Rozwód Związek

Czego żałują faceci po rozwodzie? Jest kilka rzeczy, przez które rozpadły się ich małżeństwa. Winę biorą na siebie

Sziti Mąż
Sziti Mąż
7 stycznia 2020
Fot. iStock/domoyega
 

Człowiek jest mądry po szkodzie – taka prawda, ale jest druga strona medalu – uczy się na błędach, a to już jest coś. Szkoda tylko, że często za późno. Gdybym ja przed rozwodem wiedział to wszystko, co wiem po nim, moje małżeństwo pewnie nadal by trwało i oboje bylibyśmy w nim szczęśliwi. A tak? Na swoim przykładzie mogę ostrzec innych facetów, żeby otrząsnęli się, nim będzie za późno, nim ich żony, jak moja, pewnego dnia spakują się i odejdą.

Wiecie, czego faceci żałują po rozwodzie? Porozmawiałem z kilkoma, oto wnioski.

Żałuję, że nie chodziłem spać w tym samym czasie co moja żona

Nim zaczęliśmy spać w osobnych pokojach i tak nie chodziliśmy razem do łóżka. I nie chodzi mi tylko brak seksu. Ona się kładła, a ja oglądałem film, ulubiony program, mecz, nie do pomyślenia było dla mnie kłaść się wcześniej. Tego żałuję najbardziej, bo dzisiaj wiem, że ten szczególny rodzaj bliskości w związku trzeba pielęgnować nawet na zakończenie dnia. Pozwalanie, by dzień za dniem przemijał bez wspólnego spędzenia czasu, zabija więź, która kiedyś nas połączyła. Ona nie tr

Żałuję, że nie włożyłem więcej wysiłku w naprawienie związku

Do dzisiaj nie mogę sobie wybaczyć, że przez długi czas ogarniało mnie błogie samozadowolenie, wydawało mi się, że innym też jest dobrze. Nie interesowałem się samopoczuciem mojej żony, choć rozwód już wtedy wisiał w powietrzu. Kto by się przejmował – myślałem. Odpuściłem. Nie zawalczyłem, byłem przekonany, że wszystko się jakoś ułoży. Dzisiaj wiem, że bez mojego zaangażowania nic samo nie mogło się zadziać, a ja mogłem zapobiec naszemu rozstaniu, gdybym w porę zareagował.

Żałuję, że nie rozmawiałem szczerze o swoich uczuciach

Jest wiele rzeczy, które zawaliłem w swoim małżeństwie, ale największy żal mam do siebie o to, że milczałem, że nie mówiłem, że coś mnie irytuje, coś wkurza, że sobie z czymś w naszym związku nie radzę. I nie chodzi tu tylko o jakieś wielkie rzeczy, ale nawet o to, że nie lubiłem jej pomidorówki. Chodzi o zwykłą szczerość. Nie małżeństwa bez uczciwości, moja historia jest tego przykładem. Wyjaśnienia sobie od razu żali, pretensji wzmacnia więź. Milczenie jest oznaką braku zaufania i braku poczucia bezpieczeństwa w związku. Jak więc moje małżeństwo miało przetrwać?

Żałuję, że nie czekałem ze ślubem

Gdybym mógł cofnąć czas nie wziąłbym ślubu w tak młodym wieku. Mając dwadzieścia kilka lat nie wiedziałem, kim jestem, czego chcę. Jak mogłem być dla siebie kompasem, skoro we mnie hulała wojna domowa. Wyszedłem z rodziny, w której panował emocjonalny chłód, gdzie relacje opierały się na rywalizacji i walce, co mogłem dać mojej żonie, skoro sam byłem pogubiony. Dopiero w miarę upływu lat zacząłem rozumieć, kim jestem i jak nad sobą pracować. Dla mojego małżeństwa było to jednak za późno.

Żałuję, że uczciwie nie mówiłem o swoich lękach i problemach

Myślałem, że facet nie może obarczać kobiety swoimi problemami, że musi być silny, musi być dla niej wsparciem, dawać poczucie bezpieczeństwa i nie okazywać słabości. Chciałem dla nas tego, co najlepsze, ale ukrywanie swoich emocji, obaw, wątpliwości nie było niczym dobrym. Prawdziwa, silna więź oparta jest na otwartej komunikacji. Trzeba kochać i szanować siebie i tę drugą osobę i mówić o tym, co nas gryzie od środka.

Żałuję, że nie zadbałem o siebie

Byłem sfrustrowany, bo pewnego dnia doszedłem do wniosku, że całe swoje życie poświęciłem małżeństwu. Nie wyłamywałem się, zawsze z żoną wspólnie ustalaliśmy, co robimy, co ja robię, co ona. Czy mam zmieniać pracę, czy kupujemy nowy samochód, gdzie jedziemy na wakacje, czy kupujemy większe mieszkanie. Gdzie w tym wszystkim byłem ja? Ze swoimi marzeniami, celami? Nie potrafiłem siebie znaleźć, nie umiałem zadbać o siebie, o to czego ja chcę, to doprowadziło do rozczarowań, wzajemnych pretensji, obwiniania się nawzajem. A wystarczyło dać sobie przestrzeń na bycie sobą, którego nie determinuje małżeństwo.

Żałuję, że jej nie słuchałem, choć bardzo jej na tym zależało

Rozwód był dla mnie niezwykle bolesny. Musiałem w końcu być szczerym wobec siebie, odpowiedzieć sobie na pytanie, gdzie zawaliłem. Gdy patrzę wstecz widzę tysiące swoich błędów popełnianych przez 16 lat mojego małżeństwa. Jednak największym było niesłuchanie mojej żony, brak mojej uważności, a jej na tym zależało. Ona chciała wysłuchania, zrozumienia, uwagi, a kiedy zaczynała się irytować, bo jej nie słuchałem, wychodziłem, uciekałem. Tak straciłem jej zaufanie i pogrzebałem nasza intymność.

Naprawdę wierzę, że gdybym był przy niej naprawdę obecny i bardziej szanowałbym jej uczucia, przeszlibyśmy przez te wszystkie upadki i wzloty i dzisiaj bylibyśmy razem. Niestety, nawaliłem na całej linii.

Wy jeszcze możecie coś zrobić, jeszcze macie czas, by naprawić wasze błędy, najważniejsze, to je sobie dzisiaj uświadomić i wejść na nową ścieżkę waszego związku… ale nie tę rozwodową.


Rozwód Związek

Myślisz: „skok w bok, nie mam nic do stracenia”. Stary, jakim idiotą trzeba być, by tak uważać

Sziti Mąż
Sziti Mąż
22 grudnia 2019
Fot. iStock/kieferpix

Myślisz o tym, żeby zdradzić swoją żonę? Sorry, oczywiście nie myślisz tak. Myślisz: “a w sumie skok w bok, nikomu nie zrobię krzywdy, nic złego się nie zdarzy. W końcu też mi się coś od życia należy, a nie że w kółko to samo”. Czasami słyszysz o kolegach, którzy rozwiedli się, mają jakieś przygodne romanse i szczerze im tego zazdrościsz. Tej adrenaliny, ekscytacji, ciekawości przed czymś nieznanym. 

 

Właściwie to nie masz nic do stracenia. Żona w domu, zajmuje się dziećmi, pracuje, ma też swoje życie. Ona nie potrzebuje tak wiele jak ty. Jest szczęśliwa. I że już nie jest jak kiedyś między wami? No nie jest, a ty zbliżasz się do 40-tki albo jesteś tuż po niej i zastanawiasz, czy już zawsze twoje życie będzie tak wyglądać. Będzie takie przewidywalne, stałe? A przecież kiedyś tak nie było, dużo się działo, nawet między wami. Teraz jakby zabrakło pary, każde z was jest zajęte swoimi rzeczami. Nawet wieczorem ona czyta książkę, ty coś oglądasz w telewizji.

 

I pewnego dnia zaczynasz się zastanawiasz, czy ta kobieta poznana podczas służbowego wyjazdu, z którą przegadałeś przy drinku pół wieczoru… Może ona? W końcu piszecie do siebie, ona się tobie zwierza, ty jej mówisz, co u ciebie. Fajnie ci z tym, bo w końcu masz z kim pogadać, masz poczucie, że ktoś naprawdę interesuje się tym, co u ciebie. I przychodzi ta myśl, żeby się spotkać. Czujesz, że mógłby być z tego całkiem dobry seks. W sumie, co ci zależy. 

 

Byłem tam. Też tak myślałem. Skok w bok, nic nie mam do stracenia, a jeszcze mogę trochę z życia pokorzystać… Myślałem jak debil: nic nie mam do stracenia, nic… Jakim idiotą i oszołomem trzeba być, by tak uważać, a jeszcze być o tym przekonanym. 

 

Ja ci powiem, co straciłem. Straciłem cudowną kobietę, z którą się związałem wiele lat temu. Którą pokochałem tak bardzo, że poprosiłem, by spędziła ze mną resztę życia na dobre i złe. Tylko, co mogło być tym złym? Choroba? Jej humory, łzy, czasami brak zrozumienia tego, o co jej chodzi? Byłem z nią w tym. Myślałem, że kocham ją pomimo to, a raczej właśnie też za to. Za całość tego, jakim jest człowiekiem. To ona dała mi na świat moje dzieci, najpiękniejszy prezent, jaki kiedykolwiek mógłbym dostać. Byłem z nią w tym, przeżywałem, podziwiałem. Bo jak to wydać na świat dwoje ludzi, nie mieści do dzisiaj mi się w głowie wyjątkowość tego wszystkiego. Płakałem, gdy po raz pierwszy mogłem wziąć na ręce każde z moich dzieciaków. Wzruszałem się patrząc, jak ona się nimi zajmuje. Byłem wdzięczny za to, że pomimo mojej niezdarności zaufała mi i pozwalała się nimi opiekować i troszczyć się o nich wszystkich, o całą moją rodzinę. 

 

Ona znosiła wszystkie moje kryzysy. Wspierała, gdy chciałem zmienić pracę, gdy musiałem podjąć trudne dla mnie decyzje. Była przy mnie, gdy zmarła moja ukochana babcia, a później mama. Na nią zawsze mogłem liczyć. Wiedziałem, choć nie zdawałem sobie sprawy, że jest najbliższą mi na świecie osobą, że akceptuje mnie takiego jakim jestem. Że to jest właśnie szczęściem, sensem mojego życia. Że ona nim jest. 

 

No tak… ale przecież nie miałem nic do stracenia. Debil. Naprawdę wierzyłem w to, że nic się nie stanie. Że ona nadal będzie, że nic nie będzie wiedzieć, że to tak naprawde bez znaczenia, bo wiadomo, że i tak będę z nią. 

Straciłem wszystko. Wszystko, bo byłem butny, bo zabrakło mi pokory, bo chciałem poczuć się kimś innym, lepszym, chciałem zobaczyć siebie oczami innej kobiety, która była pod telefonem, a której przecież nawet nie znałem. Nie wiedziałem o niej nic. Zresztą nie wiązałem z nią żadnego życia, bo miałem swoje. Debil. Co ja sobie myślałem? Do dziś nie wiem. Wydawało mi się, że nic się nie zmieni? Ba, byłem tego pewny! 

 

Straciłem wszystko. Choć przez długi czas próbowaliśmy coś naprawić. Ja, przerażony nagle faktem, że jej może zabraknąć, byłem gotowy zrobić dla niej wszystko. Ale było za późno. Bo to nie chodziło już tylko o zdradę, ale o wszystko to, co wydarzyło się wcześniej, o czym zresztą nie raz już pisałem  i nie chcę się powtarzać, bo dziś nie o tym. Dziś o stracie i bezgranicznej głupocie. Więc jeśli myślisz, że nic nie masz do stracenia, rozejrzyj się. Wyobraź sobie życie bez niej, bez dzieci obok. Wyobraź sobie siebie samego siedzącego wieczorem w pokoju i zastanawiającego się, co dziś robią twoje dzieci, bo zobaczysz je dopiero za trzy dni. Masz to, o czym marzyłeś: wolność, ekscytację… Serio, one warte są tego, by stracić wszystko to, co budowałeś latami? Budowaliście wspólnie. Zaprzepaścisz to tym, że masz kryzys wieku średniego, czy jak to tam zwą? Chcesz żyć bez niej? Zastanów się 10 razy nim zrobisz coś głupiego. Tak tylko ostrzegam…