Lifestyle Związek

„Dlaczego faceci odchodzą? Bo są głupi.” Pięć etapów z życia playboya – wyznanie mężczyzny po przejściach

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
19 stycznia 2016
Fot. Unsplash / Forrest Cavale / CC0 Public Domain
 

„No dobra, jeśli mężczyzna porzuca raz – to być może dlatego, że związek się nie układał. Albo on się odkochał. Jasne, czasem się zdarza. Najczęściej jednak facet porzuca, bo mu się nudzi. Wierzy, że gdzieś indziej będzie lepiej. Na początku jest. A potem? To samo.

Nie załatwisz spraw ze sobą, nie ma mowy o dobrej relacji. O każdej swojej kobiecie mówiłem: „była beznadziejna”, „odkryłem jaka jest naprawdę”. E tam, gówno prawda. To ja nie wiedziałem jaki jestem naprawdę”

Hubert ( imię zmienione) jest moim dawnym znajomym. Przystojny, dziś ma  45 lat. Spotkałam go niedawno. Wyciszony, zmieniony. „W końcu ja dostałem w tyłek” wyznał. Przyznał się też, że od roku chodzi na terapię. „Dopiero, kiedy spotykasz taką kobietę jak ty, rozumiesz, że byłeś draniem. To, co nazywałeś potrzebą zmiany jest nieodpowiedzialnością, to o czym myślałeś, że jesteś życiem pełną piersią jest tylko  iluzją” .

Pięć etapów z życia playboya

(Playboy w rozumieniu Huberta, to facet, który podoba się kobietom, raczej nie jest wierny, albo wierny krótko, ulega fascynacjom, gdy fascynacja mija, szybciutko się wycofuje).

ETAP PIERWSZY – ODKRYWANIE

Byłem dzieckiem, gdy zrozumiałem, że na kobiety działają słowa. Moja mama była śliczną blondynką. Jej włosy pachniały bzem. Do dziś pamiętam ten zapach, uwielbiam kwiatowe perfumy. Matka jest dla mężczyzny punktem odniesienia. Moja była śliczna, ale nieobecna. Czasem bardzo czuła, czasem żyjąca w swoim świecie. Malowała obrazy. „Nie teraz, Hubert, nie teraz” mówiła.

Musiałem chorować, żeby zwróciła na mnie uwagę na dłużej. Mój ojciec odszedł, gdy miałem osiem lat, nigdy się mną nie interesował. Interesowali się mną „wujkowie”, faceci mamy. I najczęściej tak długo, jak ją chcieli zdobyć. Potem bardziej traktowali mnie jak balast w domu. Nie, nie było ich dużo. Trzech, czterech na stałe? Najczęściej znikali z dnia na dzień. Ale ich zniknięcie równało się powrót mamy do mnie– znów była czulsza, poświęcała mi uwagę. Do następnego razu.

Poza tym miałem normalny dom. Kanapki do szkoły naszykowane, raczej czysto. Pieniędzy za dużo nie mieliśmy, mama na co dzień uczyła plastyki w szkole, te obrazy sprzedawała rzadko. Ale wiem, że ludzie mają gorzej.

W wieku 10 lat odkryłem, że jeśli mamę o coś bardzo proszę, jestem miły– ona w końcu się na to godzi.

W wieku 15 odkryłem to samo z dziewczynami. Pytany na terapii o swoje mocne strony  jako mężczyzny, uświadomiłem sobie, że moją siłą była empatia. Czuły, ciepły facet milion razy bardziej się podoba kobietom. Tylko, że ta czułość może być też manipulacją. Gdy jesteś młody, nie wiesz tego. Byłem bardzo zakochany w mojej pierwszej dziewczynie, a potem obudziłem się któregoś dnia rano i po prostu nic do niej nie czułem. Wręcz mnie irytowała. Skończyłem z nią pod byle pretekstem. Zachowałem się jak gówniarz. Do dziś mi się czasem śni, bo potwornie płakała i wciąż pytała: dlaczego. A ja czułem do niej wstręt. Jakże można być tak bez godności.

– Nie lubi pan słabości? – spytała mnie kiedyś ta moja terapeutka.

– Nienawidzę – odpowiedziałem.  – Bo nienawidzę. Słaba kobieta budziła moje obrzydzenie, bezbronna.

– Może boi się pan być za kogoś odpowiedzialny? – drążyła.

Byłem na nią wściekły.

ETAP DRUGI– KORZYSTANIE

Trenowałem piłkę, pływanie, jeździłem na snowboardzie. Dziewczyny lubią facetów, którzy mają pasję. Poznawałem różne. Lubiłem seks. Kręciło mnie zdobywanie. Jak one z panienek na „nie”, otwierały się. Były w łóżku takie oddane. Coś jest w tym, gdy kobieta na co dzień nieśmiała powoli otwiera się przed tobą. Koniec liceum (gdy rzuciłem pierwszą dziewczynę) i całe studia to tabuny dziewczyn, z którymi się spotykałem. Związek trwał zwykle kilka tygodni, czasem miesięcy. Nie bylem wyjątkiem. Wszyscy kumple zaliczali laski. Czasem komuś zdarzyło się zakochanie. Mi też się zdarzyło parę razy zakochać. Ale to mijało. Większości tych dziewczyn nie pamiętam. Większość przysłała mi po latach zaproszenie na FB. „A pamiętasz….”. Nic, czarna plama. Tylko zdjęcia.

– Pamięta pan te sytuacje, gdy chciał pan rozstać się z dziewczyną. Co powodowało, że już pan nie chciał kontynuować znajomości? – pytała terapeutka.

– Dowiadywałem się jakie są naprawdę– mówiłem.

– Czyli jakie?

– Niefajne.

Dużo później zrozumiałem, że schemat był ten sam. Fascynacja, a potem dewaluacja. Czułem się źle sam ze sobą, nie akceptowałem siebie, chciałem idealnej kobiety. Żeby zapełniła tę pustkę. Nie tolerowałem nieidealnej, bo sam byłem bardzo nieidealny. A to już za dużo. Dwóch nieidealnych w związku. Poza tym wkurzałem się, gdy one przestawały mieć swoje zdanie. Niektóre kobiety, gdy się zakochują zamieniają się w miękkie ameby. To dla wielu facetów jest nie do zniesienia.

ETAP TRZECI – STABILIZACJA

Anka była inna. Niezależna, ambitna, imponowała mi. Dziewczyna nie do zdobycia do końca. Trochę zdystansowana. Miałem 27 lat jak się jej oświadczyłem, po dwóch latach znajomości. „Kiedy się pobierzecie” pytali jej rodzice. „To chyba teraz ślub i dziecko?”. Anka też tego oczekiwała, wyczuwałem to ciśnienie. Opowieści o koleżankach, które mają śluby, o tym jak się faceci oświadczają. Byłem zakochany, na pewno, ale ożeniłem się dla świętego spokoju. Do niczego nie był mi potrzebny papierek– to dla mnie bzdura.

Nie miałem żadnego napadu paniki przed ślubem, nic. Urodziło się nam dziecko. Jedno, drugie. Dryfowałem w tym związku, a ona urządzała nam życie. Była moja kotwicą, poczuciem bezpieczeństwa, oddałem jej pole we wszystkim, a potem się na nią wkurzałem, że zagarnia całą przestrzeń. Nie, nie osaczała, dawała mi dużo wolności. Za dużo. Nie szanowałem tego.

– Czy był pan na nią zły, że nie stawia granic? Że na wszystko się godzi? – usłyszałem na terapii.

– Czy pani jest normalna? – wkurzyłem się.

Ale tak, byłem zły. Jeśli godzisz się w związku na wszystko to trochę tak jakby ci na nim nie zależało. Godzisz się, bo boisz się, że stracisz. Czyli to jest słabość. Anka potrzebowała moich pieniędzy, potrzebowała mojej opieki jako partnera, potrzebowała mnie jako ojca dzieci. Była ode mnie zależna. Gdy to wyczułem, stawałem się wobec niej agresywny. Jakbym chciał przetestować ile zniesie.

Ale ona też miała swoją agresję–  odmawiała seksu, przeniosła się do pokoju dzieci. Ona lepiej dzieci kąpała, lepiej się z nimi bawiła. Była ogólnie lepsza.

Wegetacja.

ETAP CZWARTY – UCIEKANIE

Po pięciu latach małżeństwa zacząłem ją zdradzać. To były zwykle koleżanki z pracy. Długo nic na stałe. Większość facetów nie planuje zostawić żony, chcą ucieczki od nudnego życia. Dla żonatego faceta to totalny stres, gdy kochanka się w nim zakochuje. Dlatego wolimy mężatki. Zawsze mają gdzie uciec, niechętnie odchodzą od rodziny. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z mojego cynizmu– na palcach jednej ręki moglem policzyć kumpli, którzy nie zdradzali. Miałem więc dla siebie rozgrzeszenie. Facet nawet w żonie zakochany, obejrzy się za inną. To jest jakieś cholerne tabu, wszyscy mówią, że nie zdradzają. To z kim, do cholery, robią to ludzie? Ok, ja obudzony wtedy o trzeciej nad ranem też bym powiedział, że jestem wierny.

– Co panu dawały te romanse– spytała terapeutka.

– Zabawę, rozrywkę– odpowiedziałem.

Nie potrafiłem tkwić w stanie „nic”, bez emocji. Obwiniałem za to „nic” cały świat. A to ja byłem chory. Ale ta pustka była straszna. Masz dobry w miarę związek, pracę, dzieci i jesteś jakby obok. Wtedy zacząłem trochę pić. Po alkoholu życie nabierało tempa.

ETAP PIĄTY  – ZROZUMIENIE

W końcu się zakochałem. Też poznałem ją w pracy. Była młodsza o 15 lat i bardzo do mnie podobna. Trochę flirciara, szalona artystka. Ze wszystkich moich dziewczyn najbardziej przypominała moją matkę. Mieliśmy boski seks. I to ona była w tej relacji nieuchwytna, nie ja. Zostawiłem dla niej Ankę, wyprowadziłem się z mieszkania. Ona zabrała mnie na huśtawkę i planetę: „zobacz co ci może zrobić drugi człowiek”. Tam było wszystko, całe spektrum emocji. Oszukiwała mnie jak ja kiedyś Ankę, zmieniała zdanie, manipulowała, pojawiała się i znikała. Kiedyś przyjaciółka mnie spytała dlaczego faceci wolą zołzy. Bo zołzy są niedostępne. Nigdy do końca nie masz takiej kobiety, wciąż się musisz starać. Ona była moją wielką miłością, choć pewnie też popełniałem błędy. Ten związek to był błąd. Niektórzy ludzie nie powinni być razem, bo choć jest chemia, nie ma porozumienia. Jest tylko walka.

Po dwóch latach huśtawki  zacząłem tęsknić za Anką. Doceniłem stabilną i spokojną żonę. Zrozumiałem, że jestem  sam sobie winny. Zaliczyłem coś na kształt depresji. Rozwaliłem rodzinę, skrzywdziłem kobietę, która mnie kochała. Nie, nigdy nie przeprosiłem Anki. Nie powiedziałem też, że tęskniłem za nią – to by była dla mnie słabość. Wciąż mam z nią problem.

Zresztą racjonalnie umiem tęsknotę rozebrać. Dostałem w tyłek od drugiej kobiety, doceniłem pierwszą.  Związek z Ewą zaczął mnie męczyć, im bardziej się od niej w końcu oddalałem, tym ona goniła mnie. Czyli klasyka w większości relacji między ludzkich.

Wciąż z nią jestem, ale ta relacja dogorywa. Dziś już nawet nie wiem czyja to wina bardziej. W grudniu minęło pięć lat od rozstania z Anką. Jestem 45-letnim facetem, robię miliony bilansów. W pracy poznałem znów fajną dziewczynę, ale już mi się po prostu nie chce.  Seks serio przestaje mieć później już takie znaczenie, nie chce mi się uwodzić, odstawiać gierek. Z każdą kolejną kobietą znajdziesz się w końcu w tym samym punkcie, każda fascynacja zaprowadzi cię do tego samego końca. Mam poczucie obrzydzenia do siebie, moje dzieci dorastają bez ojca, moja żona niespecjalnie mnie lubi. I ja ją rozumiem, bo przez większość życia byłem cholernym egoistą.

Widzę tych młodych gnojków uwodzących laski. Trochę im zazdroszczę młodości, ale najbardziej to im współczuje. Poczucie mocy zamienia się w apatie. Jeśli jesteś tylko choć odrobinę samoświadomy. Bo uciec to można od każdej w końcu, ale od siebie nie uciekniemy nigdy, prawda? Pat. Tymczasem można mieć dobrą rodzinę i spokojnie się starzeć. Ja mam 45 lat i w miłości nie osiągnąłem właściwie nic. Bo najlepszy jestem w pakowaniu walizek. To płacę pani terapeutce i wierzę, że jakoś wyplączę się z siebie.


Lifestyle Związek

„Nie wiem, zaraz oszaleję!”. Jak stawić czoło decyzjom i zrozumieć niezdecydowanego

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
20 stycznia 2016
Fot. iStock / Milenko Bokan
 

„Pomyślę o tym. Zastanowię się. Jutro ci powiem” – słyszysz i wiesz, że na ostateczną odpowiedź możesz czekać jeszcze długo. Znasz Niezdecydowanych? Doprowadzają cię do białej gorączki, spektakularnie opóźniają realizację wspólnych planów i skutecznie uniemożliwiają dopinanie na ostatni guzik wszelkich przedsięwzięć. Jak tu takiego zrozumieć? A jak z nim żyć? Jeśli kochasz, lubisz, jeśli ci zależy na Niezdecydowanym, wejdź na chwilę w jego umysł i poznaj kilka jego lęków. Chorobliwa niezdolność do podejmowania decyzji, wymaga od osoby nią dotkniętej solidnej pracy nad sobą i – pewnie w niektórych przypadkach – terapii. A od ciebie – osoby, która stoi tuż obok – poważnego potraktowania tematu. Bo kiedy czekasz (nie)cierpliwie aż „w końcu” zdecyduje, on krzyczy całym sobą:

1. Chcę być absolutnie pewny!

Podejmowanie decyzji to dla mnie prawdziwy koszmar i ogromny wysiłek. Muszę upewnić się co najmniej trzy razy, zanim podam ostateczną odpowiedź. Często żyję pod presją czasu i oczekiwań innych. Mówisz, że zastanawiam się godzinami nad jakąś błahostką, dla mnie to nie lada wyzwanie. Muszę być pewny, ale nie potrafię tego osiągnąć. Mój wybór to w większości przypadków to ślepy strzał.

Powiedz mu: Wątpliwości są dobre, dobrze, że je masz. Nie powinny cię jednak blokować. Nie bój się pomylić, przestań panicznie bać się tego, co nastapi jeśli popełnisz błąd. Wtedy „pewność” nie będzie już dla ciebie taka ważna.

2. Muszę zasięgnąć opinii innych ludzi!

Słuchając ich, uspokajam się, oczyszczam umysł z chaosu. Łatwiej zauważam dostępne możliwości. To, że pytam o zdanie jeszcze kogoś poza tobą, nie znaczy, że twoja opinia nie jest dla mnie ważna. Tu chodzi o mnie. To poszukiwanie pomocy, dobrej rady to rutyna, która wpływa na mnie kojąco. Nie znoszę niespodziewanych zwrotów akcji i sytuacji, w której muszę decydować sam, natychmiast.

Powiedz mu: Twoje doświadczenie życiowe, twoja wiedza, wszystko to, co cię spotkało czynią cię absolutnie zdolnym do podjęcia właściwej decyzji. Jeśli trzeba, pytaj o radę, jeśli można zrób listę plusów i minusów, ale uwierz w jedno: umiesz zdecydować sam.

3. Najchętniej nie podjąłbym żadnej decyzji!

Przewracasz oczami i jesteś już bardzo zniecierpliwiona. A ja chętnie odpuszczę, zostawię to tobie. Wybór wiąże się dla mnie z takim wysiłkiem emocjonalnym, że z chęcią uwolnię się od tego ciężaru. Możesz nazywać to ucieczką.

Powiedz mu: Jeśli uciekniesz przed odpowiedzialnością, to też zdecydujesz. Ale wtedy twój wpływ na własne życie będzie minimalny. Oddasz je ślepemu losowi, staniesz się jeszcze słabszy niż teraz, zaczniesz tracić kontrolę nad życiem.

4. Chciałbym żeby czasem ktoś decydował za mnie!

Będę uczestniczył w podejmowaniu decyzji zaocznie. Ty zdecydujesz, a ja się zgodzę. Ty na pewno wybierzesz dobrze. Co zjeść w restauracji, w co się ubrać na ważną okazję, w co mam zainwestować swoją energię a na co się nie rozdrabniać.

Powiedz mu: Nikt nie zna cię lepiej niż ty sam. Tylko ty wiesz, co jest dla ciebie najlepsze. Nie chcesz być chyba marionetką, której zdania nikt nie bierze pod uwagę? Choć trudno ci do podejmowania decyzji dojrzeć, ćwiczenie czyni mistrza. Nie przestawaj próbować.

5. Często wracam do podjętych wcześniej decyzji i zastanawiam się czy były słuszne!

To mi nie daje spokoju. Widzisz nie umiem pozbyć się myśli, że mogłem wybrać lepiej. Jestem wiecznie rozdarty.

Powiedz mu: Nauka na błędach jest najbardziej efektywna. Doceniaj nawet złe decyzje, bo dzięki nim masz cenne refleksje, bodźce do zmian na lepsze.

6. Czasem odczuwam ogromny lęk!

Boję się, że nie potrafię być sobą. Że nie wiem, kim jest, co lubi, czego pragnie ta osoba w lustrze.

Powiedz mu: Jesteś kimś wyjątkowym. Nawet twój brak zdecydowania czyni cię wyjątkowym. Ucz się decydowania, ale małymi krokami. Na początek decyduj w małych, codziennych sprawach. I obserwuj swoje uczucia. Cokolwiek zdecydujesz, nadal będę przy tobie.

Cierpliwości! Najlepsze, co możesz dać osobie obsesyjnie bojącej się podejmować decyzje to to, czego jej brak. Pokaż jej, że jesteś jej pewny.


Lifestyle Związek

„Nie pogłaszczę swoich dzieci po głowie, nie usmażę im ulubionych naleśników, nie będę wsparciem.” Ty też możesz pomóc tej matce

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
19 stycznia 2016
Fot. Screen z programu “Interwencja”/ interwencja.polsat.pl

Wyobraź sobie, że jesteś szczęśliwą kobietą. Co prawda po przejściach, ale ze zdrowymi i cudownymi dziećmi. Zakończyłaś trudny etap twojego życia. Odeszłaś od człowieka, który krzywdził ciebie i dzieci. Masz pewność, że wszystko już będzie dobrze. W końcu masz niespełna 40 lat. Całe życie przed tobą. Widzisz siebie – pełną wiary w siebie, w lepszą przyszłość?

A teraz wyobraź sobie, że nagle cały twój świat się rozsypał. Że cała nadzieja na to, co lepsze została ci odebrana. Chcesz walczyć, ale zupełnie nie wiesz jak. Nikt nie jest ci w stanie pomóc.

Chorujesz, a choroba wyniszcza twój organizm

Wszystkie plany, marzenia jakie miałaś, odchodzą. Myślisz tylko, jak sobie pomóc. Jak zapanować nad tym, co dzieje się z twoim ciałem. Nie możesz już samodzielnie chodzić – choć tak bardzo chcesz. Masz problem z mówieniem – a tyle byś chciała powiedzieć swoim dzieciom. Nie usmażysz im ulubionych naleśników. Nie zaprowadzisz do szkoły. Nie pomożesz założyć kurtki. Poszukać zgubionej gdzieś w domu czapki. Nie możesz ich nawet pogłaskać po głowie, wykąpać. Nawet przytulenie ich jest problemem. A tyle chciałaś im dać. Tyle miłości. Tyle spokoju. I szczęścia. Chciałaś, żeby spokojnie patrzyły w przyszłość. Żeby wiedziały, miały pewność, że zawsze będziesz obok nich. Potrzymasz za rękę, pocieszysz. Będziesz wsparciem. Bo jesteś silną kobietą, która się nie poddaje. Która wolą walki jest w stanie zarazić swoje dzieci.

Chciałaś, by były szczęśliwe,pokończyły szkoły, były z siebie dumne, tak jak ty jesteś z nich dumna. W końcu chciałaś, by miały lepsze życie od twojego. By wybrały właściwych partnerów na resztę życia. By były niezależne, zaradne.

Są zaradne. Twoja najstarsza córka zajmuje się domem. Pierze, gotuje, sprząta. Zajmuje się swoim młodszym rodzeństwem. Pomaga im odrabiać lekcje, łagodzi spory. Ty możesz tylko patrzeć z podziwem, jak świetnie sobie radzi. Wiesz, że powinna właśnie się zakochać, zaczynać swoją wymarzoną pracę. Planować przyszłość. Tymczasem jest tu. W waszym mieszkaniu. Nie wiesz skąd czerpie tyle siły, jak daje sobie radę. „Przecież to moja mała dziewczynka” – myślisz: „Taka dzielna, a ja jej nie mogę pomóc”.

Jesteś tu? Z nimi w tym mieszkaniu?

Przykuta do łóżka, bo każdy ruch to dla ciebie ogromny wysiłek. Wiesz, że nie macie środków na twoją rehabilitację, a to jedyne co mogłoby ci pomóc. Rehabilitacja postawiłaby cię nogi, uczyniła bardziej samodzielną. Mogłabyś pomóc swojej córeczce. Przytulić młodszą. Kto wie, może upiec ciasto dla waszej rodziny. Dzieci tak rosną. Dobrze się uczą. Są grzeczne. Nie sprawiają żadnych kłopotów. Czasami któreś płacze, gdy leży przy tobie. Ty wiesz, że ze strachu, że zaraz ciebie może zabraknąć. Ze smutku, że nie mogą ci pomóc. Z obawy, jak będzie wyglądać ich życie. Ale nie narzekają. Są takie dzielne. Niczego nie oczekują. Czasami próbujesz spytać, o czym marzą, bo wiesz, że marzenia mogą kolorować ich trudne już życie. „Mamo, ja tylko chcę, żebyś ty była zdrowa”, słyszysz… Tego marzenia nie jesteś w stanie spełnić. Tego jednego. A one innych nie mają.

Wyobraź sobie

A teraz pomyśl o 22-letniej dziewczynie. Joannie. Jej trójce rodzeństwa. I mamie. Annie, która ma 42 lata. Choruje na SMA – rdzeniowy zanik mięśni, na które nie ma lekarstwa. Od trzech lat jej stan zdrowia się pogorszył. Domem zajmuje się jej najstarsza córka. Żyją z pieniędzy z Funduszu Alimentacyjnego, renty pani Anny, zasiłku pielęgnacyjnego. Czasami MOPS im pomoże. W sumie mają trochę może ponad dwa tysiące złotych. Mieszkanie socjalne. A oni walczą. I mama walczy. To ona daje im siłę, zaraża energią, choć jej ciało jest przeciwko niej. Ćwiczy sama, bo „z urzędu” przysługuje jej tylko masaż – raz w tygodniu. Więc ćwiczy, by zapanować jeszcze trochę nas swoim ciałem. By być blisko dzieci. By one wiedziały, że się nie poddaje. I to ona marzy o tych naleśnikach i o wspólnym spacerze i śmianiu się ze szkolnych opowieści dzieci.

A teraz wyobraź sobie, że pomagasz im spełniać te marzenia.

Fot. Screen z programu “Interwencja”/ interwencja.polsat.pl

Fot. Screen z programu “Interwencja”/ interwencja.polsat.pl


Pani Anna jest zarejestrowana w Fundacji Avalon. Możesz jej pomóc przekazując swój 1%. My próbujemy wspomóc ją i jej dzieci, pomóc w uzyskaniu środków na rehabilitację, na normalniejsze życie.

Może jesteś z Płocka lub okolic? Jesteś rehabilitantem? Znasz kogoś, kto chętnie mógłby pomóc – chociażby swoim czasem? „Podaj dalej”, to w ludziach drzemie prawdziwa siła. Niech Joanna, jej rodzeństwo i pani Anna poczują, że nie są sami.

Reportaż o rodzinie pani Anny możecie obejrzeć w programie Interwencja.


Zobacz także

Bacówka Radawa SPA

Ściema? Nie ! Bajka. A w bajce Bacówka Radawa SPA…

10 zaskakujących ciekawostek na wtorkowe popołudnie. Wiedziałeś?

10 „świętych” zasad, których MUSISZ przestrzegać, jeśli chcesz nosić legginsy