Psychologia

Święta już nie łączą, a dzielą. Zamiast więzi mamy aspołeczność

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
17 grudnia 2021
fot. iStock
 

Święta, szczególnie te bożonarodzeniowe, to taki czas, kiedy nie chcemy być sami, kiedy zapraszamy bezdomną osobę, bo jest jeden dodatkowy talerz dla strudzonego i niezapowiedzianego gościa. Kiedy chcemy być dobrzy i mili dla wszystkich, bo przecież rodzi się nasz Zbawiciel i od tego momentu wszystko może być lepsze i piękniejsze.

Od dwóch lat święta wyglądają inaczej niż kiedyś. Już nie łączą a separują, bo każdy boi się zarazić, a seniorzy są szczególnie są w tym czasie chronieni. Zamiast więzi rodzi nam się aspołeczność. To tyle tytułem wstępu, bo dzisiaj chcę napisać właśnie o rodzinie przy stole. O tej świętej rodzinie z urodzenia i więzów krwi vs ta którą sobie sami możemy wybrać.

W Polsce mamy zwyczaj „zastaw się a postaw się”. Ma być tak, aby oko zbielało i czy nas na to stać czy nie. Stół ugina się od ilości jedzenia, w tv kolejny raz Kevin, choinka napchana prezentami. Jest godnie i nieskromnie. Gdzieś słyszałam, że w Finlandii na śniadanie świąteczne podaje się owsiankę. Taką zwykłą i do garnka wrzuca się jednego migdała. Kto go znajdzie w swojej miseczce temu spełnią się życzenia. Wyobrażacie sobie to w Polsce? Podać rano owsiankę i szukaj sobie migdała? Obgadywania nas i posądzania o skąpstwo byłoby na lata😊.

A jednak kraj bogatszy patrzy bardziej racjonalnie i życzliwiej na święta, niż biedny kraj jakim my jesteśmy a jednak szarpiący się na bogactwo, nawet idąc po pseudopożyczki. Bo Święta! To tyle o naszej obłudzie finansowej i ambicji aby innym się buźki pootwierały. Nie robimy przecież tego dla siebie a dla innych. To dla nich ten spektakl.

Podobnie jest z rodziną zapraszaną na święta. Często się zmuszamy do relacji rodzinnych, do których już nie mamy serca, a godzimy się bo tak wypada. Bo tradycja i zobowiązania. Niby jesteśmy w rodzinie i przy jednym stole a czujemy się samotni. Z żalu i bólu za różne przykrości jakie doznaliśmy od rodziny, ość nam w gardle staje, a żołądek podchodzi pod gardło.

Zazwyczaj pierwszy dzień świąt jest w miarę, bo się dawno nie widzieliśmy, jeszcze nas trzyma gorączka zakupów i przygotowań, jeszcze ten pęd prezentów. Drugi dzień już zaczyna się oddech i słuchanie co inni mówią, jak wyglądają i co robią. Zaczynają nam się przypominać rożne obrazy z dzieciństwa i sytuacje. Zaczynają zaczepki i złośliwe checheszki. W końcu wuj wpada pijany sałatkę jarzynową, babcia załamuje ręce, że jakie to życie jest marne, a nasza matka mimo że jesteśmy już po 40. poucza nas jak się zachować przy stole i co mówić, komentuje smaki potraw i wtrąca się do wszystkiego. Ojciec siedzi i nic nie mówi, obrażony i niedostępny.

I myślisz sobie, że za rok gdzieś wyjedziesz daleko i nie będziesz już więcej brać udziału w tej szopce. Dlaczego mam taką rodzinę, że wkurw łapie i wstyd?

Na poziomie metafizycznym sami wybieramy sobie rodziców. Co mamy do przerobienia ze sobą w życiu, to oni nam pokazują. Większość z nas ma rodziców takich, którymi sami nie chcemy być. Mają cechy i zachowania, które są dla nas nie do zaakceptowania, a miłość bezwarunkowa jest im nieznana. Gdzie doradzają nam i wychowują tak jak ich wychowano, czyli z ich poziomu bólu, doświadczeń, miłości zwanej „miłością”. I nie umieją inaczej wyjść poza swoją strefę komfortu. Często nie rozumieją naszych pretensji i oczekiwań, rozczarowań z czasów dzieciństwa, które rzutują na nasze życie i związki dzisiaj.

Pamiętaj, ty też jesteś kimś, o kogo warto się zatroszczyć. Bądź dla siebie dobra

I właśnie siedząc przy tym wielkim stole, te wszystkie pochowane urazy zaczynają się ulatniać niczym siarkowodór z kraterów na Islandii. Święta kończą się awanturą, a w głowie mamy już milion pomysłów na szybką ucieczkę i tą fizyczną, i tą mentalną. Byle dalej od rodziny. Oczywiście uczymy nasze już dzieci szacunku do dziadka i babci, do starszego pokolenia, ale co z tego kiedy sami tego respektu nie czujemy.

Dlatego, idąc tą ścieżką leśną, gdzie śnieg radośnie chrupie pod butami, mam pytanie. A dlaczego nie możemy spędzać świąt z rodziną, którą my kochamy? Czyli z ludźmi, z którymi nie zawsze łączą nas więzy krwi a połączenie duchowe, zrozumienie i empatia. Ludźmi, którzy nawet gdy nic nie mówimy słyszą nas bez względu na odległość. Dlaczego zmuszamy się do utrzymywania kontaktów z rodziną, która nas obmawia, narzeka, krytykuje, która w chwilach naszych słabości i potrzeb zatrzaskuje nam drzwi przed nosem. I powodów jest sto: bo jesteśmy niezaszczepieni, mamy partnera, który nie jest na miarę oczekiwań rodziny, nie jesteśmy gwiazdami w rodzinie jak nasze rodzeństwo lub kuzynostwo. To dlaczego zmuszamy się do czegoś co nam nie służy i to dlatego, bo tak jest nakazane przymusem społecznym i nakazami?

Dlaczego tych pieniędzy, które co roku wydajemy na prezenty i tonę jedzenia, nie przeznaczyć na uświęcenie świąt własnym szczęściem i potrzebami?  A może święta w samotności nie muszą oznaczać wyklęcia z rodziny i znajomych, poczucia się ofiarą nieszczęścia i parszywego losu, a świetnym czasem tylko dla nas. Gdzie się wyśpimy, zadbamy o siebie, zrobimy to na co mamy ochotę i to bez brzęczącego telefonu, sztucznych umizgów i koniecznością bycia miłym. Ot takie grudniowe wakacje tylko dla nas.   Trzydniowe party w piżamie aby odpocząć i naładować baterie, lub gdzieś wyjechać. Co wy na to? Nowa świecka tradycja, a jednak już za granicą coraz bardziej popularna. My home is my castle.

Bo gdyby się tak zastanowić, to fakt, że rodzina nas nie chce, to nie dlatego, że jesteśmy „ułomni”, że coś z nami nie tak, to oni w swojej „prostocie” nie są w stanie nas zrozumieć, przyjąć światła i inności poglądów i zapatrywania się na świat. To my jesteśmy już lata świetlne w świadomości wyżej, a oni ciągle siedzą na swoim parterze i nie chcą z tego zaduchu wyjść. Czy ratować ich? Nie. Dopiero kiedy o to poproszą. Uświadamianie na siłę i tłumaczenie siebie, to tylko strata swojej energii. Efektem końcowym będzie, jak zawsze, machnięcie na nas ręką lub pokątne podśmiechujki.

No i co z tego? Nie zmuszajmy się do śmiechu przez łzy, a żyjmy zgodnie z naszymi potrzebami radości i miłości szczególnie w Święta.

Wesołych Świąt, Kochane 😊.


Psychologia

Wymyślił, że w każdą niedzielę o konkretnej godzinie będziemy się kochać. To było straszne

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
21 stycznia 2022
fot. JosuOzkaritz/iStock
 

Powiedzcie, jak wygląda seks w waszych związkach. Czy po kilku latach bycia razem nadal płonie płomień pożądania? Czy też wkradła się rutyna, codzienne obowiązki i zmęczenie, a seks staje się wypadkową? Czy nadal macie randki i spontan, ogień w oczach i ciele? Czy też odpuszczacie, bo… dzieci i nie można realizować swoich potrzeb? 


Dobry seks łączy ludzi. I to nie tylko mężczyźni chcą przetestować partnerkę na pierwszej randce, ale my też chcemy wiedzieć, jaki on jest, co nam zaoferuje i czym zafrasuje. Sukcesem udanego seksu na pewno jest to, co króluje w nas. Czyli nie tylko biologia, ale to, jak widzimy siebie w naszych głowach. Partner może nas widzieć jako swój ideał, ale co z tego, skoro my w trakcie bzykania
myślimy o fałdkach na udach i brzuszku lub opadających pośladkach. Jak utrzymać pożądanie, podsycać je bez względu na staż pary i wiek? O tym dzisiaj.

Uważam, że wszystko jest kwestią wzajemnej akceptacji i otwartości na siebie. Wiele na siebie bierzemy. Dom, do tego obowiązki w pracy, rodzina i stres. Coraz częściej wracamy do domu zmęczone i z głową nabitą całym dniem. Seks i pożądanie spada na dalszy plan. Z seksu, radości i wzajemnego nakręcania się zostaje tylko obowiązek zaspokajania wzajemnych potrzeb. I to wtedy, kiedy sobie przypomnimy lub któraś ze stron zacznie się domagać.

Pytałam moich koleżanek i kolegów, a nawet jednego ze współczesnych pisarzy erotyków, co robić, aby ten płomień był wiecznie żywy? Odpowiedział „… (…) jak będziesz miała receptę to sama mi o tym powiedz. To jedna z największych sztuk”. Czytałam artykuł w Oh!me o kartach dla par, kiedy każde z nich dostaje zadanie do zrealizowania, jak rozochocić drugą stronę i dać się ponieść magii zapomnienia oraz niezwykłej przyjemności. Przyznam, że gdy obie strony chcą i potrafią się zaskakiwać „wyzwaniami”, kierującymi do wspólnych rozkoszy, to jest to fascynujące, bo to, co najgorsze w związku to nuda w łóżku lub poleganie tylko na sobie .

Sama wpadłam kiedyś w taką „flautę” seksu. Mój partner robił mi wymówki, że go zaniedbuję, że pewnie mam już kogoś innego, skoro nie chcę z nim się kochać. A ja po prostu byłam tak zmęczona pracą i odpowiedzialnością, do tego w ciągłym stresie i niedospaniu, że myślałam tylko o wygodnej kanapie i drzemce, świętym spokoju. Awanturom i zmuszaniu do seksu nie było końca, tłumaczeniu się i wysłuchiwaniu poniżających wywodów również. Wymyślił, że w takim razie założy kalendarz i w każdą niedzielę o konkretnej godzinie będziemy się kochać. To było straszne. Jak obowiązek wyrzucania śmieci. Gdzieś ten zapał, te kurwiki w oczach po 10 latach bycia ze sobą uciekły. Zabrakło pociągu seksualnego, tęsknoty za partnerem, różnorodności w seksie, ciekawości i niedopowiedzeń. Uciekłam. Nie byłam w stanie dalej tkwić w takim związku. To było jak gwałt i przymus bycia kochanką na konkretną godzinę.

Koleżanka miała z kolei męża, który mógł się bez końca bzykać, nawet kilka razy w nocy na śpiocha. Była tak zmęczona odgrywaniem roli „królicy”, że ani pieniądze, ani Paryż, ani atrakcyjny mąż nie były w stanie jej zatrzymać. Innym razem seks z kolejnym partnerem był na początku fascynujący, choć z czasem gdy zamieszkaliśmy razem, tracił na jakości, a na moje inicjowanie wspólnych randek, szaleństw intymnych odpowiadano wymówką, że jest córka. Podobno skarżyła się, że wszystko słyszy i nie podobają jej się nasze przytulanki. Potem wyszło, że „córeczka tatusia” jest zazdrosna o wszystkie jego partnerki, z matką włącznie. Pożądanie i płomień zostały zgaszone prawie w zarodku, a ja dostałam fobii, że nie wypada i że na pewno mała gdzieś jest pod drzwiami, nawet kiedy nie było jej w domu.

Kolejny związek i znowu na początku było fajnie. Spotykaliśmy się, randkowaliśmy, zaczęliśmy ze sobą pomieszkiwać. Zdecydowaliśmy się na wspólne życie. I klops. W momencie wspólnego zamieszkania jakby szlag wszystko trafił. Zrobiło się nudno, rutyniarsko. Każde w swoich obowiązkach, zmęczeniu, emocjach. Seks wywiało. Ja już wiem, że nie nadaję się do wspólnego życia pod jednym dachem. Randki są najlepsze.

No to co robić aby zawsze było gorąco?

Koleżanki opowiadały mi o swoich przebierankach dla partnerów, odgrywaniu różnych ról, o seksownej bieliźnie, gadżetach erotycznych. Seksie w przebieralniach sklepów, w autach, w parkach, na plaży. Sama świadomość, że ktoś może podpatrzyć nakręcać miała jeszcze bardziej. Przecież dzisiejsze sexshopy, to jak sklepy z najlepszymi cukierkami i ciastkami. Jest genialny wybór gadżetów dla obojga, wymyślnej bielizny, filmów. No właśnie, pytałam, ile z nich lubi wspólnie oglądać porno? Przecież to mega podgrzewa atmosferę. Do tego dochodzą autorskie filmiki przesyłane sobie na komórki z rozbieranek, seksowne zdjęcia ciałka, lub wręcz chwalenie się wprost swoimi darami natury. Wysyłamy sobie zdjęcia z samoorgazmów lub wspólnego seksu, który nagrywamy na pamiątkę, lub aby pochwalić się … znajomym. Piszemy sobie pikantne SMS-y, nakręcając się wzajemnie, aż wyobraźnia sięgnie zenitu. Czyli wszystko z nami dobrze, a jednak po czasie coś opada…

Z rozmów wynika, że coraz więcej par decyduje się na BDSM. Wchodzą w ten obszar krok po kroku. Idą na zaprzyjaźnione party, by popróbować czegoś zakazanego. Ustalają znaki swojej wytrzymałości na ból lub nietypowe doznania. Bardzo popularne są swingers kluby, zorganizowane wyjazdy na wyspy, grupy społecznościowe.

Przytoczę dykteryjkę, jak to koleżanka chciała odpocząć po męczącym związku i koniecznie z dala od Polski. Ktoś jej polecił wyjazd gdzieś na jakieś wyspy do hotelu. Zaskoczona była bardzo dobrą ceną i dziwnymi, tajemniczymi uśmiechami. Okazało się, że owszem jest w raju, na pięknej wyspie i… w hotelu dla swingersów. To od razu druga historia, jak to miałam jechać koniecznie na targi branżowe, a już nie było wolnych miejsc w hotelach. W końcu dostałam potwierdzenie, że jest dla mnie pokój. Pokój był w hotelu… na godziny. To było niezwykle ciekawe doświadczenie w podróży służbowej. Jeszcze o swingersach… Pytałam osób, które regularnie bywają w swingerskich klubach. W jednym z nich dla klientów są co tydzień organizowane seksparty. Można w nich brać czynny udział, a można być tylko obserwatorem. Można się dołączyć lub spędzić czas we dwoje w specjalnie przygotowanym studio na obrotowym, atłasowym łożu. Obserwator jest oznaczony tak, aby nie był zaczepiany przez innych. Zainteresowanie jest podobno bardzo wysokie.

Pary z długim stażem, i nie tylko, przyznają się, że chętnie eksperymentują z innymi parami. Umawiają się na seks, na przykład wykorzystując do tego media społecznościowe. Ogłaszają się, że chcą pogłębić swoje doznania i szukają chętnych osób do wspólnej zabawy. Trójkąty, czworokąty, seks grupowy czy gangbangi. Do tego dochodzi podkręcanie się narkotykami i innymi używkami, które pomagają w rozluźnieniu się lub przejściu na głębszy poziom doznań. Jakby ktoś był zaskoczony, to ja cały czas piszę o Polsce, która przez wielu jest postrzegana jako seks przez dziurkę w koszuli nocnej.

Jak to mówią, wszystko jest dla ludzi. Czasem przebieranki i sexy wygląd z gadżetami nie wystarczą. Chcemy eksplorować głębiej i dalej. Zazwyczaj zaczyna się to tak, że jedno z partnerów rozkręca się i opowiada nam jak to ma pewne fantazje, co go podnieca i zaczyna nas namawiać na eksperymenty. Żali się, że pewna formuła „współżycia” się wyczerpała, a przecież jesteśmy dorośli i możemy zobaczyć czy sprawdzić coś nowego. Jak się nie spodoba to można się wycofać. Tylko pewnych rzeczy nie da się odwidzieć. Nawet w imię „odświeżenia związku” i nadawania mu rumieńców, realizacji swoich fantazji, poczucia, jak to jest? Czasem te granice są już tak przekroczone przez partnera, że trudno wrócić do pierwszych, niewinnych uniesień, bo przed oczami zostają nam sceny, które prowadzą do tego, że tracimy zaufanie do partnera lub porównujemy się z innymi kobietami.

Chcemy wiedzieć „co go tak uwiodło bardziej niż ja”? Czy dalej tego chce, czy może spotyka się za moimi plecami? Choć znam pary, które tak bardzo się kochają, że nikt i nic nie jest w stanie ich złamać jeśli chodzi o wzajemne zaufanie. Jednak granica eksperymentów się przesuwa i czasem już nie wytrzymuje naporu. Kończy się to rozstaniami lub z kolei zawiązaniem się nowych związków.

Na szczęście do łask zaczyna wracać seks tantryczny. Odkrywanie ciała dla przyjemności, a nie zaspokojenia się, przysłowiowego tylko „spuszczenia”. Przecież nie jesteśmy zwierzętami. To wspaniała forma odkrywania siebie nawzajem, wskrzeszania ognia w związku i poznawania swoich ciał, emocji, pragnień i potrzeb. Wzajemne wejście w swoje aury i włączenie całej palety zmysłów.
Przedłużenie rozkoszy i jej zwielokrotnienie. Mężczyźni przyznają się, że zaczynają praktykować i dochodzić do „suchych orgazmów” dając partnerce nieustającą ilość spełnień. Czyli jest nadzieja?

Brakuje w Polsce nauczycieli tantry, ludzi którzy otwarcie i bez pruderii poprowadzą, pokazując nasze tajemnice do ciała, serca i duszy. To co z tym seksem? Nam, Kobietom, najbardziej brakuje stałego utrzymywania zachwytu i zainteresowania nami, adoracji, zachwytu w oczach. Widzenia nas takimi jakimi jesteśmy, czyli najpiękniejszymi i wyjątkowymi. Mówienia nam o swoich emocjach podczas seksu. Zdecydowania naszych mężczyzn w łóżku i wzięcia za to odpowiedzialności, a nie zastawiania się, czy dostał
wystraczającą ilość serduszek pod swoim zdjęciem na Instagramie.

To wzajemne mówienie o potrzebach i fantazjach, pozwalanie sobie na wzajemne przejmowanie inicjatywy w łóżku, inicjowanie randek, wspólnych wyjść, bycia dla siebie atrakcyjnymi intelektualnie, emocjonalnie i seksualnie. Zachęcanie i podkręcanie siebie do spontanicznych zabaw czy to w seksie hiszpańskim, czy w tantrycznym, czy w każdym innym, który daje nam spełnienie i te nieprzytomne oczy po mega orgazmie. Czego Wam baaaardzo życzę przez cały 2022.


Psychologia

„Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Przestałam ratować wszystkich wokół”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 grudnia 2021
fot. kupicoo/iStock

Pokochać siebie. Co to znaczy? Określenie enigma, które przeżywa prawdziwy renesans i to już kolejny raz. No to rozbierzmy to określenie jak skórkę z banana, powolutku i bez nadgryzania trującej końcówki.


Ten termin sama „rozgryzałam” przez kilka lat. Różni „nauczyciele duchowi” szafowali i popisywali się  tym określeniem i w rozmowach przede mną, robiąc przy tym zdziwione oczy i śmiejąc się mi prosto w twarz dlaczego ja tego nie rozumiem. Nie rozumiem, bo nikt w domu o tym nie mówił i w szkole nikt nie uczył. Jak to „pokochać siebie”? Czy to znaczy dostawać orgazmu na widok samej siebie w lustrze, być narcyzem, egoistą, brać tylko dla siebie?

Przecież zawsze było mówione, aby nie poświęcać sobie zbyt dużo czasu, bo wtedy tylko głupoty w głowie. Nie patrzeć zbyt długo w lustro, bo diabeł się pokaże. Przedkładać pracę i poświęcanie się dla innych, bo tak każe religia i zwyczaj społeczny. Ważniejsi są inni niż my. Tylko, że wtedy stajemy się robotami, które już nie pamiętają o nas samych. Nie widzą, nie słyszą, nie czują. Nie mamy nawet pięciu minut aby posiedzieć sami ze swoimi myślami. A gdy nawet usiądziemy, to czas wolny zaczyna nas uwierać. Przychodzą do nas męczące myśli, lęki i strachy, które próbujemy ogarnąć lekami, alkoholem lub innymi używkami, lub też niekończącymi się telefonami do znajomych. Bo cisza i samotność bolą. Właśnie to są oznaki
braku miłości do siebie i niechęci do posiedzenia sami ze sobą.

Zobaczyć siebie.

Mamy teraz epokę zmieniania, udoskonalenia swojego wyglądu. Często są to inwestycje, które zmieniają naszą fizis do stanu, który jest nie do rozpoznania i to dla nas samych jak i dla innych. Idziemy za trendami i przemodelowujemy swoje ciało i twarze stając się kolejnymi klonami, których setki na Insta i Fb. Ale czy o to chodzi?

„Nie możesz udawać wieku, który udajesz”. Siwe włosy i bycie po „50” nawet dla nich są tabu!

Zobaczenie siebie, to zaakceptowanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Pokochanie siwych włosów, czasem ich braku, zaakceptowanie zmarszczek, fałdek. Zobaczenie siebie ukochanymi oczami. Tak jak potrafi popatrzeć na swoje dziecko matka. Często się dziwimy, że matka z takim zachwytem patrzy na urodzone dziecko, kiedy jest całe różowiutkie i pomarszczone. A to właśnie chodzi o ten zachwyt i ukochanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Bez względu na wiek. Bezwarunkowo. A nie dążenie do ciągłej perfekcji. Czy uważacie, że ciągłe „podrasowywanie siebie” dla partnerów, koleżanek przyniesie nam miłość i wzrok wiecznego zainteresowania? Może i tak. Na chwilę. Bo partner czuje czy mamy własną pewność siebie, wiarę w atrakcyjność. Jeśli nam tego brakuje i żyjemy w ciągłym strachu o kolejną zmarszczkę, to on i tak to wyczuje. Na pewno znacie kobiety, które ideałem nie są, a przyciągają rzesze mężczyzn. To właśnie to! Poczucie seksapilu, własnej atrakcyjności, uznania siebie jako niepowtarzalnego cudu i wyjątkowej osoby. Nie porównywania się do innych i wpisywania się w
masę klonów.

Nie uważacie, że kiedyś to mężczyźnie się znudzi? Pomyli Was z inną koleżanką? A przecież twarzy i zmian się nie cofnie. Kiedy ostatnio stanęłyście nago przed lustrem i obejrzałyście siebie z miłością? Czy powiedziałyście sobie, patrząc w oczy w lustrze, że kochacie siebie, jesteście sobie wierne i nigdy siebie nie opuścicie? Dajemy takie przysięgi obcym ludziom a sobie nigdy. Bierzemy udział w ciągłym maratonie piękności. A dla kogo?

Postawić siebie jako priorytet.

Ostatnio zadano mi parę pytań odnośnie mnie samej i moich związków. Związków z partnerami, rodzicami, przyjaciółmi, rodziną a przede wszystkim ze samą sobą. Dzisiaj zadaję je Wam i ciekawa jestem co się u Was w głowie wydarzy ? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec siebie? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec innych? W jakim stopniu oszukujesz siebie? W jakim stopniu dajesz się oszukiwać? W jakim stopniu jesteś przekonana, że dobro innych jest ważniejsze od Twojego dobra? W jakim stopniu poświęcasz się dla innych/kogoś/czegoś? W jakim stopniu masz lęk przed załamaniem się Twojego systemu wartości w momencie słabości lub sytuacji trudnych?

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Te pytania i odpowiedzi na nie określają Twój portret miłości do siebie. Ile to razy przymykamy oczy na sytuacje, których nie chciałyśmy widzieć. Udajemy, że nie słyszymy słów które nas bolą i dotykają.

Uczą nas aby nie zwracać uwagi i iść dalej, a ten bałagan którego doświadczamy kotwiczy się w nas, niszcząc nas powolutku od środka. Jest jak robaczek, który z małej komóreczki dorasta do robala, który zżera nas od środka, a my go uciszamy. To powiem tak. Ten robal kiedyś wyjdzie, jak nie w momencie napięcia czy awantury gdzie go wykrzyczymy, to może wyjść w postaci choroby. Co z nim zrobicie i jak będziecie postępować zależy od was. Mówi się, że prawda nas wyzwoli. Tak właśnie jest.

Prawda, która dla wielu będzie niewygodna i może spowodować, że zostaniemy same. Ale na krótko. Na to miejsce przyjdą inni ludzie, bardziej wartościowi i nie chodzi o ilość a o jakość. Często przedkładamy dobro innych nad nasze dobro. Nie dojadamy, oddajemy innym nasz czas, pieniądze, rezygnujemy z marzeń, planów, miłości, bo nie wypada aby myśleć tylko o sobie. Żyjemy życiem dzieci i innych, zamiast swoim. Przeżywamy czyjeś problemy zamiast skupić się na sobie. A jaki masz wpływ na życie i decyzje innych? Żadne. To powiedz ile to poświęcanie swojego życia dla innych jest warte? Jak długo chcesz być robotem na usługach innych? Co z tego masz i ile dla siebie? Ile z tego co robisz dla innych zwraca się Tobie?

Może warto zrobić taki rachunek zysków i strat. Zobaczyć czy chociaż wychodzi na zero. Masz odwagę to zrobić? Uczciwość wobec siebie jest najważniejsza. To jest właśnie miłość własna, pokochanie siebie. Bo bronię siebie i swoich potrzeb. I zaprzestanie używania słów „muszę, trzeba, tak należy”, a zamiana na „CHCĘ!”. Świadome CHCĘ. Jak to zrobić? Nie trzeba się w sobie zamykać i być opryskliwą. Można to w miły i ciepły spokój wyjaśnić i powolutku uczyć się stawiać granice. Jeśli nas ktoś o coś prosi to nie od razu przytakiwać i
biec, a zastanowić się czy mamy na to czas, chęć i co z tego nam przyjdzie? Czy nie lepiej ten czas poświęcić dla siebie lub dla rodziny. Czy potrzebuję tego aby mnie i moją energię tracić na problemy znajomych, fochy szefa, konflikty rodzinne? Niech każdy odpowiada za siebie. Sam sobie rozwiązuje problemy, które namotał. Dla nas ważne jest nasze zdrowie i realizowanie swoich priorytetów.

Wypisz sobie lub zrób mapę marzeń. Czego pragniesz i to nawet tego najbardziej niemożliwego. Narysuj, napisz, namaluj, wyklej ze ścinków gazet, zobacz ile czasu inwestujesz w innych a nie w siebie.

Jest koniec roku. Czas podsumowań. Rok temu przed Sylwestrem zrobiłam własną mapę marzeń. Pierwszą w życiu. Moja mama zajrzała mi przez ramię i nie mogła się nadziwić, a przede wszystkim odwadze marzeń. Co na niej było? Miłość, pragnienie pisania, stworzenie własnego biznesu, podróże, uwierzenie w siebie i wykorzystanie własnych talentów, upomnienie się o swoje co inni mi zabrali.

Minął rok. To był rok niezwykłych zmian (numerologiczny rok 5). Zmiany działy się szybciej niż ja je ogarniałam i życie pchało do przodu, i w różne zakątki, których się bałam, a mimo wszystko chciałam się z nimi zmierzyć. Zaczęłam pisać i to sama. Nigdy tego nie robiłam i bałam się jak będę oceniona. A tu się spodobało, czego dowodem są statystyki. Dziękuję wam wszystkim za wspaniałe komentarze i inspiracje. Do tego stworzyłam dwa swoje biznesy. Pierwszy raz w życiu.

Jeden z potrzeby serca www.inkubatortwojegosukcesu.pl oraz komercyjny z potrzeby „wyżycia się mojej męskiej energii” – budowlanka. Spotkałam wspaniałego mężczyznę, który mnie do tego zainspirował i inspiruje mnie na co dzień, akceptuje taką jaką jestem i kocha. Sporo ludzi odeszło z mojego otoczenia, pojawili się nowi, którzy są jak najlepsze kolektory energii. Upominałam się o swoje racje i rzeczy, które mi zabrano. Poszłam po sprawiedliwość do sądu. No i najważniejsze. Pokochałam siebie. Przestałam gonić za swoją perfekcją, udowadnianiem swoich racji, pouczaniem, szarpaniem, że musi być tak i koniec.

Przestałam czekać aż coś samo się wydarzy, odmieni. Wzięłam życie w swoje ręce i też powiedziałam czego chcę i jak chcę. Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Zwolniłam tempo i przestałam ratować wszystkich wokół. Pozwoliłam żyć ludziom swoim tempem i potrzebami, odcięłam się od tego, co mnie męczyło i powodowało, że brałam problemy innych na swoje barki. Też aby dojść do tego stanu mocno to odchorowałam i też miałam wiele chwil zwątpienia. Ale warto! Pokochajcie siebie, doceńcie. Jesteście wyjątkowi i niepowtarzalni.

Trzymam za Was kciuki.