Lifestyle

„Czułam, że będę miała raka. Za takie życie płaci się cenę”. Wspomnienie o Barbarze Falandysz

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
15 grudnia 2015
Fot. Screen Youtube/FAKTY TVN
 

Dziennikarze ją lubili, bo zawsze zgadzała się na wywiad i opowiadała tak jak bohater idealny: obrazami i konkretami. Chętnie zapraszała do swojego domu na warszawskim Mokotowie. Nie wstydziła się mówić. O sobie i mężu, Lechu Falandyszu. Ich miłości, jego alkoholizmie, o tym jak walczyła o rodzinę.

„Gdy się ma czwórkę dzieci priorytety są jasne”

… mówiła twardo. Twierdziła, że jest otwarta, bo chce pomagać innym kobietom, które są współuzależnione. Że będzie szczęśliwa jeśli pomoże choć jednej.„Długo ci się wydaje, że chorą osobę wyleczysz miłością. Ale to bzdura. Jeśli nie postawisz w końcu granicy, on będzie pił dalej, a ty będziesz razem z nim spadać na dno” powiedziała mi kiedyś.

Był 2010 rok, maj. Siedem lat po śmierci Lecha Falandysza. Pomyślałam wtedy, że chciałabym być tak oddana w miłości jak ona, mieć taką rodzinę i taką siłę. Zresztą wiele młodszych kobiet ją podziwiało. Była piękna, mądra, choć czasem bezkompromisowa, zaradna i twarda.

„Ale jaka siła? Przecież ja nie mogłam się poddać,

… nie mogłam pozwolić sobie na depresję. Gdy mąż umarł najmłodsza córka nie miała 9 lat, najstarsza nie była jeszcze pełnoletnia. Musiałam zakasać rękawy, zarabiać, byłam jak taran” – wspominała. Jednocześnie, siedząc wtedy w swoim fotelu, powiedziała: „Ale gdzieś w środku czuję, że kiedyś zapłacę cenę za takie życie bez płaczu, że tak się nie da, organizm się zbuntuje”.

O tym, że ma raka dowiedziała się dwa lata później, tuż przed świętami. To miało być badanie, które ją uspokoi, pozwoli zamknąć rok z poczuciem, że sprawa zdrowia odhaczona. Choć przecież wiedziała, że coś jest nie tak, bo jedna pierś ją bolała, była spuchnięta. W jednym z wywiadów opowiadała później, że gdy po diagnozie wróciła do domu i usłyszała od córki takie zdanie:  „Mamo, jestem taka szczęśliwa, nigdzie nie muszę iść”, pomyślała tylko: „Boże, dziecko, kiedy ja ci o tym powiem”.

Ale powiedziała w święta, po alkoholu, którym próbowała dodać sobie odwagi. Wtedy też, jak zawsze, próbowała być silna: „Poradzimy sobie, nie martwcie się” przekonywała. O chorobie też mówiła w mediach otwarcie. Zgadzała się na wywiady, choć brała chemię i pierwszy raz w życiu miała poczucie, że naprawdę choruje, jest słaba. Tym razem jednak chciała ostrzec innych, żeby szanowali swoje zdrowie, dbali o siebie, żeby wiedzieli, że za szybkie, bardzo stresujące życie płaci się cenę. Czasem najwyższą.

„Nie mam czasu na raka”

… choć tak mówiła, oswajała śmierć. Daleko jej było do magicznego myślenia, przekonania, że na pewno da radę. „Może to forma samoobrony, a może to, że dla mnie śmierć to nic nadzwyczajnego. Straciłam ukochanego tatę, męża, może czas teraz na mnie?”. Dla niej najważniejsze było to, że wykonała najważniejsze zadanie. Odchowała dzieci, zapewniła im byt– mimo tego, że z dnia na dzień została sama.

Kiedyś jedna dziennikarka spytała ją: „Pani Basiu jest pani tak samo mocna, silna i pewna jak moja mama. Ale moja mama jest w środku bardzo krucha i całe życie nosi w sobie różne tajemnice, więc przepraszam, ale ja w tę pani siłę po prostu nie wierzę. Jaka jest pani tajemnica?”. Barbara Falandysz roześmiała się i zażartowała: „O nie, moją to ja zabiorę do grobu”.

Znów zbliża się Boże Narodzenie. Barbara Falandysz z nowotworem walczyła równo cztery lata. Przegrała.

P.S Polecam przepiękny wywiad z Barbarą Falandysz w książce Magdaleny Łyczko: „Lekcja miłości”, wyd. Zwierciadło.


Lifestyle

Już się nie znamy, nie pasujesz do mojej wizji świata idealnego… Witaj w Facebookowej otchłani „gorszego sortu”. Czy już naprawdę nie potrafimy się różnić?

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
15 grudnia 2015
Fot. iStock / Izabela Habur
 

Jeszcze wczoraj miałam znajomą. Ostatnio znałyśmy się bardziej wirtualnie niż fizycznie, nie mniej jednak była to postać z krwi i kości. Osoba, z którą nie raz zdarzało mi się wdać w kulturalną, rzeczową wymianę poglądów. W tylu samo kwestiach zgadzać, co spierać. Dziś od rana, S. nie widnieje na mojej facebookowej liście znajomych, a ja nie figuruję już na oznaczeniach zdjęć, które S ma swoim albumie „Zakopane 2007”.  Moje wiadomości wylądują teraz w folderze „inne”. I zapewne S. już nigdy ich nie przeczyta. Razem z grupą kilkunastu innych szczęśliwców, zostałam przez S. odesłana w facebookową otchłań dla „innych użytkowników”. Tych gorszego sortu. Czy to głupota, czy prowokacja?

Masz babo placek! Czym sobie na to zasłużyłam? Rzecz bardziej banalna, niż warta uwagi. Zawinił pewien obrazek, komentujący polityczną rzeczywistość. Niefrasobliwie udostępniłam go na swoim profilu, zapewne również pod wpływem impulsu, a raczej, co tu kryć, stanu najwyższego wnerwienia na ostatnie zdarzenia. S. się obrazek nie spodobał, obraził jej uczucia, uderzył w jej „poczucie polskości” i dał jej kopniaka w sam środek dumy z osiągnięć naszego narodu. Wszystko to spowodowało, że już się nie znamy. Nie można przyjaźnić się z kimś, kto ma inne poglądy, prawda?

Inna koleżanka wrzuciła na swój profil fotografię, którą pewnie znacie już wszyscy. Tłum manifestujących, ktoś niesie tabliczkę, a na niej przybite, martwe zwierzę. I jeszcze dowcipny napis, dla uzupełnienia tej gry słowem. Wszyscy już wiedzą, że to taka szarada, kryjąca w sobie nazwę programu pewnego dziennikarza. Dziennikarza z lisem, o przepraszam, z tym zwierzątkiem w nazwisku.

Znajoma opatrzyła fotografię podpisem „bez komentarza”. Całkiem słusznie, obrazek sam w sobie stanowi niemy komentarz. Ale nie udało się. W ciągu dosłownie kilku minut pojawiła się lawina opinii. Ktoś się na kogoś obraził, ktoś obraził kogoś, ktoś w zacietrzewieniu, złości, w nerwach wylał na kogoś wirtualne wiadro pomyj, żalu, frustracji i nienawiści. I pewnie ktoś, wyrzucił niejednego ”kogoś” ze swoich znajomych. Tylko dlatego, że o pewnych sprawach myśli inaczej, że nie przyklaśnie jego argumentom, że nie przytaknie twierdząco głową „Tak, właśnie, masz całkowitą rację”… Bo przecież moja racja jest bardziej „mojsza” i to jest najważniejsze. I wcale nie liczy się tu żadna logika, jakość czy wartość argumentów, wiedza, życiowe doświadczenie. Kiedy po obu stronach króluje głupota i chęć „przekrzyczenia” albo sprowokowania przeciwnika, masz ochotę tupnąć nogą i zawołać: dość! Tak się po prostu nie da.

Co się z wami dzieje, ludzie? Czy już nigdy nie będziemy potrafili się różnić? Zamkniemy się we wrogich obozach, z daleka obserwując tych, co „myślą niesłusznie”? Dlaczego przestajemy widzieć w naszych światopoglądowych oponentach drugiego człowieka, dawnego przyjaciela? Dlaczego przekreślamy od razu wszelkie szanse na jakąś wymianę myśli, twórcze spory, próbę zrozumienia drugiej strony? Jak chcemy zrozumieć, ogarnąć ten świat? Czy, wzorem pana, który wydziedziczył swoje dziecko, bo zagłosowało na inną niż jego ojciec partię, pozrywamy więzi z najbliższymi, tylko dlatego, że inaczej widzą i rozumieją rzeczywistość?

Rozmawiam z K., wspólną z S. znajomą. Ten dialog jest „bezpieczny”, obie znamy swoje poglądy nie od dziś. – Mnie też S. wywaliła, tydzień temu. Za te kacze nóżki, pamiętasz? – opowiada K. – Ale to jeszcze nic. Mój ojciec (tata K. to zapalony internauta i komentator wydarzeń bieżących) pokłócił się na amen ze swoim przyjacielem. Takim od dzieciństwa. Zerwali znajomość. Tata pytał mnie nawet jak go zablokować. – O co poszło? – pytam. – Obaj uczestniczyli w weekendowych marszach. Tylko każdy innego dnia. Oto właśnie cała awantura. A w zeszłym tygodniu tata poszedł z małą (córeczka K. ma trzy lata) na plac zabaw. Tam, tak „pożarł się” z moją sąsiadką (przyszła z czteroletnim wnuczkiem) o Trybunał Konstytucyjny, że na koniec zabronili dzieciom się ze sobą bawić. Rozumiesz to?

Nie rozumiem. Ale obserwuję prawie codziennie. Nawet w zaprzyjaźnionym warzywniaku, czy w kolejce do kasy w osiedlowym sklepie spożywczym. – Z tymi się nie rozmawia – mruga do mnie porozumiewawczo właścicielka „Smacznego warzywka” na widok pary stałych bywalców. – Ja tylko przytakuję, bo ostatnio tak nagadali tej pani z pieskiem w czerwonym kubraczku, że się biedna popłakała.

Wiem o co poszło, słyszałam tę dyskusję. Rzadko kiedy zdarza się rzeczowa, pokojowa dyskusja zwolenników liberalizmu z tymi, którzy popierają nurty narodowo-katolickie. Ale żeby zaraz z grubej rury?!

Kochani znajomi z Facebooka i nie tylko! Pamiętacie jeszcze, jak się poznaliśmy? Lubiliśmy się prawda? W. nieraz pomógł A. w potrzebie, gdy w grupie „nagła pomoc” umieszczała rozpaczliwe posty ”Ratunku! Samochód znów się zepsuł. Jest ktoś przy rondzie Babka?”. A P. ? P. codziennie dodawała kilka słów otuchy na tablicy M., gdy ta przechodziła ciężkie chwile po rozstaniu z chłopakiem. Dziś? A. nie rozmawia z W., P. zablokowała M. Na amen.

Droga S.! Wpadnij na szarlotkę. I przynieś te swoje kruche ciastka. Ich słodki, maślany smak, to jedyne co pamiętam dziś ze wspólnych ćwiczeń z makroekonomii. Tych na pierwszym roku. Wtedy jakoś łatwiej było rozmawiać, nawet o polityce.

Sąsiadko, tato K., przemiła paro z warzywniaka za rogiem! I jeszcze wy, z tym zwierzakiem przypiętym do zbitej z desek tablicy. Gdyby zamknąć was w jednym pomieszczeniu, pewnie skoczylibyście sobie do gardeł.

I oczywiście poczujecie się teraz urażeni, ale powiem wam jedno: dla mnie jesteście tacy sami.


Lifestyle

Jak postanowiłam zostać joginką, czyli o co chodzi z tą całą jogą. Nie wiesz, jak zacząć? Przeczytaj

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
14 grudnia 2015
Fot. Flickr / adifansnet / CC BY

Zabierałam się do jogi dość długo. Coś mnie w niej pociągało, choć podchodziłam trochę jak do jeża. Bo niby na co komu to całe nieprawdopodobne wygnanie ciała. Mówiłam: „E to taka moda, minie. Wolę iść pobiegać”.

Myślałam, że siedzenie i oddychanie to kompletnie nie dla mnie. Bo ileż można tak wytrzymać. Poza tym, gdyby skupić się na samym ruchu, to co to za wysiłek. Owszem porozciągam się, ale do tego właściwie jogi nie potrzebuję. No i nie ukrywajmy, specjaliści od jogi jawili mi się jak lekko odcięci od rzeczywistości z tym swoim spokojem, uśmiechem i łagodnością. Bywało, że mnie irytowali. A jak coś mnie irytuje, to od razu zaczynam się zastanawiać dlaczego. Więc może dlatego, że zazdrościłam im tego ZEN i czasu, który poświęcają na znalezienie równowagi. Więc zamiast się irytować, pomyślałam, że spróbuję.

Nie jestem zwolenniczką zapisywania się na zajęcia, zwłaszcza, że te z jogi trwają półtorej godziny. Dla mnie zdecydowanie za długo. Poczytałam, poszukałam, przygotowałam sobie rozpiskę najprostszych pozycji. I do roboty.

 Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Fot. Flickr / John Giebler / CC BY

Z jogą sprawa jest trochę skomplikowana, bo właściwie w niej nie chodzi o ruch, o ćwiczenia, ale o coś więcej. Jak bym chciała się tylko porozciągać, pewnie wybrałabym pilates. Prawdziwi jogini zarzucają często, że traktujemy jogę, tylko i wyłącznie jako zestaw ćwiczeń. Nie zagłębiamy się w jej filozofię. Cóż, przepraszam, ale wolę praktykę od teorii: „O niej pomyślę później”, pomyślałam. I zaczęłam bardzo prosto.

15 minut przy otwartym oknie (mi zimno nie przeszkadza, wystarczy jednak porządnie przewietrzyć pokój), z zamkniętymi oczami siedząc na podłodze ze skrzyżowanymi nogami oddychałam. Wdech. Wydech. Nie było łatwo. Co któryś oddech gubiłam, wędrując myślami: „Co dziś na obiad?, „Hmm gdzie muszę zdzwonić?, „Co załatwić?”. Przywoływałam się do porządku i znów: wdech, wydech. Zaczęłam liczyć, jak długości basenów, żeby skupić się tylko na tym oddechu. Pierwsze dni może udawało się przez 3 minuty wyłączyć głowę, ale im dłużej tym było łatwiej.

Ten stan wyciszenia ćwiczyłam rano. Wstawałam 15 minut wcześniej. Takie trochę przedłużenie snu, a w rzeczywistości zatrzymanie się przed wejściem w szalony pędzący dzień. I wiecie, te 15 minut dla oddechu, dla skupienia się wprowadziłam też wieczorem. Nie zawsze się udaje. Ale ten spokój, cisza cudownie koi nerwy, irytację, pośpiech.

Dałam sobie tydzień na ćwiczenie oddechu. Kiedy wiedziałam, że potrafię już dłużej wyłączyć głowę, skupić się na oddechu przeszłam do najprostszych (jak dla mnie) pozycji.

Kobra (Bhujangasana)

Połóż się na brzuchu, dłonie ułóż na wysokości klatki piersiowej. Biodra mocno dociśnij do ziemi, dociśnij dłonie i wyprostuj ręce wyginając się do tyłu. W tej pozycji najlepiej wytrzymać przez około dwie minuty. Skup się na oddechu. Z czasem te dwie minuty będziesz „wyczuwać” naturalnie.

via GIPHY

Skręt (Mariciasana III)

Usiądź na macie z prostymi nogami i prostym tułowiem. Musisz zgiąć prawą nogę i kolano przyciągnąć jak najbliżej siebie, stopa powinna być blisko pachwiny. Obejmij kolano, przylegając do niego, jakbyś chciała wydłużyć kręgosłup. Następnie wykonaj skrę tułowia w prawą stronę, obejmując lewą ręką te prawe kolano. Wytrzymaj półtorej minuty i to samo po powrocie do siadu prostego zrób na drugą stronę.

Skłon do przodu w siadzie skrzyżnym (Adho mukha sukhasanie)

Moje ulubione. Siadasz ze skrzyżowanymi nogami, wykonujesz skłon do przodu z wyprostowanymi rękami tak jakbyś chciała wydłużyć kręgosłup. Wytrzymaj półtorej minuty, wróć do siadu, zmień splot nóg i wykonaj jeszcze raz. Cudownie kręgosłup odpoczywa. Pamiętaj: wdech, wydech.

via GIPHY

Skłon do przodu (Pascimottanasana)

Podobna pozycja do poprzedniej, tyle, że siadasz z prostymi nogami. Dociśnij tył nóg do ziemi i wykonaj skłon do przodu, tak jakbyś chciała położyć głowę na nogach. Bolą nogi? Tę pozycję na początek rób tak, by się nie przeforsować. Z czasem coraz głębszy będzie ten skłon. Wytrzymaj dwie minuty.

Pozycja trójkąta (Utthita-trikonasana)

To teraz coś na stojąco. Stań prosto, rozstaw szeroko nogi, najlepiej tak, by uzyskać trójkąt równoboczny (wiecie – wszystkie boki równe). Prawą stopę skręć lekko do wewnątrz, a lewą skieruj na zewnątrz. Przechyl cały tułów i miednicę w lewo, kiedy poczujesz opór, połóż jedną rękę na nodze, a drugą wyprostuj. Brzmi skomplikowanie? Spróbuj wykonać, tylko strasznie wygląda, to trochę jak skłon w bok. Wytrzymaj dwie minuty, wróć do pozycji wyjściowej i zmień stronę

via GIPHY

Martwe ciało (Savasana)

I ostatnia pozycja. Połóż się na plecach, zamknij oczy, rozstaw nogi i ułóż ręce tak, żeby było ci wygodnie. Dziesięć razy napnij wszystkie mięśnie i je rozluźnij. Skup się na oddechu. Pozostań w tej pozycji cztery minuty.

 Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Fot. Flickr / John Giebler / CC BY

Wychodzi 18 minut jogi. Tylko 18 minut, a energii na cały dzień. Joga to doskonały sposób na radzenie sobie ze stresem, na odprężenie ciała, na danie swojemu mózgowi odpoczynku. Joga to jednak przede wszystkim czas dla siebie. Zaplanuj ją, kiedy nikogo nie ma w domu, albo gdy wszyscy domownicy jeszcze lub już śpią.

Ja szczerze jestem pod wrażeniem, jaki spokój w sobie znajduję. Uśmiecham się do siebie i innych. I wiele problemów albo nagle ma mniejszą wagę, albo staje się łatwiejszych do rozwiązania. Zachwyca mnie ten fenomen. A to dopiero trzy tygodnie. Mam poczucie, że właściwie dbam o siebie, zatrzymuję się na te niespełna 20 minut i to taki codzienny prezent dla mojego ciała, czyli dla mnie.

Zastanawiam się, czy może z nowym rokiem nie zapisać się na zajęcia jogi. W końcu półtorej godziny raz w tygodniu nie jest jakimś wielkim wyczynem 😉


Opisując poszczególne pozycje korzystałam ze strony joga-medytacja.pl


Zobacz także

Google Maps

Dookoła świata, palcem po mapie, klatka po klatce… Dokąd chcesz dziś pojechać? Ten filmik robie furorę w Internecie

Jak daleko się posuniesz, żeby uratować to małżeństwo? Wyjdź wreszcie z tej cholernej sypialni, odważ się spojrzeć sobie samej w oczy

Czego dowiesz się o swoim związku zanim upłynie pierwszy, wspólny rok?