Lifestyle

Ra Ma Da Sa – mantra uzdrawiająca. Pieśń, która ma moc

Klaudia Kierzkowska
Klaudia Kierzkowska
20 listopada 2022
joga, medytacja
fot. filadendron/iStock
 

Mantra jest domowym lekarstwem na nerwy i stres. Wystarczy zacząć dzień od śpiewania mantry, by dodać sobie energii i wzmocnić swoją wewnętrzną siłę. Czym dokładnie jest ta wciąż tajemnicza mantra i czy naprawdę działa?

Mantra – czym jest?

Mantra to wibracja dźwiękowa, która koi umysł, absorbując go. To jakże tajemnicze słowo, które powstało z połączenia dwóch słów – „man” czyli umysł i „tra” czyli wznieść, wywodzi się ze starożytnych Indii. Mantra może przyjmować postać dźwięku, słowa lub połączonych ze sobą kilku słów. Wydawany dźwięk „wznosi” umysł ponad ziemski wymiar. Wibracje mogą mieć różne natężenie – od niskich do wysokich. Złe, negatywne, agresywne i niepokojące informacje wytwarzane są jako ciężkie i niskie wibracje. Im więcej niskich wibracji dookoła, tym pojawia się w nas więcej zmartwień i negatywnych emocji. Jesteśmy wyczerpani, przemęczeni i nie czujemy się najlepiej. Im w naszym otoczeniu więcej wysokich wibracji tym więcej szczęścia, spokoju i radości odczuwamy. Dobra energia oczyszcza umysł i pomaga dostrzec rozwiązania problemów, których do tej nie widzieliśmy. To pewnego rodzaju sposób myślenia i pracy ze swoim umysłem, który pomaga wyciszyć się, skoncentrować i usprawnić proces oddychania.

Mantra uzdrawiająca – jak działa?

Mantry czyli pieśni składające się ze specjalnych sylab tworzą określoną wibrację. Kiedy słuchamy lub śpiewamy mantrę, zamieniamy złą energię na dobrą. Wystarczy kilkanaście minut, by zmienić niskie wibracje na wysokie. Najsilniej działają mantry śpiewane przez nas samych, prosto z serca. Regularna praktyka słuchania lub śpiewania mantry ma działanie uzdrawiające, ale także profilaktyczne. Zmienia energię, pomaga pozbyć się negatywnych myśli i emocji oraz poprawia nastrój. Mantrę możemy traktować jako pewnego rodzaju modlitwę i sposób wyciszenia.

Zobacz również: Zmień kierunek myślenia. Ci, którzy opanują tę umiejętność, znajdą radość i zadowolenie z życia

Rodzaje mantr

Rodzajów mantr jest kilkadziesiąt, a ich wybór uzależniony jest głównie od sytuacji. Jedne dodają więcej siły, inne koją lęk, a jeszcze kolejne śpiewane są gdy potrzebujemy więcej obfitości. Są i mantry dedykowane kobietom spodziewającym się dziecka. Niektóre sprawdzą się podczas podróży, a inne w zaciszu domowym.

Mantra uzdrawiająca i oczyszczająca

Składa się z ośmiu prostych sylab, które stymulują przepływ energii w centralnym kanale kręgosłupa i centrach energetycznych.

Ra Ma Da Sa

Sa Say So Hung

To jedna z najsilniejszych i cieszących się największą popularnością mantr. Posiada działanie uzdrawiające na poziomie fizycznym, psychicznym, emocjonalnym i duchowym. Najczęściej śpiewamy ją podczas choroby lub pojawienia się jakichkolwiek problemów zdrowotnych. Pomoże uporać się również ze zmartwieniami, kłótniami i konfliktami.

 

Mantra, która chroni i przyciąga dobro

Rozwiewa obawy, odgania lęki. Otwiera na mądrość, przyciąga dobrostan i obfitość.

Ad Guray Nameh

Jugaad Guray Nameh 

Sat Guray Nameh 

Siri Guru Dayvay Nameh 

Mantra OM

OM ma wiele znaczeń – to wszechmoc, wszechobecność i wszechwiedza. To jeden z bardziej uniwersalnych dźwięków, który odzwierciedla nasze połączenie ze wszechświatem. To pewnego rodzaju świadomość i źródło wszelkiego istnienia. Choć OM składa się z dwóch liter,  to wydawany dźwięk powinien składać się z trzech dźwięków – A,U,M. Mantra OM pomaga połączyć umysł z ciałem. Podczas śpiewania wprawiamy niektóre części ciała np. gardło i klatkę piersiową w rezonans. Wytworzone wibracje pomagają nam osadzić się w przestrzeni. Łączymy się z naturą i wszystkimi żywymi istotami.


źródło: Naturalnie o Zdrowiu

Lifestyle

Wojciech Bojanowski o stracie dziecka. Dom pogrzebowy zaproponował wysyłkę ciała kurierem

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
20 listopada 2022
 

„Myślę, że nie jest fajnie, jak masz urodzić to dziecko i zostajesz z tym zupełnie sama. Dostajesz jakąś tabletkę na wywołanie porodu i masz sobie z tym sama poradzić w kiblu. Rodzisz to dziecko po to, żeby włożyć je do takiego pojemnika plastikowego jak na, nie wiem, zupę chińską i oddać do badania. Nie ma przy tym lekarza, pielęgniarki, nikogo. […] Dziewczyny zbierają te płody czy te swoje dzieci z tych białych kafelek i wkładają w te pojemniki […] i to jest dla nich tak traumatyczne przeżycie, że nawet najbliższym o tym nie mówią” – mówi dziennikarz Wojciech Bojanowski w rozmowie z Martyną Wojciechowską, wspominając trudny czas, kiedy z żoną stracili dziecko.

Wojtek Bojanowski jest jednym z najbardziej cenionych polskich dziennikarzy śledczych. Jego materiały o uchodźstwie czy tajemniczej śmierci Igora Stachowiaka we wrocławskim komisariacie poruszyły cała Polskę. Dziennikarz śledczy i reporter Faktów TVN niedawno udzielił wstrząsającego wywiadu Martynie Wojciechowskiej. Opowiedział o tym, jak wysoką cenę płaci za bycie reporterem wysyłanym na pierwsze linie frontu: kiedy nie można ugasić pożaru nad Biebrzą, kiedy toną ludzie migranci na Morzy Śródziemnym i kiedy wybucha wojna tuż za polską granicą. Dziennikarz, który dziś jest szczęśliwym ojcem dwuletniego synka, opowiedział Martynie o stracie swojego pierwszego dziecka. Zrobił to, ponieważ uważa, że sposób, w jaki traktowane są kobiety w polskich szpitalach – jest ważny podniesienia. Wojtek wraz ze swoją żoną stracili synka cztery lata temu, kiedy dziennikarz realizował na Morzu Śródziemnym dokument pt. „Niech toną”, za który dostał nagrodę Grand Press.

W 2018 roku znajdował się na pokładzie statku Sea-Watch 3. Z niego nagrywał migrantów, którzy próbowali przedostać się do Europy na różnych łódkach, pontonach i statkach.

„W tym samym czasie Marta była w ciąży. Dogadaliśmy się, że to jest OK, że ja pojadę”, opowiada Wojtek. Dziennikarz miał nadzieję, że za trzy tygodnie na święta Bożego Narodzenia uda mu się wrócić do żony. Okazało się jednak, że żaden europejski port nie mógł przyjąć pasażerów jego łodzi. W pewnym momencie Wojtek otrzymał telefon od żony z informacją, że jej ciąża jest zagrożona. Był zrozpaczony, nie mógł do niej wrócić.

„Dzwoni i mówi, że była na badaniach. Okazuje się, że nasze dziecko jest chore, bardzo. Prawdopodobnie nie urodzi się żywe, że ma na wierzchu wnętrzności. Że ta ciąża się nie może udać, nie może się skończyć dobrze. No i jest oczywiście rozpieprzona tym zupełnie. Ja jestem na tym statku i czuję się bezsilny, bo mogę stanąć na głowie, ale nie zmuszę włoskiego rządu i straży granicznej, żebyśmy mogli się zbliżyć do tego brzegu”, opowiadał Bojanowski.

Czuł się bezsilny. Jednak stacja zrobiła wszystko, by reporter mógł wrócić do żony. Wysłał po niego statek. W końcu udało mu się przylecieć do Warszawy w sylwestra.

 

View this post on Instagram

 

A post shared by Wojciech Bojanowski (@w.bojanowski)

Trauma w szpitalu

„Późno wieczorem, jedziemy do Wrocławia po to, żeby się przekonać już chwilę później, że temu chłopczykowi przestało bić serce”, wspomina Bojanowski. „Strata dziecka to taki temat, o którym warto mówić. Co to znaczy dla rodziny, też dla faceta. Myślę sobie, że jest naprawdę bardzo dużo do zrobienia, jeśli chodzi o to, co się dzieje w szpitalach i w jaki sposób traktowane są kobiety, które trafiają na oddziały położnicze po to, żeby mówiąc wprost, urodzić martwe dziecko. Bo to naprawdę pozostawia bardzo, bardzo wiele do życzenia”.

Marta – żona Wojtka została w szpitalu, by urodzić martwy płód. Wiedziała, że nie będzie miała dziecka, jednak w szpitalu nie udało się znaleźć dla niej osobnej sali, tak by nie musiała leżeć razem z innymi kobietami, które czekają jeszcze na poród i zwyczajnie są szczęśliwe, a co jakiś czas przychodzi do nich pielęgniarka, by zrobić KTG i posłuchać bicia serca maluszka.

„Myślę, że nie jest fajnie, jak masz urodzić to dziecko i zostajesz z tym zupełnie sama. Dostajesz jakąś tabletkę na wywołanie porodu i masz sobie z tym sama poradzić w kiblu. Rodzisz to dziecko po to, żeby włożyć je do takiego pojemnika plastikowego jak na, nie wiem, zupę chińską i oddać do badania. Nie ma przy tym lekarza, pielęgniarki, nikogo. […] Dziewczyny zbierają te płody czy te swoje dzieci z tych białych kafelek i wkładają w te pojemniki […] i to jest dla nich tak traumatyczne przeżycie, że nawet najbliższym o tym nie mówią”, zaznacza Bojanowski.

Chcieli pochować dziecko

Doszło jednak do kolejnej traumatycznej sytuacji, tym razem w domu pogrzebowym.

„To jest taka rzecz, która naprawdę mnie wkurwia. Chciałbym zaapelować do zakładów pogrzebowych, które zajmują się takimi rzeczami, gdy ktoś stracił dziecko, że nie jest najlepszym pomysłem, żeby proponować rodzicom, że wyślą przesyłką kurierską to ciało tego dziecka, bo jak rodzic coś takiego słyszy, to nie jest fajne dla niego”, powiedział Bojanowski ze łzami w oczach.

Ukochany synek

Reporter opowiadał dalej Martynie Wojciechowskiej, że kiedy jego partnerka była drugiej ciąży – on znów pojechał zrealizować materiał na temat gaszenia gigantycznego pożaru w Puszczy daleko od domu. Kiedy już miał wsiadać do helikoptera, z którego mógł nakręcić wspaniałe zdjęcia z góry, zadzwoniła do niego żona, która byłą w ósmym miesiącu ciąży. Powiedziała, że właśnie odeszły jej wody. Wojtek był wtedy 250 km od domu. Postanowił jednak, że po raz pierwszy w życiu rzuca obowiązki zawodowe i natychmiast do niej jedzie. Kiedy dojechał pod szpital, Marta już urodziła. Ponieważ była pandemia nie mógł wejść i uściskać żony ani zobaczyć szczęśliwie urodzonego synka.


Lifestyle

Mówisz, że ludzie cię niszczą. A tak naprawdę ty też ostro krzywdzisz innych

Iwona Zgliczyńska
Iwona Zgliczyńska
19 listopada 2022
Borderline
Fot. iStock

Często myślimy o sobie, że nie potrafimy stawiać innym ludziom granic. Wydaje nam się, że jesteśmy non stop przekraczani, krzywdzeni, nadużywani. Myślimy, że nie potrafimy się obronić i musimy się tego jakoś nauczyć. Ale prawda jest bardziej skomplikowana. Psychologowie twierdzą, że zazwyczaj, jeśli nie potrafimy innym powiedzieć „nie chcę tego”, to sami też mamy tendencję do tego, by przekraczać granice innych ludzi. Tylko że nam bardzo trudno zobaczyć tę drugą stronę medalu. Wolimy myśleć o sobie „dobre, krzywdzone i biedne”, niż przyznać, że czasem też „krzywdzimy i przekraczamy granice innych”.

Ludzie, którzy nauczyli się w dzieciństwie stawiać „zdrowe granice”, dziś intuicyjnie trzymają się tych reguł w stosunku do samych siebie, czyli nie pozwalają się wykorzystywać. I tą samą zasadą kierują się do innych, czyli nie nadużywają swoich dzieci, współpracowników, męża. Ci zaś, których granice były w dzieciństwie naruszane, jako dorośli często nie tylko nie potrafią sami stawiać granic, ale naruszają je innym. Bez świadomości. Bez złych intencji. O co w tym chodzi?

Dla dobra naszej rodziny

Masz poczucie, że nie potrafisz być asertywna w pracy. Ciągle „zwalają ci” na głowę wiele zadań, które wymagają nadgodzin. A kiedy wyjeżdżasz na kilka dni w delegację, musisz jeszcze wydzwaniać do męża, dyktując mu z przejęciem, w co ma dziś ubrać dzieci i sprawdzasz, czy na pewno odgrzał przygotowane przez ciebie obiadki. Pewnie uważasz, że robisz to w trosce o dzieci. W dobrej wierze, bo wiesz, że jak jesteś w domu, to jednak mąż nie umie zapleść córce warkoczy, a pizzę podaje na stół bez podgrzania. Pewnie trudno ci zrezygnować z obrazu idealnej, perfekcyjnej i zaradnej siebie.

A prawda jest taka, że najzwyczajniej w świecie naruszasz granice męża, który odpowiada ci przez telefon ze spokojem: „Poradzę sobie”. Tak właśnie wygląda nieświadomie naruszanie granic innych osób. Bo przecież on jest dorosłym człowiekiem. Wcale nie chce i nie potrzebuje twojego dyrygowania na odległość. Zabierasz mu sprawczość i sprawiasz, że może się poczuć jak ciamajda.

Dlatego, jeśli czujesz, że jesteś osobą, która nie potrafi być asertywna i nie umie dbać o swoje granice, z całą pewnością w ten sam sposób nieświadomie postępujesz wobec innych. Musisz tylko przeprowadzić szczerą rozmowę sama ze sobą, by się do tego przyznać i odkryć, w jakich sytuacjach to robisz.

Cierpię z niesprawidliwości

Masz poczucie niesprawiedliwości, bo innym natychmiast udają się rzeczy, na które ty musiałabyś poświęcić wiele czasu i pracy. Przyjaciółka, która nawet nie studiowała, mieszka dziś w pięknej willi z zamożnym mężem? Czujesz, że to niesprawiedliwe, że ty musisz pracować na dwóch etatach, a ona ma tak wygodnie. Dlatego, gdy cię zaprasza na imprezę, odmawiasz. Masz na to nawet racjonalne wytłumaczenie. Nie chcesz tam iść, bo oni znów będą rozmawiać, że wyjeżdżają na Dominikanę na wakacje, a ciebie na to nie stać. Jednak jej mówisz: „Nie mogę przyjść, bo nie mam ładnej sukienki.. Poza tym nikt mnie nigdy nie słucha na tych spotkaniach. Nie mam kasy nawet, by kupić dobre wino”.

Czy zauważyłaś, że wtedy twoja przyjaciółka zaczyna się „uwijać” wokół twojego złego samopoczucia, zapewnia cię, że założy jakiś dres i że nic nie musisz przynosić? A potem pyta, czy ci jakoś pomóc? Czy potrzebujesz pożyczki? Ty jednak dalej masz muchy w nosie i… nie przychodzisz. Zastanawiałaś się kiedyś, że wbijasz ją w ten sposób poczucie winy i naruszasz jej granice, stosując mikro agresję?

Pewnie trudno ci przyznać się przed sobą, że zachowujesz się tak, jakbyś kompletnie nie przyjmowała do wiadomości, że jesteś już dorosła i sama powinnaś brać odpowiedzialność za swoje życie. Za to tkwisz w poczuciu niesprawiedliwości, jakbyś „nacierała się” tym swoim bólem. Najgorsze jednak jest to, że wbijając bliskie ci osoby w poczucie winy, jęcząc im i ciągle opowiadając o swoich bolączkach, czerpiesz ukryte korzyści z tego, że cierpisz. Każdy może mieć gorszy dzień. Każdy ma prawo do humorów. Ale jeśli postępujesz w ten sposób notorycznie, to naruszasz granice przyjaciół, w poczuciu swojej krzywdy i bez świadomości, że się tego dopuszczasz.

Już nie wyrabiam

A może jesteś samotną matką, która ledwo wiąże koniec z końcem? Nie tylko brakuje ci pieniędzy, ale też czasu dla samej siebie. W dodatku szef w pracy intuicyjnie wyczuwa, że może cię obarczać obowiązkami, których inni nie wezmą na siebie. On wie, że ty z lęku przed utratą pracy, zgodzisz się zostać po godzinach i jeszcze nie upomnisz się o dodatkowe wynagrodzenie. Kiedy zaś wracasz do domu, coś w tobie pęka. Widzisz, że nastoletni syn nawet nie powkładał naczyń do zmywarki, a młodsza córka rzuciła mokry ręcznik w swoim pokoju na podłogę i udaje, że go nie widzi. Co robisz? Natychmiast wybuchasz! Krzyczysz! Wydzierasz się, nazywając dzieci – leniuchami, niewdzięcznikami, narcyzami, okropnymi bachorami. Trzaskasz drzwiami tak mocno, że pęka w nich szyba i w końcu zamykasz się w łazience. Kiedy dzieci próbują się do ciebie dostać, pukają i proszą, byś otworzyła, milczysz godzinę.

Tak, jesteś naprawdę w trudnej sytuacji. Nie chodzi o to, byś poczuła się jeszcze gorzej. Jednak musisz wiedzieć, że krzyk to forma agresji i wcale nie taka subtelna, zaś robienie karczemnych awantur to naruszanie granic dzieci. Gdybyś asertywnie ominęła ręcznik, pewnie po tygodniu córka włożyłaby go do pralki. Gdybyś porozmawiała z synem, miałabyś szansę na zmianę jego zachowania. Niestety matkom często trudno przyznać przed sobą, że naruszają granice dzieci.

Kilka słów na koniec

Wiemy, że ten tekst może być dla ciebie trudny. Wiemy, że przyjęcie go wymaga szczerości i dowagi. Wiemy, że większość poradników o stawianiu granic – koncentruje się poradach, które mają nam „zrobić dobrze”. A poczucie, że jeśli nie umiemy strawić granic innym ludziom to sami też je przekraczamy – do wygodnych nie należy. Jednak bez skontaktowania się tym psychologicznym mechanizmem w sobie – tak naprawdę nie mamy szansy na pełniejszy rozwój. Możemy utknąć w poczuciu „ja biedna, ja niezrozumiana, ja wiecznie pokrzywdzona”. A to przecież nie jest prawda. To nie jest cała prawda o nas.


Zobacz także

Jak zbudować pewność siebie? Uwierz w końcu, że jesteś dobrym i wartościowym człowiekiem!

„Sorry Kochanie, ja po prostu znam go lepiej”. Przyjaciółka mojego chłopaka zatruwa mi życie i nie wiem jak to przerwać

Gdzie pojechać w tym roku na wakacje? Zobaczcie, co podpowiada wasz horoskop