Związek

„Czasem jeszcze zastanawiam się, kim naprawdę jest, czy wszystko, co pisał było kłamstwem”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 grudnia 2021
fot. praetorianphoto/iStock
 
Przygodę z Tinderem zaczęłam w maju. Kilka razy zakładałam i kasowałam aplikację. Moich historii mogłabym opowiedzieć kilka, ale przedstawię dwie najważniejsze. Jedną bardzo krótką i bezbolesną oraz drugą, która głęboko się we mnie wryła i chyba skutecznie zniechęciła mnie do dalszego randkowania na Tinderze

Historia 1

Po drugiej stronie osoba medialna, dziennikarz, mężczyzna lat 40. Na pytanie, co lubi robić w wolnym czasie, odpowiada: lenić się, imprezować, spotykać się z kumplami, opalać się.  To jednak był dopiero początek jakże interesujących odpowiedzi na moje pytania. W dalszej luźnej rozmowie rzuciłam, że zjadłam śniadanie, a mój rozmówca skomentował to, żebym nie jadła za dużo, żeby nie poszło mi w brzuch, który na zdjęciach i tak ukrywam! Dodam, że niczego nie ukrywałam i jestem bardzo szczupłą osobą. Zapytałam go, co jeszcze przeszkadza mu w kobietach. I teraz uwaga! Grube nogi, zwłaszcza łydki! Rozwaliło mnie to totalnie i napisałam mu, że to śmieszne. Na co on: nas to nie śmieszy. Dalsza rozmowa nie miała sensu.

Historia 2. Książę z bajki

Bo taki właśnie był, a przynajmniej na takiego się wykreował. Nathaniel, lat 29. Na zdjęciach profilowych w górach, w opisie ratownik górski, fotograf. Od razu mi się spodobał i z niecierpliwością czekałam, czy on również przesunie w prawo. Następnego dnia rano informacja: masz nową parę, a kilka minut później nietuzinkowa wiadomość (to jedno z jego ulubionych słów). Wtrącę, że mam 31 lat, mieszkam pod Warszawą, kocham Tatry i kulturę góralską, czego jednak nie było w moim opisie.
Już od samego początku rozmowa idealnie się kleiła, on szarmancki, z poczuciem humoru, żadnych podtekstów seksualnych. Z każdą kolejną wiadomością upewniałam się, że to przeznaczenie, że tyle lat byłam sama, bo czekałam właśnie na niego.
Mama góralka, tata Włoch, kardiolog, on ratownik górski i fotograf. Rodzice prowadzili pensjonat w okolicach Zakopanego, mieli stajnię, strzelnicę i wiele innych bajerów. On sam część roku spędzał w górach i pracował jako ratownik, a część roku w drugim mieszkaniu pod Warszawą, pracując jako fotograf. Był też smutny aspekt jego życia. Miał siostrę bliźniaczkę, która miesiąc wcześniej zginęła na misji wojskowej. I tu zapaliła mi się lampka, ale postanowiłam się nie zniechęcać, bo przecież różne rzeczy się zdarzają.
Zaczęliśmy pisać we wtorek. W czwartek zagadnęłam o spotkanie. Zapytał, kiedy mam czas. Kiedy napisałam, że mam wolny weekend, on napisał, że w piątek będzie na weselu jako fotograf, a w weekend ma wesele w górach, na którym jest świadkiem. Kolejna lampka – miesiąc po śmierci siostry będzie bawił się na weselu, ale nie czepiajmy się, każdy przeżywa żałobę na swój sposób. Pisało nam się wspaniale, lubiliśmy to samo, mieliśmy te same wartości, pisaliśmy to samo w tym samym momencie. Z nikim nigdy tak świetnie się nie dogadywałam.
W piątek zapytał, czy może zechciałabym jechać z nim na wesele do Zakopanego!!!! Miałam kocioł myśli w głowie, przeprowadziłam sondę wśród znajomych. Z jednej strony, jak to jechać z obcym facetem w góry na kilka dni? A z drugiej strony myśl, że być może to moja życiowa szansa i kto nie ryzykuje ten nie pije szampana. Zgodziłam się! I w tym momencie on zaczął się powoli wycofywać. Zrobił to umiejętnie, wykorzystując moje wcześniejsze wątpliwości. Że z obcym facetem będę się czuła niekomfortowo, a on tego by nie chciał, bo dla niego najważniejsze jest moje samopoczucie i że za dwa tygodnie będzie miał kolejne wesele w górach, więc wcześniej wypijemy kilka herbat i wtedy pojedziemy. Poczułam niepokój, ale przecież nie czepiamy się:) On przeprosił za zbyt szybką propozycję i sielanka trwała.
Pisaliśmy non stop. Od momentu, gdy wstawałam do pracy, przez cały dzień pracy i do 2 w nocy. Spałam po 3-4 godziny bo rozmowy dosłownie płynęły, a ja mimo kolejnych czerwonych lampek unosiłam się nad ziemią. A tymi kolejnymi czerwonymi światłami było m.in. to że gdy on jechał do Zakopanego na Tinderze nie zmieniała się odległość. Nie pytałam, bo nie za bardzo ogarniałam tą aplikację a on sam w końcu napisał, że wyłączył lokalizację i na Tinderze nadal dzieli nas niewielka odległość.
Pisał ze mną non stop, a na pytanie czemu nie skupia się na prowadzeniu auta odpowiedział, że uwielbia funkcję pisania głosem. Zresztą zawsze na wszystko miał odpowiedź. Gdy przyszła godzina ślubu, czyli 17, nadal ze mną pisał, tłumacząc to tym, że ślub jest o 17.10, a pada więc czekają w samochodzie. Później w zasadzie przez całą noc zamiast uczestniczyć w weselu pisał ze mną. No ale skoro zmarła mu siostra, to pewnie nie miał ochoty na zabawę. W niedzielę napisał, że jest chory, pogorszyło mu się. O tym, że źle się czuje wspominał już w piątek, wysłał nawet zdjęcie termometru. W ogóle wysyłał mnóstwo zdjęć i nagrań głosowych, ale nigdy nie zadzwonił.
W końcu z Tindera przeszliśmy na WhatssApp. Wtedy się cieszyłam, oboje skasowaliśmy konta. Teraz myślę, że zrobił to, abym nie mogła sprawdzać odległości jaka nas dzieli. Wracając do niedzieli… rozchorował się bardzo, jego tata postanowił położyć go w szpitalu, bo z jego chorobą takie przeziębienie może być niebezpieczne. Miał chore serce! Ratownik górski… i tu już czerwone światło aż paliło w oczy. No ale wysłał zdjęcie zabandażowanej ręki, smutne minki, a mi miękło serce. Wtedy już mocno czułam, że coś jest nie tak, ale tak bardzo chciałam wierzyć w to, że jest tym, za kogo się podaje, że wmówiłam sobie, że na pewno da się to jakoś wyjaśnić i kiedy się spotkamy porozmawiamy o wszystkim. Wysyłaliśmy sobie zdjęcia. Z dzieciństwa, z późniejszych okresów. Mi co prawda zdjęcia z Tindera z kolejnymi nie do końca się zgadzały, ale przecież przez lata człowiek mógł się zmienić. W końcu wysłał mi zdjęcia, które robił na ślubach. Wtedy pisaliśmy już półtora tygodnia. On nadal leżał w szpitalu.
A mnie tknęło i wszystkie zdjęcia, które mi wysłał przepuściłam przez aplikację lokalizującą je w internecie. Bingo! Zdjęcia, które robił znalazły się na stronie fotografa… tylko zagranicznego. A zdjęcie – widok z jego pokoju, to zdjęcie z bookingu. Zawalił mi się świat… byłam zrozpaczona, wściekła, rozczarowana. On oczywiście napisał, że to są zdjęcia, które robił i do których sprzedał prawa autorskie. I na tym ta historia powinna się zakończyć. Niestety, mimo że już wiedziałam, że kłamie, miałam w sobie jeszcze resztki nadziei. Poprosiłam go o spotkanie! Powiedziałam, że mi zależy, że chcę się spotkać i chociaż raz porozmawiać.
Oczywiście dzwoniłam do niego, ale on nie odbierał. I to on udawał obrażonego, że go sprawdzam, że mu nie ufam, że szukam czegoś na niego. Ostatecznie zgodził się na spotkanie za tydzień, prosząc, żeby do tego czasu między nami nic się nie zmieniło. I dalej się w to wkręcałam. Chociaż byłam prawie pewna, że on w sobotę się nie zjawi. 40 minut przed spotkaniem napisał, że nie wie, czy nie stchórzy. Wtedy miałam pewność. 10 minut później napisał, że przeprasza, że to nie ma sensu, a on nie da rady. Napisałam mu, że ode mnie dostaje Oscara, że wiem, że kłamie od wielu dni, ale postanowiłam to pociągnąć.
Zapytałam dlaczego?! I dopisałam, że i tak na pewno nie powie prawdy. Na co on napisał, że ja jestem wspaniała, a on jest zwykłym śmieciem. Tym razem to już powinien być definitywny koniec tej historii, prawda? Ale przez mój upór, przez moją głupotę nie był. Zaczęłam naciskać, pytać, o co chodzi, dlaczego tak mówi, czy to wszystko było kłamstwem. Odpisał, że wszystko można udawać, ale nie uczucia. Więc pojawiła się nadzieja, że kłamał ale przecież musi być w nim coś dobrego. Zapytałam o kłamstwa. Przyznał, że zdjęcia na Tinderze nie były jego, tak jak rzekome zdjęcia jego autorstwa, ale wszystko inne to prawda. Nie uwierzyłam ale postanowiłam to pociągnąć. Naciskałam, że skoro jemu też zależy, żebyśmy się spotkali i dali sobie szansę. I to znowu on mnie odpychał, tłumaczył, że nie jest odpowiednim facetem dla mnie, że ma przeszłość, że powinnam trzymać się od niego z daleka. Naciskałam dalej, w końcu wyznał mi, że… w dzieciństwie był molestowany. Nie do końca uwierzyłam, ale moje serce zmiękło… Przez kilka dni prosiłam go o spotkanie, a on pisał, że musi to przemyśleć, że ma problemy z agresją, że nie chce, żebym tego wszystkiego doświadczyła. Ale zgodził się….umówiliśmy się na poniedziałek, w niedzielę miał robić zdjęcia na chrzcie.
Napisałam do niego w niedzielę, a on jak gdyby nigdy nic pisał ze mną. Zapytałam, czemu nie jest na chrzcie, na co on odparł, że sesje w domu już robił, a w kościele jest o 14. Hmm… odpisałam, że nie robi się sesji w domu kilka godzin wcześniej… oczywiście i na to miał odpowiedź. Poprosiłam o lokalizację, wkurzył się, ale za kilka minut ją udostępnił (zrobił to wcześniej kilka razy, żeby uwiarygodnić gdzie jest, bo tak bardzo chciał, żebym mu wierzyła) – faktycznie zmierzał do jakiejś parafii. Poprosiłam o zdjęcie aparatu, wkurzył się jeszcze bardziej. Lokalizacja zniknęła, ale za 10 minut wysłał zdjęcie aparatu. Tylko, że w tej parafii o tej godzinie nie było żadnej Mszy. Oczywiście na to też znalazło się wyjaśnienie, że był sam chrzest i znowu się obraził, że mu nie ufam.
Znowu przepraszanie, naciskanie, proszenie. Już coraz bardziej z ciekawości, kim jest, bo to, że kłamie było oczywiste. To, co opisałam to niewielka kropla jego kłamstw i niejasności. Jeżeli zadawałam niewygodne pytania, szybko zmieniał temat. Gdy zapytałam o stronę internetową napisał, że pokaże mi, jak się spotkamy. Gdy zaczynaliśmy pisać i zapytałam czy pracuje w TOPR czy w GOPR, napisał, że w TOPR, po czym kilka tygodni później opowiadał o akcji na Orlej Perci, którą przecież „obsługuje” GOPR. Ale przecież w TOPR też był, ja wszystko zapamiętywałam, analizowałam, zestawiałam. Nic mi się nie zgadzało, nic.
Dzień przed spotkaniem napisałam mu że to nie ma sensu, że mu nie ufam, że mu dziękuję, ale lepiej będzie, jak skończymy to teraz. Oponował, prosił, nalegał, ale w końcu się zgodził. Rzucił, że nigdy już nie będzie nikogo szukał, bo byłam jedyna i wyjątkowa. Że on teraz zajmie się sobą. Ulżyło mi, że to koniec. Jednocześnie ciężko było wrócić do codzienności. Telefon znowu milczał… Postanowiłam sobie, że już nigdy Tindera, bo przecież nie przeżyję, jeżeli znowu dam się oszukać, że nikomu już nie zaufam. Miesiąc później założyłam konto z ciekawości, czy on tam jest. Był: Dawid, lat 29, ratownik górski, alpinista. Zainteresowania: robienie zdjęć. Języki: polski, angielski, hiszpański. Czyli tym razem ma ojca Hiszpana…. Dalszy opis w jego stylu, zdjęcia jakiegoś mężczyzny w górach.
Moja znajomość z nim trwała miesiąc. To, co zrobił ze mną przez ten czas… Najpierw naprawdę uwierzyłam, że jest idealny, że w końcu i do mnie przyszło szczęście. Później była niepewność, analiza, zastanawianie się. Totalnie rozwalił mnie emocjonalnie. Był moment, że czułam, że się nie podniosę. Ale wbrew pozorom to całe przeciąganie sprawy mi pomogło. Z każdym dniem jego wizerunek padał w moich oczach i chyba leczyłam się z tego zauroczenia.
Największy żal mam do siebie, że zwierzyłam mu się z wielu osobistych doświadczeń, na szczęście nie podałam mu nazwiska, miejsca pracy i niczego po czym mógłby mnie zidentyfikować.
Czasem jeszcze zastanawiam się kim naprawdę jest, czy wszystko, co pisał było kłamstwem, myślę, że być może nigdy nawet nie był w górach. Być może to chłopak z małej wsi, który wykreował się na kogoś, kim chciałby być. A może jakiś stary facet o wybujałej fantazji. Albo po prostu ktoś z zaburzeniami, patologiczny kłamca. Kłamał oscarowo…. A ja – prawniczka! –  chciałam jechać z obcym facetem po trzech dniach pisania na drugi kraniec Polski. Nawet wyciągnęłam sukienki na wesele…

Związek

Dziękuję dyspozytorce pogotowia i ratownikom, uratowali moją mamę… i mnie. Dlaczego tak nie doceniamy medyków?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
29 grudnia 2021
Fot. iStock/vm
 

Jestem dziennikarką, w swoim życiu napisałam wiele tekstów o tym, jak źle dzieje się na polskich oddziałach ratunkowych, słuchałam o wielogodzinnym oczekiwaniu na lekarzy, szorstkości (łagodnie rzecz ujmując), traktowaniu pacjenta z nieuwagą. Kiedyś zadzwoniła do mnie koleżanka i opowiadała o tym, jak dyspozytorka w pogotowiu powiedziała jej, że nie wyśle karetki do niemowlęcia z temperaturą 40 stopni. Matka była sama, bez samochodu, chorowały dwa bliźniaki, z jednym było bardzo źle. Ciekawe, jak miała sama, w środku nocy poradzić sobie w takiej sytuacji? Ale w Wigilię tego roku zobaczyłam, że nie wszędzie tak jest. Są miejsca, gdzie dba się o człowieka.

Może nie chodzi o samo miasto (sytuacja miała miejsce w Trójmieście), ale o ludzi.  Coś, czego często tego nie zauważamy. Zresztą lekarze i ratownicy też nie zostawiają na nas suchej nitki, bo czasem na SOR przyjeżdżają ludzie, którzy mogliby pojechać do przychodni, kłócą się, wrzeszczą, często są pijani (dlatego dochodzi do niektórych wypadków). Tak więc kij ma dwa końce.

Rozumiem obie strony, choć bardziej pacjentów, bo wiem, jak człowiek czuje się bezradny, gdy coś się nagle dzieje i natychmiast potrzebujemy pomocy. I jak bardzo jest się w panice, gdy dzieje się coś komuś bliskiego.

W Wigilię w środku nocy moja mama zasłabła…

….wpadła na szklany stolik, a rozbite szkło ją poraniło. Jest starszą osobą, a jej najważniejszym celem życia jest nikogo nie martwić i nie robić mu kłopotu. Dopiero po chwili więc zaczęła mnie wołać.

Wpadłam do jej sypialni i oniemiałam. Wszędzie było mnóstwo krwi, z rany na podudziu krew tryskała, jak z fontanny. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Mama słabła, a ja – przyznaję– zachowywałam się, jak osoba niespełna rozumu. Biegałam, jak głupia z pokoju do pokoju, szukałam plastrów (sick!), w końcu próbowałam zadzwonić do prywatnej placówki, ale wszędzie czytałam: „otwarte jutro od dziewiątej”.

– Musimy jechać na SOR, na SOR, boże, jak ja mamy się tam dostać – powtarzałam patrząc na ranę. Szeroką, rozległą, długą. Tak naprawdę to nigdy wcześniej nie widziałam ludzkiego mięsa….

Dodam, że byłam bez samochodu, a w życiu nie wsiadłybyśmy do taksówki, bo przecież mama cały czas bardzo mocno krwawiła.

– Może zadzwoń na pogotowie– powiedziała cicho moja rodzicielka. – Jakoś strasznie mi słabo.

Nie będę się rozpisywała na temat chorób mamy, ale jest ich dużo. Najważniejsze, ma tylko 20 proc widzenia i to tylko w jednym oku, do tego problemy z sercem i krążeniem. Byłam przerażona i choć nie wierzyłam, że jakiekolwiek pogotowie przyjedzie do 75– latki, która, jak kretynka, rozbiła szklaną szafkę (takich ocen się spodziewałam), zadzwoniłam.

Pani odebrała po chwili. Była cierpliwa, spokojna i miła…

Miała tak kojący głos, że w sekundę poczułam się bezpiecznie. Dokładnie o wszystko wypytała, uspokoiła mnie, powiedziała, co mam robić krok po kroku (zacisnąć ranę mocno – pewnie to głupie, ale w tej panice, nawet o tym nie pomyślałam). Zapytała, czy jesteśmy szczepione, czy mama ma objawy covidu.  Minutę później oznajmiła: „Proszę się nie martwić, karetka już jedzie”.

Zachowywałyśmy się z mamą, jak głupie – martwiłyśmy się, że ratownicy nas ochrzanią (bo co ich to obchodzi, że nie mam samochodu), że będą niemili, że to i tamto. Uświadomiłam sobie, że zachowujemy się, jak klasyczne ofiary, ale przecież nie dlatego, że nimi jesteśmy. Przemawiało przez nas doświadczenie nasze, naszych znajomych i przyjaciół.

Dosłownie 10 minut później podjechała karetka. Dwóch ratowników, którzy wykazali się ogromną empatią. Uspokoili i mnie, i mamę. Dokładnie ją obejrzeli, tłumaczyli cierpliwie, co mam robić (obmyć ranę, nałożyć skarpetki, spróbować włożyć buty, do kieszeni szlafroka wsadzić jej komórkę). We wszystkim pomagali. Stwierdzili, że muszą zabrać ją na SOR, instruowali mnie, co będzie i jak mam się zachowywać, bo było wiadomo, że nie mogę jechać.

20 min. później mama zadzwoniła, że jest w szpitalu na gdańskiej Zaspie i zaraz będą ją zszywać. Lekarz, choć zmęczony po ciężkiej operacji, był uważny i empatyczny. Zlecił bardzo dokładne badania, pielęgniarki też były kochane. W miejscu, gdzie przywieźli mamę leżał kompletnie pijany facet. Spał, budził się, przeklinał, znów zasypiał, a po chwili wyzywał pielęgniarkę. „Ja bym go zamordowała”, mówiła później mama.

I owszem,  dopiero następnego dnia o dziesiątej rano zadzwoniła, żebym po nią przyjechała. Noc spędziła na wózku, lekarz zniknął, ale tylko dlatego, że miał kolejną ciężką operację. Co chwila kogoś gdzieś przewozili. Mimo to pielęgniarka pytała o jej samopoczucie, przynosiła wodę, cierpliwie odpowiadała na każde pytanie – choć też była po iluś godzinach dyżuru.

Niby tak powinno być zawsze. Ale sami wiemy, że nie jest.

Jeszcze raz bardzo dziękuję w imieniu swoim i mojej mamy.

 


Związek

Zmora rodziców, czyli choroby przedszkolaka

Redakcja
Redakcja
29 grudnia 2021

Okres przedszkolny jest uważany za czas, kiedy dzieci najwięcej chorują. Nieprzypadkowo całą grupę chorób, głównie zakaźnych, określa się mianem chorób wieku przedszkolnego. Choroby nasilają się zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym. W każdej przedszkolnej grupie znajdziemy dzieci kaszlące i zakatarzone. Jak rozpoznać chorobę u dziecka i jakie badania wykonywać u przedszkolaka?

Przedszkolak musi się wychorować – prawda czy fałsz?

Choroby pojawiające się u dzieci w wieku przedszkolnym związane są z różnymi czynnikami. Niemały wpływ na częstsze chorowanie ma fakt, że dzieci mniej niż osoby dorosłe dbają o higienę. Chodzi głównie o niemycie rąk po powrocie ze spaceru czy wkładanie brudnych rąk do buzi, a także korzystanie z zabawek bez wcześniejszego dokładnego umycia dłoni wodą z mydłem. Poza tym w przedszkolu ma miejsce duże skupisko dzieci, więc choroby dużo łatwiej się przenoszą, szczególnie te, rozprzestrzeniające się drogą kropelkową czy kontaktową.

Częste choroby w przedszkolu są także efektem mniejszej odporności organizmu dziecka. Oznacza to, że przy kontakcie z patogenem trudniej jest mu się obronić. Niestety do rozprzestrzeniania się chorób wśród przedszkolaków przyczyniają się też rodzice, którzy posyłają dziecko do placówki mimo wystąpienia u niego objawów chorobowych. Przeziębiony przedszkolak zaraża w ten sposób kolejne dzieci. Z tego powodu na pytanie „jak uchronić dziecko przed chorobami?” odpowiedź niestety brzmi: mimo chęci i starań, chorób praktycznie nie da się uniknąć.

Najczęstsze choroby wieku przedszkolnego

Wśród najczęstszych chorób wieku przedszkolnego wymienia się głównie choroby zakaźne wywoływane przez wirusy. Najpopularniejsze z nich to: ospa, różyczka, świnka, mononukleoza oraz bostonka. Przeciwko części z nich są obecnie obowiązkowe szczepienia, lecz nie dają one 100-procentowej ochrony przed zarażeniem. Wśród chorób często dotykających dzieci w wieku przedszkolnym są także choroby pasożytnicze, takie jak np. owsiki. Część z nich atakuje przewód pokarmowy i wywołuje biegunki. Owsiki zaś powodują świąd okolicy odbytu nasilony szczególnie w nocy.

Jak rozpoznać chorobę – podwyższone eozynofile u dziecka, CRP i inne niewiadome

Wśród objawów choroby u przedszkolaka wymienia się najczęściej:

  • kaszel,
  • katar,
  • zaczerwienienie spojówek,
  • ból gardła,
  • gorączkę.

Bardzo częstym objawem chorób u małych dzieci są też:

  • biegunka,
  • bóle brzucha

W niektórych sytuacjach w przypadku pojawienia się symptomów lekarz zleca badania dodatkowe w postaci badań laboratoryjnych takich jak CRP czy morfologii krwi. CRP jest białkiem ostrej fazy i parametrem, który rośnie głównie w przebiegu infekcji bakteryjnej. Poza tym wzrasta wtedy liczba leukocytów (białych krwinek). W przypadku chorób wirusowych CRP jest zaś dużo mniej podwyższone. Eozynofile podwyższone u dziecka występują, gdy ma ono pasożyty lub alergię objawiającą się np. katarem siennym. Należy jednak mieć na uwadze, że zawsze złe wyniki badań dziecka powinny zostać skonsultowane z lekarzem, który zaproponuje odpowiednio dobrane dalsze postępowanie.

Badania przedszkolaka – jakie i kiedy wykonywać?

Badaniem, które powinno mieć wykonane każde dziecko w wieku przedszkolnym, jest tzw. bilans cztero- i pięciolatka. Jest on przeprowadzany w celu sprawdzenia, czy rozwój dziecka, zarówno fizyczny, psychiczny, jak i emocjonalny, przebiega w prawidłowy sposób. Poza tym u dzieci warto raz na 2-3 lata kontrolnie zbadać poziom glukozy oraz morfologię krwi, a także wykonać badanie ogólne moczu. Niektóre choroby dają subtelne objawy, a wczesna diagnostyka może ułatwić ich leczenie. W przypadku zaobserwowania u dziecka takich symptomów jak przewlekający się katar oraz łzawienie oczu, które jest związane np. z pyleniem traw, warto wykonać u przedszkolaka badania w kierunku alergii wziewnej. Podobnie gdy pojawiają się objawy związane z przewodem pokarmowym w przypadku jedzenia określonych produktów. Wtedy poleca się wykonanie testów w kierunku alergii pokarmowej i celiakii.


Zobacz także

Nosi w sobie potwora, który zmienia ją i wzbudza lęk. Potwora zwanego schizofrenią

Nosi w sobie potwora, który zmienia ją i wzbudza lęk. Potwora zwanego schizofrenią

Mój mąż alkoholik. Żony alkoholików, którzy wyszli z nałogu często mówią: „Lepiej było, gdy pił”

Dlaczego boimy się odejść? 6 powodów, dla których zostajemy w złych związkach