Choroby Zdrowie

Mroczki przed oczami, męty i błyski. O czym mogą świadczyć i kiedy trzeba udać się do lekarza?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
25 sierpnia 2021
Mroczki przed oczami, męty i błyski
Fot. iStock
 

Mroczki przed oczami to dość dokuczliwa dolegliwość, która polega na pojawieniu się ubytku w polu widzenia. Pojawiają się często, a osoby, które ich doświadczają, skarżą się na plamki, niteczki, błyskawice czy inne kształty, które pojawiają się mimowolnie. Mroczki przed oczami i błyski mogą mieć różne przyczyny, od błahych do wymagających pilnej konsultacji lekarskiej. Co trzeba wiedzieć o mroczkach przed oczami?

Czym są mroczki przed oczami? 

Mroczki przed oczami mogą przybierać różną postać. Są to cienie rzucane na siatkówce przez nieregularności obecne w ciele szklistym. Ciało szkliste to galaretowata substancja obecna w gałce ocznej. Zbudowana jest przede wszystkim z wody oraz  kwasu hialuronowego i kolagenu. Gdy dochodzi do rozpadu włókien kolagenowych i rozpływu kwasu hialuronowego, a także odkładania się produktów przemiany materii, w ciele szklistym siłą rzeczy pojawiają się złogi, czyli męty.

Mroczki przed oczami, męty i błyski

Fot. iStock/Mroczki przed oczami

Mroczki przed oczami i męty — kiedy o nich mówimy?

Najczęściej pacjenci używają zamiennie określeń mroczki i męty na zmiany widoczne w polu oka. Okulistyka jednak rozróżnia je od siebie.

Męty, inaczej zmętnienia w ciele szklistym opisywane są najczęściej jako półprzezroczyste lub czarne, widoczne w polu widzenia „muszki”, „robaczki”„punkciki”, „plamki”, „niteczki”, „pajęczynki”, „chmurki”. Przybierają one różną postać i zazwyczaj poruszają się zgodnie z ruchem gałki ocznej, czyli wędrują „w miejsce” na które patrzymy. Szczególnie wyraźne są podczas patrzenia na duże, jasne powierzchnie, np. błękitne niebo, śnieg lub monitor komputera. Cechą charakterystyczną jest to, że w momencie zatrzymania ruchu oka, zmętnienia nadal się poruszają. Mogą pojawiać się one raz na jakiś czas lub też towarzyszyć pacjentom stale. Zmętnienia ciała szklistego wynikające z wieku są zmianami łagodnymi, nie wymagającymi leczenia, ale warto skonsultować ich pojawienie się z okulistą.

Mroczki przed oczami różnią się od mętów tym, że poruszają się dokładnie wraz z ruchami oka i zatrzymują się wraz z jego zatrzymaniem.

Mroczki przed oczami i męty — przyczyny 

Męty pojawiają się naturalnie wraz z wiekiem, kiedy to ciało szkliste w sposób naturalny ulega skurczeniu i rozpadowi, a sama ciecz szklista staje się bardziej płynna. Fragmenty ciała szklistego, które trafiają do cieczy, pozostają w niej i ograniczają ilość światła docierającego do siatkówki, co powoduje zmiany w polu widzenia.

Z kolei mroczki przed oczami wymagają konsultacji okulistycznej, ponieważ mogą świadczyć o chorobie siatkówki. Dzieje się tak np. z powodu oderwania się siatkówki od naczyniówki. W tej sytuacji do ciała szklistego przenikają komórki krwi i pojawiając się w polu widzenia ukazują się jako mroczki przed oczami. Mroczki przed oczami mogą świadczyć również o stanie zapalnym błony naczyniowej, zapaleniu nerwu wzrokowego; ropnym zapaleniu ciała szklistego. Mogą być również skutkiem krótkowzroczności, szczególnie degeneracyjnej, obecności guza wewnątrzgałkowego. Może je powodować także anemia oraz nadciśnienie tętnicze.

Inną przyczyną mroczków przed oczami może być retinopatia cukrzycowa, która wynika z uszkodzenia siatkówki oka spowodowanym długotrwałą cukrzycą. Temu procesowi może towarzyszyć stopniowe pogorszenie widzenia, zaburzenia ostrości widzenia, pogorszenie nocnego widzenia.

Mroczki przed oczami mogą mieć przyczynę w urazie oka, np. w wyniku obecności ciała obcego wewnątrz gałki ocznej.

Mroczki przed oczami, męty i błyski

Fot. iStock/Mroczki przed oczami

Mroczki przed oczami a błyski w oku

Jeszcze innym rodzajem zmian w polu widzenia są błyski przed oczami. Różnią się one zdecydowanie od pojawiających się mroczków. Są one charakterystycznymi zmianami, które najbardziej wyraźne są w przyciemnionym oświetleniu. Mogą mieć poważne przyczyny i wymagają jak najszybszej konsultacji okulistycznej. Błyski przed oczami mogą przybierać różną postać  i być spowodowane innymi czynnikami. Zaliczamy do nich:

Fotopsje

Przybierają kształt „błyskawic” i „zygzaków”, które można obserwować w czasie burzy. Fotopsje mogą przybierać bezkształtne rozbłyski  światła. Są efektem mechanicznego pociągania siatkówki przez przylegające do niej ciało szkliste. Fotopsje wywołane przez tylne odłączenie ciała szklistego są efektem naturalnego procesu starzenia się. Mimo wszystko pojawienie się takich objawów powinno skłaniać do szybkiej konsultacji okulistycznej.

Fosfeny (zjawiska entoptyczne) 

Mogą one wynikać z zewnętrznego ucisku na gałkę oczną lub szybkich ruchów oka. Mogą być one naturalnym zjawiskiem fizjologicznym, ale powodów ich pojawiania się może być więcej. Zaliczamy do nich np.:

  • zaburzenia ukrwienia,
  • niewydolność w układzie kręgowo-podstawnym,
  • zawał płata potylicznego mózgu,
  • działanie niektórych leków lub substancji psychoaktywnych,
  • nadmiernej wentylacji płuc,
  • wpływu pola elektromagnetycznego.

Iluzje fortyfikacyjne (teichopsje)

To bardzo charakterystyczne zmiany, kojarzące się z zygzakowatymi zarysami fortyfikacji. Teichopsje mogą się rozszerzać i przesuwać okrężnie w polu widzenia. Najczęściej towarzyszą migrenowym bólom głowy z aurą wzrokową lub aurze migrenowej bez bólu głowy.

Mroczki przed oczami, męty i błyski

Fot. iStock/Błyski w oku

Mroczki przed oczami i błyski — kiedy należy udać się do lekarza?  

Specjalistę należy odwiedzić gdy tylko zostanie stwierdzony problem. Jednorazowe pojawienie się mroczków przed oczami nie powinno niepokoić, ale ich stała obecność, rejestrowanie błysków, lub też pojawienie się innych objawów, powinny skłonić do wizyty u lekarza rodzinnego, który wyda odpowiednie skierowanie. W zależności od przyczyny mroczki przed oczami, męty i błyski mogą wymagać konsultacji okulistycznej, kardiologicznej, czy neurologicznej.


źródło:  www.mp.pl, www.przegladokulistyczny.pl 

Choroby Zdrowie

Jak odzyskać pieniądze od byłego partnera, czyli co można zrobić z długiem alimentacyjnym?

Redakcja
Redakcja
25 sierpnia 2021
fot. simpson33/iStock
 

Zbliża się koniec wakacji i dzieci za chwilę powrócą do szkół. Dla części z nich nie był to beztroski czas spędzony na wymarzonym wyjeździe. Dlaczego? Wielu „samotnym” rodzicom brakuje środków na zorganizowanie wakacji, ale także na finansowanie bieżących potrzeb związanych z wychowywaniem dziecka bądź dzieci. Powodem są długi alimentacyjne Polaków. Mowa o grupie 300 tys. osób, które zalegają z płaceniem na rzecz swoich pociech (grupa nawet 1,2 mln niepełnoletnich i jeszcze uczących się osób!) łącznie 13 mld zł[1]!

Co więcej, tylko w ciągu jednego roku zaległy dług wynikający z niepłacenia alimentów zwiększył się o pół miliarda zł[2]. Jednak te dane nie powinny załamywać rodziców. Odzyskanie przyznanych przez sąd pieniędzy jest niemożliwe i choć czasem może być to czasochłonne i przynosić dodatkowy stres, warto o to „zawalczyć”. Istnieje kilka sposobów na to, jak skutecznie domagać się od byłego partnera należnych środków.

Dług długowi nierówny, czyli dlaczego niepłacenie alimentów jest złe moralnie

Pocieszający jest fakt, że lista osób, które zalegają z długiem alimentacyjnym, skraca się – od zeszłego roku ubyło 3 tys. dłużników tego rodzaju – ale tempo tego procesu jest zbyt małe. Z KRD upływa tylko ok. 1 proc. alimenciarzy w skali roku[3]. Z pewnością w przyspieszaniu tego procesu nie pomaga korona-kryzys, który zmniejszył dochody Polaków. Według danych zebranych przez Intrum, problem ten dotknął aż 45 proc. naszego społeczeństwa[4].

– Zaleganie z płaceniem na czas rachunków czy rat kredytów jest negatywnym zjawiskiem, bo skutki zachowania nierzetelnych płatników odczuwamy wszyscy. Aby zrekompensować sobie brak wpływów, firmy i przedsiębiorcy podnoszą ceny oferowanych usług i produktów. Zatory płatnicze są jednym z głównych problemów naszej gospodarki. Z kolei unikanie obowiązku alimentacyjnego jest zjawiskiem, które jest po prostu złe pod względem etycznym i moralnym. Zdarza się, że partnerzy rozchodzą się w nieprzyjaznej atmosferze. Jednak rodzic, który ma nakazane przez sąd płacenie co miesiąc określonej sumy pieniędzy na utrzymanie swojej pociechy, nie może z tego faktu, czynić „wymówki” i uchylać się od swojego obowiązku, bo cierpi na tym przede wszystkim wspólne dziecko – komentuje Agnieszka Jarmołowicz, ekspert Intrum.

Gdy małżeństwo czy nawet nieformalny związek rozpada się i dziecko lub dzieci w praktyce zostają pod opieką jednego z partnerów, to jednak obowiązek utrzymania dziecka leży na obojgu rodziców (chyba, że w grę wchodzą inne ustalenia). Gdy ten z rodziców, na którym spoczywa obowiązek alimentacyjny, nie płaci zasądzonych pieniędzy, ciężar utrzymania pociechy dźwiga jedna osoba. Dla partnera, który sprawuje realną opiekę nad dzieckiem, może to oznaczać początek problemów finansowych. Niestety, w obecnej rzeczywistości, kiedy pandemia obniżyła dochody i siłę nabywczą niemałej grupy Polaków, nietrudno w nie popaść. Dlatego należy działać. „Samotny” rodzic może a nawet powinien podjąć konkretne działania, które pomogą odzyskać środki od byłego partnera.

Jak odzyskać zaległe alimenty, krok 1: negocjacje z byłym partnerem

Alimenciarzy nie ubywa, bo niestety w naszym kraju społeczne przyzwolenie na niepłacenie alimentów nadal ma się dobrze. Dla sprawiedliwości trzeba przyznać, że nie każdy rodzic, który uchyla się od tego obowiązku, robi to celowo. Z pewnością problemy finansowe wynikające z utraty pracy, choroby czy innych zdarzeń losowych utrudniają regularne przekazywanie środków.

– Mając świadomość tego, że powody niepłacenia alimentów mogą mieć różne źródło, pierwszym krokiem powinna być próba polubownego rozwiązania sprawy, co jest w interesie nie tylko byłych partnerów, ale przede wszystkim dziecka. Przedstawmy na spokojnie byłemu partnerowi fakty, czyli ile konkretnie wynoszą jego zaległości i wyznaczmy „nowy termin” zapłaty alimentów – radzi Agnieszka Jarmołowicz, ekspert Intrum.

Te osoby, które przeszły niełatwe rozstanie mogą w tym momencie skwitować: „łatwo powiedzieć…”. Nierzadko zdarza się, że po rozwodzie mamy utrudniony kontakt z eks-partnerem lub wcale nie mamy ochoty podejmować takiej relacji, co jest naturalne? Co wtedy?

– O pomoc w odzyskaniu zaległych alimentów możemy poprosić neutralną stronę, czyli np. firmę windykacyjną. Jest to tym bardziej wskazane, jeżeli rodzic zalega z płaceniem alimentów przez dłuższy czas i unika wszelkiego kontaktu ze swoim „wierzycielem” – w tym przypadku osobą sprawującą na co dzień opiekę nad dzieckiem – który z powodu braku otrzymywania alimentów, sam zaczyna mieć problemy finansowe. Co może dla nas zrobić ekspert z firmy windykacyjnej? Może podjąć się w naszym imieniu mediacji z dłużnikiem alimentacyjnym i wypracować z nim kompromis. Dzięki temu szybciej otrzymamy niezbędne środki na utrzymanie dziecka. Taki kontakt to także korzyść dla byłego partnera. Dzięki rozmowie z windykatorem może otrzymać pomoc w rozwiązaniu swoich problemów finansowych i szansę na uregulowania zadłużenia, zanim sprawa zostanie przekazana do sądu i w dalszej kolejności zajmie się nią komornik – dodaje Agnieszka Jarmołowicz, ekspert Intrum.

Jak odzyskać pieniądze od byłego partnera z pomocą komornika

A co robić, kiedy powyższe rozwiązanie nie pomaga i były partner unika płacenia alimentów przez dłuższy okres i co gorsze, musimy się zadłużyć, by sfinansować nawet najbardziej podstawowe potrzeby dziecka? W takiej sytuacji warto zwrócić się o pomoc prawną do kogoś (np. do kancelarii prawnej), kto ma doświadczenie w rozwiązywaniu podobnych spraw. Gdy takie działanie również nie przyniesie skutku, pozostaje nam oddanie sprawy do sądu i skorzystanie z pomocy komornika. Na czym ona polega?

Komornik działa na podstawie decyzji sądu mówiącej o nakazie zapłaty zaległych alimentów (bez tego tytuł wykonawczy), na podstawie której uruchamia egzekucję z majątku dłużnika. Takie działanie ma na celu odzyskanie zasądzonych środków. Warto wiedzieć, że komornik może zająć do 60% wynagrodzenia niepłacącego rodzica, by pokryć roszczenia „wierzyciela”. Niestety, niektórzy alimenciarze są świadomi tego faktu, dlatego ukrywają dochody lub przedstawiają w sądzie dokumenty, które nie opisują ich prawdziwej sytuacji zawodowej. Ale i na to jest sposób.

– W przypadku dłużników alimentacyjnych, którzy posiadają legalne zatrudnienie, wniosek o potrącenie wierzytelności alimentacyjnych zgodnie z tytułem wykonawczym możemy złożyć bezpośrednio u pracodawcy. Ten z kolei potrąca z pensji dłużnika zasądzoną kwotę. Tafia ona do osoby, która ma ustalone prawo do alimentów – zaznacza Agnieszka Jarmołowicz, ekspert Intrum. Uwaga! Pracodawca, który pomaga alimenciarzowi ukryć jego dochody lub pozwala na zatrudnienie „na czarno”, łamie prawo i warto o tym pamiętać.

Co jeszcze może zrobić rodzic, który staja się odzyskać zasądzone alimenty? Mając prawomocny wyrok sądu, nakazujący zapłacenie zaległych alimentów, można wpisać dłużnika np. do Krajowego Rejestru Długów. Każdy, kto widnieje na takiej liście, staje się niewiarygodnym kredytobiorcą w oczach banku i przez to będzie mieć nie tylko problem z zaciągnięciem kredytu, ale nawet z dokonaniem zakupów na raty. Każdy dłużnik alimentacyjny powinien być świadomy tych konsekwencji uchylania się od swoich obowiązków.

Jak złożyć wniosek o świadczenie z Funduszu Alimentacyjnego?

Niestety, bywa i tak, że egzekucja komornicza bywa bezskuteczna. Jeżeli taka sytuacja trwa dłużej niż dwa miesiące, rodzic, który sprawuje opiekę nad dzieckiem, może postarać się o świadczenie alimentacyjne. Prawo do wystąpienia o świadczenie ma jednak wąska grupa rodziców – osoby, które znajdują się w szczególnej trudnej sytuacji finansowej – dochód na jednego członka rodziny nie może przekraczać 900 zł (kwota na 2021 r.).

By otrzymać świadczenie z Funduszu Alimentacyjnego, trzeba złożyć wniosek w miejscowym ośrodku pomocy społecznej, urzędzie gminy lub miasta właściwego dla miejsca zamieszkania wnioskodawcy[5]. Trzeba być jednak świadomym, że skorzystanie z takiego wsparcia nie wyrównuje w całości wysokość zasądzonych alimentów, ponieważ maksymalna kwota świadczenia wynosi 500 zł miesięcznie. Pieniądze wypłaca gmina. – Co jest istotne – dług alimentacyjny nie zostaje automatycznie umorzony. Przykładowo, jeśli zasądzone alimenty wynoszą 1200 zł miesięcznie, to dłużnik alimentacyjny musi oddać Państwu 500 zł, a swojemu dziecku brakujące 700 zł. Co więcej, niespłacona kwota będzie z miesiąca na miesiąc narastać z powodu odsetek – podaje Agnieszka Jarmołowicz, ekspert Intrum.

Alimenty z funduszu alimentacyjnego służą więc zabezpieczeniu dzieci. Przysługują do ukończenia 18. roku życia lub do ukończenia 25. roku życia, jeżeli nasza pociecha kontynuuje edukację. Świadczenie jest przyznawane bezterminowo, jeżeli dziecko (a później dorosły) posiada orzeczenie o znacznym stopniu niepełnosprawności.

„Samotny” rodzic może z korzystać z wielu rozwiązań, by zmusić alimenciarza do zapłaty. Jednak zawsze warto zacząć od podjęcia prób negocjacji z byłym partnerem, bez potrzeby ingerencji sądu i komornika. Wtedy są szanse na szybsze odzyskanie zasądzonych pieniędzy i bez udziału dodatkowego stresu. Takie podejście pozwala również na uniknięcie powiększenia się istniejącego długu.


[1] Dane Krajowego rejestru Długów, maj 2021.

[2] Tamże.

[3] Tamże.

[4] Intrum, European Consumer Payment Report 2020, listopad 2020.

[5] Możliwe jest również złożenie wniosku poprzez platformę [email protected] Dokument musi zostać opatrzony bezpiecznym podpisem elektronicznym lub być potwierdzony przez profil zaufany ePUAP.


Choroby Zdrowie

Tomasz Karolak: Hejt bezpośredni mam generalnie w dupie. Boli mnie, że choć w Polsce spowodował już ofiary śmiertelne, nic się nie zmieniło

Redakcja
Redakcja
25 sierpnia 2021
Tomasz Karolak

– Jestem cały czas w działaniu, gram w filmach, serialach, piszę scenariusz, buduję teatr, teraz kolejny. Nie muszę sobie nic udowadniać, robię to wszystko z pasji, ale pewnie też „zasypując” jakieś swoje kompleksy. Niemniej rzeczywiście dobrze się czuję w tej energii. Skąd to we mnie jest? Nie mam pojęcia – mówi Tomasz Karolak w rozmowie o swoim najnowszym filmie „The End”, wyzwaniach, jakie stawia przed nim życie i wychowywaniu dzieci. 

Co cię nakłoniło do udziału w filmie „The End”?

Kiedy przeczytałem scenariusz, wydawał mi się przede wszystkim ciekawą formą. Nie było jeszcze filmu, który opowiadał o czasach pandemii i o tym, że grupa znanych postaci, chorobliwie uzależniona od bycia na świeczniku, postanawia wziąć udział w pewnego rodzaju grze, która się dzieje on-line. Siedzą przed swoimi komputerami w domach i na oczach widzów, którzy mogą to komentować, zaczynają grę, w trakcie której zostają obnażone ich słabości. Wszystkim steruje algorytm, co dla mnie jest osobiście najciekawszą sytuacją w tym filmie.

Dlaczego?

Między innymi dlatego, że od jakiegoś czasu sam jestem w podobnej sytuacji, kiedy dzwoni telefon, a ja odbieram, to słyszę: „Cześć, jestem Max czy tam Adam. Jestem sztuczną inteligencją. Dzwonię z banku” … Dla mnie to jest przerażające, ponieważ jestem człowiekiem, który długo opierał się technologii. Uwielbiam czytać książki, a pierwszy swój komputer kupiłem jakieś 15 lat temu. Do niczego nie jest mi ta sztuczna inteligencja potrzebna. I dalej uważam, że mógłbym obyć się bez smartfona i Instagrama. Mnie rozwój technologii przeraża, dlatego zdecydowałem się wziąć udział w tym filmie.

Naprawdę film powstawał w pandemii?

Tak! Na planie stosowane były wszelkie środki ostrożności, rok temu przystąpiliśmy do realizacji. Film dzieje się tu i teraz, nie jest to odległa przyszłość.

„The End” opowiada o świecie celebrytów, kłamstwach i hejcie. Uniwersalne tematy i pewnie nie są Ci obce…

Mimo że w filmie przedstawiony jest świat celebrytów, to podczas rozmowy w kuluarach, po premierze, jeden z lekarzy powiedział mi, że doskonale mógłby przyłożyć tę miarkę do swojego środowiska. A ja? Nauczyłem się nie brać tego do siebie, ponieważ bardzo często hejtujący załatwiają swoje kompleksy i sprawy osobiste. Dlatego hejt bezpośredni mam generalnie w dupie. Boli mnie, że choć hejt w Polsce spowodował już ofiary śmiertelne, nic się dalej nie zmieniło. Mało tego, nie mamy też kultury krytyki, a jeżeli już ktoś krytykuje, to często ta krytyka przepełniona jest zjadliwą złością. Z utęsknieniem czytam przedwojenne przedwojenne recenzje Tadeusza Boya-Żeleńskiego. Miały taką siłę i były tak inteligentne, że zespoły teatralne, czytając je, zmieniały przedstawienia, bo wierzyły, że to obiektywne spojrzenie pomaga je ulepszyć.

W filmie jest siedmiu bohaterów, z których każdy reprezentuje grzech główny. Jaki grzech reprezentuje twój bohater?

Mój bohater jest pyszny. Jest egocentrykiem, który ma kompleks zmarłego przyjaciela, który kiedyś nacisnął mu dotkliwie na odcisk. Reprezentuję pychę. Mam supermodelkę w domu. To jest chyba pierwsze zetknięcie się z filmową kamerą Sandry Kubickiej. Mam dom pełen luksusowych gadżetów i jestem zwykłym chamem, który uważa, że wie wszystko najlepiej. Oczywiście jego pycha bierze się z głębokich kompleksów, złości do świata i bólu. Ból jest zresztą obecny w każdym z bohaterów filmu.

 

Kadr z filmu „The End”

Ty w swojej pracy też spotkałeś się z przekroczeniem norm i granic ludzkiej przyzwoitości?

Raczej nie… Choć oczywiście doznałem pewnej niegodziwości ze strony znajomych, kiedy utraciłem pierwszą siedzibę teatru IMKA… Ten film też stawia pytanie ile można poświęcić siebie, żeby osiągnąć sukces, jaka jest cena ciągłego utrzymywania się na powierzchni…

Jaka jest twoja cena?

Nie wiem, nie dążę do tego, żeby być cały czas na powierzchni, mimo że jestem. Może dlatego jestem, no właśnie nie przywiązuję do tego zbytniej wagi? (śmiech) To, co ma do mnie przyjść, przyjdzie. Wierzę w to, że całe życie człowieka jest już zapisane i po prostu nie ma się co zbytnio denerwować. Chociaż wiadomo – ulegam pewnym emocjom. Jeśli chodzi o ważne rzeczy, to staram się, jak mówi Eckhart Tolle, odpuszczać. Nie jest to łatwa praktyka, ale staram się nie cisnąć, nie robić nic za wszelką cenę.

Co będzie z twoim teatrem?

IMKA nie przerwała działalności. Wystawiamy swoje spektakle na scenie warszawskiego Bemowa. Mogę również zdradzić, że razem z Jerzym Gudejko przygotowujemy się do otwarcia kolejnej sceny w centrum miasta. Co nas nie zabiło, to nas wzmocniło! Myślę, że w ciągu kilku miesięcy zaprezentujemy w Warszawie zupełnie nową salę teatralną, która od 16 lat „leży odłogiem”. Na Bemowie jesteśmy po pierwszej, bardzo udanej premierze tekstu Sławomira Mrożka „Kontrakt” z obchodzącym jubileusz Zdzisławem Wardejnem i Mikołajem Roznerskim, który łamie swoje filmowe emploi. Przygotowujemy również premierę na 10 września “Życie jest snem” Pedro Calderóna, a potem 2 października gramy „Rewizora” Nikołaja Gogola.

Twój filmowy bohater marzył, by zostać reżyserem. Ty w życiu prywatnym też planujesz zadebiutować jako reżyser?

Pandemia zatrzymała moje prace nad scenariuszem, ale on się szczęśliwie kończy już pisać. Jest to moja prawdziwa historia, która opowiada o tym, że dla niektórych ludzi do Boga jest bliżej w Skaryszewie niż w Rzymie. To jest tragikomedia, którą, mam nadzieję rozpoczniemy kręcić wiosną następnego roku. Jestem współautorem scenariusza, jedną z czterech postaci zagram sam. Jak już się rzucam to na bardzo głęboką wodę.  Cała historia opowiada o podróży z rodzicami i umierającym na białaczkę stryjem do Rzymu. Stryj żyje do dziś, cała sytuacja miała miejsce w 2006 roku.

Skąd bierzesz napęd do grania, dla teatru i jeszcze teraz na reżyserowanie?

Jestem cały czas w działaniu, gram w filmach, serialach, piszę scenariusz, buduję teatr, teraz kolejny. Nie muszę sobie nic udowadniać, robię to wszystko z pasji, ale pewnie też „zasypując” jakieś swoje kompleksy. Niemniej rzeczywiście dobrze się czuję w tej energii. Skąd to we mnie jest? Nie mam pojęcia. Myślę, że z poprzednich wcieleń. Uważam, że każdy, kto się wychowywał w komunie, powinien terapię przejść. Ja podczas tych spotkań dostrzegłem z przyjemnym zaskoczeniem, że psychologowie już używają nie tylko naukowych środków, ale też różnych metod z pogranicza duchowości, np. wizualizacji itd. Czasem sobie myślę, że ten mój napęd do działania może brać się z tego, że w przeszłym wcieleniu byłem templariuszem [śmiech] albo kimś w tym stylu. Cały czas walczyłem, wobec tego jest to dla mnie „naturalny sos”. Co ciekawe, jeden z moich tatuaży zrobiony przed laty zupełnie nieświadomie, bo nie zawsze byłem tak zainteresowany sferą duchową, to pieczęć templariuszy, czyli dwóch rycerzy na jednym koniu…

Przypadek?

Nie ma przypadków.

Jak chcesz chronić swoje dzieci przed trudnościami tego świata?

Moje dzieci od maleńkości podróżują, zwiedzają, oglądają zabytki, czytają książki. To jest ten pancerz ochronny, czyli rozwijanie ich moralności i świadomości istnienia na ziemi. Mam nadzieję, że te moje dzieciaki, jeśli mają rodziców, którzy są z nimi blisko, a dzisiaj mają, to potem same się uchronią. Nie zamierzam być ojcem, który im pokazuje, co mają robić, to nie jest w moim stylu. Mam świadomość, że dzisiaj musimy dać swoim dzieciom więcej czasu niż dajemy, bo my, którzy w życie zawodowe wkraczaliśmy w okresie prosperity lat 90., czyli całe pokolenie czterdziesto- i pięćdziesięciolatków, byliśmy lub nadal jesteśmy skupieni tylko na własnej karierze. Mamy w dupie nasze dzieci! Nasze dzieci męczą się w patchworkowych rodzinach, a my oczywiście przypisujemy temu gębę, że to jest wszystko w porządku, bo poukładane i rodzice się nie kłócą. Nie sądzę, że dzieci to odbierają aż tak dobrze, jak nam się wydaje. Wszystko potrafimy wytłumaczyć, wszystko potrafimy przekuć na swoje dobre samopoczucie. Staram być bardzo blisko dzieci obecnie od paru lat.

Wiesz już jakie przejawiają talenty i czy będą chciały pójść twoją drogą?

Lena zdecydowanie jest humanistką i artystką. Jest w liceum polsko-japońskim, gdzie uczy się na kierunku orientalnym. Interesuje ją kultura wschodu. Syn z kolei jest matematycznie uzdolniony, ma też talent muzyczny. Kiedy spytałem go, kim chciałby zostać w przyszłości, to powiedział: „Będę aktorem, chemikiem i youtuberem”. Może i idzie w moje ślady, ale skąd wziął tego chemika…?[śmiech].

Ty też właściwie jesteś człowiekiem orkiestrą!

Jestem człowiekiem, który nie potrafi usiedzieć w miejscu. Chociaż teraz, w pięćdziesiątej wiośnie życia coraz bardziej cenię sobie dom.  To jest wartość. Mam dziś dużą radość ze świadomego budowania tego, co się nazywam domem.

Martwią cię nowe technologie w kontekście wychowywania dzieci?

Trzeba się pogodzić z tym, że świat dla nowego pokolenia jest kompletnie inny. To nie jest pokolenie, które deliberuje nad drugą wojną światową i przejmuje się tym, co się wtedy działo. A szkoda i na szczęście ostatnio moja córka pytała mnie niedawno o Powstanie Warszawskie. Natomiast nie da się ukryć, że internet jest częścią ich świata. To już nie chodzi o to, że mają natychmiast odłożyć komórki czy komputery, bo tego nie zrobią, zakazany owoc zawsze smakuje lepiej. Myślę, że trzeba tworzyć równowagę do tej technologii i to my, rodzice, musimy się przede wszystkim na własnych dzieciakach skupić.

Śledzisz nowe trendy, znasz pasje swoich dzieci?

Moja córka i jej rówieśniczki są fankami anime i mang. Niektóre z nich są atrakcyjne kolorystycznie i świetnie zrobione ale jednocześnie są pełne przemocy. Moim zdaniem to może być niebezpieczna moda. Młodzież natychmiast utożsamia się z „nowymi bohaterami” do tego stopnia, że anime i cosplay, czyli przebieranie się za swoich ulubionych bohaterów, stają się jedynym ich zajęciem.

My też przecież mieliśmy swoich idoli…

Tak, to wszystko zastąpiło subkultury typu punkowcy, hipisi, metalowcy czy skini. Jednak w moim odczuciu ta nowa subkultura to potężna siła i bardzo łatwo się w tym zgubić. Może w zamyśle mangi miały uczyć tolerancji obyczajowej? Tymczasem nagle stało się tak, że młodzież chce żyć tak, jak bohaterowie mang i anime. I tu może pojawić się problem.

Jaką masz na to radę?

Rozmawiam ze swoimi dziećmi, rozmawiam i dalej rozmawiam. Nie ma dzisiaj innej drogi.


Zobacz także

Bolą cię różne części ciała? Ból w tych 11 punktach, to objaw zagadkowej fibromialgii

Rak jelita grubego - objawy

Rak jelita grubego – objawy, którch nie wolno ignorować

owoce

Gorąco i chce ci się ciągle pić? Jedz owoce i warzywa, które skutecznie nawodnią twój organizm