Lifestyle Związek

Czy żałuję? Bogu dziękuję za ten rozwód i nowe życie!

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
1 listopada 2016
Fot. iStock / Joel Sorrell
 

Rozwód dla większości kojarzy się z porażką, niepowodzeniem, końcem czegoś pięknego. Coraz częściej słychać jednak głosy mówiące o tym, że rozstanie to nie koniec świata, urządza się przyjęcia porozwodowe i pamiątkowe sesje zdjęciowe eks małżonków. Bo rozwód, jak każda życiowa zmiana, ma swoje plusy i minusy, jest końcem pewnego etapu i początkiem kolejnego. Dla moich bohaterek rozwód był startem w nowe, lepsze, życie.

Urszula, lat 56, dwanaście lat po rozwodzie – „Po rozstaniu znalazłam swoje pasje”

Wiecznie zabiegana, zajęta, z głową pełną planów i listą rzeczy do wykonania- taka jest Urszula. A właściwie taką stała się po rozwodzie. „Gdy się rozwodziłam syn właśnie zaczynał studia w innym mieście. Wracałam do domu i nie musiałam właściwie nic – ani gotować, ani sprzątać, w końcu miałam czas dla siebie. Nie chciałam stać się jedną z tych zgorzkniałych bab, które psioczą na facetów i przeklinają cały męski ród, bo trafił im się jeden felerny egzemplarz. Pewnego dnia powiedziałam sobie – Ulka, zrób coś z sobą, bo zwariujesz. I zrobiłam”.

Zapisała się na studia podyplomowe, zaczęła chodzić na aerobic, spotykać z innymi ludźmi, korzystać z wydarzeń kulturalnych. Okazało się, że jej wielką pasją jest teatr. „Po jakimś czasie dałam się namówić na udział w warsztatach teatralnych w domu kultury i totalnie wsiąkłam! Nigdy bym nie pomyślała, że na stare lata zostanę aktorką. Po rozwodzie odnalazłam swoje pasje, w końcu miałam odwagę, by zastanowić się nad sobą i tym, czego chcę. Bo do tego, wbrew pozorom, potrzeba odwagi. Łatwiej biec przez życie siłą rozpędu, myśleć o praniu, obiadach i zakupach, zachciankach męża i potrzebach dzieci, niż wsłuchać się w samą siebie i wyznaczyć jakiś cel.” Dziś Urszula mówi otwarcie, że nie cofnęłaby swojej decyzji o rozstaniu. „Czy żałuję? Bogu dziękuję za ten rozwód i nowe życie!”

Joanna, lat 36, pięć lat po rozwodzie – „Dopiero teraz wiem, czym jest prawdziwa miłość”

„Poznaliśmy się na drugim roku studiów, pobraliśmy na czwartym. Wtedy wszystko wydawało się takie oczywiste – kochamy się, jesteśmy razem, zostajemy małżeństwem. Dzisiaj wiem, że to były tylko nasze naiwne życzenia wobec rzeczywistości.” Po ślubie zamieszkali razem w akademiku, a ich wspólne studenckie życie układało się całkiem w porządku. Dopiero wyprowadzka do wspólnego mieszkania pokazała, jak wiele ich różni. „Studia się skończyły, zaczęliśmy pracę i normalne życie. Nie było już przyjaciół za ścianą, imprez co drugi dzień i studenckiego luzu, okazało się, że mamy nieco inne priorytety.” Zaczęły się coraz częstsze kłótnie, wady tej drugiej osoby przeszkadzały jakoś bardziej niż kiedyś, trudniej było osiągnąć kompromis. „Wydawało mi się, że to moja wina, że muszę dawać z siebie więcej, że za mało się staram. Spaliłam się, zjadła mnie moja ambicja i oczekiwania Piotra.”

Rozwiedli się trzy lata po ślubie, dzisiaj oboje są w nowych związkach, ale nie utrzymują ze sobą kontaktów. ” Z Piotrem to była taka zabawa w dorosłość, zabawa w dom. Bardzo chcieliśmy się kochać ponad życie i stworzyć razem rodzinę, ale się nie udało. Dopiero teraz wiem, czym jest prawdziwa miłość, taka, w której nie tylko dajesz z siebie wszystko, ale i wszystko dostajesz w zamian. Nie żałuję pierwszego małżeństwa, bo ono pokazało mi, że chcę czegoś więcej od życia, od związku. Myślę, że właśnie to znalazłam.”

Agata, lat 45, rok po rozwodzie – „Rozwód sprawił, że stałam się lepszą matką”

„Rozwód zawsze brzmiał dla mnie złowieszczo, był synonimem porażki, klęski, osobistego niepowodzenia. Dzisiaj patrzę na niego nieco inaczej – jak na pewien restart w życiu, drugą szansę”. Agata na co dzień pracuje w urzędzie, jest matką dwóch synów- trzynastolatka i dziewięciolatka. To właśnie dla nich zdecydowała się na rozstanie. „Doszłam do etapu, w którym przestałam lubić siebie w roli matki. Nieustannie strofowałam synów, warczałam na nich i gderałam im nad uszami. No dobra, powiem wprost – zdarzało się, że darłam się, czepiałam o pierdoły i bezsilna rzucałam karami na prawo i lewo. Niezauważalnie dla samej siebie straciłam całą radość macierzyństwa”.

Tę brutalna prawdę uświadomiła jej przyjaciółka, która powiedziała otwarcie, że frustracje wynikające z kłopotów małżeńskich przenosi na dzieciaki. „Od dawna nie układało nam się z mężem, ale dla dobra synów trwaliśmy w tej fikcji. Wpadliśmy w pułapkę myślenia, że lepiej razem, choć nieszczęśliwie, niż bez kłótni, ale osobno. Totalna głupota! Po roku od rozwodu wiem, że była to najlepsza z możliwych decyzji – nie jest łatwo, ale znowu poznaję siebie, a moi synowie w końcu mają fajną, uśmiechniętą mamę”.

Paulina, lat 29, pół roku po rozwodzie- „W końcu przestałam się bać”

Paulina o swoim byłym mężu mówi niechętnie i z widocznym jeszcze bólem. Jak sama twierdzi, są rany, które będą się goić jeszcze przez długi czas, ale najcięższe ma już za sobą. „Obudziłam się z koszmaru. Bo tak chcę myśleć o tym, co było – że to zły sen, który jest już tylko wspomnieniem i więcej się nie powtórzy. Rozwód był dla mnie wybawieniem, początkiem nowego życia. W końcu przestałam się bać.” Były mąż Pauliny był z pozoru ideałem – przystojny, majętny, kulturalny, potrafił zachwycić każdego i zdobyć jego sympatię w kilka chwil. Dopiero w domowym zaciszu wychodziły ukryte w środku potwory, pokazywał swoje prawdziwe oblicze. „Na początku wszystko było ok, może tylko czasem ponosiła go zazdrość albo zdarzył się ironiczny komentarz i przykra uwaga na mój temat. A potem… potem wszystko poszło w bardzo złą stronę”.

Wyzwiska, kontrola jej kontaktów towarzyskich, przeglądanie telefonu, śledzenie. W końcu pierwsza szarpanina, pierwszy policzek, przeprosiny, skrucha, prezenty, coraz częstsze awantury, siniaki, przemoc. „Dwa lata trwało nim przejrzałam na oczy i głośno powiedziałam dość. Pomógł mi brat i najbliższa przyjaciółka  – spakowałam się w dwie walizki i bez słowa pożegnania wyprowadziłam z domu. Długo walczyłam o rozwód, ale w końcu się udało. Jedyne, czego żałuję to, że nie zrobiłam tego znacznie wcześniej”.


Lifestyle Związek

Kiedy nadal jest najgorzej? Nocami. Taka tęsknota, aż w środku rozdziera

Anika Zadylak
Anika Zadylak
1 listopada 2016
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Każdy z nas ma kogoś po tej drugiej stronie. Kogoś, za kim tęskni tak bardzo, że nie może oddychać. Kogoś, kogo kochał  całym sobą. Kogoś, bez kogo ciężko dalej żyć. I kogoś, komu jesteśmy wdzięczni za to, jak nas wychowano. Ale są ludzie, którzy cierpią najbardziej. Których strata boli najgłębiej. Stoją zawsze trochę dalej od innych grobów. W wyznaczonych na cmentarzach sektorach. Gdzie jeszcze więcej zieleni niż wszędzie, więcej kwiatów. Czasem zabawki i kolorowe znicze na malutkich płytach pomników. Stoją zgarbieni, zasępieni, w cichym cierpieniu. Zlewają się z szarością tego smutnego dnia, zmywają razem z deszczem i wspominają. Wspominają zbyt krótki czas, gdy mogli być rodzicami. Bo ich pociechy, miały zaledwie kilka lat, gdy musiały wsiąść do pociągu bez powrotnego biletu. 1 listopada to najsmutniejszy dzień w roku. Szczególnie dla tych, którzy musieli pochować swoje dzieci. 

Tomasz i Ania. Rodzice Pawełka, miał 5 lat

– Kiedy nadal jest najgorzej? Nocami. W dzień jest praca, obowiązki, jakieś zajęcia. Mamy jeszcze córkę 20-letnią, jest dla kogo żyć. Ale czasem, bardzo często, mimo upływu lat przychodzi taki ból. Taka tęsknota, aż w środku rozdziera. Nie daje spać, nie możesz oddychać. Nie chcesz, a rozpamiętujesz te najgorsze chwile. Te ostatnie momenty. Jak widzisz, że zakopują twoje dziecko i myślisz tylko o jednym. Że on tak nie lubił zimna. Wiesz, co to jest obłęd? Gdy od  10 lat, wstajesz w środku nocy, wyciągasz ukryty głęboko w szafie sweterek, który miał na sobie ostatniego dnia. Gdy jeszcze biło mu serce. I wtulasz się i gryziesz wargi do krwi, bo tak szukasz zapachu swojego dziecka. I duszę byś diabłu sprzedała, żeby jeszcze choć na chwilę móc go przytulić, usłyszeć jego głos, jego śmiech. Żeby jeszcze choć raz powiedział: – Kocham cię mamuś. Anię uspokaja jej mąż, Tomek. – Żona to ciągle tak bardzo przeżywa. Ja trochę inaczej do tego podchodzę, jestem głową rodziny, mam kim się opiekować. Muszę dbać o moje damy. Ale są dni, kiedy jadę przed siebie, aż kawałek pola znajduję. Gdzie nie ma nikogo. Idę w to pole i krzyczę. Płaczę i krzyczę, bo ojcem jestem. Powinienem z nim piłkę kopać, cieszyć nowymi miłościami, chwalić i kochać. I kocham, ale najbardziej bolesną miłością dla rodzica. Gdy jedynym, co możesz już teraz zrobić, to zapalić znicz, pamiętać. I starać się nie zwariować. Bo ciężko żyć z tak popękanym sercem, jak nasze.

I tak jak żona już powiedziała, te straszne momenty, wracają najczęściej. Choć człowiek nie chce, czy w taki dzień jak ten. Słyszę jak w szpitalu mówią, że nadszedł czas się pożegnać , że to już ostatni moment. I nie chcę tam iść, nie chcę nawet tego wiedzieć. I siedzę, i trzymam go za rękę, i słyszę. Jak serduszko zwalnia i w końcu przestaje bić. I krzyk żony, i to jak nie chciała odejść od ciała Pawełka. I ten straszny, spazmatyczny płacz naszej córki. Cały czas wołała go w nocy, żeby do niej wrócił, że już będzie zawsze grzeczna. To w człowieku zostaje na zawsze. Ale zostają też inne momenty. Te, kiedy byliśmy najdumniejszymi rodzicami na świecie. Nasze pierwsze dziecko. I cud narodzin, byłem przy tym. Od razu miał takie silne oczy. Nie wiedzieliśmy tylko dlaczego. Rak nam go zabrał. Ale w nas będzie żył już zawsze. I nigdy nie powiem inaczej,  gdy ktoś zapyta. Że mam dwoje dzieci. Tylko jedno z nich już zasnęło.

Gosia, Mama Ady, miała lat 3

– Nie jeżdżę tam 1. listopada. Nie mogę, nie potrafię. I nie chcę, bo serce boli mnie każdego dnia. Nie tylko wtedy. Jeżdżę do niej wieczorami, gdy możemy być same. Poczytać jej bajkę, posiedzieć i pomyśleć. Powspominać dobre chwile, te piękne, dzięki którym ja nadal żyje. Jej pełne życia oczy, rzadko płakała. Choć cierpiała od urodzenia. Dusiła się niemal każdego dnia, nie mogła przespać nocy. W domu bywała gościem, mieszkałyśmy w szpitalu. Jarek, mój chłopak, pracował na dwie zmiany, bo leczenie drogie, szpital daleko. Ale kochał ją, obie nas kochał i to bardzo. Rozstaliśmy się rok po śmierci małej. Piłam, nie chciałam go. Starał się, woził po lekarzach. Wypaliłam się, nie wiem, żal miałam do niego, do siebie. Nie chciałam go tym truć, sobą zamęczać. Przychodzi na grób córki, pyta czasem, czy mi niczego nie brak. Nie wiem, co u niego, wolę myśleć, że dobrze. To dobry chłopak. Nie pamiętam scen z cmentarza, tylko te skrawki, które już pewnie do końca życia będę pamiętała. Jak lekarz pozwolił mi siedzieć długo przy jej łóżeczku, gdy już umarła. Jarek był za drzwiami, płakał. A ja okrywałam małą kocykami, żeby ciągle była ciepła, bo może jednak się pomylili. Bo ona tylko tak głęboko śpi. Wiele rzeczy nie pamiętam, mam takie ogromne fragmenty wyjęte. Łudzę się, że to te najgorsze. Choć te które mam w sobie, są straszne. Ale wiesz o czym zawsze myślę, gdy jest mi tak najgorzej? Tak, że już ledwo dajesz radę, zaczynasz kombinować, czy tego nie skończyć. Bo już nie chcesz, nie możesz, nie potrafisz.

Byłam matką 3 lata i dwa dni. Rozumiesz? Nosiłam ją w sobie, cieszyłam, nie mogłam doczekać. I od razu, na starcie, musiałam oddać chorobie. Pogodzić się z tym, że mogę ją stracić z dnia na dzień. Że będzie cierpieć, że będzie ciężko. I zaczynasz żyć obłędną miłością, matki do dziecka. I strachem. Najbardziej z przerażających. Bo wiesz, że twoje dziecko umiera każdego dnia, a ty nic nie możesz zrobić. Takie matki nie wiedzą co to sen, mają poczucie lęku w dzień i w nocy. Nawet gdy przez chwilę jest lepiej. I gdy wiesz, że przytulasz i słyszysz ją ten ostatni raz. A potem wrócisz do domu, do jej pustego łóżeczka. Nie będziesz nawet płakać, ból nie pozwoli. Chcesz go w sobie trzymać jak najdłużej. Żeby nie musieć wstać i przekonać się, że to nie był koszmarny sen. Że twoje dziecko już nigdy nie wróci. Pęka ci serce i już go nie posklejasz. Ale możesz próbować pamiętać tylko te piękne momenty. Na przykład gdy położyli ci ją na brzuchu pierwszy raz. I mogłaś jej powiedzieć: – Witaj na świecie, córeczko.

Darek i Klaudia, Rodzice Dominika,miał lat 9

– Zginął na moich oczach. Mama chłopca, nie ukrywa wzruszenia. – Tyle lat temu to było, a ja mogłabym każdą sekundę dokładnie odtworzyć. Wracał ze szkoły, mamy dom niedaleko głównej drogi. Jest też przejście dla pieszych, przez które Domiś szedł. Ja akurat coś robiłam na zewnątrz i jeszcze mu pomachałam. Ostatni raz gdy spojrzałam mu w oczy, bo to tak niedaleko. Obok domu praktycznie. I usłyszałam huk. Taki tępy, straszny dźwięk. Sparaliżował mnie strach, usłyszałam krzyk ludzi. Nie wiem skąd, po prostu czułam, wiedziałam, że o moje dziecko chodzi. Od razu zaczęłam biec. Leżał dużo dalej, głowę miał w kałuży krwi. Karetka go już nawet nie zabrała. Klęczałam tam i wiem, że nie ma gorszego bólu dla człowieka. Dla matki. –  Mąż Klaudii pokazuje mi zdjęcia. Dominik dużo jeździł na rowerze, pływał, grał w koszykówkę. Na każdym zdjęciu, nawet takim znienacka, jest uśmiechnięty.

– Jednego go mieliśmy. Grzeczny, uczył się dobrze. Ale miał kolegów, koleżanki, bo życzliwy był, do każdego z sercem podchodził, nie lubił kłótni. Nauczyciele nawet na pogrzebie o tym wspominali. Bo byli, cała dyrekcja i uczniowie. I nie było takiego, żeby nie płakał. W maju, w ubiegłym roku, urodził nam się drugi syn. Franuś. Po prostu go kochamy, dlatego też tak długo czekaliśmy. Bałem się, że go zamęczymy, będziemy pilnować, zatruwać. Porównywać do Dominika. To krzywda dla dziecka, dla nas samych. Jak podrośnie, to będzie wiedział, że tu leży jego brat. Będziemy mu o nim opowiadać i starać się wytłumaczyć, dlaczego on jest tam. I czym jest „tam”. My pamiętamy i kochamy zawsze. W ten dzień jedynie, szczególnie mocno cierpimy. Bo spotykamy takich jak my, na cmentarzach.  A przecież bólu jaki nosimy, nie życzylibyśmy najgorszemu wrogowi. Ta świadomość, jest straszna. Kładziesz kwiaty, zapalasz płomień. Patrzysz na niego jak się pali, choć najpierw tli. Potem wzrasta, jest piękny, zauważalny. Daje ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Patrzysz na niego, nie możesz oderwać  wzroku. I nagle gaśnie. Widzisz tylko ciemność. Jak mój syn, kilka lat temu gasł na zimnym asfalcie obok domu.

Wracam do swojego mieszkania. Córka pyta, czy nie jestem głodna, syn się przytula i mówi, żebym odpoczęła.

Dziś zapalę znicz,  z myślą o tych wszystkich małych istnieniach, które odeszły tak wcześnie. Zbyt wcześnie. A moje myśli będą przy ich rodzicach.


 

Nie stój nad mym grobem i nie roń łez. 

Nie ma mnie tam; nie zasnęłam też. 
Nie stój nad mym grobem i nie płacz na darmo.
Nie ma mnie tam. Ja nie umarłam.

Mary Elizabeth Frye

 


Lifestyle Związek

Śmierć nie jest końcem. Śmierć powinna nas uczyć o życiu

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
1 listopada 2016
Fot. iStock / Marjot

Chodzę alejkami pięknych Powązek w Warszawie, które rozświetla blask zniczy. Nagle, kompletnie się tego nie spodziewając staję się nieuprawnionym słuchaczem dialogu między sześciolatką a jej tatą. Dziewczynka pyta, czy może zostawić mamie cukierka na grobie. Tak, cukierka. Pyta dalej, gdzie ma go schować, aby nikt go mamie nie zjadł. Tata spokojnym głosem, ledwo zdziwiony odrywa się na chwilę od czyszczenia grobu i pomaga małej ukryć słodycze w pączkach doniczkowego kwiatu. Oprócz wzruszenia, które łapie mnie za gardło, myślę o tej scenie wracając do domu. Czy chodzi mi tylko o tę sytuację? O wyobrażenie domu, w którym tej mamy nie ma? O brak wieczornych łaskotek i czytania? O smutek, który rozgościł się w tej rodzinie, gdy odeszła? Początkowo tak. Ale jest coś jeszcze w tej scenie, co nie pozwala mi zapomnieć – myślę. Cukierek. Tak, cukierek, który łączy fantazję dziecka z zimnym grobem. Życie ze śmiercią. Śmiercią, która nigdy nie jest końcem.

Czytałam kiedyś rozmowę z filozofem profesorem Tadeuszem Gadaczem, który powiedział, że „śmierć powinna uczyć nas o życiu, a nie o odchodzeniu“. Ten, kto choć raz był w hospicjum – rozumie to doskonale. Codzienne umieranie przeplata się tam z afirmacją życia. Zmiana perspektywy z lat, miesięcy, a nawet dni na ten jedyny moment “tu i teraz” intensyfikuje doznania. Pan Tomasz w ostatnim stadium raka kości cieszy się z możliwości spróbowania raz jeszcze konfitur sąsiadki. Pani Ania (białaczka) z pogłaskania psa, który wiernie leży przy jej łóżko. Ktoś inny raduje się z rozmowy z wnuczką. Większość podopiecznych nie może doczekać się wspólnych czwartków przy drewnianym stole na dole, gdzie zbierają się ci, którzy żyją. Dosłownie. I, wierzcie mi, rzadziej słychać przy tym stole narzekania na los, a częściej słowa wdzięczności za te chwile. Za MOŻLIWOŚĆ ich przeżycia.

Możliwość – piękne słowo, prawda? Jak często w ten sposób myślimy o życiu? O czymś absolutnie wyjątkowym, na co udało nam się załapać. O czymś, czego absolutnie nie wolno nam zmarnować. Warto popatrzeć na groby, które dziś mijamy na swoich cmentarzach jak na tysiące skończonych możliwości. Ktoś napisał książkę. Ktoś zbudował dom. Ktoś zostawił syna i córkę. A znowu ktoś inny nie zostawił niczego, ale pięknie żył. Definicja dobrego życia może być przeliczona w wykorzystanych możliwościach.

Jest coś przepięknego w cmentarzach. Może właśnie chodzi o tę powagę złamaną ludzkim pędem do życia? Bo w sumie to przecież większość z nas bardzo chce żyć (jak najdłużej i jak najlepiej). Dziewczynka przy grobie swojej mamy miała kolorową kurtkę, pluszaka i mały plecak z księżniczką. Miała też w sobie wolę życia mimo doznanego cierpienia. Trzymała w swoim ręku możliwość i obracała nią jak słodkim cukierkiem.

Lubię grać w tę grę. Na dowód tego wracając od mojego taty wrzuciłam do doniczki dziewczynki czerwonego misia-żelka, którego często mam w torebce. Profesor ma rację – śmierć powinna nas uczyć o życiu.


Zobacz także

Co byś zrobiła widząc samotne dziecko w centrum miasta? Obejrzyj koniecznie. Bo zmiana zaczyna się od ciebie!

Czy jesteśmy otwarci na siebie? To trochę tak, jakby ktoś nam otworzył drzwi, a my nie umielibyśmy przez nie przejść

13 rzeczy, które łączą silne kobiety

Masz w sobie moc. Siła odwagi. Przejmij ster swojego życia. Zapraszamy na konferencję!