Zdrowie

Dlaczego, kiedy ludzie mówią, że boli ich brzuch, każdy współczuje? A gdy ty cierpisz, nie śpisz, boisz się, traktują cię jak wariatkę?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
10 października 2022
fot. Alpgiray Kelem/iStock
 

Jestem zła! Bo dlaczego ja dopiero w wieku 42 dwóch lat dostałam diagnozę? Dlaczego tak długo rodzice wmawiali mi, że taka moja natura? Dlaczego tak długo męczyłam się, myśląc, że jestem kobietą nadwrażliwą? A mnie, już jako dzieciakowi, w sytuacjach publicznych, np. w szkole przy tablicy, potwornie trzęsły się ręce. Nocą biło serce jak młot. Od zawsze w zasadzie zamartwiałam się najróżniejszymi myślami, a z nerwów nie mogłam spać. Od kiedy sięgam pamięcią – bałam się więcej, częściej i głębiej niż inni ludzie. Dlaczego, kiedy mówiłam bliskim, że nocą znów przekręcałam się z boku na bok, bo bałam się o przyszłość, słyszałam tylko: ”Daj spokój”, „Nie przesadzaj”? Dlaczego, kiedy ludzie mówią, że złamali nogę, to wszyscy im wierzą? Dlaczego, jak mówią, że boli ich brzuch, każdy współczuje? A gdy opowiadasz, że cierpisz, bo sama ze sobą nie dajesz rady, traktują cię pobłażliwie. Jakbyś udawała! Albo, co gorsze, jakbyś wariowała.

Jestem też smutna!

Uświadomiłam sobie, że przez blisko czterdzieści lat nikt o mnie nie zadbał. Przez większość dorosłego życia sama pozwalałam sobie cierpieć. Oczywiście wszystko mogę usprawiedliwiać niewiedzą. Nikt nie mówił wtedy o nerwicy lękowej, a depresja była wielkim wstydem. A ja nie chciałam nawet o niej pomyśleć, by nie czuć się przegrywem. Chodziłam więc do pracy, doświadczając anhedonii. Sunęłam stopami, krok za krokiem wśród jakby tekturowych dekoracji. Robiłam zakupy, prałam, wykonywałam inne pojedyncze kobiece czynności bez odczuwania grama radości. Wszystko wydawało mi się nieprawdziwe, obce. Ja sama wydarłam się sobie jakimś półzombie. Czułam, że muszę dawać radę, bo samobójstwo jest grzechem. Bo samobójstwo wymaga jednak kreatywnego przemyślenia konkretnych kroków. Bo ono w sumie też napawało mnie lękiem. Łatwiej więc było mi wegetować.

Jestem rozczarowana!

Tak wielu lekarzy, u których byłam, nie wpadło na pomysł, że mam nerwicę lekową. Nikt nigdy nie nazwał fachowo tego, co się ze mną działo. Pamiętam, że pewnej nocy wydawało mi się, że mam zawał – nie mogłam nabrać powietrza, drętwiała mi lewa ręka i wydawało mi się, że po prostu umieram. Pojechałam więc na SOR, a tam owszem wykonano mi wszystkie badania, ale od lekarki usłyszałam z przekąsem wypowiadane słowa: „Może jednak kierunek psychiatra?” i jeszcze pod nosem do pielęgniarki: „To jakaś wariatka!”.

Przyrzekam wam, że takie słowa budzą tylko jeszcze większy lęk i strach. A przede wszystkim potworny wstyd i poczucie winy. Kiedy to słyszysz, huczy ci w głowie myśl, że jesteś nienormalna. Myślę, że gdyby ta lekarka powiedziała kilka słów do mnie z empatią i jakimś promilem troski, a nie z krzywym uśmieszkiem, być może wcześniej poszłabym do psychiatry. A tak wróciłam do domu ze zdwojonym lękiem, że znów poczuję ten paniczny strach. Paranoja, prawda? Miałam też ogromne poczucie winy, że zawracałam głowę swoimi wyimaginowanymi problemami zaspanym dyżurującym i ciężko pracującym lekarzom.

A przecież ja realnie cierpiałam! Przecież przyszłam z objawami, które mnie totalnie demolowały. Potrzebowałam pomocy, tyle że lekarze nie dali mi nawet recepty na głupie tabletki na uspokojenie, nie zasugerowali, że być może przeżyłam atak paniki, że może mam nerwicę lękową albo depresję. To wszystko są prawdziwe choroby, o których musieli uczyć się na studiach. Na pewno nie przyszłam tam po złośliwości i krzywe uśmieszki.

Jestem przejęta!

Bo dziś z troską mam ochotę przytulić samą siebie. Za te wszystkie chwile, kiedy jako dziecko wypinałam chuderlawą pierś do przodu, by tylko nikt nie zauważył jak bardzo boję się mówić publicznie. Albo za to, kiedy w pracy wymyślałam najróżniejsze wymówki, by wymigać się od lunchów biznesowych, by nikt nie zauważył, jak drążą mi się dłonie. Chcę pogłaskać siebie po głowie za to, że byłam tak naiwnie pilnym pracownikiem i nie brałam zwolnień lekarskich, gdy już psychiatra zdiagnozował u mnie depresję lękową i nerwicę. Chcę być dla siebie czuła za to, że po ataku paniki czułam się zdewastowana fizycznie i psychicznie, a jednak podnosiłam się z łóżka i szłam na zebranie z szefem. Biedna ja!

Dziś mam ochotę powiedzieć sobie: „Kochanie, świat nie zawali się, kiedy położysz się na dwa dni do łóżka. Nikt nie ma prawa cię oceniać. Zawiń się w ciepłą kołdrę. Pozwól powiekom opaść i spróbuj się wyspać. A potem napij się ciepłej herbaty. Kochanie, nie musisz być dla siebie taka surowa!”

Jestem mądrzejsza!

Ponieważ poszłam na terapię i mam dobrze ustawione dawki leków. Mam też wiedzę, która pomaga mi funkcjonować na co dzień. Wiem już, że zamartwianie się to nie jest taka przypadłość charakteru. Notoryczne zamartwianie się to nerwica lękowa. To nie wariactwo! To choroba! Wiem, że nie pozbędę się lęku na zawsze. Ale jednocześnie już umiem z nim żyć. Kiedyś mądry terapeuta powiedział mi, że gdybyśmy pozbyli się lęku, to pewnie skakalibyśmy z okna na ulicę, zamiast korzystać z windy. Bo skok wydawałby się nam szybszy i optymalny.

Dlatego zdrowy lęk wszystkim nam jest jest potrzebny. Do tego wytrenowany jest nasz mózg. Kiedyś po prostu najskuteczniejszą obroną przed niebezpieczeństwami była umiejętność przewidywania zagrożeń. Taka osoba w plemieniu była uważana za przewidującą przyszłość, z nią można było wielu trudnych sytuacji uniknąć. Dziś nasze mózgi często więc biegną w stronę rozmyślań. Zwłaszcza że bodźców do snucia czarnych scenariuszy obecnie nam nie brakuje: bo wojna, pandemia, inflacja.

Jestem zaradna!

Dziś, kiedy nocą wkręcają mi się w głowę straszne myśli, potrafię już je odróżnić od realności.

Powtarzam sobie: „Myśli to nie fakty” albo „Jutro to zmartwienie wyda ci się trywialne”, albo „Jeśli teraz się martwisz, to gdy najgorsze nadejdzie, nie będziesz miała siły, by działać, bo się wykończysz”. Potrafię już zatrzymywać galopującą nerwicę.

Jestem waleczna!

Chcę powiedzieć dziś wszystkim kobietom, by nie dały sobie wmówić, że są wysokowrażliwe. Że taka ich uroda. Że są pesymistkami lub czarnowidzkami i powinny myśleć bardziej pozytywnie. Że mają delikatną osobowość. Nerwica, depresja, ataki paniki to są choroby, które trzeba leczyć jak potrzaskane kolano, czy bolące gardło. Bez wstydu! Bez poczucia winy, że lekarz przepisuje na te choroby zwolnienie z pracy. Proszę, zadbajcie o siebie, tak jak na to zasługujecie. Uwierzcie, bo nikt za was tego nie zrobi.

 

 


Zdrowie

Wchodzę pod prysznic i myję newralgiczne punkty. Czeszę włosy tylko z przodu. Tak, to depresja! Pomożesz mi jakoś?

Listy do redakcji
Listy do redakcji
10 października 2022
Fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Od kilku dni czai się. Jeszcze wstaję z łóżka. Ale wieczorami wszystko kumuluje się w mojej twarzy. Mam napięte mięśnie w okolicach policzków. Zdrętwiałe. Moje oczy patrzą w jeden punkt. Usilnie staram się, żeby nie wprowadzać gałek w jakiś niepotrzebny obrót. Najlepiej mi jest, jak patrzę w jakąś kropkę na ścianie i pozwalam swoim myślom gdzieś ulecieć daleko. Jakby mnie nie było. Oto moja depresja!

Nie mogę dopuścić do tego, by moje oczy przemieszczały się po konturze przedmiotów, bo wtedy istnieje niebezpieczeństwo, że wybudzę się z tego błogiego letargu. Więc kładę się na boku i zamieram. Ludzie mówią mi: „Słuchaj swojego organizmu, on ci podpowie, co robić”. Dobrze, więc – kurwa – niech mój organizm zapadnie się w ten niebyt. Widocznie, tego potrzebuje. Ale po chwili czuję, że pod tym wszystkim kryje się moja niewysłowiona złość.

Depresja. Czuję, że potrzebuję krzyczeć.

Kiedy inni w depresji obmyślają samobójstwo, ja resztkami sił obmyślam więc strategię wydania z siebie krzyku. Moja wersja najprostsza: mogłabym zadzwonić do przyjaciółki i powiedzieć: „Kochana, weź mnie w samochód i zawieź gdzieś do lasu. Tam będę krzyczeć, a ty będziesz mnie ubezpieczać, by ludzie (ci, co ewentualnie będą akurat przechodzić) nie pomyśleli, że kompletnie zwariowałam”. Ale ja dziś nie mam absolutnie sił na ten telefon do koleżanki. Zbyt wiele energii kosztuje mnie kamuflowanie mojego stanu. Trzeba odkurzyć. Trzeba ugotować, by dzieci się nie zorientowały.

Im dłużej jednak odwlekam chwilę, w której sobie krzyknę z głębi piersi, tym bardziej wydaje mi się, że ten krzyk będzie jakiś nieprawdopodobnie głośny, że obudzi jakieś podziemne duchy, że coś wypełznie spod gleby. Dlatego milczę! Boję się go. Może więc krzyknę w poduszkę i spróbuję stłumić ten dźwięk jej pierzem. Ale czy o taki krzyk mi chodzi?! Zduszony? Czy on mi pomoże odetchnąć i wyrzucić z siebie cały ten skłębiony żal do siebie, do losu, do świata… ? Chyba nie! Więc rezygnuję i znów unieruchamiam wzrok. Byleby tylko patrzeć w jeden punkt. Takie zamieranie najbardziej mi teraz pomaga.

Od dawna nie byłam pod prysznicem.

lęk, depresja

fot. nikkimeel/iStock

Omijam wodę jak nastoletni chłopiec z wodowstrętem. Wchodzę pod prysznic i myję tylko newralgiczne punkty. Czeszę włosy tylko z przodu, bo myśl, że miałabym umyć tę kotłowaninę matowych kłaków mnie przerasta. Tak, oczywiście, że wiem, co się ze mną dzieje. Tak właśnie wygląda depresja kobiety po polsku. Byłaś kiedyś w takim miejscu?

Dziś pojechałam do supermarketu. Kupiłam niewiele, bo niewiele jestem w stanie unieść i wdrapać się z siatką po schodach na piąte piętro. Cztery może pięć produktów. Sił coraz mniej. Mijając wystawy sklepowe, zobaczyłam siebie w odbiciu lustra. „Boże, a co to za okropna baba. Jakaś baba bez energii. Jakiś człowiek–klocek. Włosy straszne. Twarz napięta. To nie jestem ja!”, pomyślałam. A potem spytałam siebie: „To gdzie ja jestem?” A potem kolejna myśl: „Może zaczynam świrować?” I jeszcze kolejna: „Nie przyznawaj się do tego nikomu!” A po chwili refleksja: „Ludzie, jak dowiedzą się, będą cię traktować jeszcze gorzej, jak jakiegoś zwałka”.

Kolejna myśl: „A może ja jednak jestem w stanie wydobyć się z tej depresji? Wystarczy uczesać włosy (nie tylko z przodu), umyć się, ubrać, gdzieś wyjść do ludzi. Przykleić uśmiech”. Czy ktoś kiedyś był w tym stanie? Czułaś coś podobnego? Pomożesz mi?

Depresja. Czy stało się coś, co ściągnęło mnie do pozycji horyzontalnej wegetacji?

Stało się! Ale czy ja mam siłę, by o tym opowiedzieć? To długa historia, której się wstydzę. Od dwóch lat nie mam alimentów na koncie. Od dwóch lata walczę z dzieciakami na froncie, by wszystko popłacić, podpinać. Wchodzę do tramwaju i modlę się, by dojechać w dwadzieścia minut, bo to najtańszy bilet. Jeśli jest korek, po dwudziestu minutach wysiadam i idę przystanek lub dwa. Wmawiam sobie, że to dobrze, że dla zdrowia. Prawda jest taka, że chcę oszczędzić złotówkę. Absurd! Bo co dziś znaczy złotówka? Nie mniej to robię i od razu karcę się w myślach: „Idiotka!” Nie, proszę tylko nie piszcie mi tu, że jest komornik, że są jakieś zapomogi. Wszystko, co oferuje samotnym matkom polskie prawo, zrobiłam. Nie przyniosło skutku!

Dziś powiedziałam koleżance: „Chciałabym, żeby umarł”. Skończyłaby się wtedy ta moja do niego wieczna pielgrzymka petenta: „Proszę zapłać” i jego odbijana piłeczka: „Spierdalaj, nie mam”. Dziwicie się, że czuję się jak zero? Nie chcę już o tym opowiadać koleżankom, bo nikt tego nie rozumie. Słyszę od nich słowa, które mnie tylko dobijają. „Jak możesz mu życzyć śmierci, to prymitywne!” I potem obracam tylko nocami te słowa w mojej głowie. Patrzę w jeden punkt. Fajnie, to tak mnie widzą inni ludzie. W sumie nie dziwię im się.

I jeszcze do tego ten okropny obraz, który widziałam dzisiaj w odbiciu lustra w supermarkecie. Tak widziałam tę babę. Faktycznie prymitywna. Wygląda jak klocek bez sił, bez energii i uśmiechu. Ma twarz wykrzywioną, brudne włosy. Nic dziwnego. Byłyście kiedyś w tym stanie? Pomożecie mi jakoś?



Zobacz także

10 postaci bólu brzucha, które powinny skłonić cię do wizyty u lekarza

20 sygnałów od ciała, że brakuje Ci jakiegoś składnika odżywczego

Czy usunięcie macicy jest konieczne? Warto pytać…!