Związek

Coraz szybciej odpuszczamy i z łatwością zatrzaskujemy drzwi. Unosimy się dumą. Tak jest najprościej

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
29 lipca 2021
fot. Rudzhan Nagiev/iStock
 

Nikt nie lubi się kłócić i potem przeżywać cichych dni. Oglądanie obrażonego focha na twarzy partnera strzelanie drzwiami, to już się kiszki skręcają. Jednak kłótnia, a nawet czasem rozstanie, jest spoiwem związku. To oczyszczenie emocji, stawianie granic, powiedzenie tego co przeszkadza. To kolejny etap rozwoju dwojga ludzi, ale też nauka wzajemnego słuchania się i wyciągania wniosków.

Te słowa dedykuję M. Mężczyźnie, który ma dzisiaj swoje urodziny, który jest w moim sercu.

Chwilowe rozstanie? Tak. Cisza też jest ważna, naładowanie baterii, przemyślenie i poczucie co zawiodło i o co chodzi? Czy to emocje moje, czy partnera? A może jakaś rana z dzieciństwa się ujawniła i coś trzeba przepracować. Przepracować, a nie uciekać.

Nieraz, gdy jest drażliwy temat, uciekamy. A to zagadując innym tematem, a to uciekając w obowiązki lub po prostu nie słuchamy. Nic to nie da. Uciekanie od tematów, które nie są wygodne to jak tępienie słuchu i zamykanie komuś ust. Prowadzi do choroby, a nie do uzdrowienia. Gdy nie jesteśmy słuchani, gdy druga osoba próbuje nam zamknąć usta, lub wyśmiewa nasze słowa, lub manipuluje nami aby wpuścić nas w poczucie winy, to wtedy zamykamy się w sobie, tłumimy siebie. Odbieramy sobie moc … bo nie chcemy się narazić i robić awantury w domu.

Awantura jest potrzebna tak jak i cisza. Dostosowywanie się do partnera za wszelką cenę, po to aby było „MIŁO” oznacza zaprzedanie samej siebie. Oddanie swoich granic, pragnień, ideałów, osobowości. To też stanie się nieatrakcyjnym dla partnera. Co mężczyzn kręci? Samowystarczalne kobiety, które znają swoją wartość i umieją stawiać granice, mówić o nich i ich wymagać. Małe myszki, potulne, którym wystarczy kawałeczek starego serka, są dla kocura wręcz niestrawne. Ani sam się za nimi nie nagoni, ani nie zabawi. Połknie i nawet nie poczuje kiedy.

COVID pokazał, że nie potrafimy ze sobą dłużej wysiedzieć, rozmawiać, nie znamy bliskości i tolerancji. Ba! Nawet siebie nie lubimy. Jest bardzo dużo rozstań. I nawet nie potrafimy o siebie zawalczyć, dać drugiej szansy. Jakby się wszyscy naoglądali seriali jak się rzuca i kropka. A przecież nasi rodzice i dziadkowie robili wszystko, aby być ze sobą jak najdłużej. Czasem, fakt, było to szkodliwe, mimo to, jest to jakiś przykład umiejętności wybaczania. Nie mówię tutaj o sytuacjach przemocy, poniżania, wykorzystywania, bo na to nie ma zgody. Mówię o dogadywaniu się, kompromisach, ustępowaniu jeśli nie jest to coś co jest ważne nad życie.

My coraz szybciej odpuszczamy i z łatwością zatrzaskujemy drzwi. Coraz rzadziej mówimy o daniu sobie szansy, drugiej, trzeciej, dziesiątej. Unosimy się naszą dumą i ego. Częściej wygadamy się przyjaciółce lub matce, zamiast właśnie szczerze porozmawiać z partnerem. Łatwiej jest nam się spakować, bo plan ucieczki już mamy w głowie, i po prostu wyjść. Może zacznijmy od tego skąd „ucieczki”?

Gdy robi nam się gorąca atmosfera i padają słowa, które są nie do wybaczenia. Gdy następuje zdrada, lub zaniedbanie, jest to dla nas nie do wybaczenia. W głowie już mamy plan co gdzie mamy w szafach, gdzie i jakie pieniądze, co z robić z dzieckiem i gdzie się wynieść. Jeśli dobrze pokopiemy w sobie, to znajdziemy konstruktora jest sytuacji. Czyli czas kiedy zostaliśmy odrzuceni lub zawiedzeni przez naszych rodziców lub opiekunów. Kiedy okazuje się, że nas wychowywali dziadkowie, bo rodzice nie mieli czasu lub możliwości, lub po prostu nie czuli roli rodzica. Wtedy uciekamy przed prawdziwym uczuciem w życiu dorosłym, dojrzałymi relacjami, przed konfrontacją tego co dla nas niewygodne. Małe dziecko w nas tupie i krzyczy, i chce uciekać byle jak najdalej na oślep.

Jest nas „ucieczkowiczów” bardzo wielu. Mamy program i pomysł na każdą sytuację. Ciężko nam wytrwać, wysłuchać, odpuścić i dać sobie i partnerowi szansę. W zamian pojawia się bunt, krzyk i zamknięcie się w sobie. Nie umiemy wybaczyć partnerowi ani sobie. Idziemy w kolejny związek i znowu to samo. To może jednak z kimś porozmawiać?

Przyjaciele i rodzina dadzą nam wiele porad ze swojego poziomu. Poziomu ran, doświadczeń, żalu. A przecież każdy z nas jest inny. Ma inną swoją historię i misję. Inne oczy, które patrzą na ten świat. Dlatego nie sugerujmy się poradami najbliższych, tylko zapytajmy siebie, czego my chcemy? Co my czujemy w tej sytuacji? Dlaczego tak na nią reagujemy i co ona nam przypomina? Z dzieciństwa?

Każde obojętne przejście obok tematu nie rozwiązuje go i nie oznacza, że nie będzie istnieć. Trzeba z tym popracować i to nie tylko samemu. Z terapeutą, coachem. Zobaczyć co zrobić, aby wytrwać w związku, nie rezygnować tak szybko. Popatrzeć na siebie z dystansu i zobaczyć też partnera, a nie analizować jego zachowanie i winy. To często nie o mężczyzn tu chodzi, a to co mamy w sobie nieprzepracowane MY Kobiety. Mężczyznę nie określa to co mówi, a to co robi. Może mówić różne rzeczy, jednak jego czyny są dowodem czy mu zależy. My kobiety jednak bardziej czepiamy się słów i analizujemy niż widzimy co nasz partner dla nas robi.

Dlatego najpierw porozmawiajmy same ze sobą o co nam chodzi, a potem może znajdźmy właściwy czas i przestrzeń aby porozmawiać z partnerem o tym co nas boli i co można zrobić, jak zmienić? Wiadomo, że nie każda odpowiedź może być miła, ale może spróbujmy złapać do tego dystans, a nie brać do siebie. Emocje nie są dobrym doradcą.

Natomiast czasem cisza i rozstanie na jakiś czas, pobycie samemu może być zbawienne i stać się solidnym fundamentem w związku. Więc „uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd i nie wybaczy nikt chłodu ust, braku słów” niech nie będzie waszą dewizą. A odwaga i otwartość serca na siebie i partnera, aby budować piękny i trwały związek.

***


Związek

Kłótnie są jak pryszcze, ból głowy czy sraczka – pojawiają się nagle i nie wiadomo skąd

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
6 sierpnia 2021
fot. Atlas Studio/iStock
 

Kłótnie. No są. Ktoś kto mówi, że się nie kłóci, to chyba wszystko zamiata pod dywan i tłumi w sobie. Byle tylko było miło. Aż kiedyś rzygnie, tylko już nie będzie do kogo. Kłótnie pojawiają się i są jak pryszcze, wzdęcia, ból głowy i sraczka – przychodzą nie wiadomo skąd i nie wiadomo w co się jeszcze przerodzi i jak długo potrwa. Czy samo przejdzie, czy będzie potrzebny lekarz? Jest jak to, czego nie lubimy i najbardziej się boimy.


Kłótnie były, są i będą. Nawet po wpisaniu „kłótnia” w wyszukiwarkę, pojawiają się porady, jak ją dobrze przeprowadzić, czyli parę sposobów na dobrą kłótnię itd. Rozbawiło mnie to, bo wyobraziłam sobie, jak ktoś z nas w czasie kłótni idzie do kompa i sprawdza co Wujek Google doradza? Czyli break, bo ja tu muszę zobaczyć, co dalej radzą. „Kochanie szybka herbatka i wracamy do darcia się na siebie”.

Kłótnia to wybuch nagromadzonych emocji, uczuć, tego co nas boli i już staje nam w gardle. Upuszczenie krwi, myśli, przez które skacze nam ciśnienie i nie możemy w nocy spać. Co je prowokuje? Często mała rzecz. Drobiazg. Źle odłożona solniczka, niedomyta umywalka, a w okresie wakacyjnym, to już każdy pretekst jest dobry. Cokolwiek, co naszym zdaniem, może wywołać pożar.

W kłótni ciężko o hamulce – albo lecimy po całości, albo „wyszkoleni przez coachów i psychologów”, nie przejmujemy emocji partnera, robimy „ommmm” i uspakajamy siebie i drugą osobę. To też nic nie daje, bo nawet jak to zahamujemy, to i tak to w nas jest. Dlatego tak ważna jest codzienna komunikacja i rozbrajanie bomby na bieżąco.

No ale OK. Jest ta kłótnia. Stało się. I co teraz? Co was najbardziej wkurza? Cisza? Tak. Po kłótni jest cisza. Albo partner wychodzi, trzaskając głośno drzwiami i nie reaguje na telefony. Unika konfrontacji, nawet nie wiemy, czy zostałyśmy zrozumiane. A może powiedziałyśmy co, co go zabolało? Ale co? Jest jeszcze zamknięcie się. Każde idzie do swojego kątka tralalątka. Jest i obojętność. i niezwracanie godzinami lub dniami na nas uwagi. Traktowanie jak powietrze. Jest też czepianie się o byle co tak, aby dokuczyć lub głośne podśmiechujki z nas na każdym kroku, z komentarzem do dziecka „jaka to mamusia/tatuś itd.”.

Kłótnia jest walka w ringu. Ktoś nie radzi sobie z emocjami i potrzebuje partnera (tutaj przeciwnika) poobracać na macie i dać kilka ciosów. To typowe męskie zagrywki, które jednak często są także używane przez kobiety.

 Z mojego doświadczenia – było karanie ciszą i obojętnością. Lub zamiast rozmowy były zaczepki słowne, przesłuchania prokuratorskie. Nieważne, ile razy uciekałam z tego „ringu”, nie odpuścił, dopóki nie poniżył mnie do końca. To było jak wrzucenie na ten ring, poturbowanie, a gdy już nie miałam sił na obronę, to przystawienie w oczy lampy i dźganie w miękkie miejsca szpikulcem. Taki lekarz i trener na ringu w jednym. Niby już odpuszczenie i koniec, a dalej podgrzewają krew. Dopóki nie poproszę o łaskę. Było też poniżanie przed dzieckiem, partner robił z siebie ofiarę, jaka to ciocia jest zła. Było odmawianie i karanie brakiem czułości i seksu. Długo się po tym zbierałam, układałam na nowo, aby na spokojnie podejść do rozmowy.

Koleżanka mi kiedyś napisała, że wolałaby, żeby ją pobił, niż siedzieć tydzień w ciszy. Takie dzieje się, gdy mieszkamy już razem. A kiedy jeszcze osobno?

  1. Siedzenie i czekanie na telefon, SMS, mail. Zachodzenie w głowę, co będzie dalej, czy to przemyśli i się zejdziecie, czy też to już koniec. Myślami byśmy wleciały światłowodem, żeby tylko dowiedzieć się, co jest po drugiej stronie i co będzie dalej. To pytanie to oczywiście do wróżek, które chętnie w takich sytuacjach odwiedzamy😊.
  2. Dalszy etap to analizowanie sytuacji. Od czego się zaczęło? Kto co powiedział? W której minucie? Kto przeczytał czyj ruch? Czy na pewno przeczytał? Po fazie analizy, wmawiamy sobie, że to wszystko przez niego.
  3. Potem, po fali wściekłości i zakapiorstwa, przychodzi faza, a może to moja wina? I zaczynamy się wpuszczać w to poczucie winy. Oczywiście potrzebujemy się wygadać. Dzwonimy do przyjaciółek, mam itd. Każda jest oczywiście oburzona i staje po naszej stronie. Doradza. Z własnego progu doświadczeń i bólu, mimo że do końca nie wie, o co chodzi. No, ale też swoje przeżyła i wspomnienia w niej znowu odżywają… „Zrób tak i zobaczysz jaki przyjdzie skruszony i popamięta!”. Tyle, że nie zna całej prawdy i chodzenie na sznurku porad przyjaciółek, rodziny, terapeutów, prowadzą donikąd. To my mamy w sobie świadomość co jest właściwe i to my znamy partnera. Bo trzeba się kierować sercem, tym co czujemy. A nie poradą od rozwścieczonych kobiet, które nienawidzą mężczyzn.

A wiecie, że faceci nie mają z kim rozmawiać. Zduszą to w sobie lub wleją do butelki. Bo ciężko im się przyznać przed kolegą, bo ego i nie wypada. Zostają z tymi problemami sam na sam. Ich męskość nie pozwala im do zniżenie się do poziomu „poturbowanego” przez kobietę. Najczęściej sami rozwiązują swoje problemy. Tak, jak umieją najlepiej.

Czas po kłótni to fazy emocji. Więc od wściekłości, wygrażania sobie i tupania, wchodzimy w fazę poczucia winy. Chociaż znam takie kobiety, że skruchy zero, a jeszcze dobrze po głowie chłopu nakładą wycieraczką lub, zwracając jego rzeczy, dobrze ukiszą je w soku z ogórków. Tak, my się potrafimy mienić wszystkimi kolorami i odcieniami, że nawet tęcza przy nas blednie. Ale kobieta zawiedziona, smutna, wkurzona, czująca bezradność, to kobieta nieszczęśliwa. Dlatego kiedy mamy już dosyć, to chcemy jednak porozmawiać i przytulić się do ukochanego męskiego ciała. Mężczyznom to zajmuje więcej czasu. Muszą odtajać.

Był taki jeden co mówił „warto rozmawiać” i tutaj bardzo się z nim zgadzam. Komunikacja to fundament. Ale nie nadawanie tego, co my chcemy i pouczanie, dawanie złotych rad, grożenie. Ale bardziej chodzi mi o słuchanie drugiej strony. Zadawanie pytań, bo my nie potrafimy pytać, bo z góry boimy się odpowiedzi, która może nas zranić. Stworzenie klimatu do rozmowy. Nie wtedy kiedy my chcemy, ale kiedy partner też ma na to gotowość, aby nas wysłuchać i powiedzieć jak on widzi problem. Mężczyźni potrzebują się wygadać. Bo przecież facet się nie skarży i nie płacze. Jedni wygadują się kobietom na portalach randkowych, inni prostytutkom, a inni butelce.

Ważne, aby w rozmowie powiedzieć, jakie są granice, na co się zgadzamy, a na co nie i czego pragniemy. Ktoś mi kiedyś powiedział, że kobieta atrakcyjna, to taka, która jest niezależna, komunikuje swoje potrzeby i stawia granice. Nie chodzi tu o „ciachanie faceta nożem”, że ma być tak lub inaczej. Tylko o miękkie zakomunikowanie, że kocham, ale są pewne granice, że jestem i wspieram, ale nie mogę się na wszystko zgodzić.

Pisałam o ciszy. Strach przed ciszą to mogą być też pewne doświadczenia z dzieciństwa, które potem gdzieś nam się pokazują, jak po ukłuciu igłą, i wracają. Jednak cisza jest dobra. „Bo w ciszy nawet kamień rośnie” śpiewała Kora. Cisza robi przestrzeń. Cisza jest też daniem wolności sobie i partnerowi. Przestrzenią na przemyślenia i wyciagnięcie wniosków, pójściem do przodu. Zostawienie partnera samego z własnymi myślami jest wspaniałym prezentem. Lepszym niż wydzwanianie i pisanie „czy coś zrobiłam nie tak?” lub dalsza lista pretensji. Często po kłótni jest fajny seks, który jest jak oczyszczający deszcz lub przypieczętowanie związku.

Piszę o kłótniach zwykłych, normalnych, nie psychopatycznych kiedy głównym zadaniem, jest poniżanie lub manipulowanie partnerem. Gdy tak się dzieje, to wiedzcie, że wynika to z niskiego poczucia własnej wartości. Że ktoś chce was ściągnąć do swojego błota, bo mu tak wygodniej i lepiej się czuje. To znaczy, że wy macie moc i jemu to w niesmak. To wtedy naprawdę trzeba w nogi.
Kłótnia jest jak piękna letnia burza, po której wychodzi słońce i piękna tęcza do spełniania wspólnych życzeń. Jest kolejnym etapem rozwoju pięknego związku. Czego Wam bardzo życzę.


Związek

Siostry Miłosierdzia. Nieustannie ratujemy, bronimy, wspieramy. Ale czy nam to odpowiada?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
23 lipca 2021
fot. PeopleImages/iStock

Od razu w uszach mi gra muzyka zespołu „Sisters of Mercy”😊. A tak serio, to zastanawiałam się skąd u nas takie poświęcenie, empatia i służba innym? Skąd to do nas przychodzi? Z urodzenia, wiary, kodów rodowych? Ile z nas jest pielęgniarkami, nauczycielkami, lekarzami, adwokatami? I nie chodzi mi tylko o wykształcenie, a to jak zachowujemy się w życiu codziennym.

Niemal nieustannie kogoś ratujemy, bronimy i wspieramy. Wspieranie jest energią kobiecą i to jest wspaniałe. Czyli to czego mężczyznom najbardziej brakuje: wiary w nich i wsparcia słowem i czynem. Natomiast my się ciągle jeszcze bawimy w siostry miłosierdzia. Czy nas o to ktoś prosi czy nie, to ratujemy, leczymy, rzucamy wszystko i biegniemy pomagać. Potrafimy poruszyć niebo i ziemię, aby pomóc ukochanemu. Nawet wtedy, kiedy on o to nie prosi. Jaki jest efekt? A taki, że otrzepie się i pójdzie. A jeszcze jest scenariusz, że zostanie bo mu wygodnie mieć osobę, która jest na tyle silna emocjonalnie, że wszystko załatwi i zrobi, a on odpocznie. Czy Wam to odpowiada?

Każdy w swoim życiu przychodzi na ten świat ze swoją misją, ale też i z lekcjami do przerobienia i odrobienia. I to nie jest tak, że to, co nas w życiu spotyka, to taka złośliwość i dopust boży. Nie. To, takie „dziabnięcie” palcem w ramię „zobacz co robisz i jak się z tym czujesz i twoi bliscy”. Brzmi to trochę mistycznie i ezoterycznie, aczkolwiek każdy z nas w coś wierzy. Niektórzy z nas mają trudne doświadczenia w życiu czyli „lekcje” do przerobienia i muszą je przejść, po to aby wejść na wyższy poziom. Aby móc się rozwinąć. To właśnie „lekcje” dają nam rozwój, są drogą która przynosi nam upragniony cel i wyższy poziom świadomości. To także „ucha igielne” związków, które albo dzięki temu się rozwiną, albo rozpadną.

My, kobiety cierpimy, gdy widzimy że naszemu ukochanemu coś się dzieje. A to niesprawiedliwość w pracy, a to koledzy czy koleżanki, którzy go wykorzystują. A już jesteśmy mistrzyniami w leczeniu z uzależnień, chorób, relacji które jemu nie służą. Jesteśmy w stanie wyrzec się własnej rodziny jeśli okaże się, że nie akceptuje wybrańca serca. Wręcz wytoczyć wojnę.

Niestety, zbawianie świata świetnie nam wychodzi, tylko nie ma w tym nic dla nas. Często zostajemy z niczym, poranione, chore, bez słowa „dziękuję”. A nasz „motylek” jak grzązł w błocie, z którego na chwilę dzięki nam wyszedł, tak znowu się tam ładuje. Dlaczego? Bo to jest jego lekcja, jego emocje i on bierze za nie odpowiedzialność. On musi przejść i przeżyć to życie. Nie my za niego. To jest jak bawienie się w Boga lub Matkę Boską. Bawienie się w los, który ma zmienić czyichś los i przeznaczenie, czyli wchodzenie w nieswoje buty. I wiem, że boli gdy się patrzy na ukochaną osobę jak cierpi i czuje niesprawiedliwość. Wiem, bo sama ratowałam. Efekt jest taki, że wchodzimy w energię mamusiek i zaczynamy osłabiać związek. Niech mężczyzna zajmie się sobą, a my sobą. To da najlepszy efekt.

I chcę Wam powiedzieć, że wiem o czym piszę. Ratowałam partnera ze: złośliwego raka, uzależnień, byłej żony, z braku pracy. Zaangażowałam się na 1000%, oddając swoją energię. Rak został wyleczony, a okazało się że miłość do wódki była mu bliższa ode mnie, a ponadto brak chęci do pracy. Aby nie pił i był zajęty, a jednocześnie żeby nie myślał o chemioterapii, to załatwiałam mu pracę i zlecenia. Owszem pracował, jak mu załatwiłam, a przy okazji też pił. Bo lubił. Jak przestałam załatwiać pracę, to było leżenie na kanapie i z obowiązkową buteleczką. Nie pomagały tłumaczenia, płacz, zaklinanie się na miłość i związek, groźby i prośby.

Kolejny przykład to też uzależnienie i praca. Opowiadał jak to każdy chce z nim pracować, jakie miał stanowiska i ile kasy. „No ale skoro Ty pracujesz w takiej firmie, to możesz mi coś załatwić?”. I jak myślicie? Oczywiście, że załatwiłam. Potem było jojczenie, że nie to stanowisko i nie ta kasa. A w sumie nikt nie „drapał” do jego drzwi z lepszą dla niego ofertą.

Jest jeszcze taki aspekt, że wiele z nas już bardzo dużo w życiu osiągnęło. Karierę, pieniądze, związki, rodzinę. Czasem jesteśmy na nowym etapie życia i pojawia się mężczyzna, którego pokochamy, ale który nie ma tyle co my i chcemy go za wszelką cenę „podciągnąć” do swojego poziomu. Podzielić się tym co mamy. Nigdy tego nie róbcie. Mamuśkowanie zamiast bycia partnerką, to zabijanie związku. Właśnie przez takie pomaganie i ratowanie. I nawet dawanie przysłowiowej „wędki” może się obrócić przeciwko nam. To kastracja facetów.

Zapytajcie się siebie co Wam to daje? Chcecie być lepsze? Mieć kontrolę nad nimi? Zobaczcie sobie na ile Wasze ratowanie jest robieniem tego z potrzeby serca i widzicie, że Wasz partner się odwdzięcza i ceni to co robicie – choć lepiej nigdy niczego nie oczekiwać, aby się nie rozczarować😉 A na ile jest to wysługiwanie się Wami? Czy też robicie to dlatego, że chcecie się u niego zasłużyć? Komu służycie? Zasłużyć na docenienie, więcej miłości, zauważenie Was, wdzięczność?

Dziewczyny radary na siebie, a jak Wam czegoś brakuje i chcecie tego od partnera, to najpierw dajcie to sobie. Bo to jest Wasz brak, a nie jego. Bo to nie chodzi o nich.

Powiem Wam, że niezależnie od tego, jaki macie pomysł na ratowanie i zasługiwanie, odrzućcie to. A wraz z tym płonne nadzieje i oczekiwania. Mężczyźni są mądrzy, oni dobrze wiedzą, co mają robić i pozwólmy im na to. Nie bądźmy mamusiami, które chwycą za telefon i zbawią dla ukochanego cały świat. Wiem, że przykro się patrzy jak partner cierpi. Jednak nie pomagajmy, a wzmocnijmy go słowem i gestem. Wesprzyjmy. A nie załatwiajmy za nich. Nie zmieniajmy ich losu i drogi życia. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś piękną afirmację „Szanuję decyzję Twojej duszy”. I to jest clue miłości.