

Mamo, chyba nikt już nie żyje tak jak ty. Nawet w twoim małym miasteczku.  A ja na pewno tego nie chcę. A jednak nie potrafię się wyrwać z tego mechanizmu, zabrnęłam już za daleko. Przegapiłam moment, w którym powinnam powiedzieć „stop” i przestać realizować ten twój plan.

Dziś mam 27 lat, a czuję się tak, jakbym przeżyła pół wieku. Jestem w pułapce. Moje małżeństwo jest pułapką. Byłaś taka szczęśliwa, kiedy wychodziłam za mąż. Mogłaś się pochwalić córką, białą suknią, weselem… Ja czułam tylko strach. Byłam sparaliżowana strachem. Ale nie umiałam się zatrzymać. Przecież zawsze było tak, jak chciałaś. No, może poza moim kierunkiem studiów. Ale te studia to była przecież tylko taka zabawa… Nie wiesz o mnie nic. Nie wiesz, że grałam w szachy, że miałam nawet jakieś sukcesy. Że dorabiałam w Starbucksie, że w liceum zrobiłam sobie sesję zdjęciową… nic nie wiesz. To były moje małe momenty wolności, poza twoją kontrolą.

Potem poznałam Pawła. Zaczęliśmy się spotykać. Był miły, a ty wreszcie zaczęłaś być ze mnie dumna. Jedno mi się udało… „Znalazłam” faceta. Czułam, że mnie akceptujesz. Kiedy dowiedziałaś się, że mi się oświadczył, awansowałam na prawdziwą córkę. A w każdym razie prawdziwą kobietę. Na fali tego twojego zachwytu wzięłam ślub. Popełniłam największy błąd mojego życia. Nieodwracalny. Ale ten dramat rozgrywa się w mojej głowie. Nikt o tym nie wie.

Dlaczego nie odejdę? Nie odchodzi się od dobrego faceta, który, choć nie czyta książek, jest pewnością. Przyzwyczaiłaś mnie do tej myśli mamo, że pewność to wszystko.  Nie odchodzi się „od tak”, z bliżej nieokreślonego powodu, bo jakim powodem jest fakt, że masz przeczucie, że popełniłaś błąd, że jesteś nieszczęśliwa? Przecież on nie pije, nie bije, jest… Mówi, że kocha.

Nie mamy dzieci. Biorę pigułki, choć on o tym nie wie. Myśli, że się staramy, że w końcu „samo wyjdzie”. A ja podświadomie chyba zdecydowałam, że nie chcę mieć z nim dziecka. Nie chcę dziecka zrodzonego z poczucia obowiązku, musu, stresu, zblokowania. Nieumiejętności podejmowania decyzji o swoim życiu.

Jestem w potrzasku, w pułapce. Czuję, że nie znajdę w sobie siły, żeby coś zmienić. Marzę, by uciec, zniknąć. Urodzić się na nowo, ale gdzie indziej. Wiem wszystko, czego potrzebuję, by odejść. Ale nie ruszę się z miejsca, nie zdecyduję się na rozstanie. Nie potrafię sobie poradzić z lękiem przed odrzuceniem przez ciebie mamo. Boję się cię zawieść. Mam wszystko, a jednak nie mam nic.

 


Związek

Dieta Dąbrowskiej. Wytrzymałam dziesięć dni, jakie są moje wnioski?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
2 kwietnia 2019
Dieta Dąbrowskiej. Wytrzymałam dziesięć dni, jakie są moje wnioski?
Fot. iStock – Dieta Dąbrowskiej. Wytrzymałam dziesięć dni, jakie są moje wnioski?
 

I nadeszła na mnie kolej. Dieta Dąbrowskiej. Długo się wahałam, a raczej wąchałam z tym pomysłem. Czy dam radę? Czy to w ogóle ma sens? Ja i dieta Dąbrowskiej? Same warzywa? A co z ukochaną szyneczką, suszoną kiełbaską? Jak się bez tego najeść?

Doszłam jednak do ściany. Pal sześć z wagą, bo te kilka kilogramów wiedziałam, że i tak zrzucę do wakacji – wystarczy więcej ruchu i mniej jedzenia wieczorem. Ale ból żołądka dawał się we znaki już bardzo. Tak już mam, że stres, niepokój, lęk kumuluje mi się w brzuchu, co skutkuje naprawdę mało komfortowym stanem.

Raz w życiu byłam na diecie, po urodzeniu drugiego dziecka. Szczerze mówiąc wtedy zrozumiałam, że naprawdę jesteś tym, co jesz, że twój organizm działa pod dyktando tego, czym go nakarmisz. Dieta była zdrowa, rozsądna, schudłam na niej 20 kilogramów w pół roku, które nigdy nie wróciły, a jednocześnie ta dieta pozwoliła zmienić nawyki żywieniowe mojej rodziny. Dlaczego o tym piszę, bo dieta Dąbrowskiej niosła nadzieję, że dam oddech mojemu organizmowi, że go faktycznie oczyszczę, choć do końca nie wiem, z jakich toksyn, z jakiś na pewno.

Znajoma, która dwa lata temu wytrzymała na diecie Dąbrowskiej sześć tygodni napisała: „Tylko uważaj, słuchaj swojego organizmu”. Taki miałam zamiar, poza tym mowy nie było o sześciu tygodniach, ale jedynie o 10 dniach.

Dieta Dąbrowskiej – menu

Jak na mnie przystało, zaczęłam spontanicznie. W poniedziałek rano zaglądając do lodówki stwierdziłam: a trochę warzyw jest, może spróbuję. I poszło. Podgryzałam paprykę, pomidory, seler naciowy, ogórek cały dzień. Po południu wyskoczyłam na zakupy, żeby zrobić zapasy i ugotować zupy. Zaczęłam od kapuśniaka z kiszoną kapustą i buraczkowej, czyli warzywa ugotowane na wodzie i dodane odpowiednio kapusta lub buraki. Doprawione wszystko dość mocno. W lodówce znalazły się jeszcze cukinia, dynia, marchewki, seler, które wrzucałam do piekarnika posypane ziołami. Było pysznie. Jak jeszcze dodać do tego koktajle, to naprawdę robiło się smacznie. Fakt, że na tym poście można jeść jabłka, pomarańcze, kiwi, dodawało smaku właśnie koktajlom z udziałem szpinaku, jarmużu, korzenia pietruszki.

Szczerze – czekałam na kryzys. Na bóle głowy, zimno, o którym wszyscy wokół pisali i przed czym ostrzegali. Tymczasem ja przez pierwsze cztery dni byłam jak na haju. Roznosiła mnie energia, minęła senność, apatia, mogłam góry przenosić. Nawet wyjazd służbowy mi nie przeszkodził w diecie. W pudełka popakowałam warzywa, na miejscu piłam zieloną herbatkę, koktajle bez cukru. Można? Można.

W szósty dzień wzięłam się za poważne gotowanie z zamiarem zrobienia gołąbków warzywnych. To nie był dobry pomysł, bo mi zupełnie nie podeszły, może za duża ilość pietruszki, a może szóstego dnia już wszystko smakowało mi tak samo. Marzyłam o soczewicy, którą mogłabym dodać, o oliwie do sałatki, orzechach, serach. O dziwno na dalszy plan odeszły myśli o mięsie. Żołądek nie bolał, pomyślałam, że zacisnę zęby i wytrzymam. W niedzielę już mnie nosiło, brakowało mi kalorii, zaczęłam robić się głodna. Poszłam na długi spacer, żeby odroczyć pokusę sięgnięcia po to, co zakazane.

Kolejny dzień uratowały mnie znowu zupy. Ogórkowa, dyniowa. Jedzone na zmianę pozwoliły przetrwać następne dni. Ale było coraz gorzej. Ósmego dnia byłam już słaba, kręciło mi się głowie, dziewiątego złapałam zadyszkę wchodząc na drugie piętro. I spać. Dużo spałam. Nawet dziewięć godzin w nocy. Miałam problem z rozruszaniem palców do pisania, a to nie było już przyjemne. Śmiałam się, że mój mózg odlicza już godziny do końca głodówki. Dziesiątego dnia wieczorem zjadłam twarożek. Nie wytrzymałam. Smakował niebiańsko. Najlepsza rzecz, jaką przyszło mi zjeść, nie mówiąc o jajecznicy z warzywami na drugi dzień rano.

Wytrzymałam. Łatwo nie było. Właściwie im dalej w las, tym dla mnie trudniej, ale jak powiedziała znajoma – słuchałam siebie. Wnioski?

Dieta Dąbrowskiej efekty

– czuję się świetnie, lekko, nie boli mnie brzuch

– cera wygląda zdecydowanie lepiej, sińce pod oczami stały się jaśniejsze, cellulit, z którym zawsze walczę – mniej widoczny

– nie wytrzymałabym dłużej niż 10 dni; pomimo wielu przypraw, pomysłów na jedzenie warzyw, w pewnym momencie zaczęły mi one rosnąć w buzi, nawet ukochany kalafior był ciężki do zjedzenia

– ciągłe uczucie pragnienia – cały czas chciało mi się pić, nieustannie, co akurat było bardzo dobre, bo do wody, herbat nie musiałam się wcale zmuszać

– czy schudłam? Myślę, że tak, choć na wagę nie wchodziłam, ale po sobie widzę, że to jakieś trzy kilogramy mniej, fajny efekt uboczny, pytanie, ile to wody, a ile tłuszczu

– po raz kolejny przekonałam się, że naprawdę jesteś tym, co jesz, im zdrowiej, tym lepiej funkcjonujesz.

Prawda jest taka, że nie był to dla mnie też wielki detoks od używek. Kawę piję bardzo rzadko, cukru też niewiele używam, słodyczy prawie nie jadam, więc brak tych rzeczy, który innym daje się we znaki bardzo, mi nie dokuczał aż nadto. Mam poczucie, że ten post był naprawdę prozdrowotny, a przede wszystkim zwracający uwagę na to, co i jak jem.

Co dalej? Szczerze – próbuję nadal nie jeść mięsa. Przynajmniej przez kolejne dwa tygodnie. Nie zarzekam się, że już nigdy, bo tego nigdy nie wiadomo, ale mój organizm dał mi wyraźny sygnał – domagał się zdrowych tłuszczów i białka, ale w nabiale, warzywach strączkowych. W ogóle nie mam ochoty na mięso. Kto wie, może to ono obciążało mój organizm za bardzo? Czas pokaże. Teraz smażę kotlety z soczewicy, z kalafiora, ziemniaków, które smakują niebiańsko.

Jedno jest pewne – jeśli chcesz przejść przez post Dąbrowskiej, nie myśl o odchudzaniu, zrób to dla swojego organizmu. Zadbaj o siebie, wsłuchaj się w to, co ci podpowiada. Tę wiedzę warto przyswoić i wdrożyć w życie, żeby poczuć się lepiej ze sobą, odzyskać energię, chęć do działania i poczucie, że w końcu robię coś tylko dla siebie. Powodzenia.

Fot. iStock


Związek

Wczasy w Chorwacji – dlaczego warto? 8 powodów

Redakcja
Redakcja
2 kwietnia 2019
Chorwacja majówka
Fot. Materiały prasowe – Chorwacja majówka

Czy warto spędzić wakacje w Chorwacji? Jak najbardziej tak! Na wczasowiczów czekają tutaj zarówno piaszczyste plaże, jak i historyczne zabytki oraz szereg atrakcji przyrodniczych. Co warto zwiedzić w Chorwacji? Dlaczego jest to idealny pomysł na Majówkę 2019?

Chorwacja – kraj o pięknej pogodzie przez cały rok 

Na jaką pogodę można liczyć w Chorwacji? Słońce i wysokie temperatury panują tutaj niemalże przez cały rok, co czyni z tego kraju nie lada gratkę zarówno dla miłośników letniego plażowania, jak i zwiedzania w sezonie jesiennym. Co warto wiedzieć o pogodzie w Chorwacji? Panują tutaj 2 strefy klimatyczne. W środku kraju jest to umiarkowany klimat kontynentalny charakteryzujący się deszczowym latem i chłodnymi zimami, na wybrzeżu natomiast – śródziemnomorski, gdzie dominują dni ciepłe oraz suche.

Jak wygląda sytuacja, jeżeli chodzi o temperaturę w Chorwacji? Tamtejszy sezon podzielić można na 3 główne okresy. Pierwszy z nich to okres między kwietniem a czerwcem, kiedy temperatura powietrza waha się od 17 do 27 stopni Celsjusza, a wody-od 15 do 21 stopni Celsjusza. Drugi okres – lipiec i sierpień (wtedy też najwięcej turystów wybiera się na wycieczkę do Chorwacji) to czas upałów, kiedy temperatury powietrza sięgają nawet 35 stopni Celsjusza, a morza-24 stopni Celsjusza. Słońce świeci wówczas przez 14 godzin dziennie. Trzeci okres to wrzesień i październik. Wtedy to turyści wyjeżdżający do Chorwacji liczyć mogą na temperatury powietrza od 18 do 24 stopni Celsjusza. Woda ma wówczas temperaturę od 20 do 23 stopni Celsjusza.

Ceny w Chorwacji

Czy Chorwacja jest droga? To pytanie zadaje sobie wiele osób planujących majówkę 2019 w tym kraju. Najwyższych cen spodziewać można się w miastach takich, jak Dubrownik czy Zagrzeb. W mniejszych miejscowościach będą one natomiast znacznie bardziej przystępne. Za wodę zapłacimy (w przeliczeniu z kun na złotówki) około 3 złote, chleb 4 złote, piwo 5 złotych, a lokalne wino 25 złotych.

Najpopularniejsze chorwackie przyrodnicze atrakcje turystyczne 

Wybierając się na wczasy w Chorwacji z biurem podróży, warto odwiedzić jedną z poniższych atrakcji przyrodniczych:

  • Park Narodowy Jezior Plitwickich: to najchętniej odwiedzany przez turystów park narodowy w całej Chorwacji. Podziwiać można tu 16 malowniczych jezior otoczonych wodospadami. Miejsce to znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Kulturalnego i Przyrodniczego UNESO. Zwiedzać można je pieszo lub specjalną kolejką czy statkiem.
  • Park Krajobrazowy Kopački Rit: będąc na wakacjach w Chorwacji, warto odwiedzić ten największy w Europie park ornitologiczny. W bezpośrednim jego sąsiedztwie znajduje się pałac Tikveš oraz rezerwat zoologiczny.
  • Jezioro Vransko: to jedno z najbardziej tajemniczych zjawisk przyrodniczych w całym kraju. W niecce tego jeziora miesza się ze sobą słodka woda z jeziora oraz słona woda morska. Na uwagę zasługuje tutaj również mnogość gatunków ptaków oraz bujna roślinność śródziemnomorska.

Co zwiedzić w Chorwacji?

Szukając  pomysłu na majówkę 2019, warto rozważyć wizytę w jednym z poniższych miast:

  • Dubrownik: nie bez powodu nazywany jest on „Perłą Adriatyku.” Największą atrakcją jest tu stare miasto pełne zabytkowych kamienic i świątyń. W 1979 roku Dubrownik został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.
  • Rovinij: będąc na wczasach w Chorwacji, warto odwiedzić również „małe Saint Tropez.” Obowiązkowymi do zobaczenia zabytkami w tej urokliwej chorwackiej miejscowości są: kościół Św. Eufemii, kaplica Świętej Trójcy oraz Klasztor Franciszkanów.
  • Split: to drugie co do wielkości miasto Chorwacji. Co zwiedzać w tym chorwackim miasteczku? Największą lokalną atrakcją są pozostałości pałacu cesarza Dioklecjana, które zajmują obszar całej starówki.
  • Novigrad: zwiedzić to chorwackie miasto powinni przede wszystkim wszyscy miłośnicy wypoczynku z dala od turystycznego zgiełku. Jako że kurort leży na skalistym brzegu wpadającym do Morza Adriatyckiego, całość prezentuje się niezwykle malowniczo.

Nie macie jeszcze pomysłu na urlop? Majówka 2019 w Chorwacji to idealne rozwiązanie!

Artykuł sponsorowany


Zobacz także

Spakowałam się w 3 walizki i tak zostawiłam za sobą wszystko co dotychczas miałam. Skoczyłam na głęboką wodę, miałam tylko nadzieję, że potrafię w niej pływać

Akcja "Miłość to spotkania"

A może chrzanić te wszystkie dobre rady i po prostu się zakochać? 5 rzeczy, które sprawiają, że miłość, której się nie spodziewasz jest tą wyjątkową!

„Ty gruba ku…, kto by cię chciał”, czyli jak wygląda przemoc. Poruszający list ofiary przemocy do znanej psycholożki, Doroty Zawadzkiej