Psychologia

Kto nigdy nikogo nie pożegnał „naprawdę”, ten nie żył. Pozwolić odejść temu, kto cię nie potrzebuje, znaczy dojrzeć

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/fcscafeine
 

Pewnie wiele razy w swoim życiu musieliście kogoś pożegnać. To mogło być rozstanie, decyzja o zakończeniu przyjaźni, śmierć bliskiej osoby. Pożegnania i powitania w pewnym sensie wyznaczają nasz życiowy rytm, bo większość tych najgłębszych, najpiękniejszych i najtrudniejszych emocji, które odczuwamy, dotyczy innych ludzi – ich obecności bądź ich braku w naszym życiu. 

Rozpacz, żal, smutek – te uczucia najczęściej towarzyszą nam, kiedy ktoś, kto był dla nas ważny, odchodzi, nawet jeśli relacja, która nas wiązała, przynosiła nam cierpienie i emocjonalny ból. Tak bardzo przywiązujemy się do ludzi, że zatracamy i gubimy w tym przywiązaniu samych siebie.

Tymczasem pożegnać kogoś, kto już nas nie potrzebuje, to znaczy dorosnąć, dojrzeć. Nawet śmierć bliskiej osoby może pozwolić nam wzrosnąć „duchowo”, rozwinąć się emocjonalnie. W jaki sposób? Bo zaczynamy sobie zadawać pytania, na które nie ma jednoznacznych odpowiedzi. Bo zdajemy sobie sprawę z tego, że jednak potrafimy żyć „sami”, że właściwie w ogóle, tak naprawdę, jesteśmy sami i że ta relacja z sobą samym, jest najbardziej podstawową, „bazową”.

Pożegnać kogoś, kto nas nie potrzebuje, może pozwolić nam odkryć siebie na nowo

Jeśli żegnasz ukochanego, dla którego przestałaś być priorytetem, żegnasz też poczucie, że miłość musi boleć.  Jeśli godzisz się ze śmiercią przyjaciela, uznajesz, że twoje życie będzie teraz inne, ale nie musi być gorsze. Mimowolnie zaczynasz szukać głęboko w sobie odpowiedzi na pytania, kwestionować, analizować.

Warto uświadomić sobie, że to, co naprawdę nas boli, kiedy rozstajemy się z innymi, to nie samo pożegnanie, ale pragnienie, by ta osoba do nas wróciła. To ono nas wewnętrznie osłabia i blokuje, produkując w naszej głowie myśli, wyobrażenia i nadzieje, które nigdy się nie spełnią. To ono trzyma nas w jednym i tym samym miejscu.  To ono sprawia, że dajemy się ranić, że oddajemy klucz do naszego osobistego szczęścia drugiej osobie, nawet jeśli jej już nie ma. Bo to ty jesteś jedyną osobą, która powinna mieć kontrolę nad twoim życiem. W tym sensie pożegnania są aktem miłości własnej i odwagi.

Dlaczego odwagi? Zerwanie więzi z ludźmi, którzy nas już nie potrzebują, emocjonalne rozstanie z tymi, którzy odeszli, to przełamanie wielu lęków, w tym, lęku przed samotnością, przed tym, że sami sobie „nie poradzimy”. Jeśli jednak byłaś w związku, w którym druga osoba stale dawała ci jedynie swoją nieobecność, uwolnienie się z tej relacji uświadomi ci w końcu, że ty umiesz już być sama. A życie w pojedynkę samemu, jest o wiele łatwiejsze niż życie w samotności w związku.

Jeśli pożegnałaś przyjaciela, na którego opinii polegałaś w każdej trudnej sytuacji, stajesz przed koniecznością decydowania w pełni sama za siebie. Nie ma nic bardziej rozwijającego.

Jeśli rozluźniasz więzi ze swoim dorastającym dzieckiem, powoli zdejmujesz z siebie odpowiedzialność za jego decyzje, za drogę, którą podąży w dorosłym życiu. Boisz się, bo kochasz, ale odzyskujesz siebie.

Pożegnanie to również zapominanie o urazach i ranach na duszy, jeśli takie w sobie nosisz. Jak bardzo chciałabys się od nich uwolnić?

Żeby naprawdę kogo pożegnać, musisz zaakceptować akt pożegnania, puszczania kogoś „wolno”. Oznacza to, że musisz przejść przez proces niepewności i bólu. A to wymaga zrozumienia tego, co się właściwie stało.

 Aby móc się rozwijać, trzeba zrozumieć:

– że druga osoba już nas nie kocha (to kluczowe, by zakończyć związek, który generuje więcej cierpienia niż szczęścia),

– że śmierć jest częścią życia (a po bliskiej osobie zostają wszytskie przeżyte wspólnie chwile: dobre i złe)

– że ludzie się zmieniają, a to również powoduje zmiany w relacjach między nami (i nie należy ich podtrzymywać na siłę)

– że dzieci dorastają i odchodzą, gdy nadejdzie odpowiedni czas.

Akceptacja przychodzi powoli, ale przynosi ze sobą coś, na co warto czekać. Uwalniasz się od negatywnych emocji, od różnych innych obciążeń związanych z tamtą relacją. Stajesz się bardziej dojrzałym człowiekiem. I wreszcie, dajesz sobie szansę na „nowe”.


Na podstawie: exploringyourmind.com 

 

 


Psychologia

Miłość czy kariera? Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a uczuciowym

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
27 lutego 2017
Fot. iStock/kupicoo
 

Nikt nie powiedział, że będzie łatwo. Błyskotliwa kariera zawodowa i udane życie uczuciowe, czy to nie za duży sukces? Wydaje się, że jedno zawsze musi być realizowane kosztem drugiego. Tymczasem badania wykazują, że ludzie w udanych, szczęśliwych związkach zarabiają więcej, są zdrowsi, żyją dłużej i szybciej awansują.  

Jak zachować zdrową równowagę między życiem zawodowym a miłosnym?

Trzymaj się priorytetów

Czasami życie zmusza nas do rezygnacji z jednego celu na rzecz drugiego, który w danym momencie wydaje się ważniejszy. Zawsze warto obniżyć trochę zawodowe ambicje, jeśli zaczynają one zagrażać zdrowiu naszej relacji. Czasem nie masz możliwości, by zrezygnować z czegoś całkowicie.

Upewnij się, że twoja druga połówka wie, że jest bardzo ważną częścią twojego życia. Kiedy obie strony czują, że są dla siebie ważne, pobyt do późna w biurze nie oznacza zaniedbania dla związku. Uprzedzaj ukochaną osobę, kiedy musisz poświęcić więcej czasu jakimś zawodowym obowiązkom. ​

Rozdzielaj życie zawodowe od uczuciowego

Dwa światy niech pozostaną dwoma, odrębnymi światami. Kiedy jesteś w pracy, nie pozwól by związkowe problemy utrudniały ci wywiązywanie się z obowiązków. Kiedy jesteś w domu, odłóż służbowy telefon i poświęc swój czas ukochanej osobie.

Naucz się zarządzać czasem

Konsekwencje zaniedbania są po po obu stronach poważne: utrata pracy i rozpada związku wynikają najczęściej z braku czasu i poświęcenia. Jeśli twoja kariera wymaga, byś pracował do późna, pod koniec każdego miesiąca zaplanuj weekend z ukochaną osobą.

Pozostań w kontakcie

Spędzanie czasu w biurze jest nieuniknione. Poświęć z niego 5 minut każdego dnia, by dać znać swojemu partnerowi, że go kochasz, pamiętasz, jesteś.

Naucz się, kiedy trzeba odpuścić

Bądź świadomy, ile czasu jesteś w stanie zainwestować w swój związek, ile  poświęcić dla kariery. Gdzie jest granica? Kiedy trzeba odpuścić, by nie stracić tego, co ważne? Może twoja ambicja uniemożliwia ci realną ocenę twojej sytuacji? Podobnie, jeśli związek, w którym jesteś przynosi ci tyle cierpienia i smutku, że nie możesz i nie masz ochoty się rozwijać – dla swojego dobra, warto przewartościować swoje życie.


Psychologia

Tata pisze poruszający post o swojej żonie, która urodzi śmiertelnie chorą córkę, by dać szansę żyć innym dzieciom

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
26 lutego 2017
Fot. Screen z Facebook'a Royce Young

17 lutego, Royce Young umieścił na Facebooku zdjęcie swojej ciężarnej żony. „Nic nadzwyczajnego” – pomyślicie. Wielu kochających mężów, umieszcza na Facebooku zdjęcia swoich ukochanych w ciąży. Ale ta historia nie jest cukierkowa i prosta, jest ogromnie trudna i piękna. Fotografia przedstawia Keri, w siódmym miesiącu ciąży z drugim dzieckiem. Ale to nie będzie szczęśliwy poród. Rodzice dowiedzieli się podczas badania ultrasonograficznego, że ich córeczka nie ma mózgu.

Royce postanowił swoim wpisem na Facebooku złożyć hołd swojej żonie, która, tuż po tragicznej diagnozie, zapytała lekarza: „Mogę donosić tę ciążę, tak byśmy mogli oddać innym dzieciom organy?…”.

„To był dosłownie najgorszy moment w jej życiu – napisał Royce – dowiedziała się, że nasze dziecko umrze, ale nie zajęlo jej więcej niż minutę, by pomyśleć o kimś, komu jej brak egoizmu mógłby pomóc. To jedna z najbardziej potężnych rzeczy, których doświadczyłem. W ciągu ośmiu lat naszego małżeństwa (i 15 razem), miałem wiele momentów, w których myślałem sobie, że jestem szczęściarzem, mogąc być jej mężem. Ale tym razem było inaczej. Uderzyło mnie to, że ożeniłem się nie tylko z najlepszą przyjaciółką, ale także wyjątkową, niezwykłą osobą”.

Keri, w każdej sekundzie swojego życia pamięta o tym, że mała Eva (takie imię rodzice nadali dziewczynce) umrze.

Royce wyznał, że chce również uświadomić innym, że „wybór” może oznaczać także decyzję o urodzeniu dziecka, decyzję o dostrzeżeniu w tych tragicznych okolicznościach jakiejś szansy na dokonanie czegoś dobrego i pięknego, a nie tylko tę, o usunięciu ciąży.

Napisał także, że pociesza go myśl, że narodziny jego córki mogą być “cudem” dla innej rodziny, między innymi dla  rodziców małego Jarriusa, który czeka  przeszczep wątroby.

„Patrzę w tym momencie na Keri i nie muszę o nic pytać. Jest twarda. Jest odważna. Jest niesamowita. Jest wyjątkowa. (…) Kocham ją, a podziwianie jej odwagi i siły jest dla mnie inspirujące.”

Keri i Royce mają jeszcze dwuletniego synka, Harrisona.

Co myślicie o postawie Royce’a? Czy nie powinien mysleć przede wszystkim o zdrowiu swojej żony?


Na podstawie: huffingtonpost.com

 


Zobacz także

Czy seks w sieci to już zdrada? Zanim odpowiesz, przeczytaj

A ty kim jesteś? Marchewką, jajkiem, czy kawą? Opowieść o przezwyciężaniu trudności

Co się dzieje z twoim ciałem kiedy nienawidzisz swojej pracy