Psychologia

Patologia to nie kurtka z sieciówki i starannie dobrany podkład… Bo czy przemocowy ojciec rozmawiałby z dziećmi tak, jak on?

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
11 kwietnia 2017
Fot. iStock/MarinaZg
 

Minęłaś ich wczoraj, kiedy wychodzili z windy. Mieszkają piętro niżej. To taka normalna, miła rodzina. Status materialny: średnia z dużym plusem. Kolorowe, ładne ubranka, modne buciki na dziecięcych nóżkach. Przystojny, ubrany na sportowo on, przemiła i pachnąca delikatnymi perfumami ona – jeszcze młodzi, oboje inteligentni, uśmiechnięci. Dwie córki, jedna pewnie dziesięciolatka, druga właśnie poszła do przedszkola. Grzeczne, zawsze mówią ci „dzień dobry”. Mądre, rozgadane, rozśpiewane. Sielanka.

To nie jest patologiczna rodzina, o nie. Patologia to przecież brud, ubóstwo, tłuste, potargane włosy i odór alkoholu, tego najtańszego. Patologia to 500 plus, za które kupisz wódkę za rogiem. Ale na pewno nie kurtka z modnej sieciówki i starannie dobrany podkład. Co to, to nie. Patrz, jacy uśmiechnięci, szczęśliwi.

Jest wieczór. Słyszysz rozmowę. Jak to możliwe, przez grube ściany? To nie rozmowa, to kłótnia. Krzyk, jeden za drugim. Potem hałas jakby przewracanego mebla. Wychodzisz na korytarz, jedyna na twoim piętrze. Teraz krzyki są jeszcze bardziej wyraźne. Upewniasz się, to oni. Cofasz się jednak szybko do swojego mieszkania. W końcu w najlepszej rodzinie zdarzają się kłótnie. To przecież nie twoja sprawa. Nic się nie dzieje, prawda? Włączasz telewizor, głośno. Wyzwiska? Nie spodziewałabyś się. Ale kiedy człowiek traci panowanie nad nerwami, mówi różne rzeczy, a potem żałuje. Zasypiasz na kanapie. Jest już bardzo późno.

Następnego dnia spotykasz go w windzie. Odwozi dzieci do szkoły. Uśmiechnięty, tym razem elegancki, wita cię uprzejmym „dzień dobry”. „To nie może być zły człowiek” – myślisz. Czy zły, przemocowy ojciec zapinałby dziecku takim gestem kurtkę? Czy odpowiadałby tak cierpliwie na pytania młodszej córki? Nie. Na pewno jechałby z nimi tą windą bez słowa, a dzieci stałyby skulone w rogu windy, milczące, blade, przestraszone.

Po południu widzisz ją przez okna swojego mieszkania. Wraca z córkami do domu. Niesie zakupy, jest nieco smutna, zgarbiona. „Eh – uciszasz szybko swoje sumienie – naoglądałaś się spotów w telewizji” – i wracasz do swoich zajęć. Może ma ciężki dzień, może ta małżeńska sprzeczka tak ją „rozbiła”? A może jest po prostu zmęczona po całym dniu pracy odbierając córki ze szkoły.

Dwa tygodnie później, budzisz się w środku nocy. Nie, nie sama. Budzą cię niepokojące hałasy, krzyki z mieszkania piętro niżej. Trzaskają drzwi, ktoś szarpie za klamki, spadają jakieś przedmioty. Słyszysz przerażone, błagalne głosy – krzyk kobiety i prośby jej dzieci. Rozróżniasz pojedyncze słowa „proszę”, „nie rób tego”, „nie” i masę wyzwisk. Nie masz wątpliwości – tam dzieje się krzywda. Wyglądasz na korytarz, tak jak poprzednio – nikt oprócz ciebie nie decyduje się sprawdzić, co się stało. A jednak. „To nie jest moja sprawa” – myślisz. Jeszcze i tobie się oberwie. To są rodzinne sprawy.  A może twoja sąsiadka nie chciałaby, żeby ktoś się w to wtrącał. Taka przemoc w domu to przecież bardzo wstydliwa sprawa.

To młoda, inteligentna kobieta – jeśli by potrzebowała, na pewno umiałaby znaleźć pomoc. Ten ostatni argument przekonuje cię ostatecznie. Wracasz do swojej sypialni, zakładasz słuchawki na uszy. Po trzydziestu minutach odgłosy cichną. Zasypiasz.

Rano dosiadają się do twojej windy – on i jego dwie córeczki. Przyglądasz się, tym razem uważniej. Dzieci mówią bez przerwy, zagadują ojca. Patrzysz na niego i widzisz ze usta zaciskają się w uprzejmym uśmiechu jednak zbyt mocno. Że dzieci gadają jedno przez drugie jakby chciały nie dopuścić do niezręcznej ciszy. Nie, pewnie ci się tylko tak wydaje. Uśmiechasz się na „do widzenia”, kiedy wysiadasz i robisz wszystko, by zapomnieć o tej sprawie.

Po południu mijasz ją na osiedlu. Jest upalny, letni dzień, a ona zarzuciła na siebie sweter, na nogach ma długie legginsy. Kiedy wyrzuca śmieci, sweter zsuwa się na ziemię, odsłaniając ramiona. Teraz widzisz, że jej ręce pokrywają siniaki i krwiaki. Dużo tego. Nieśpiesznie narzuca na siebie ubranie, jakby jej nie zależało, jakby chciała, żebyś zauważyła.

Impuls sprawia, że zawracasz i podchodzisz bliżej. – „Przepraszam, – mówisz w końcu – widziałam siniaki na pani ramionach. Czy mogę Pani jakoś pomóc?”. Odwraca się do ciebie, a jej duże oczy robią się jeszcze większe, w tej szczupłej, bladej twarzy. Serce zaczyna ci bić jeszcze mocniej. Boisz się, że za chwilę usłyszysz niemiłe słowa. Nie, ty boisz się, że kiedy popłynie prawda, nie będziesz w stanie nic sensownego z nią zrobić. Że usłyszysz coś, czego nie będziesz mogła od tak zostawić, bo nie pozwoli ci na to sumienie. Te pięć sekund trwa jak wieczność. Potem jej oczy zapełniają się łzami. – „Przepraszam – mówi niespodziewanie – już dawno powinnam coś z tym zrobić”. Przełamany wstyd jest oczyszczający. Zabierasz ją do siebie, na kawę z mlekiem. Tam, pourywana we fragmenty opowieść powoli składa ci się w całość.

Już wiesz, że zrobiłaś dobrze.


Psychologia

Syn jest jej największą miłością. Obsesyjnie stara się go odzyskać i wierzy, że będzie ważniejsza niż życie u boku ukochanej

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
12 kwietnia 2017
Fot. istock/YinYang
 

W miłości była dawcą, zdecydowanie. Może nawet za bardzo? Otulała tym swoim uczuciem szczelnie, miękko, żeby tylko ukochanemu niczego nie zabrakło, żeby nie odszedł szukać szczęścia gdzie indziej. A jednak jej związki rozpadały się, jeden za drugim, bo nadchodził moment, kiedy zbyt mocno przejmowała kontrolę nad relacją. Zbyt mocno chciała stworzyć im dom. Kolejni narzeczeni wymykali się, tłumacząc uprzejmie, ale stanowczo: „za bardzo się od siebie różnimy”, „świetna jesteś, ale nie zasłużyłem na ciebie”. Aż w końcu spotkała mężczyznę, któremu ta jej natarczywość bardziej schlebiała niż przeszkadzała. Dobrego mężczyznę, „porządnego”. Pobrali się i pojawił się syn. Prawdziwa miłość jej życia.

W ich związku było… zwyczajnie. Żadnych kłótni, zdrad, przemocy. Ot, dwoje całkiem dorosłych ludzi zdecydowało się założyć rodzinę. Na początku dobrze im ze sobą było, pewnie, bezpiecznie. Lubili tę wspólną kanapę i wieczorny film, żadnych tam wyjść na kolację, czy do znajomych, zwłaszcza po ciężkim dniu pracy. Rozumieli się w tych wszystkich kwestiach, które są ważne, kiedy chcesz być z kimś na zawsze. A jednak nigdy nie osiągnęli takiej bliskości jak pary, z którymi się przyjaźnili.

Zauważyła to jeszcze przed ślubem. On nigdy nie był zbyt wylewny, za to zawsze i do bólu „zdroworozsądkowy”, wyważony, mądry i odpowiedzialny. Seks, czułość – owszem, ale czy czuła się wtedy wyjątkowo? Nie. Szybko stłumiła wątpliwości. „Nie oczekuj za dużo od mężczyzny, od małżeństwa” – powtarzała jej matka. – „Najważniejsze, żeby do domu po pracy wracał. Pieniądze na życie dawał. I żeby nie bił”. Wydawało jej się, że już dawno odrzuciła te stereotypy. Chciała więcej, sama dobrze zarabiała, nie było między nimi ekonomicznej zależności. Ale czas leciał, koleżanki z rodzinnej miejscowości dawno już pozakładały rodziy, przekonała więc siebie samą, że to „na pewno to”. A on ją kochał. I to miało wystarczyć na całe życie.

Ślub wzięli w maju, wbrew ludowym porzekadłom, że szczęście przyniesie im miesiąc z literką „r”. Zamieszkali w jej mieszkaniu, bo było większe, bardziej ustawne i było w nim miejsce dla dziecka. O dziecku mówili od zawsze, pragnęli go oboje. Więc w ich życiu szybko pojawił się Wojtuś.

Czasem zdarza się tak, że pojawienie się dziecka zbliża do siebie, choć na chwilę, dwoje ludzi, których drogi zaczęły się już powoli rozchodzić. W ich wypadku, stało się odwrotnie. To znaczy, ona oddaliła się od męża jeszcze bardziej, jakby uciekając w relację z nowonarodzonym synem. Już nie musiała zaprzeczać, że jest nieszczęśliwa, że brak jej miłości. Miała przed sobą miłość całego świata. Miała syna.

W sypialni stanęło łóżeczko Wojtusia, choć właściwie Wojtuś na dobre zagościł w ich małżeńskim łóżku. Z mężem rozmawiała jedynie o Wojtusiu, nawet wtedy, kiedy w jego życiu zawodowym pojawiły się wyzwania, z którymi bez wsparcia i zainteresowania bliskiej osoby, coraz trudniej było mu sobie poradzić. Powoli stawał się „niewidzialny”. Cierpiał w milczeniu, bo nie potrafił okazywać uczuć.

Kiedy Wojtuś skończył trzy lata, problemy małżeńskie zaczęły się na dobre. On narzekał, że ona całą swoją miłość przelała na syna. Trochę walczył, tak jak umiał, ale jej zdaniem to było za mało. Sama nie miała już ochoty się starać o ten związek. Przecież uważała, że to mąż ją zaniedbuje. Seks? Może raz na kilka miesięcy, potem już wcale. Zresztą, jej mąż nigdy nie był fanem „tych spraw”. Oddalili się od siebie jeszcze bardziej, emocjonalnie, fizycznie. Choć na zewnątrz ich relacje pozostawały poprawne, w domu rósł między nimi mur.

Już wtedy wiedziała, że nie będzie z nim szczęśliwa. Że ten stan utrzyma się już do końca. Drażniło ją w nim wszystko – on, jego obecność, jego nieporadne próby okazania czułości. Ale rozwód? Nigdy w życiu. W jej rodzinie nie było rozwodów i ona zdecydowanie nie będzie pierwsza. Była zbyt ambitna na to, żeby przyznać się do jakiejkolwiek porażki. Ale te wszystkie niezaspokojone uczucia, tę samotność, trzeba było jakoś zabić, zdusić. Albo obciążyć nimi syna.

Wojtuś stał się jej oczkiem w głowie. Rozpieszczała go do granic możliwości, a kiedy dorósł traktowała jako powiernika, przyjaciela i … partnera. To do niego dzwoniła, żaląc się na nieudany związek z jego ojcem. To jemu wysyłała zdjęcia bluzek i sukienek, które mierzyła podczas zakupów. To on był pierwszą jej myślą rano i ostatnią wieczorem, a kiedy na drugim roku studiów wyjechał na trzymiesięczne stypendium, wysyłała mu tysiące SMS-ów, zasypując informacjami o swoim samopoczuciu, wynikach cytologii i konfliktach z koleżankami.

To z nim planowała każdy urlop, jego rady zasięgała planując kupno samochodu. Mąż, choć wiernie tkwił obok, stał się tak nieistotnym, niepotrzebnym elementem, jak zapomniana ramka na zdjęcia. Potrafiła besztać go w obecności syna, wyśmiewając jego nieporadność i mszcząc się za nieudany związek.

Ale dziecko chciała mieć na wyłączność. Nie zauważyła, a może nie chciała widzieć, jak niszczy relacje syna z jego przyjaciółmi, jak nie dopuszcza do siebie myśli, że jest już dorosłym mężczyzną, a ona nie jest jedyną kobietą w jego życiu. Każda znajomość z dziewczyną, na której mu zależało, potrafiła zniszczyć, snując intrygi, nieustannie mówiąc o nowej miłości syna wszystko, co najgorsze, aż zakończył znajomość. Do czasu.

Dzisiaj Wojtek ma 25 lat i zdecydował się przeciąć więź z matką. To przez nią rozpadł się jego związek z Olą, o której mama nie mówiła inaczej niż „TA DZIEWCZYNA”, choć syn poprosił ją o rękę. Ale Wojtek Olę odzyska i zamieszka z nią w innym mieście, a potem wezmą ślub. Na razie wynajął mieszkanie. Nie odbiera już telefonów, czasem wysyła mamie SMS-a, że żyje, zmienił pracę i żeby nie wypytywała o niego jego znajomych. Próbuje za to odbudować relację z ojcem, który wyprowadził się od żony, choć nie zażądał rozwodu. I stara się na nowo zdefiniować siebie samego w tym dziwnym, toksycznym związku z matką.

A ona? Nie chce i nie potrafi poradzić sobie z odejściem syna. Obsesyjnie snuje plany z nim związane i wierzy, że Wojtuś do niej wróci. W końcu tylko jego kochała naprawdę. Tylko nim mogła się opiekować, na swoich zasadach.


Psychologia

Ojcowie, bądźcie rodzicami! Tata to nie opiekunka na godziny, ani pomocnik swojej żony

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
20 marca 2017
Fot. istock/svetikd

Ja wiem, czasem (a może często) się tak układa, że to on zarabia więcej, że dłużej zostaje w pracy, że go w domu nie ma tyle, ile „powinno”. Wiem, że stereotypy jeszcze do końca nie umarły i w części z nas ciągle drzemie skandaliczne przekonanie, że do dzieci i garów to matka, a ojciec to ten, co od święta piłkę z młodym pokopie, ale w nocy choremu synowi już syropu nie poda, piżamy nie zmieni i nosa nie podetrze. A jednak, krok po kroku nachodzi „nowe”.

Pewnie trzeba byłoby do tego jeszcze pokolenia, albo nawet dwóch, żeby stało się naturalne, że ojciec, to taki sam rodzic jak matka, a nie żaden pomocnik, czy opiekunka w razie gdyby ona, raczej musiała, niż chciała, na pół godziny wyskoczyć (zostawiwszy uprzednio cały obiad gotowy, żeby tatuś już nic się nie musiał martwić).

Teściowa mojej znajomej regularnie straszy swoje wnuki, kiedy się nimi opiekuje: „nie możemy się spóźnić, bo mama będzie krzyczała”, „nie możemy tego zjeść (no ja bym ci z serca kochany, dała, ale nie mogę), bo mama nie pozwala”, „nie mów mamie, że pozwoliłam ci wchodzić na te drabinki, bo będzie na ciebie zła”. MAMA. Źródło zakazów, przyzwoleń i nakazów, które i tak warto złamać, żeby jej zagrać na nosie. Tata? Tata jest tylko tym, dla którego rysuje się laurki i którego oznacza się w poście na Facebooku popisując zdjęcie „niedziela z tatusiem”. Strasznie mnie to denerwuje. „Pokaż tatusiowi, jakiego cię babcia wierszyka nauczyła, daj mu ten rysunek, który zrobiłeś. Fajnie jest z tatą, co?”… Bezwolny ten tata. Trochę taki „obok wszystkiego”, ale jednak do podziwiania.

Pani w przychodni przeciera ze zdumienia oczy, gdy mój mąż z pamięci recytuje wszystkie choroby które przebył nasz syn, łącznie z datą ostatniego szczepienia. Nieufnie spogląda w moją stronę, jakby szukając potwierdzenia. Odwracam wzrok, podaję książeczkę zdrowia, wszystko się zgadza. Cisza. No bo jak to skomentować?

Lekarka objaśniając nam etapy leczenia anginy, patrzy na mnie i mówi tylko do mnie, jawnie olewając obecność mojego męża. Niech ubierze. Niech usiądzie z dzieckiem i poczeka. Niech siedzi cicho. Przecież i tak nie będzie tych leków podawał. Jeszcze się pomyli. W końcu to facet jest.

W szkole podobnie. Ta mojej córki jest mocno sfeminizowana, nauczycieli jest pięciu – pan od informatyki, dwóch panów od WF-u i dwóch od matematyki. Reszta – same panie. Ale tatuś na zebraniu w szkole to już przecież dawno nie ten, który jedynie „świecił oczami” w sytuacjach kryzysowych, kiedy dziecko nieźle narozrabiało i trzeba było iść przeprosić panią, najlepiej z kwiatkiem. W naszej klasie, tatusiowie udzielają się nawet bardziej niż mamusie, aktywnie walczą o zmianę siejącej postrach katechetki, protestują przeciwko absurdalnym zarządzeniom dyrekcji, a czasem wyjeżdżają na wycieczki jako opiekunowie. Jaka szkoda, że jest ich tylko dwóch. To ciągle za mało.

Ojcowie, dlaczego o wasze prawa rodzicielskie (te w praktyce, nie w teorii) walczycie dopiero po rozwodzie? Dlaczego odpuszczacie, kiedy wasze żony, przekonane, że wszystko robią lepiej niż wy, nie pozwalają wam przewinąć dziecka, albo ułożyć go do snu? Chyba, zresztą, coraz mniej już takich żon, bo kobiety nareszcie zrozumiały, że kluczem do ich osobistego szczęścia, jest dobrze pojęte partnerstwo – również w rodzicielstwie. Idzie nowe, rozejrzyjcie się, bierzcie przykład z kolegów…

Zasada jest prosta  –   chcesz mieć dobry kontakt ze swoim dzieckiem, bądź obecny w jego życiu. Bądź obecny – znaczy bądź pełnoprawnym rodzicem, z przywilejami (tymi przyjemnymi, sprawiającymi, że na sercu cieplej, a duma rozpiera) i z obowiązkami (wstawanie w nocy do katarku i kupki jest jednym z nich). Wiem, że miewacie mało czasu, albo że „tak się umówiliście”, że to wasza partnerka „ogarnia dom”. Ale wtedy, kiedy tylko możecie, przejmujcie inicjatywę, nie bądźcie jedynie bierną opiekunką, czy pomocnikiem własnej żony. Bądźcie rodzicami.