Psychologia Samorozwój

5 przyczyn niepewności emocjonalnej w związku. Dlaczego wciąż nie czujesz się bezpiecznie?

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
23 kwietnia 2021
niepewność emocjonalna
Fot. iStock
 

Niepewność emocjonalna w związku wpływa na niego negatywnie. Niełatwo jest tworzyć coś razem, jeśli jedna osoba ma przy tym wątpliwości, nie potrafi się w pełni odnaleźć w roli partnera. Przyczyn takiego problemu jest kilka, a każda z nich może mieć ten sam skutek. Z czego może wynikać niepewność emocjonalna w związku?

Budowanie relacji to zadanie dla dwojga. Wymaga pełnego zaangażowania, zaufania, umiejętności rozmawiania o swoich uczuciach, lękach, nadziejach. Gdy pojawia się w związku niepewność emocjonalna, sprawy zaczynają się komplikować. Osoba nią dotknięta nie potrafi w pełni zaufać partnerowi, ukrywa prawdziwe emocje, cierpi z powodu braku pewności siebie. W takim przypadku warto poszukać przyczyn niepewności, by mieć szansę na spokój psychiczny i szczęśliwy związek.

Niepewność emocjonalna w związku — przyczyny 

Niskie poczucie własnej wartości 

Niskie poczucie własnej wartości jest chyba jedną z najważniejszych przyczyn braku pewności emocjonalnej w związku. Może ono może wynikać z wielu przyczyn i kształtuje się zazwyczaj już w dzieciństwie, rzutując na dorosłe życie. Często wynika z nieprawidłowych postaw rodzicielskich. Przyczyn może być o wiele więcej, na przykład problemy z funkcjonowaniem w grupie rówieśniczej, ciągła krytyka, nakładanie kar. Niskie poczucie własnej wartości przekłada się na brak pewności siebie w związku, brak zaufania, zaborczość, co nikomu nie służy. Osoby o niskim poczuciu własnej wartości myślą o sobie źle, uważają, że są zbyt słabi, mało wartościowi, wręcz niegodni miłości.

Zaniedbanie emocjonalne

Negatywny bagaż emocjonalny z dzieciństwa jest niezwykle obciążający. Niedostatek uczuć ze strony któregoś z rodziców mogło sprawić, że potrzeby emocjonalne nie zostały zaspokojone w czasie dzieciństwa i dorastania. Osoba dorosła z takim zaniedbaniem czuje się w relacjach bardzo niepewnie. Odmawia sobie prawa do szczęścia, bo nie wie, jak je dla siebie wypracować i jak sprawić, by nagle nie znikło.

Złe doświadczenia z poprzednich związków

Bardzo często problem z niepewnością emocjonalną związany jest ze złymi doświadczeniami wyniesionymi z poprzednich relacji. Jeżeli komuś zdarzyło się coś złego, na przykład partner zdradzał, oszukiwał, źle traktował, może pojawić się uraz, którego trudno się pozbyć. W związku z tym rodzi się uczucie niepewności i niepokoju, które rzutuje na kolejne związki. Dzieje się tak nawet jeśli obecny partner nie daje podstaw do obaw. Podświadomie pamiętamy o doświadczonym bólu, mając w tyle głowy obawę, że aktualny partner prędzej czy później  zrobi coś, co nas skrzywdzi.

Nierówne doświadczenia

Nierówne doświadczenia partnerów mogą być mogą być przyczyną niepewności emocjonalnej w nowym związku. Jeśli w poprzednim związku jedna osoba czuła się szczęśliwa i dobrze go wspomina, a druga nie ma doświadczeń w szczęśliwych relacjach, trudno jest o tym zapomnieć. Można wtedy odnieść wrażenie, że nowy związek zawsze będzie znajdował się w cieniu starego. To jest szczególnie dotkliwe, jeśli dotyczy osoby niezbyt pewnej siebie, która ma tendencje do porównań siebie do byłych partnerów. W takim zestawieniu osoba niepewna emocjonalnie zawsze wypada gorzej od poprzednika. Trudno w takiej relacji być w pełni szczęśliwym.

Brak satysfakcji z własnego życia

Brak satysfakcji z własnego życia i poczucie niespełnienia rodzą niezadowolenie. Wiele osób wchodząc w nowy związek dobrowolnie rezygnuje z części siebie, zaczyna żyć życiem partnera. To może powodować utratę części własnej tożsamości, prowadzić do zgorzknienia i poczucia niepewności co do własnych potrzeb. Sytuacja bywa szczególnie dotkliwa, gdy partner samodzielnie realizuje swoje pasje i jest szczęśliwy, bez włączania w to partnerki.

W sytuacji, gdy w związku jest osoba niepewna emocjonalnie, potrzebne jest działanie. Jeśli uświadomienie problemu i próba samodzielnej pracy nas sobą nie przynosi efektu, warto poprosić o pomoc terapeutę.


źródło: www.lifehack.org 

Psychologia Samorozwój

Zostań liderką!

Redakcja
Redakcja
23 kwietnia 2021
Fot. iStock
 

Masz dość ograniczających stereotypów i uprzedzeń na temat kobiet? Chcesz coś zmienić w swoim otoczeniu? Masz zadatki na przywódczynię? Trwa rekrutacja do czwartej edycji prestiżowego programu dla dziewcząt „Jestem Liderką”. Zgłoś się!

Program adresowany jest do 16-19-latek, pełnych pasji i energii, chcących zostać liderkami. Trafiając pod skrzydła Vital Voces, mają szansę wykorzystać swoje talenty, zainteresowania i pasje, a w konsekwencji stać się liderkami. Dzięki pracy pod okiem dedykowanych mentorek uczą się, jak angażować się w ważne projekty, m.in. społeczne, polityczne, dotyczące praw obywatelskich, ale także jak takie projekty prowadzić, wspierając inne kobiety w lokalnej społeczności.

Potwierdza to Ela Raczkowska, prezes Vital Voices Poland, organizatorka projektu: – Program z jednej strony pozwala młodym dziewczynom rozwijać potencjał przywódczy a z drugiej wspiera rozwój starszych liderek zaangażowanych jako mentorki dla młodych dziewczyn pozwalając im zrozumieć młodsze pokolenie i ujrzeć zupełnie inną perspektywę co sprzyja potem tworzeniu lepszych warunków miejsc pracy oraz budowania relacji międzypokoleniowej i wymiany wiedzy w różnych obszarach.

– Lider zaczyna się rodzić dziś szybciej. To już ten prymus w klasie z moich szkolnych lat, ale ktoś, kto umie porwać tłumy za sobą. Za swoją ideą, planem, wizją. Mądry lider to ten, który spotka na swojej drodze starszych nauczycieli. Nasiąknie ich doświadczeniem i wiedzą. Płeć nie powinna mieć znaczenia, ale – nie oszukujmy się – wspieranie młodych kobiet w ich liderstwie wymaga większej uwagi. Dlatego wspieram, uczę, kibicuję – mówi Jarosław Kuźniar, dziennikarz, Kuźniar Media, Ambasador Projektu.

Dlaczego to takie ważne?

Choć ostatnio rośnie aktywność ruchów wspierających prawa kobiet, nadal wiele jest do zrobienia. Pandemia jeszcze bardziej dociążyła kobiety, odbierając wielu z nich poczucie sprawczości. Nieuświadomione uprzedzenia, stereotypy dotyczące kariery i aplikowania na stanowiska menedżerskie, pay gap, brak kobiecych wzorców i realnego wsparcia w najbliższym otoczeniu – to wszystko sprawia, że wielu młodym Polkom – już na starcie drogi zawodowej – brakuje pewności siebie. I narzędzi, które pomogłyby im wejść w dorosłość z wiarą we własne umiejętności.
Dlatego osią programu „Jestem Liderką” jest współpraca uczestniczek z mentorkami, które inspirują, dostarczają merytorycznej wiedzy, dzielą się doświadczeniem i umiejętnościami, wzmacniając w swoich podopiecznych kompetencje przywódcze.
– To wielka radość dzielić się wiedzą i wspierać przyszłe liderki. Te młode kobiety mają duży potencjał, energię i motywację do działania aby spełniać swoje marzenia. Ich entuzjazm i zaangażowanie udzielają się otoczeniu, także mnie jako mentorce. Z ogromną satysfakcją i dumą towarzyszę w rozwoju mojej podopiecznej. Cieszę się, że moje doświadczenie może choć trochę jej pomóc w realizacji ambitnych planów – mówi prof. dr hab. Marta Miączyńska, dyrektor Instytutu Biologii Molekularnej i Komórkowej w Warszawie, mentorka w programie.

– Program „Jestem Liderką” przede wszystkim dodał mi skrzydeł i pozwolił rozpocząć przedostatnią klasę liceum z przytupem. W trakcie, jak i po całym tygodniu szkoleń i inspirujących spotkań mogłam liczyć na ogromne wsparcie, oraz możliwość poznania niezwykle inspirujących osób – mówi Paulina Domek, finalistka trzeciej edycji programu. – Gdybym miała powiedzieć, dlaczego warto zaaplikować do tego programu, to przede wszystkim dlatego, że jest to przygoda na całe życie, a nie na jeden tydzień. Uczestniczki z dnia na dzień stają się silniejsze i coraz bardziej świadome siebie. Jest to coś tak ważnego i przełomowego, że dzieli życie młodych kobiet na „przed programem” i „po programie” – dodaje.

Po prostu napisz esej

By móc aplikować do programu, trzeba napisać esej, prezentujący własną wizję obecności w świecie jako liderki. A skoro kobiece przywództwo niejedno ma imię, aplikantki mają niepowtarzalną okazję, by przekazać osobistą projekcję tego, jakimi wartościami chcą się kierować, jakie cele osiągnąć i jaki rodzaj przywództwa realizować w wybranej przez siebie dziedzinie.
Warto dzielić się tymi marzeniami, bo mają szansę się urzeczywistnić. W skład jury wchodzą bowiem przedstawiciele Vital Voices i partnerów: osobowości z różnych dziedzin życia społecznego, biznesowego, politycznego, mediów i kultury. Co ważne, recenzenci czytają i oceniają nadesłane prace niezależnie od siebie (członkowie kapituły wzajemnie się nie znają ani się ze sobą nie kontaktują, co gwarantuje obiektywizm). Każdy z jurorów czyta wszystkie nadesłane eseje i wskazuje swoje faworytki. W ten sposób powstaje lista 21 finalistek.

Wspaniała przygoda

Kolejny etap to dopasowanie do 21 finalistek dedykowanych mentorek. Tu nie ma miejsca na przypadek. O tym, pod czyje skrzydła trafią, zwyciężczynie dowiadują się podczas uroczystej gali. To moment pierwszego spotkania z doświadczoną menedżerką, liderką, aktywistką, naukowczynią – krótko mówiąc, osobistą przewodniczką na drodze do odkrywania i wzmacniania kompetencji przywódczych. A dzieje się to podczas indywidualnych sesji mentorskich poświęconych rozwojowi kariery, autoprezentacji i komunikacji, rozwoju mocnych stron, szkoleń z zakresu przywództwa, a także spotkań w instytucjach i firmach z udziałem role models ze świata biznesu, polityki czy nowych technologii.
– Projekt Jestem Liderką jest świetną okazją dla młodych dziewczyn, by spotkały się z kobietami sukcesu, zaczerpnęły z ich doświadczenia oraz zainspirowały się do rozwoju swoich talentów i umiejętności przywódczych. Dodatkowo walczy z krzywdzącymi stereotypami i promuje kobiecy styl zarządzania. Cieszę się, że mimo pandemii, organizowana jest już czwarta edycja tego programu. Serdecznie zachęcamy do udziału wszystkie młode dziewczyny, które chcą poszerzać swoje horyzonty i przeżyć wspaniałą przygodę – mówi Daria Gostkowska, dyrektor wykonawczy Obszaru Zarządzania Zasobami Ludzkimi w Banku BNP Paribas, jednego z Partnerów Programu.

– Program “Jestem Liderką” niezaprzeczalnie zmienił moje życie. Możliwość spędzenia dnia na oddziale onkologii dziecięcej z moją mentorką, Profesor Anną Raciborską, utwierdził mnie w przekonaniu, że medycyna i nauki biologiczne to moje powołanie, a warsztaty i zajęcia spędzone w towarzystwie ambitnych i inspirujących młodych liderek pozwoliły mi nawiązać niesamowite przyjaźnie, które na co dzień są dla mnie źródłem wsparcia i motywacji do działania. Każdej dziewczynie w moim wieku życzę przeżycia tak niezapomnianej przygody i poznania tak niezwykłych ludzi na swojej drodze jak nasze cudowne mentorki czy inne finalistki programu – mówi Amelia Janiak, uczestniczka drugiej edycji.

Świat potrzebuje liderek

– Program „Jestem Liderką” dodał mi odwagi. Ten rodzaj odwagi nie wyraża się w kaskaderskiej brawurze, a pewności wyrażania własnych przekonań i podejmowania trudnych decyzji; to także rozmach przy planowaniu przyszłości swojej i organizacji. Moja mentorka była specjalistką od zadawania celnych pytań. Upewniła mnie, że nie zadowolą mnie działania powierzchowne – wszystko, co robię, musi wynikać z wartości i mieć głęboki sens – mówi Julia Wolińska, finalistka drugiej edycji programu. – Więcej: jeśli jestem liderką, moim zadaniem jest pokazanie ludziom życia wartego przeżycia. Program sprawił, że w ostatniej chwili wysłałam zgłoszenie w konkursie o Stypendium im. Stanisława Wyspiańskiego; zostałam jego finalistką. Czas, który mogłabym spędzić na myśleniu: „czy to możliwe?” wykorzystuję już na szukaniu środków do osiągnięcia „niemożliwego”. Od tego zaczyna się branie odpowiedzialności za rzeczywistość – dodaje.

– W Vital Voices wierzymy, że potencjał przywódczy kobiet należy rozwijać jak najwcześniej, a młode kobiety w wieku 16-19 lat szczególnie potrzebują wsparcia, autorytetu oraz dyskusji na temat ich przyszłej roli w naszym społeczeństwie – mówi Ela Raczkowska, którą bez żadnej przesady można określić mianem serca projektu. Odpowiada za wszystkie kwestie organizacyjne, koordynuje kontakty z mentorkami, czuwa nad przebiegiem projektu i współpracą z partnerami. Bez tych ostatnich nic by się zresztą nie udało. – Dzięki wsparciu partnerów identyfikujemy ambitne młode kobiety z potencjałem przywódczym i zapewniamy im wsparcie we wszechstronnym rozwoju, aby w przyszłości zwiększyć ich szansę dla aktywnego udziału kobiet w sferze zarządzania i przywództwa w biznesie i przestrzeni publicznej – mówi Ela Raczkowska.

– W Santander Bank Polska niezmiennie stawiamy na różnorodność oraz budowanie włączającego środowiska pracy. Idea Programu „Jestem Liderką” jest nam szczególnie bliska, ponieważ koncentruje się na rozwoju kompetencji przywódczych młodych kobiet. Śmiało mogę powiedzieć, że program w pewnym sensie łączy pokolenia i przynosi wiele korzyści płynących z relacji mentoringowej. Mentor dzieli się swoją wiedzą i doświadczeniem, a Mentee wnosi do relacji spojrzenie na przywództwo kobiet z perspektywy młodego pokolenia. Cieszę się, że po raz kolejny jesteśmy Partnerem Programu „Jestem Liderką” – mówi Dorota Strojkowska, członek zarządu Pionu Partnerstwa Biznesowego w Santander Bank Polska.

Ambasadorami Projektu są: Anna Jurgaś, Olga Kozierowska, Jarosław Kuźniar, Ania Lewandowska, Omenaa Mensah, Odeta Moro, Katarzyna Pakosińska, Joanna Talewicz – Kwiatkowska i Karolina Zapadka.

Dla kogo?
W konkursie mogą wziąć udział uczennice szkół z całej Polski, w wieku 16-19 lat, zainteresowane wzmacnianiem swoich zdolności przywódczych.

Kiedy?
Rekrutacja do programu wystartowała 25.03.2021. Prace można przesyłać do 23.04.2021.

Jak wygląda zadanie konkursowe?
O zakwalifikowaniu się do programu zadecyduje wynik zadania konkursowego, które polega na przygotowaniu krótkiego eseju pod tytułem: „Wyobraź sobie, że jesteś liderką. Jak widzisz siebie w roli przyszłej liderki – Twoja wizja działania, współpracy z ludźmi i zmieniania świata na lepszy ” oraz odpowiedzi na pytania zawarte w kwestionariuszu, który jest niezbędnym załącznikiem do pracy pisemnej.
Prace oceniane będą w czterech kategoriach konkursowych: (1) Działalność Społeczna, (2) Biznes (3) Nowe Technologie (4) Kultura i Media.

Co potem?
Kapituła składająca się z przedstawicieli Organizacji Vital Voices oraz Partnerów Konkursu wyłoni dwadzieścia najlepszych prac i zaprosi ich autorki do programu „Jestem Liderką”. Lista Finalistek zostanie ogłoszona na stronie internetowej www.vitalvoices.pl oraz w
mediach społecznościowych m.in. http://www.facebook.com/VitalVoicesChapterPoland .

Więcej informacji: https://vitalvoices.pl/


Psychologia Samorozwój

Mąż pocałował mnie po trzech godzinach znajomości. Ale na co mieliśmy czekać? Mamy po sześćdziesiątce…

Katarzyna Troszczyńska
Katarzyna Troszczyńska
23 kwietnia 2021
Fot. Aldona Kaczmarczyk

Z Katarzyną Grocholą, w Światowym Dniu Książki i Praw Autorskich rozmawiamy o mądrej akceptacji bliskiego człowieka, nieustającym sprawdzaniu siebie w miłości i o tym, że nigdy w życiu nie jest na nic za późno.

Katarzyna Troszczyńska: Czekała Pani na miłość?

Katarzyna Grochola: Właściwie nie. Wiedziałam, że przyjdzie. Nawet przychodziło coś, co myślałam, że jest już miłością, ale nie wychodziło. Byłam jednak przekonana, jestem, i chyba umrę z tym przekonaniem, że ludzie są stworzeni, żeby kochać.

Dużo moich koleżanek koło czterdziestki uważa, że na miłość jest już za późno.

Jeśli tak mówią, to anioł, który siedzi na ich ramieniu myśli. „Taki miałem fajny związek przygotowany dla nich, no ale skoro mówią, że za późno, to nie mogę ich rozczarować”.  Najgorsze co można myśleć to, że jest za późno. Za późno na dzieci, na fajny związek, małżeństwo, zarabianie na tym, co się lubi. Nigdy nie jest za późno. Dopóki żyjemy możemy coś zmienić.

Pani dojrzała miłość przyszła szybko. Jedno spotkanie i przyszły mąż, po trzech godzinach, spytał, czy może panią pocałować? Trzydziestolatka pewnie byłaby zdziwiona, że po sześćdziesiątce rzeczy mogą dziać się tak szybko.

A dwudziestolatka byłaby zdziwiona, że trzydziestolatka od razu seks uprawia. No tak już w życiu jest. Proszę mi powiedzieć, na co mieliśmy czekać? Przecież, jak pani zauważyła, mamy po sześćdziesiątce. Zresztą od kilku lat mam wrażenie, że nie warto czekać. Wcześniej byłam osobą, która była nieustannie w oczekiwaniu. Na to, co będzie jutro, kiedy zakwitną magnolie, bo dopiero mają pączki, kiedy ktoś przyjdzie albo spadnie pierwszy śnieg. Nie byłam obecna w chwili, w której naprawdę byłam. Może to wynikało z trudnych rzeczy, w których tkwiłam po uszy. I wydawało mi się, zresztą niesłusznie, że nie mam żadnego ruchu.

Była pani mistrzynią jutra?

Coś w tym jest, już jako siedemnastolatka napisałam do siebie, 27 – letniej list. Chciałam go przeczytać za dziesięć lat i zobaczyć, ile rzeczy zrealizowałam. Planowałam, że będę miała domek z białymi ścianami po których będą pięły się róże. Będę lekarzem, który zbawia świat. Prosiłam też siebie starszą, żeby nie zapomniała, co jest ważne.

Co jest ważne?

Związek z drugim człowiekiem i wcale nie mam na myśli romantycznej miłości, kiedy otwiera nam się niebo, a symfonie anielskie grają. Chodzi o miłość w szerokim tego słowa znaczeniu. Miłość do drugiego człowieka, do pracy, do dzieci, czasem cudzych dzieci, życzliwy stosunek do świata.

Miłość do świata pomagała Pani przetrwać okresy samotności?

Bardzo. Okresy samotności, biedy, stresów. Cały czas mi pomaga. Staram się życzliwość dawać innym i widzę, że dostaję z powrotem. Choćby dzisiaj nocowała u mnie przyjaciółka. Mąż wyjechał, a w domu popsuł się domofon. Zaczyna nagle, niespodziewanie, dzwonić. W dzień to jest jeszcze do wytrzymania, ale w nocy? Wyjący domofon o trzeciej? Niekoniecznie. Została więc u mnie na noc bo się martwiła, że ja się będę martwić,  a przecież nie musiała.

Kiedy się spotkaliście z mężem, była pani bardziej ucieszona, czy przestraszona? W końcu zawsze bała się Pani odrzucenia.

Bałam się dopóki nie poszłam na terapię, potem zobaczyłam, że ten strach tworzy rzeczywistość, w której zostaję porzucona. Jeśli ktoś się obsesyjnie boi zdrady, doprowadza do momentu, w którym ktoś oskarżany o zdradę, nareszcie zdradza i słusznie dostaje cięgi. Jedno z najważniejszych zdań  w biblii: „A Słowo stało się  ciałem”. Bardzo trzeba uważać na to, co się mówi, pisze. Przykładem była moja cudowna przyjaciółka Zosia, która panicznie bała się ptaków. Mieszkam w Milanówku 23 lata, ile razy do domu wleciał mi ptak? Policzę na palcach jednej ręki, z czego raz był, gdy Zosia u mnie była. Natomiast u niej, mieszkającej obok, zdarzało się to często. Sowa martwa na ziemi, gołąb martwy na ziemi, kuropatwa, dwa gawrony dostały się przez komin i latały po pokoju. Jak nie wierzyć w to, że dostajemy to, czego się boimy?

Pani terapia trwała 35 lat, czy 5? Bo w wywiadach czytałam o różnych liczbach?

Bardzo długo jestem w terapii, oczywiście z przerwami. Rozwój własnej osobowości jest też przecież terapią. Zawsze ciekawiła mnie psychologia, zaczynam od siebie, a potem bohaterowie moich książek są mądrzejsi.

Jakie Pani miała przekonania utrudniające wejście w związek?

Wcześniej? Najbardziej przeszkadzał mi ten silny lęk przed odrzuceniem. Za tym szło poczucie niskiej wartości, że się do niczego nie nadaję. W szkole to słyszałam: „Grochola to będzie zamiatać chodniki albo na poczcie pracować”, a, proszę pamiętać, wtedy poczta nie była jeszcze bogatym przedsiębiorstwem. Długo uczyłam się rozumieć dlaczego jest we mnie lęk. Szkoła i środowisko to jedno. Ale są też przecież inne powody. Ani nie jesteśmy idealnymi rodzicami, ani nie mieliśmy idealnych rodziców ani nasi rodzice nie mieli. Zrozumienie tego jest moim zdaniem oświeceniem. I gdybyśmy mieli zajęcia terapeutyczne w szkołach, mielibyśmy też cudowne życie.

Przecież nie jestem wyjątkiem, większość ludzi boi się odtrącenia, nie tylko kobiety, ale i mężczyźni również. Inaczej tylko z tym sobie radzimy. Mężczyźni mają głębszy lęk przed wejściem w relacje, częściej uciekają przed bliskością. Kobiety wchodzą, ale potem prowokują trudne sytuacje.

Pani mąż też się bał?

Mój mąż jest spokojnym, miłym człowiekiem, który cztery godziny dziennie gra na pianinie, bo lubi i nie chce tego zapomnieć. I wychodzi z założenia, że ćwiczenie czyni mistrza, w przeciwieństwie do mnie, bo potrafię tygodniami nie usiąść do komputera.

Chociaż powiedział mi, że to była najbardziej odważna decyzja w jego życiu.

Teraz już się Pani nie boi odrzucenia?

Nie. Mało tego – wiem, że jeszcze na pewno je przeżyję. Zostanę odrzucona przez niektórych ludzi. Może nie przez przyjaciół, nie przez bliskie osoby, ale przez kogoś na pewno. Nawet niedawno ktoś do mnie napisał, że jestem niewyobrażalnie brzydka. Dziękuję bardzo, nigdy nie byłam Jennifer Aniston, też żałuję, ona  ma 165 centymetrów i taką piękną figurę.

Mąż za to mówi o pani, że jest pani czarująca. Zresztą nie tylko on.

No właśnie. Już dawno porzuciłam przekonanie, że mogą mnie uwielbiać wszyscy. Otaczam się jednak ludźmi, którzy mnie lubią i czuję się z nimi bezpiecznie. Mąż czasem przerażony pyta. „A dlaczego odwołałaś to spotkanie w ostatniej chwili, przecież oni się szykowali”, a ja mu odpowiadam: „Wiem, że mogłam”. Czuję się w swoich relacjach bezpiecznie. I już tylko komunikuję wprost i mam wokół siebie osoby, którzy tak się komunikują.

Kocha Pani już inaczej?

Inaczej. Mam w sobie coś, czego wcześniej nie miałam, są to niespotykane pokłady tolerancji i  akceptacji. Widzę, że mam obok innego człowieka. Nie tam moją drugą połówkę, czy kopię siebie. On inaczej niż ja kroi chleb, inaczej zostawia masło, najczęściej go w ogóle nie chowa. Ja za to chowam,  on otwiera następne, bo nie wie, że tamto jest w lodówce. O to młode małżeństwa się kłócą, o źle odłożoną łyżkę, skarpetki, pranie, o rzeczy kompletnie nieważne, co się rozumie potem, kiedy już się parę razy te głupoty przerobiło.

Człowiek długo myśli, że zmieni drugiego człowieka. Że on zacznie postępować, jak chcemy, postara się. A czy chodzi o to, żeby partner, partnerka byli zaspokajaczem naszych pragnień, czy o coś więcej? Może ważniejsze, żebyśmy byli związani z kimś, kogo inność szanujemy. I nie przeszkadzali mu w tej inności. Nie mówię tu o takich ekstremalnych przypadkach, jak przemoc, picie, czy robienie kupy na środku pokoju mówiąc już potocznie. Ale jakie to  ma znaczenie, czy chleb w chlebaku, czy zawinięty w folię. Przyjdź kobieto,  jak ci to przeszkadza i sprzątnij, on zrobi inne rzeczy.

Mój mąż robi mi codziennie śniadanie do łóżka i  zostawia  okropny bałagan w kuchni. Nie wiem doprawdy, jak można robiąc śniadanie tak nabałaganić. Na jednej deseczce kawałek pomidorka, na drugiej kawałek sera i ogórka. Na osobnym talerzyku pokrojona pietruszka, wyciśnięta cytryna, chleb na wierzchu, piętnaście woreczków foliowych, w których coś było. Ale akceptuję to, po prostu sobie potem idę do kuchni i to sprzątam. Zajmuje mi to średnio ze cztery  minuty.

Co jeszcze Pani akceptuje w partnerze?

Wszystko. Akceptuję go takim jakim jest. Ale on też się stara. Nigdy wcześniej nie kupował kwiatów. Był muzykiem, grał koncerty, jego żona też. Kwiaty nie były czymś wyczekiwanym, ale teraz kwiaty kupuje i się tego nie wstydzi. Na początku mówiłam: „Kochanie, kup kwiaty, bo wiosna, bo zima, bo smutno stół wygląda”. Na początku to było dla domu, a teraz dostaję bukiety z okazji miesięcznicy naszego poznania i miesięcznicy ślubu, bo prawdę mówiąc my już nie mamy czasu na czekanie na rocznice.

Umie Pani już prosić? Widziałam na jednym z pani live’ów, gdy mówiła Pani: „Przytul, przytul mnie proszę, dziś dzień bibliotekarza”.

Dziś wolę poprosić o to, co jest dla mnie ważne niż manipulować, czy wszczynać awanturę. Pewnie czasem się zagalopuje, siła przyzwyczajenia.  Ale „bo ty nigdy”, „bo to zawsze” to najgorsza rzecz dla związków. Więc tak, proszę, rozmawiam. Nie jest to łatwe, bo mąż jest milczący i rozmowę traktuje jak terapię, a od niej trzyma się z daleka.  Nie dlatego, że uważa, że to głupota. Po prostu to jest dla niego inny świat, myśli , że to mu niepotrzebne. I, na przykład, nie umie się kłócić. Każda ostrzejsza wymiana zdań była dla niego symbolicznym końcem wszystkiego. Aż mu w końcu wykrzyczałam, że kłótnia nie jest końcem wszystkiego tylko obrażanie się  – to jest unicestwianie drugiego człowieka. I dlatego, kiedy raz podniósł na mnie głos naprawdę się ucieszyłam.

A co was jeszcze różni?

Mąż ogląda codziennie wiadomości, dla mnie to jest wpuszczanie tych obcych ludzi do domu, ich złej energii. Nie gderam tylko wychodzę i nie słucham. To nie znaczy, że nie chcę wiedzieć, ale szanuję swoje emocje.

Wystarczy mi dwa zdania i mam dość. Więcej też mówię, jestem bardziej ekspansywna.

Musieliście się dotrzeć? Mężczyzna z przeszłością, kobieta po przejściach.

Będziemy się docierać do samego końca, nigdy nie będzie tak, że będziemy dotarci. I nie ma tego w żadnym związku. Często, jak ludzie tak myślą,  dzieje się coś  takiego, co ich wybija z tego przekonania. Nieustannie się zmieniamy, przeżywamy różne rzeczy, umierają nam rodzice, rozstajemy się z jakiegoś powodu z przyjaciółmi, to wszystko w nas zostawia ślad. Nie jest tak, że dostajemy coś raz na zawsze. To jest budująca, dojrzała, świadoma swoich ograniczeń relacja.

Planowaliście ślub, czy to zasługa koleżanki chorej na raka, o której Pani wspominała w wywiadach?

Zapytałam o to niedawno Stasia i odpowiedział, że zdecydowanie tak, to jej zasługa. Moja przyjaciółka przyjmowała w hospicjum przyjaciół, w tym też nas. Mówiła im różne ważne rzeczy. Mnie, na przykład, że życie jest krótkie i jeżeli obawiam się czegoś, bo na przykład, jestem znaną pisarką, to mam się kopnąć w dupę i puknąć w głowę. Przepraszam, ale cytuję. Stasiowi powiedziała natomiast: „A ty się będziesz bawić na stare lata?”. Nie oddam dziś atmosfery tamtych rozmów, trzeba by ją zobaczyć w tym. Była po wspaniałej terapii, wyszła z alkoholizmu, cudowny człowiek. Nie miała żadnych ochronnych łusek na sobie, śladu nieszczerości. Mówiła to, co myśli, ale nie raniła przy tym innych. Owszem, byliśmy ze Staśkiem przygotowani na bycie razem, wiedzieliśmy, że to nie jest etap przejściowy, a my nie rozglądamy się za kimś innym, ale tamta rozmowa miała znaczenie.

Podobno dopiero teraz zrozumiała Pani po co ludzie się pobierają?

Gdzieś tak powiedziałam, rzeczywiście, ale z drugiej strony zawsze uważałam, że małżeństwo to jest coś ważnego. Że to decyzja, która wymaga obustronnej deklaracji. Pamiętam, gdy pisaliśmy książkę „Związki i rozwiązki” z Andrzejem Wiśniewskim, wspaniałym terapeutą par. On kiedyś rzucił: „Ludzie,  mówią, że papier jest nieistotny, a tak się boją tego papieru. To w końcu jest nieistotny, czy się boją”. Moim zdaniem małżeństwo to oświadczenie sobie i światu: „Jesteśmy razem, wspierajcie nas w tym”. Może nie powinnam tego mówić, bo jestem dwukrotną rozwódką, ale z drugiej strony może to właśnie dowód, że czegoś próbowałam. Nie chciałam się sprawdzać, czekać. Zresztą sprawdzamy się cały czas, w małżeństwie też i nasze wpadki są wliczone w związek. Nawet dzieci, na które się zdecydowaliśmy i które tak kochamy dają nam czasem popalić. A jakoś nie rozwodzimy się z nimi, musimy to przełknąć.  

Jest jak jest, trudno. Czekamy na lepsze czasy, staramy się, walczymy. Dlaczego tego samego nie robić w związku? U mnie też czasem jest trudno, gdy mąż postanawia się nie odzywać, bo nie chce rozmawiać. Albo mówi: „nie tup, proszę” albo „jutro”. Tak jakby każda rozmowa, czy ustalenie było jakąś męczącą sprawą. Ja chcę obgadać problem, on go załatwić. Jesteśmy inni i wiemy o tym.

Ostatnio chciałam mu o czymś opowiedzieć. Piszę bajkę i przeczytałam o rybie, który oddycha tyłkiem, chciałam się tym podzielić, a on: „To napisz o tym”. A chciałam, żeby powiedział: „Ale super, ciekawe”. Z drugiej strony, od tego mamy przyjaciółki, nie musimy partnera, partnerki obciążać wszystkim tym, co nam się przyśniło, co zrobiliśmy.

To pani sprząta i gotuje, czy ten związek jest nowocześniejszy?

Sprzątam i gotuję, ale to nie tak, że robię to sama. Mąż jest specjalistą od najlepszego na świecie rosołu. On też wyjmuje ciężki odkurzacz, dołącza rury, potem go przenosi, zmywa podłogę. I co najważniejsze, nie czuję się wykorzystywana. Każde z nas, coś daje.

Bo nowoczesność to chyba rozumienie swoich potrzeb. Ważne na co się godzimy i jak się z tym czujemy. Bo jeśli chcę się poświęcić, to w tym jest radość, robię to, bo mam ochotę, bo cię kocham. A w cierpiętnictwie i byciu ofiarą już nic dobrego nie ma.

Nauczyła się Pani nie oczekiwać uniesień, cenić codzienność?

Z jednej strony tak, z drugiej mamy pandemię. Jesteśmy młodym małżeństwem i zostaliśmy wrzuceni na bardzo głęboką wodę. Zamknięci, oddzieleni od ludzi. Obydwoje pracujemy w domu, cały czas ocieramy się o siebie, choć niby jest się gdzie rozejść. Ale przechodzimy to doświadczenie rewelacyjnie, co nie znaczy, że nie marzę o wolności i o cieszeniu się tym związkiem w innych okolicznościach niż tylko w domu.

Piszą do pani inne kobiety? Gratulują? Mówią, że też by chciały poczuć się szczęśliwe w miłości?

Tak, ale najwięcej opowiada o swoich problemach, do niektórych nawet odzwaniam. Mam też prywatne spotkania na zoomie, nawet godzina wystarcza, żeby poczuć się, jak w towarzystwie dawno niewidzianych koleżanek, co jest dla mnie nowym doświadczeniem, bo nie przepadam za internetowo- społecznościowym działaniem.

Napisała Pani książkę „Zjadacz czerni 8”. Jak się pisze będąc w stabilnym związku?

Miłość mnie zainspirowała. Na okładce powieści jest napisane. „Miłość nie jest jednowymiarowa. Nie sprowadza się tylko do tęskniących za czułym dotykiem kochanków. Jest szansą na człowieczeństwo. A jeśli podejmujemy próbę zrozumienia siebie nawzajem może zdarzyć się cud”. Umiem chyba pisać w każdych warunkach i w każdych okolicznościach życiowych. Kiedy byłam w trudnym okresie, bez pieniędzy, mieszkałam w domku bez ogrzewania, moja córka chodziła do szkoły społecznej, która kosztowała 450 złotych, a ja zarabiałam koło 800 złotych. Pisałam o Judycie ku pokrzepieniu własnego serca. Nie inspirowały mnie trudne rzeczy, nie chciałam ich dotykać. To, że na torach kolejki WKD, 50 metrów ode mnie położyli nagiego sąsiada i przywiązali go, żeby nie mógł uciec przed pociągiem. Nie pisałam o tym, że na początku ulicy Łąkowej zabito na oczach dziecka dwie osoby, czy o wypadkach na Alejach Jerozolimskich, które się zdarzały ilekroć wracałam samochodem ze szwagrem. Pisałam o wesołych sprawach. Miałam nogi w miednicy, sześć stopni w domu, tylko radość mogła mnie uratować. Natomiast, kiedy byłam w okresie, jak mi się wtedy wydawało szczęśliwości, powstał „Trzepot skrzydeł”, trudna książka o toksycznej miłości. Pisałam go na starym komputerze, w najmniejszym, najdurniej zrobionym przez siebie pokoiku, który miał sześć metrów długości i półtora metra szerokości. Na laptopie. W innej części domu zaczynałam pracować nad „Houston, mamy problem” na stacjonarnym komputerze. Bez sensu – przecież mogłam zrobić dwa pliki na jednym. Ale one musiały być pisane inaczej – Trzepot z widokiem na ścianę, w ciemny klaustrofobicznym pokoju, Houston – w salonie z widokiem na ogród. I tak krążyłam. W okresie spokoju i szczęśliwości sięgam głębiej, po rzeczy niekoniecznie wesołe, ale bardzo ważne. Tak było  ze „Zjadaczem Czerni 8”.

Ale może mi łatwiej, bo nie muszę pracować pod presją terminu, Nie mogłabym podpisywać umowy i trzymać się daty. Teraz po prostu dzwonię do wydawnictwa, gdy już kończę książkę i pytam. Wolę się sama spiąć. A na początku po prostu czekam na znaki. Pisanie książki w ten sposób nie przeszkadza w codziennym, szczęśliwym życiu.

Zjadacz czerni 8

 


Zobacz także

Każdy znak zodiaku inaczej sygnalizuje depresję. Nie przegap pierwszych objawów u najbliższych

Badania potwierdzają: pizza pomoże ci schudnąć. To jaka dzisiaj, hawajska czy pepperoni?

„Tak wiele dla ciebie poświęciłem, a ty…”. 19 sygnałów, że wychowała cię toksyczna matka (lub ojciec)