Psychologia

„Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Przestałam ratować wszystkich wokół”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 grudnia 2021
fot. kupicoo/iStock
 

Pokochać siebie. Co to znaczy? Określenie enigma, które przeżywa prawdziwy renesans i to już kolejny raz. No to rozbierzmy to określenie jak skórkę z banana, powolutku i bez nadgryzania trującej końcówki.


Ten termin sama „rozgryzałam” przez kilka lat. Różni „nauczyciele duchowi” szafowali i popisywali się  tym określeniem i w rozmowach przede mną, robiąc przy tym zdziwione oczy i śmiejąc się mi prosto w twarz dlaczego ja tego nie rozumiem. Nie rozumiem, bo nikt w domu o tym nie mówił i w szkole nikt nie uczył. Jak to „pokochać siebie”? Czy to znaczy dostawać orgazmu na widok samej siebie w lustrze, być narcyzem, egoistą, brać tylko dla siebie?

Przecież zawsze było mówione, aby nie poświęcać sobie zbyt dużo czasu, bo wtedy tylko głupoty w głowie. Nie patrzeć zbyt długo w lustro, bo diabeł się pokaże. Przedkładać pracę i poświęcanie się dla innych, bo tak każe religia i zwyczaj społeczny. Ważniejsi są inni niż my. Tylko, że wtedy stajemy się robotami, które już nie pamiętają o nas samych. Nie widzą, nie słyszą, nie czują. Nie mamy nawet pięciu minut aby posiedzieć sami ze swoimi myślami. A gdy nawet usiądziemy, to czas wolny zaczyna nas uwierać. Przychodzą do nas męczące myśli, lęki i strachy, które próbujemy ogarnąć lekami, alkoholem lub innymi używkami, lub też niekończącymi się telefonami do znajomych. Bo cisza i samotność bolą. Właśnie to są oznaki
braku miłości do siebie i niechęci do posiedzenia sami ze sobą.

Zobaczyć siebie.

Mamy teraz epokę zmieniania, udoskonalenia swojego wyglądu. Często są to inwestycje, które zmieniają naszą fizis do stanu, który jest nie do rozpoznania i to dla nas samych jak i dla innych. Idziemy za trendami i przemodelowujemy swoje ciało i twarze stając się kolejnymi klonami, których setki na Insta i Fb. Ale czy o to chodzi?

„Nie możesz udawać wieku, który udajesz”. Siwe włosy i bycie po „50” nawet dla nich są tabu!

Zobaczenie siebie, to zaakceptowanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Pokochanie siwych włosów, czasem ich braku, zaakceptowanie zmarszczek, fałdek. Zobaczenie siebie ukochanymi oczami. Tak jak potrafi popatrzeć na swoje dziecko matka. Często się dziwimy, że matka z takim zachwytem patrzy na urodzone dziecko, kiedy jest całe różowiutkie i pomarszczone. A to właśnie chodzi o ten zachwyt i ukochanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Bez względu na wiek. Bezwarunkowo. A nie dążenie do ciągłej perfekcji. Czy uważacie, że ciągłe „podrasowywanie siebie” dla partnerów, koleżanek przyniesie nam miłość i wzrok wiecznego zainteresowania? Może i tak. Na chwilę. Bo partner czuje czy mamy własną pewność siebie, wiarę w atrakcyjność. Jeśli nam tego brakuje i żyjemy w ciągłym strachu o kolejną zmarszczkę, to on i tak to wyczuje. Na pewno znacie kobiety, które ideałem nie są, a przyciągają rzesze mężczyzn. To właśnie to! Poczucie seksapilu, własnej atrakcyjności, uznania siebie jako niepowtarzalnego cudu i wyjątkowej osoby. Nie porównywania się do innych i wpisywania się w
masę klonów.

Nie uważacie, że kiedyś to mężczyźnie się znudzi? Pomyli Was z inną koleżanką? A przecież twarzy i zmian się nie cofnie. Kiedy ostatnio stanęłyście nago przed lustrem i obejrzałyście siebie z miłością? Czy powiedziałyście sobie, patrząc w oczy w lustrze, że kochacie siebie, jesteście sobie wierne i nigdy siebie nie opuścicie? Dajemy takie przysięgi obcym ludziom a sobie nigdy. Bierzemy udział w ciągłym maratonie piękności. A dla kogo?

Postawić siebie jako priorytet.

Ostatnio zadano mi parę pytań odnośnie mnie samej i moich związków. Związków z partnerami, rodzicami, przyjaciółmi, rodziną a przede wszystkim ze samą sobą. Dzisiaj zadaję je Wam i ciekawa jestem co się u Was w głowie wydarzy ? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec siebie? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec innych? W jakim stopniu oszukujesz siebie? W jakim stopniu dajesz się oszukiwać? W jakim stopniu jesteś przekonana, że dobro innych jest ważniejsze od Twojego dobra? W jakim stopniu poświęcasz się dla innych/kogoś/czegoś? W jakim stopniu masz lęk przed załamaniem się Twojego systemu wartości w momencie słabości lub sytuacji trudnych?

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Te pytania i odpowiedzi na nie określają Twój portret miłości do siebie. Ile to razy przymykamy oczy na sytuacje, których nie chciałyśmy widzieć. Udajemy, że nie słyszymy słów które nas bolą i dotykają.

Uczą nas aby nie zwracać uwagi i iść dalej, a ten bałagan którego doświadczamy kotwiczy się w nas, niszcząc nas powolutku od środka. Jest jak robaczek, który z małej komóreczki dorasta do robala, który zżera nas od środka, a my go uciszamy. To powiem tak. Ten robal kiedyś wyjdzie, jak nie w momencie napięcia czy awantury gdzie go wykrzyczymy, to może wyjść w postaci choroby. Co z nim zrobicie i jak będziecie postępować zależy od was. Mówi się, że prawda nas wyzwoli. Tak właśnie jest.

Prawda, która dla wielu będzie niewygodna i może spowodować, że zostaniemy same. Ale na krótko. Na to miejsce przyjdą inni ludzie, bardziej wartościowi i nie chodzi o ilość a o jakość. Często przedkładamy dobro innych nad nasze dobro. Nie dojadamy, oddajemy innym nasz czas, pieniądze, rezygnujemy z marzeń, planów, miłości, bo nie wypada aby myśleć tylko o sobie. Żyjemy życiem dzieci i innych, zamiast swoim. Przeżywamy czyjeś problemy zamiast skupić się na sobie. A jaki masz wpływ na życie i decyzje innych? Żadne. To powiedz ile to poświęcanie swojego życia dla innych jest warte? Jak długo chcesz być robotem na usługach innych? Co z tego masz i ile dla siebie? Ile z tego co robisz dla innych zwraca się Tobie?

Może warto zrobić taki rachunek zysków i strat. Zobaczyć czy chociaż wychodzi na zero. Masz odwagę to zrobić? Uczciwość wobec siebie jest najważniejsza. To jest właśnie miłość własna, pokochanie siebie. Bo bronię siebie i swoich potrzeb. I zaprzestanie używania słów „muszę, trzeba, tak należy”, a zamiana na „CHCĘ!”. Świadome CHCĘ. Jak to zrobić? Nie trzeba się w sobie zamykać i być opryskliwą. Można to w miły i ciepły spokój wyjaśnić i powolutku uczyć się stawiać granice. Jeśli nas ktoś o coś prosi to nie od razu przytakiwać i
biec, a zastanowić się czy mamy na to czas, chęć i co z tego nam przyjdzie? Czy nie lepiej ten czas poświęcić dla siebie lub dla rodziny. Czy potrzebuję tego aby mnie i moją energię tracić na problemy znajomych, fochy szefa, konflikty rodzinne? Niech każdy odpowiada za siebie. Sam sobie rozwiązuje problemy, które namotał. Dla nas ważne jest nasze zdrowie i realizowanie swoich priorytetów.

Wypisz sobie lub zrób mapę marzeń. Czego pragniesz i to nawet tego najbardziej niemożliwego. Narysuj, napisz, namaluj, wyklej ze ścinków gazet, zobacz ile czasu inwestujesz w innych a nie w siebie.

Jest koniec roku. Czas podsumowań. Rok temu przed Sylwestrem zrobiłam własną mapę marzeń. Pierwszą w życiu. Moja mama zajrzała mi przez ramię i nie mogła się nadziwić, a przede wszystkim odwadze marzeń. Co na niej było? Miłość, pragnienie pisania, stworzenie własnego biznesu, podróże, uwierzenie w siebie i wykorzystanie własnych talentów, upomnienie się o swoje co inni mi zabrali.

Minął rok. To był rok niezwykłych zmian (numerologiczny rok 5). Zmiany działy się szybciej niż ja je ogarniałam i życie pchało do przodu, i w różne zakątki, których się bałam, a mimo wszystko chciałam się z nimi zmierzyć. Zaczęłam pisać i to sama. Nigdy tego nie robiłam i bałam się jak będę oceniona. A tu się spodobało, czego dowodem są statystyki. Dziękuję wam wszystkim za wspaniałe komentarze i inspiracje. Do tego stworzyłam dwa swoje biznesy. Pierwszy raz w życiu.

Jeden z potrzeby serca www.inkubatortwojegosukcesu.pl oraz komercyjny z potrzeby „wyżycia się mojej męskiej energii” – budowlanka. Spotkałam wspaniałego mężczyznę, który mnie do tego zainspirował i inspiruje mnie na co dzień, akceptuje taką jaką jestem i kocha. Sporo ludzi odeszło z mojego otoczenia, pojawili się nowi, którzy są jak najlepsze kolektory energii. Upominałam się o swoje racje i rzeczy, które mi zabrano. Poszłam po sprawiedliwość do sądu. No i najważniejsze. Pokochałam siebie. Przestałam gonić za swoją perfekcją, udowadnianiem swoich racji, pouczaniem, szarpaniem, że musi być tak i koniec.

Przestałam czekać aż coś samo się wydarzy, odmieni. Wzięłam życie w swoje ręce i też powiedziałam czego chcę i jak chcę. Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Zwolniłam tempo i przestałam ratować wszystkich wokół. Pozwoliłam żyć ludziom swoim tempem i potrzebami, odcięłam się od tego, co mnie męczyło i powodowało, że brałam problemy innych na swoje barki. Też aby dojść do tego stanu mocno to odchorowałam i też miałam wiele chwil zwątpienia. Ale warto! Pokochajcie siebie, doceńcie. Jesteście wyjątkowi i niepowtarzalni.

Trzymam za Was kciuki.


Psychologia

Święta już nie łączą, a dzielą. Zamiast więzi mamy aspołeczność

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
17 grudnia 2021
fot. iStock
 

Święta, szczególnie te bożonarodzeniowe, to taki czas, kiedy nie chcemy być sami, kiedy zapraszamy bezdomną osobę, bo jest jeden dodatkowy talerz dla strudzonego i niezapowiedzianego gościa. Kiedy chcemy być dobrzy i mili dla wszystkich, bo przecież rodzi się nasz Zbawiciel i od tego momentu wszystko może być lepsze i piękniejsze.

Od dwóch lat święta wyglądają inaczej niż kiedyś. Już nie łączą a separują, bo każdy boi się zarazić, a seniorzy są szczególnie są w tym czasie chronieni. Zamiast więzi rodzi nam się aspołeczność. To tyle tytułem wstępu, bo dzisiaj chcę napisać właśnie o rodzinie przy stole. O tej świętej rodzinie z urodzenia i więzów krwi vs ta którą sobie sami możemy wybrać.

W Polsce mamy zwyczaj „zastaw się a postaw się”. Ma być tak, aby oko zbielało i czy nas na to stać czy nie. Stół ugina się od ilości jedzenia, w tv kolejny raz Kevin, choinka napchana prezentami. Jest godnie i nieskromnie. Gdzieś słyszałam, że w Finlandii na śniadanie świąteczne podaje się owsiankę. Taką zwykłą i do garnka wrzuca się jednego migdała. Kto go znajdzie w swojej miseczce temu spełnią się życzenia. Wyobrażacie sobie to w Polsce? Podać rano owsiankę i szukaj sobie migdała? Obgadywania nas i posądzania o skąpstwo byłoby na lata😊.

A jednak kraj bogatszy patrzy bardziej racjonalnie i życzliwiej na święta, niż biedny kraj jakim my jesteśmy a jednak szarpiący się na bogactwo, nawet idąc po pseudopożyczki. Bo Święta! To tyle o naszej obłudzie finansowej i ambicji aby innym się buźki pootwierały. Nie robimy przecież tego dla siebie a dla innych. To dla nich ten spektakl.

Podobnie jest z rodziną zapraszaną na święta. Często się zmuszamy do relacji rodzinnych, do których już nie mamy serca, a godzimy się bo tak wypada. Bo tradycja i zobowiązania. Niby jesteśmy w rodzinie i przy jednym stole a czujemy się samotni. Z żalu i bólu za różne przykrości jakie doznaliśmy od rodziny, ość nam w gardle staje, a żołądek podchodzi pod gardło.

Zazwyczaj pierwszy dzień świąt jest w miarę, bo się dawno nie widzieliśmy, jeszcze nas trzyma gorączka zakupów i przygotowań, jeszcze ten pęd prezentów. Drugi dzień już zaczyna się oddech i słuchanie co inni mówią, jak wyglądają i co robią. Zaczynają nam się przypominać rożne obrazy z dzieciństwa i sytuacje. Zaczynają zaczepki i złośliwe checheszki. W końcu wuj wpada pijany sałatkę jarzynową, babcia załamuje ręce, że jakie to życie jest marne, a nasza matka mimo że jesteśmy już po 40. poucza nas jak się zachować przy stole i co mówić, komentuje smaki potraw i wtrąca się do wszystkiego. Ojciec siedzi i nic nie mówi, obrażony i niedostępny.

I myślisz sobie, że za rok gdzieś wyjedziesz daleko i nie będziesz już więcej brać udziału w tej szopce. Dlaczego mam taką rodzinę, że wkurw łapie i wstyd?

Na poziomie metafizycznym sami wybieramy sobie rodziców. Co mamy do przerobienia ze sobą w życiu, to oni nam pokazują. Większość z nas ma rodziców takich, którymi sami nie chcemy być. Mają cechy i zachowania, które są dla nas nie do zaakceptowania, a miłość bezwarunkowa jest im nieznana. Gdzie doradzają nam i wychowują tak jak ich wychowano, czyli z ich poziomu bólu, doświadczeń, miłości zwanej „miłością”. I nie umieją inaczej wyjść poza swoją strefę komfortu. Często nie rozumieją naszych pretensji i oczekiwań, rozczarowań z czasów dzieciństwa, które rzutują na nasze życie i związki dzisiaj.

Pamiętaj, ty też jesteś kimś, o kogo warto się zatroszczyć. Bądź dla siebie dobra

I właśnie siedząc przy tym wielkim stole, te wszystkie pochowane urazy zaczynają się ulatniać niczym siarkowodór z kraterów na Islandii. Święta kończą się awanturą, a w głowie mamy już milion pomysłów na szybką ucieczkę i tą fizyczną, i tą mentalną. Byle dalej od rodziny. Oczywiście uczymy nasze już dzieci szacunku do dziadka i babci, do starszego pokolenia, ale co z tego kiedy sami tego respektu nie czujemy.

Dlatego, idąc tą ścieżką leśną, gdzie śnieg radośnie chrupie pod butami, mam pytanie. A dlaczego nie możemy spędzać świąt z rodziną, którą my kochamy? Czyli z ludźmi, z którymi nie zawsze łączą nas więzy krwi a połączenie duchowe, zrozumienie i empatia. Ludźmi, którzy nawet gdy nic nie mówimy słyszą nas bez względu na odległość. Dlaczego zmuszamy się do utrzymywania kontaktów z rodziną, która nas obmawia, narzeka, krytykuje, która w chwilach naszych słabości i potrzeb zatrzaskuje nam drzwi przed nosem. I powodów jest sto: bo jesteśmy niezaszczepieni, mamy partnera, który nie jest na miarę oczekiwań rodziny, nie jesteśmy gwiazdami w rodzinie jak nasze rodzeństwo lub kuzynostwo. To dlaczego zmuszamy się do czegoś co nam nie służy i to dlatego, bo tak jest nakazane przymusem społecznym i nakazami?

Dlaczego tych pieniędzy, które co roku wydajemy na prezenty i tonę jedzenia, nie przeznaczyć na uświęcenie świąt własnym szczęściem i potrzebami?  A może święta w samotności nie muszą oznaczać wyklęcia z rodziny i znajomych, poczucia się ofiarą nieszczęścia i parszywego losu, a świetnym czasem tylko dla nas. Gdzie się wyśpimy, zadbamy o siebie, zrobimy to na co mamy ochotę i to bez brzęczącego telefonu, sztucznych umizgów i koniecznością bycia miłym. Ot takie grudniowe wakacje tylko dla nas.   Trzydniowe party w piżamie aby odpocząć i naładować baterie, lub gdzieś wyjechać. Co wy na to? Nowa świecka tradycja, a jednak już za granicą coraz bardziej popularna. My home is my castle.

Bo gdyby się tak zastanowić, to fakt, że rodzina nas nie chce, to nie dlatego, że jesteśmy „ułomni”, że coś z nami nie tak, to oni w swojej „prostocie” nie są w stanie nas zrozumieć, przyjąć światła i inności poglądów i zapatrywania się na świat. To my jesteśmy już lata świetlne w świadomości wyżej, a oni ciągle siedzą na swoim parterze i nie chcą z tego zaduchu wyjść. Czy ratować ich? Nie. Dopiero kiedy o to poproszą. Uświadamianie na siłę i tłumaczenie siebie, to tylko strata swojej energii. Efektem końcowym będzie, jak zawsze, machnięcie na nas ręką lub pokątne podśmiechujki.

No i co z tego? Nie zmuszajmy się do śmiechu przez łzy, a żyjmy zgodnie z naszymi potrzebami radości i miłości szczególnie w Święta.

Wesołych Świąt, Kochane 😊.


Psychologia

Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
26 listopada 2021
fot. Rhett Wesley/Unsplash

Która się z was przyzna, ile razy była u wróżki? Wyciągnęła ostatnie pieniądze, aby dowiedzieć się jaki jest jej los i jak go odmienić? Kiedy przyjdzie do nas właśnie TEN i czy to jest na pewno ON? Co będzie i jak będzie?

Znam takie, co wydają ostatnie i irracjonalne pieniądze na wróżki, teleporady, wskazówki, aby wiedzieć, co z tym życiem? No i co?

Kiedy wyjdzie nie po naszej myśli to już się martwimy, układamy czarne scenariusze i złorzeczymy na dobrą wróżkę. Kiedy wychodzi, że nas zdradza to już knujemy zemstę i za drzwi. A kiedy pojawia się ON to już robimy wszystko aby to był właśnie ON, bez względu na to co się dzieje i jakie sygnały dostajemy z wewnątrz i zewnątrz.

Popatrzcie ile podejmujemy decyzji poprzez słowa i porady dane przez kogoś kogo nawet nie znamy.

Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że ma super wróżkę. Że do niej tłumy się ustawiają i że bardzo celnie przepowiada. Powiem szczerze – ezoteryka zawsze mnie przyciągała. Nawet kiedyś sama stawiałam karty i gdzieś dotykałam tarota. I tak obok tych dobrych i zabawy pojawiły się też negatywne doświadczenia.

Kiedyś poszłam do bardzo znanego, pracującego dla najlepszych polskich pism kobiecych, astrologa. Tyle mi naopowiadał i to takich rzeczy, że wyszłam totalnie załamana. Moje życie legło w gruzach i jedynym pomysłem to był skok do Wisły. Przepłakałam całą noc i to w ciężkiej histerii. Mój wtedy partner pocieszał mnie, że to głupoty – łatwo mu było kiedy wszystko co złe było o nim, a ja przecież go kochałam. Z dzisiejszej perspektywy z owych wróżb nic się nie sprawdziło. Życie się fajnie ułożyło, a mój partner został moim mężem, mimo że miał mnie zdradzić i zginąć.

Drugi przykład to właśnie polecana wróżka. Cudowna i przemiła kobieta. Od razu była nić porozumienia. Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON. No już nie mąż pierwszy, a że będzie jako drugi. Miłość do końca życia. Na dobre i na złe. A do tego biznes życiowy z kobietą, która jest moją przyjaciółką. Ba! Ja już ją poznałam. Mnóstwo pieniędzy.

Otóż bardzo w to uwierzyłam. Owszem jakiś „on” się pojawił i zabrzmiał jak „on”, włączający wszystkie najlepsze, a z czasem najgorsze instynkty. Wszystko się w głowie zaczęło układać w całość. Tak! To prawda! Gdy, po kolejnej awanturze z „miłością nową życia”, przyszłam do tej samej wróżki, pożalić się że coś jest nie halo, była zaskoczona i zasmucona. „Dlaczego coś się miedzy Wami zadziało i dlaczego tak źle?”. No a wcześniej w kartach tego nie było? Będzie dobrze tylko trzeba to, to i tamto.

Był to najgorszy związek w życiu i nie na życie, a na rok. I tłumaczenia, które przyjęłam do siebie, że może ten związek jest bardzo dobry, tylko ze mną coś jest nie tak, że kiedyś to się wszystko wyprostuje. Z czasem te myśli i fakty stały się moją traumą. Tak się zaprogramowałam na ten związek i przyszłość, że za wszelką cenę trzymałam się tego co mi powiedziano, nie widząc że mi to szkodzi. Bo przecież mu kiedyś przejdzie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Tak powiedziała wróżka. Z biznesem było to samo. Owszem z koleżanką próbowałyśmy coś założyć, ale szybciej od założenia był rozkład i rozejście się. Dzisiaj prowadzę biznes, zupełnie inny niż mówiła wróżka i w dodatku sama.

O co z tymi wróżbami chodzi? Nie krytykuję ich ani nie odradzam. Sama chętnie eksploruję, tyle że my się dajemy w ten prosty sposób zaprogramować. Ktoś nam powiedział, że tak będzie, a my w to wierzymy i robimy wszystko, często nieświadomie, aby ta dobra przepowiednia się spełniła. Bo złą to od razu odrzucimy. Tak więc realizujemy plan, który nam ktoś zlecił i za który zapłaciliśmy.

Niedawno znowu wróciłam do tarota. Nie żebym sama stawiała, ale moja koleżanka mi zaproponowała. Tarot to często łączenie się i rozmowa z energiami pozaziemskimi. Mają też tendencję do podpinania się pod nas, lub też osłabiania osoby która wróży. Dlatego trzeba bardzo uważać i oczyszczać się przed i po. Kiedyś zrobię o tym liva o tarotowym BHP.

Sporo tarocistek choruje. To nie jest zabawne. Karty to energia i trzeba podejść do niej z szacunkiem, ale też z myślą o konsekwencjach. Ruszamy pewne tabu. Stąd tak ważne jest wcześniejsze oczyszczanie siebie, dobre zdrowie i pozytywny nastrój. Nie działanie pod wpływem emocji. Znam tarocistki z wieloletnim doświadczeniem, które chorują i mają wiele kłopotów w życiu własnym. Ta praca jest wymianą energii. Też ważne jest aby wróżba nigdy nie była za darmo. Zawsze jest coś za coś. Nie może być próżni. Ale wiem też, że coraz więcej psychologów korzysta z tarota, czy chociażby z Dixita. Tak! Karty o wieloznacznym przesłaniu, potrafią wiele powiedzieć o tym czego potrzebujemy, o naszych słabościach i pragnieniach. Mega zabawa i bardzo polecam na wspólny wieczór we dwoje😉

Wracam do wątku moich potrzeb. Niedawno dałam się namówić na sesyjkę z tarotem. Ale nie z pytaniami co będzie i jak będzie? A bardziej czy dana sytuacja jest dla mnie dobra czy nie? Byłam zaskoczona odpowiedzią negatywną mimo, że wewnętrznie czułam że to nie może być prawda. Jednak była prawda i też dała mi wskazówki dlaczego tak się dzieje. Oczy mi się otworzyły.

Nie zdajemy sobie sprawy, że to my kreujemy nasze życie i los. Nie ktoś tam. Że każdą wróżbę możemy zmienić, bo informacja z kart czy wahadełka jest na teraz, ale za chwilę może się zmienić. Że nie powinniśmy się kurczowo trzymać, tego co usłyszeliśmy bo sami dajemy temu życie i ożywiamy.

Róbmy tak jak czujemy i jak chcemy. Bądźmy kreatorami swojego życia. Pytajmy się w chwili kiedy nie rządzą nami emocje, a czucie i serce. Słuchajmy siebie, bo inni doradzają z własnej drogi życiowej, która nie jest nasza i z własnych progów bólu, które nie są naszymi. Uważność i bycie w sobie i w danej chwili ponad wszystko. Wtedy wszystkie odpowiedzi same nam się wyświetlają i to bez jakichkolwiek wróżek😉