Psychologia

Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
26 listopada 2021
fot. Rhett Wesley/Unsplash
 

Która się z was przyzna, ile razy była u wróżki? Wyciągnęła ostatnie pieniądze, aby dowiedzieć się jaki jest jej los i jak go odmienić? Kiedy przyjdzie do nas właśnie TEN i czy to jest na pewno ON? Co będzie i jak będzie?

Znam takie, co wydają ostatnie i irracjonalne pieniądze na wróżki, teleporady, wskazówki, aby wiedzieć, co z tym życiem? No i co?

Kiedy wyjdzie nie po naszej myśli to już się martwimy, układamy czarne scenariusze i złorzeczymy na dobrą wróżkę. Kiedy wychodzi, że nas zdradza to już knujemy zemstę i za drzwi. A kiedy pojawia się ON to już robimy wszystko aby to był właśnie ON, bez względu na to co się dzieje i jakie sygnały dostajemy z wewnątrz i zewnątrz.

Popatrzcie ile podejmujemy decyzji poprzez słowa i porady dane przez kogoś kogo nawet nie znamy.

Kiedyś koleżanka powiedziała mi, że ma super wróżkę. Że do niej tłumy się ustawiają i że bardzo celnie przepowiada. Powiem szczerze – ezoteryka zawsze mnie przyciągała. Nawet kiedyś sama stawiałam karty i gdzieś dotykałam tarota. I tak obok tych dobrych i zabawy pojawiły się też negatywne doświadczenia.

Kiedyś poszłam do bardzo znanego, pracującego dla najlepszych polskich pism kobiecych, astrologa. Tyle mi naopowiadał i to takich rzeczy, że wyszłam totalnie załamana. Moje życie legło w gruzach i jedynym pomysłem to był skok do Wisły. Przepłakałam całą noc i to w ciężkiej histerii. Mój wtedy partner pocieszał mnie, że to głupoty – łatwo mu było kiedy wszystko co złe było o nim, a ja przecież go kochałam. Z dzisiejszej perspektywy z owych wróżb nic się nie sprawdziło. Życie się fajnie ułożyło, a mój partner został moim mężem, mimo że miał mnie zdradzić i zginąć.

Drugi przykład to właśnie polecana wróżka. Cudowna i przemiła kobieta. Od razu była nić porozumienia. Świece, kadzidła, piesek na kolankach i magiczne karty. I właśnie wtedy pokazał się w kartach ON. No już nie mąż pierwszy, a że będzie jako drugi. Miłość do końca życia. Na dobre i na złe. A do tego biznes życiowy z kobietą, która jest moją przyjaciółką. Ba! Ja już ją poznałam. Mnóstwo pieniędzy.

Otóż bardzo w to uwierzyłam. Owszem jakiś „on” się pojawił i zabrzmiał jak „on”, włączający wszystkie najlepsze, a z czasem najgorsze instynkty. Wszystko się w głowie zaczęło układać w całość. Tak! To prawda! Gdy, po kolejnej awanturze z „miłością nową życia”, przyszłam do tej samej wróżki, pożalić się że coś jest nie halo, była zaskoczona i zasmucona. „Dlaczego coś się miedzy Wami zadziało i dlaczego tak źle?”. No a wcześniej w kartach tego nie było? Będzie dobrze tylko trzeba to, to i tamto.

Był to najgorszy związek w życiu i nie na życie, a na rok. I tłumaczenia, które przyjęłam do siebie, że może ten związek jest bardzo dobry, tylko ze mną coś jest nie tak, że kiedyś to się wszystko wyprostuje. Z czasem te myśli i fakty stały się moją traumą. Tak się zaprogramowałam na ten związek i przyszłość, że za wszelką cenę trzymałam się tego co mi powiedziano, nie widząc że mi to szkodzi. Bo przecież mu kiedyś przejdzie i będziemy żyć długo i szczęśliwie. Tak powiedziała wróżka. Z biznesem było to samo. Owszem z koleżanką próbowałyśmy coś założyć, ale szybciej od założenia był rozkład i rozejście się. Dzisiaj prowadzę biznes, zupełnie inny niż mówiła wróżka i w dodatku sama.

O co z tymi wróżbami chodzi? Nie krytykuję ich ani nie odradzam. Sama chętnie eksploruję, tyle że my się dajemy w ten prosty sposób zaprogramować. Ktoś nam powiedział, że tak będzie, a my w to wierzymy i robimy wszystko, często nieświadomie, aby ta dobra przepowiednia się spełniła. Bo złą to od razu odrzucimy. Tak więc realizujemy plan, który nam ktoś zlecił i za który zapłaciliśmy.

Niedawno znowu wróciłam do tarota. Nie żebym sama stawiała, ale moja koleżanka mi zaproponowała. Tarot to często łączenie się i rozmowa z energiami pozaziemskimi. Mają też tendencję do podpinania się pod nas, lub też osłabiania osoby która wróży. Dlatego trzeba bardzo uważać i oczyszczać się przed i po. Kiedyś zrobię o tym liva o tarotowym BHP.

Sporo tarocistek choruje. To nie jest zabawne. Karty to energia i trzeba podejść do niej z szacunkiem, ale też z myślą o konsekwencjach. Ruszamy pewne tabu. Stąd tak ważne jest wcześniejsze oczyszczanie siebie, dobre zdrowie i pozytywny nastrój. Nie działanie pod wpływem emocji. Znam tarocistki z wieloletnim doświadczeniem, które chorują i mają wiele kłopotów w życiu własnym. Ta praca jest wymianą energii. Też ważne jest aby wróżba nigdy nie była za darmo. Zawsze jest coś za coś. Nie może być próżni. Ale wiem też, że coraz więcej psychologów korzysta z tarota, czy chociażby z Dixita. Tak! Karty o wieloznacznym przesłaniu, potrafią wiele powiedzieć o tym czego potrzebujemy, o naszych słabościach i pragnieniach. Mega zabawa i bardzo polecam na wspólny wieczór we dwoje😉

Wracam do wątku moich potrzeb. Niedawno dałam się namówić na sesyjkę z tarotem. Ale nie z pytaniami co będzie i jak będzie? A bardziej czy dana sytuacja jest dla mnie dobra czy nie? Byłam zaskoczona odpowiedzią negatywną mimo, że wewnętrznie czułam że to nie może być prawda. Jednak była prawda i też dała mi wskazówki dlaczego tak się dzieje. Oczy mi się otworzyły.

Nie zdajemy sobie sprawy, że to my kreujemy nasze życie i los. Nie ktoś tam. Że każdą wróżbę możemy zmienić, bo informacja z kart czy wahadełka jest na teraz, ale za chwilę może się zmienić. Że nie powinniśmy się kurczowo trzymać, tego co usłyszeliśmy bo sami dajemy temu życie i ożywiamy.

Róbmy tak jak czujemy i jak chcemy. Bądźmy kreatorami swojego życia. Pytajmy się w chwili kiedy nie rządzą nami emocje, a czucie i serce. Słuchajmy siebie, bo inni doradzają z własnej drogi życiowej, która nie jest nasza i z własnych progów bólu, które nie są naszymi. Uważność i bycie w sobie i w danej chwili ponad wszystko. Wtedy wszystkie odpowiedzi same nam się wyświetlają i to bez jakichkolwiek wróżek😉


Psychologia

„Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Przestałam ratować wszystkich wokół”

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 grudnia 2021
fot. kupicoo/iStock
 

Pokochać siebie. Co to znaczy? Określenie enigma, które przeżywa prawdziwy renesans i to już kolejny raz. No to rozbierzmy to określenie jak skórkę z banana, powolutku i bez nadgryzania trującej końcówki.


Ten termin sama „rozgryzałam” przez kilka lat. Różni „nauczyciele duchowi” szafowali i popisywali się  tym określeniem i w rozmowach przede mną, robiąc przy tym zdziwione oczy i śmiejąc się mi prosto w twarz dlaczego ja tego nie rozumiem. Nie rozumiem, bo nikt w domu o tym nie mówił i w szkole nikt nie uczył. Jak to „pokochać siebie”? Czy to znaczy dostawać orgazmu na widok samej siebie w lustrze, być narcyzem, egoistą, brać tylko dla siebie?

Przecież zawsze było mówione, aby nie poświęcać sobie zbyt dużo czasu, bo wtedy tylko głupoty w głowie. Nie patrzeć zbyt długo w lustro, bo diabeł się pokaże. Przedkładać pracę i poświęcanie się dla innych, bo tak każe religia i zwyczaj społeczny. Ważniejsi są inni niż my. Tylko, że wtedy stajemy się robotami, które już nie pamiętają o nas samych. Nie widzą, nie słyszą, nie czują. Nie mamy nawet pięciu minut aby posiedzieć sami ze swoimi myślami. A gdy nawet usiądziemy, to czas wolny zaczyna nas uwierać. Przychodzą do nas męczące myśli, lęki i strachy, które próbujemy ogarnąć lekami, alkoholem lub innymi używkami, lub też niekończącymi się telefonami do znajomych. Bo cisza i samotność bolą. Właśnie to są oznaki
braku miłości do siebie i niechęci do posiedzenia sami ze sobą.

Zobaczyć siebie.

Mamy teraz epokę zmieniania, udoskonalenia swojego wyglądu. Często są to inwestycje, które zmieniają naszą fizis do stanu, który jest nie do rozpoznania i to dla nas samych jak i dla innych. Idziemy za trendami i przemodelowujemy swoje ciało i twarze stając się kolejnymi klonami, których setki na Insta i Fb. Ale czy o to chodzi?

„Nie możesz udawać wieku, który udajesz”. Siwe włosy i bycie po „50” nawet dla nich są tabu!

Zobaczenie siebie, to zaakceptowanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Pokochanie siwych włosów, czasem ich braku, zaakceptowanie zmarszczek, fałdek. Zobaczenie siebie ukochanymi oczami. Tak jak potrafi popatrzeć na swoje dziecko matka. Często się dziwimy, że matka z takim zachwytem patrzy na urodzone dziecko, kiedy jest całe różowiutkie i pomarszczone. A to właśnie chodzi o ten zachwyt i ukochanie siebie takimi jakimi jesteśmy. Bez względu na wiek. Bezwarunkowo. A nie dążenie do ciągłej perfekcji. Czy uważacie, że ciągłe „podrasowywanie siebie” dla partnerów, koleżanek przyniesie nam miłość i wzrok wiecznego zainteresowania? Może i tak. Na chwilę. Bo partner czuje czy mamy własną pewność siebie, wiarę w atrakcyjność. Jeśli nam tego brakuje i żyjemy w ciągłym strachu o kolejną zmarszczkę, to on i tak to wyczuje. Na pewno znacie kobiety, które ideałem nie są, a przyciągają rzesze mężczyzn. To właśnie to! Poczucie seksapilu, własnej atrakcyjności, uznania siebie jako niepowtarzalnego cudu i wyjątkowej osoby. Nie porównywania się do innych i wpisywania się w
masę klonów.

Nie uważacie, że kiedyś to mężczyźnie się znudzi? Pomyli Was z inną koleżanką? A przecież twarzy i zmian się nie cofnie. Kiedy ostatnio stanęłyście nago przed lustrem i obejrzałyście siebie z miłością? Czy powiedziałyście sobie, patrząc w oczy w lustrze, że kochacie siebie, jesteście sobie wierne i nigdy siebie nie opuścicie? Dajemy takie przysięgi obcym ludziom a sobie nigdy. Bierzemy udział w ciągłym maratonie piękności. A dla kogo?

Postawić siebie jako priorytet.

Ostatnio zadano mi parę pytań odnośnie mnie samej i moich związków. Związków z partnerami, rodzicami, przyjaciółmi, rodziną a przede wszystkim ze samą sobą. Dzisiaj zadaję je Wam i ciekawa jestem co się u Was w głowie wydarzy ? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec siebie? W jakim stopniu jesteś uczciwa wobec innych? W jakim stopniu oszukujesz siebie? W jakim stopniu dajesz się oszukiwać? W jakim stopniu jesteś przekonana, że dobro innych jest ważniejsze od Twojego dobra? W jakim stopniu poświęcasz się dla innych/kogoś/czegoś? W jakim stopniu masz lęk przed załamaniem się Twojego systemu wartości w momencie słabości lub sytuacji trudnych?

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Te pytania i odpowiedzi na nie określają Twój portret miłości do siebie. Ile to razy przymykamy oczy na sytuacje, których nie chciałyśmy widzieć. Udajemy, że nie słyszymy słów które nas bolą i dotykają.

Uczą nas aby nie zwracać uwagi i iść dalej, a ten bałagan którego doświadczamy kotwiczy się w nas, niszcząc nas powolutku od środka. Jest jak robaczek, który z małej komóreczki dorasta do robala, który zżera nas od środka, a my go uciszamy. To powiem tak. Ten robal kiedyś wyjdzie, jak nie w momencie napięcia czy awantury gdzie go wykrzyczymy, to może wyjść w postaci choroby. Co z nim zrobicie i jak będziecie postępować zależy od was. Mówi się, że prawda nas wyzwoli. Tak właśnie jest.

Prawda, która dla wielu będzie niewygodna i może spowodować, że zostaniemy same. Ale na krótko. Na to miejsce przyjdą inni ludzie, bardziej wartościowi i nie chodzi o ilość a o jakość. Często przedkładamy dobro innych nad nasze dobro. Nie dojadamy, oddajemy innym nasz czas, pieniądze, rezygnujemy z marzeń, planów, miłości, bo nie wypada aby myśleć tylko o sobie. Żyjemy życiem dzieci i innych, zamiast swoim. Przeżywamy czyjeś problemy zamiast skupić się na sobie. A jaki masz wpływ na życie i decyzje innych? Żadne. To powiedz ile to poświęcanie swojego życia dla innych jest warte? Jak długo chcesz być robotem na usługach innych? Co z tego masz i ile dla siebie? Ile z tego co robisz dla innych zwraca się Tobie?

Może warto zrobić taki rachunek zysków i strat. Zobaczyć czy chociaż wychodzi na zero. Masz odwagę to zrobić? Uczciwość wobec siebie jest najważniejsza. To jest właśnie miłość własna, pokochanie siebie. Bo bronię siebie i swoich potrzeb. I zaprzestanie używania słów „muszę, trzeba, tak należy”, a zamiana na „CHCĘ!”. Świadome CHCĘ. Jak to zrobić? Nie trzeba się w sobie zamykać i być opryskliwą. Można to w miły i ciepły spokój wyjaśnić i powolutku uczyć się stawiać granice. Jeśli nas ktoś o coś prosi to nie od razu przytakiwać i
biec, a zastanowić się czy mamy na to czas, chęć i co z tego nam przyjdzie? Czy nie lepiej ten czas poświęcić dla siebie lub dla rodziny. Czy potrzebuję tego aby mnie i moją energię tracić na problemy znajomych, fochy szefa, konflikty rodzinne? Niech każdy odpowiada za siebie. Sam sobie rozwiązuje problemy, które namotał. Dla nas ważne jest nasze zdrowie i realizowanie swoich priorytetów.

Wypisz sobie lub zrób mapę marzeń. Czego pragniesz i to nawet tego najbardziej niemożliwego. Narysuj, napisz, namaluj, wyklej ze ścinków gazet, zobacz ile czasu inwestujesz w innych a nie w siebie.

Jest koniec roku. Czas podsumowań. Rok temu przed Sylwestrem zrobiłam własną mapę marzeń. Pierwszą w życiu. Moja mama zajrzała mi przez ramię i nie mogła się nadziwić, a przede wszystkim odwadze marzeń. Co na niej było? Miłość, pragnienie pisania, stworzenie własnego biznesu, podróże, uwierzenie w siebie i wykorzystanie własnych talentów, upomnienie się o swoje co inni mi zabrali.

Minął rok. To był rok niezwykłych zmian (numerologiczny rok 5). Zmiany działy się szybciej niż ja je ogarniałam i życie pchało do przodu, i w różne zakątki, których się bałam, a mimo wszystko chciałam się z nimi zmierzyć. Zaczęłam pisać i to sama. Nigdy tego nie robiłam i bałam się jak będę oceniona. A tu się spodobało, czego dowodem są statystyki. Dziękuję wam wszystkim za wspaniałe komentarze i inspiracje. Do tego stworzyłam dwa swoje biznesy. Pierwszy raz w życiu.

Jeden z potrzeby serca www.inkubatortwojegosukcesu.pl oraz komercyjny z potrzeby „wyżycia się mojej męskiej energii” – budowlanka. Spotkałam wspaniałego mężczyznę, który mnie do tego zainspirował i inspiruje mnie na co dzień, akceptuje taką jaką jestem i kocha. Sporo ludzi odeszło z mojego otoczenia, pojawili się nowi, którzy są jak najlepsze kolektory energii. Upominałam się o swoje racje i rzeczy, które mi zabrano. Poszłam po sprawiedliwość do sądu. No i najważniejsze. Pokochałam siebie. Przestałam gonić za swoją perfekcją, udowadnianiem swoich racji, pouczaniem, szarpaniem, że musi być tak i koniec.

Przestałam czekać aż coś samo się wydarzy, odmieni. Wzięłam życie w swoje ręce i też powiedziałam czego chcę i jak chcę. Zaufałam sobie, przestałam się bać i brać emocje innych za swoje. Zwolniłam tempo i przestałam ratować wszystkich wokół. Pozwoliłam żyć ludziom swoim tempem i potrzebami, odcięłam się od tego, co mnie męczyło i powodowało, że brałam problemy innych na swoje barki. Też aby dojść do tego stanu mocno to odchorowałam i też miałam wiele chwil zwątpienia. Ale warto! Pokochajcie siebie, doceńcie. Jesteście wyjątkowi i niepowtarzalni.

Trzymam za Was kciuki.


Psychologia

Znalazłam się w punkcie ZERO. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, przede wszystkim posklejać siebie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
12 listopada 2021
fot. urbazon/iStock

Dzisiaj opowiem Wam jak się rozpoczęła moja droga duchowa. Nie. Nie dostałam nagle olśnienia, a wraz z tym wyglądu Anioła w blasku poświaty. Nie. Po prostu życie się potoczyło jak się potoczyło. Dostałam parę bęcków, konkretnych bęcków, gdzie na mega wirażu zmieniło mi się życie prywatne i zawodowe. To, co było dla mnie niewyobrażalne i bliskie w moim mniemaniu końcowi świata, okazało się innym życiem, nowym narodzeniem się, lub wreszcie realizowaniem siebie. Był szok, a jednak przeżyłam.

Ale po kolei. Byłam młodą, zbuntowaną czterdziestolatką u szczytu kariery, która rozstawiała wszystkich po kątach i uważała, że ma do wszystkiego prawo i odmówić jej nikt nie może. Inaczej foch! A w środku czułam, że to jednak nie moje i chcę jeszcze w życiu o coś innego się upomnieć😊. Mężatka, ale już ze stażem, czułam że się starzeję. Ciało, potrzeby, marzenia. Gdzieś zaczął mi się kończyć pęd do życia i radość. Jakby zaczynała się jesień. Mój partner był o wiele ode mnie starszy, bo wtedy bardzo chciałam mieć starszego i doświadczonego partnera, no i takiego od życia dostałam. Fajne małżeństwo, ale po mojej czterdziestce poczułam, że entuzjazm gdzieś uleciał, a ja jestem już nie z miłości, a z przyzwoitości. A to przecież nie moja energia. Rozpoczęły się awantury i różne powody do nich.

Nagle padł pomysł od moich przełożonych, że ciągle dojeżdżam, to dlaczego nie wynajmę mieszkania? Chcieli mnie mieć bliżej siebie, a praca była wtedy dla mnie priorytetem i ujściem dla mojej kreatywności. Zaczęłam szukać, a może bardziej poprosiłam moje ukochane dziewczyny z mojego Zespołu o pomoc. Stwierdziły” „wiemy, czego Ci trzeba”.

Czego mi trzeba, to wiedział chyba lepiej mój tato, który już nie żył, a będąc po drugiej stronie we śnie zaprowadził mnie do mieszkania w pewnej kamienicy. Gdy w realu dostałam trzy oferty mieszkań, wśród nich była wyśniona kamienica. Bingo. Oczywiście, że wynajęłam. Właściciel okazał się młodym i atrakcyjnym mężczyzną, obieżyświatem. Coś we mnie drgnęło, że to nowy początek. Mieszkanie stało się moją poczwarką do przemiany, a właściciel częstym gościem, który zaczął mi tłumaczyć prawdy życiowe jak: miłość własna, empatia, współczucie, otwarcie serca, otwarcie umysłu i nie tylko… Ba, był nauczycielem duchowym. Poszłam za tym, jak w dym. Jak omamiona. Że to właśnie nowy początek życia: kamienica, mężczyzna, moja przemiana i… żyli długo i szczęśliwie. Nie!

To był czyściec. Nauczyciel okazał się satyrem tego świata. Po wzajemnym nacieszeniu się sobą i godzinach pogaduch, stwierdził że jestem zjebana i nadaję się na terapię. Koniecznie tą samą, co on. Czyli on też zjebany? Polecił mi ustawienia Hellingera. Pierwszy raz o tym słyszałam, no ale „nauczyciel” chyba wie, o czym mówi? Poszłam. Pomyślałam, a nie poczułam, że jak pójdę na terapię, to on mnie pokocha i nie będę zjebana, a odjebana! To, co tam przeszłam i czego doświadczyłam, trudno opisać w jednym zdaniu. Może powiem tak – z osoby która nigdy niczego się nie bała, nie oglądała się za siebie, radosna i przebojowa, stałam się zalękniona, płaczliwa, straciłam poczucie własnej wartości i atrakcyjności, zaczęłam odpuszczać istotne dla mnie sprawy. Wszystko analizowałam, grzebałam w historii swojej, mojej mamy, rodziny, oceniałam, pouczałam, wypierałam z siebie swoją osobowość, nie wiedziałam kim jestem i jaka jestem. Przyjmowałam każde gówno, które mi wmówiono. A grupa, włącznie z prowadzącym, na ustawieniach nie oszczędzała mnie. Może mi to było potrzebne? Tego jeszcze nie wiem. Wiem, że trzeba bardzo delikatnie i uważnie dobierać sobie terapię i terapeutów. Ludzi, którym powierza się swoje serce i duszę.

Terapia trwała prawie rok. Nie bardzo wiedziałam, po co tam przyszłam i gdy próbowałam to powiedzieć, to i tak byłam zagłuszana. Czułam się, jakby ktoś rozgrzebał mi każdy mój zakątek, porozrzucał wszystkie rzeczy i zostawił mnie z tym bałaganem. A na koniec śmiał mi się w oczy, zrób teraz z tym porządek sama lub zapisz się na kolejną terapię. Byłam porozrywana na kawałki i próbowałam się sama skleić, bo o kontynuacji tego horroru nie było mowy.

Zaczęłam od początku. Skoro już tyle wątków zostało rozgrzebanych we mnie, to postanowiłam skupić się na zdrowiu, aby móc żyć. Zainteresowałam się totalną biologią. Chciałam wiedzieć dlaczego tyle i tak bardzo chorowałam od dziecka. W międzyczasie moja „miłość z kamienicy” znalazła sobie już inną miłość oraz wiele innych mniejszych i krótszych miłostek, tłumacząc że w ten sposób daje szczęście 😊. Mnie określił, że liczył na zmianę, ale nic mi nie pomoże… Ach ci nauczyciele duchowi…

Totalna biologia dużo mi uświadomiła o mnie i o moim ciele, o procesach które zachodziły w moim życiu, decyzjach. Zrozumiałam co mnie niszczy psychicznie, a potem odbija się zdrowotnie. Odbyła się także nauka przebaczania i odpuszczania. Listy radyklanego wybaczania: do rodziców, bliskich, partnerów. Bardzo to polecam, bo nie ma nic gorszego niż żyć w żalu do siebie i kogoś, i tym się niszczyć. A już nie daj Boże chorować. Nie byłam w tym czasie zdolna do żadnego związku. Puściłam się w rytm muzyki i rozrywki z nowymi przyjaciółmi. Tak nowymi. Dlaczego? W trakcie przemian duchowych, bardzo zmieniają się nasi znajomi. Wszystko się weryfikuje. Wychodzi na wierzch czysta prawda. I może być tak, że z tłumu znajomych ostanie się może jedna lub dwie osoby. To jest bardzo okej.

Tak, mnie się znajomi zmieniali jak w kalejdoskopie łącznie z przyjaciółkami. Przestałam się przywiązywać do ludzi i do rzeczy. Nowe miejsca, przeprowadzki których bardzo potrzebowałam, nowych ludzi, nowych doświadczeń. Czułam, że odżywam. Tak jakbym po czterdziestu latach ustabilizowanego życia potrzebowała łapać chwile, powietrze, kolory i dźwięki. Szybciej i mocniej.

Przygoda z grupą z Hellingera nie zakończyła się. Byliśmy w stałym kontakcie na whatsapp. Miało to być dalszą formą terapii. Nie miałam do tego przekonania, ale zgodziłam się. Że może właśnie tak trzeba. Nie rozumiałam wtedy, co to znaczy stawiać granice. Wszystko sobie pisaliśmy, ale nadal nie wiem, czemu ciągle dostawałam bęcki i to od dwóch gości. Narcyzów.

Nagle miałam wypadek. Pierwszy raz w życiu coś sobie złamałam. Żebra. No ból, jak nie powiem co. Siedząc u mojej mamy, na środkach przeciwbólowych, złapałam kontakt przez portal randkowy z jednym gościem. Szybko, łatwo, przyjemnie. Może to ten wymarzony? Tak mi się wydawało. Ciało zaczęło chorować. Puchły i pokrywały się łuską oczy. Lekarz był bezradny. Potem zrozumiałam, że nie chciałam zobaczyć prawdy. Prawda się nazywała: narcyz z cechami psychopaty.

Był to najbardziej traumatyczny związek z moim życiu, oparty o przemoc fizyczną i psychiczną. Złamanie wszelkich norm, jakie daje słowo „związek”. Nie będę tego opisywać. Na szczęście po roku uciekłam. Do dziś zastanawiam się, dlaczego w to zabrnęłam? Przecież zawsze miałam wyczucie i uważność. Otóż podkopywanie nas przez „pseudo nauczycieli duchowych”, którzy mówią nam, że jesteśmy mniej lub bardziej „zjebani”, że potrzebujemy pomocy, a następnie wpychanie nas w ręce terapeutów, do których z naszą delikatnością nie powinniśmy trafić, sprawia, że zapada nam się cały system naszej wiary w siebie. Poczucia własnej wartości, miłości własnej. Stoimy obnażeni i zamiast ciągnąc nas w górę to ciągnie się nas w dół. W takim stanie naszego samopoczucia przyciągamy narcyzów, psychopatów, sadystów. Nie tylko fizycznych ale i psychicznych. Dlatego ważne jest, do kogo idziemy i komu się powierzamy.

Co było dalej? Koniec ze związkiem, który miał być na całe życie, utrata pracy, która okazała się pijawką mojej krwi i energii, zakończenie udzielania się na „grupie wsparcia”, kolejna zmiana mieszkania i znajomych. Znalazłam się dokładnie w punkcie ZERO swojego życia. Wszystko trzeba było rozpocząć od nowa, a przede wszystkim znowu posklejać siebie.

Ponad pół roku się zbierałam. Pomogła mi jedna dziewczyna, a potem trafiłam na fenomenalnego bioenergoterapeutę, który nastroił mnie jak skrzypce Stradivariusa. Rozpoczęłam nowe życie, ale ta przemiana okupiona była wieloma łzami, przecinaniem wrzodów, gojeniem się starych ran. Było warto. Moje życie zmieniło się o 180 stopni i niczego nie żałuję. Zostawiłam nieszczęśliwe związki, wagonik „pseudoprzyjaciół”, chore korpo i relacje, które ze mnie ciągnęły nie dając nic w zamian. Kwintesencją tego procesu stało się założenie Inkubatora Twojego Sukcesu, do którego zaprosiłam psychoterapeutów i nie tylko, którzy wszystkim chętnym pomogą wyjść z najbardziej skomplikowanych zakrętów życiowych. Wszystko online. Mówimy wprost o uzależnieniach, o nieszczęśliwych związkach, braku satysfakcji z pracy, lęków, chorobach (totalnej biologii), kobiecości i męskości. Jak pokochać siebie.

Czy warto zawalczyć o siebie i swoje marzenia, szczęście? Tak. Bez względu na wiek i doświadczenia. Wszystko sprawdziłam na sobie😊. I mogę szczerze polecić. Tak, aby nikogo nie skrzywdzić.