Psychologia

Monika: Jestem Kopciuchem, jestem nikim. Całe moje życie to udawanie lepszą niż jestem

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
9 stycznia 2016
Fot. Unsplash / David Marcu / CC0 Public Domain
 

Piątek 17.00

Wysoki budynek, 22 piętro, recepcja. – Pani do kogo? – Do Pani M. – Proszę poczekać 5 minut, poprzednia wizyta jeszcze trwa. Rozsiadam się na skórzanej czarnej kanapie i biorę do ręki Charaktery. Wiadomo, centrum terapeutyczne, a więc psychologiczne magazyny. Lubię to czytać, ale mam wrażenie, że nie pomaga mi wcale. Lektura i tyle, mądrzenie się ekspertów od życia, którzy sami sporo mają za uszami. Koleżanka opowiadała mi o jednej psycholog, która mieszkała w ich blogu, jak krzyczała na dzieci. Profesjonalistka od relacji rodzinnych. Hahaha.

Terapeutka: Zapraszam – staje przede mną atrakcyjna brunetka około czterdziestki. – Pani Monika, tak?

Ja: Tak – uśmiecham się fałszywie, myśląc tylko o tym, dlaczego ona jest w moim wieku, a nie starsza i po co się tak wystroiła. Wlokę się za nią, patrząc na jej zgrabne łydki i zastanawiam się, czy ma męża, czy jest po rozwodzie, czy ma dzieci. Wskazuje mi fotel. Nie podoba mi się jej pewność siebie.

Ja: To nie można wybrać miejsca?- komentuję złośliwie.

Terapeutka: Nie – odpowiada i uśmiecha się do mnie (miło). – Pracuję tu przez kilka godzin, trudno byłoby mi wciąż zmieniać fotel. Ciekawe, że Pani o to pyta. Ma Pani jakieś myśli na ten temat?

Ja:Myśli na temat krzesła? Chyba nie. – ja nadal złośliwa.

Terapeutka: Myśli na temat tego, że nie pozwoliłam Pani wybrać miejsca, na którym Pani siądzie?

Ja:To o tym będzie ta terapia? – przerywam jej, bo nie chce mi się płacić za takie idiotyczne dywagacje. Patrzy na mnie spokojnie i wyprostowuje plecy. Mam wrażenie, że jest zirytowana (wymięknie jak inne).

Terapeutka: A Pani jak uważa? O czym będzie ta terapia? – (Hmmm. Cisza. Nie wiem, co powiedzieć. Jestem trochę zmęczona i osuwam się w fotel).

Terapeutka: Zawsze Pani tak robi?- pochyla się w moją stronę i przygląda mi się (zatroskana?)

Ja: Jak?

Terapeutka: Zaczyna relację.

Ja:Czyli jak?

Terapeutka: A jakby Pani opisała nasz początek? Pięć minut wcześniej?

Ja:Że byłam dla Pani złośliwa.

Terapeutka: Co to znaczy?

Ja:Chciałam Panią osłabić.

Terapeutka: Moją pozycję tutaj, tak? – dopytuje. – Po tym, jak wyznaczyłam Pani miejsce poczuła Pani, że chcę tu dominować?

Ja:Chyba tak (jestem coraz bardziej zmęczona i czuję się niepewnie).

Terapeutka: Była Pani na mnie zła?

Ja:Nie wiem, chyba tak.

Terapeutka: Czy było coś w moim zachowaniu, co Panią zirytowało? (I co mam jej odpowiedzieć? Że jest atrakcyjna? Że się nie spodziewałam? Że nienawidzę swojej tuszy, a ona jest chuda?)

Ja: Pani pewność siebie. Wygląd – dodaję cicho.

Terapeutka: Wyglądam inaczej niż sobie Pani wyobrażała? A jak to było?

Ja: Myślałam, że będzie Pani starsza, ubrana bardziej skromnie, taka niepozorna może.

Terapeutka: A gdy mnie Pani zobaczyła, to co poczuła? Pomyślała?

Ja: Że jest Pani mocna. (Skąd mi przyszło do głowy takie słowo???)

Terapeutka: Mocna? Co to znaczy? – poprawiła włosy i uśmiechnęła się.

Ja: Że Pani lubi siebie i wie, co robić w życiu. Taka pewność…

Terapeutka:  …której Pani brakuje?

Ja: Tak.

Terapeutka: I gdy Pani widzi taką pewność w drugim człowieku, to zaczyna Pani rywalizować trochę o władzę, dominację, miejsce? Tak jak dziś zadziało się między nami? Przypomina sobie Pani podobne sytuacje w swoim życiu? (Myślę. Chyba większość. Z moją siostrą. Partnerem. Przyjaciółkami)

Ja: Robię tak często – odpowiadam i wbijam się jeszcze mocniej w fotel.

Terapeutka: Co się z Panią teraz dzieje? – pyta nagle.- Skuliła się Pani.

Ja: Nie wiem, jakoś czuję się słabo. Tak dziecięco trochę.

Terapeutka: Tak jakby Pani kurczyła się pod wpływem tego, co mówię. Czy to moja moc/pewność tak działa na Panią?

Ja: Myślę, że ma Pani trochę racji i czuję się głupio.

Terapeutka: Co to znaczy?

Ja: Że się wygłupiłam z tym atakiem i gówno wiem. Jestem nikim. Czuję się nikim.

Terapeutka: To smutne. – patrzy na mnie chwilę i rusza ręką, jakby chciała dotknąć mojej głowy. – Smutne czuć się nikim. Może Pani o tym opowiedzieć?

Ja: Czuję się gorsza. Jak Kopciuch. Ktoś, kto nie ma nic do zaoferowania. Całe moje życie to udawanie lepszą niż jestem. Udaję  silną. Wszyscy mówią „Ty to jesteś nie zdarcia”, a ja się tak boję.

Terapeutka: Czego się Pani boi?

Ja: Że pewnego dnia pęknę. Nie dam rady już tak grać. Zostanie tylko ten Kopciuch co się nadaje do mycia podłóg.

Terapeutka: Ciekawe, że używa Pani takiego określenia. Kopciuch a nie Kopciuszek. Kopciuszek wywołuje czułość, a w tym jest dużo złości do siebie.

Ja: Bo ja siebie nienawidzę. Swojego wyglądu, niepewności, słabości. Mogę udawać twardą, tylko gdy jestem ze słabszymi, więc walczę ciągle. Wciąż muszę innych dewaluować. Wtedy czuje się potrzebna.

Terapeutka: A jak Pani nie potrzebują?

Ja: To się boję.

Terapeutka: Że odejdą?

Ja: Tak.

Terapeutka: A jak jest tutaj? Czy Pani jest mi potrzebna?

Ja: Nie. To ja potrzebuję Pani.

Terapeutka: Co więc Pani czuję do mnie?

Ja: Strach i niepewność. Że Pani mnie odrzuci. Wzgardzi mną. Odkryje jaka jestem.

Terapeutka: A jeśli odkryję, to..?

Ja: To się Pani rozczaruje.

Terapeutka: Skoro już wiem, że Pani jest nikim, Kopciuchem, bo tak się Pani przedstawia, to co może mnie rozczarować?

Ja: Mam wiele złych cech. Myślę źle o innych, życzę im źle, jestem zawistna.

Terapeutka: Zawistna? Jak by Pani opisała zawiść?

Ja: Złość, zazdrość.

Terapeutka: Zazdrość o co?

Ja: Że ktoś ma więcej.

Terapeutka: Skoro Pani jest Kopciuchem, to zakładam, że Pani ma niewiele, naturalne jest chyba, że Pani zazdrości innym?

Ja: Niby tak. Ale ja im bardzo źle życzę.

Terapeutka: Bo gdyby im się noga podwinęła, Pani czułaby się lepiej?

Ja: Tak.

Terapeutka: …  bo przestaliby być lepsi w Pani oczach? Czy jest jakiś inny sposób, by inni nie sprawialiby, aby czuła się Pani gorsza?

Cisza. Patrzę na zegarek z niepokojem, że zostało mi bardzo mało czasu. Dwie minuty.

Ja: Nie chcę wychodzić, a czas się kończy.

Terapeutka: Niestety.

Ja: Będę mogła tu wrócić jeszcze?

Terapeutka: Ma Pani obawę, że nie? Że tak mnie już Pani rozczarowała?

Ja: Tak. Czuje Pani do mnie niechęć.

Terapeutka: To pytanie czy stwierdzenie?

Ja: Stwierdzenie. Boję się zapytać.

Terapeutka: Może jednak Pani zaryzykuje?

Ja: Nie wiem sama.

Cisza.

Terapeutka: Kopciuch który tak naprawdę jest Kopciuszkiem, jak Pani wie z bajki, jest postacią piękną i dobrą. Ukrywa swoje piękno pod rolą, którą musiał podjąć w życiu. W każdym człowieku to jest. Czasami role, które nam towarzyszą nie pozwalają nam funkcjonować w jakiejś prawdzie. Uwierają, bolą, złoszczą, ale nie potrafimy ich zamienić na inne. To musi być bardzo trudne wciąż udowadniać sobie i innym, że Pani coś znaczy. Walczyć. Dewaluować innych, aby poczuć choć trochę siły. Myślę, że jest Pani bardzo zmęczona tym i stąd Pani wizyta. Boi się Pani zapytać, ale Pani odpowiem. Nie, nie jestem rozczarowana. Ani zła. Ani pełna niechęci wobec Pani. Jestem ciekawa. To chyba najlepsze słowo. Ktoś bardzo zły i smutny dominuje w Pani życiu, a ktoś bardzo dobry i piękny się zagubił. Może uda nam się razem go odnaleźć?

Ja: Dziękuję.

Terapeutka: Do zobaczenia za tydzień.


Psychologia

Jestem klaunem, zakładam jedną maskę za drugą. A klauny są bardzo samotne, proszę pani

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
17 marca 2016
Fot. Pexels / Adrianna Calvo / CC0 Public Domain
 

Siedzę w przedpokoju. Jest brzydko, a ludzie obok siedzą na podobnych niewygodnych krzesłach. Trzy gabinety, trzy czekające osoby. Jeden facet gmera w komórce, nie wysuwając wzroku znad monitora. Młody, wygląda na normalnego. Dziewczyna jest dziwna. Zawsze smutno wbija wzrok w tablicę, gdzie opisany jest zespół terapeutyczny. Nuda. A ona patrzy tak długo, że musiałaby to przeczytać kilkanaście razy. Zawiesza wzrok i tak siedzi. Ja zastanawiam się, kto z nas zostanie zaproszony pierwszy. Pierwszy znaczy najlepszy? Najbardziej zaburzony? W potrzebie?

Terapeutka: Proszę – w drzwiach staje moja terapeutka. MOJA. Lubię tak o niej myśleć, że jest moja. Wyobrażam sobie, że jestem jedyną jej pacjentką. A na pewno ulubioną. Denerwuje mnie myśl, że przyjmuje innych, daje im swoją uwagę, czas, ciepło. Czy lubi ich? Czy bardziej lubi mnie? „Ile ma pani pacjentów” pytam kiedyś. Uśmiecha się jakby to pytanie słyszała już wiele razy i odpowiada jak zwykle pytaniem „Skąd w pani taka ciekawość”. Irytuje się, a potem rozmawiamy o mojej potrzebie wyłączności, czy kocham innych podobnie, w zaborczy sposób. Chyba nie, bardziej sprawdzam wciąż, czy jestem ważna. Wciąż czuje się nieważna.

Terapeutka: Dlaczego zmywa pani szminkę z ust? – pyta, gdy wycieram czerwone usta chusteczką, w którą zazwyczaj płaczę. To pytanie mnie zawstydza.

Ja: Nie wiem, jakoś tu nie pasuje – coś tam mamroczę wcierając papier w swoje wargi.

Terapeutka: Usta czy pani? – rzuca mi swoje bystre spojrzenie.

Terapeutka: Ja z takimi ustami

Terapeutka: To znaczy?

Ja: No jestem taka wyzywająca, tak mi się wydaje – odpowiadam zgodnie z prawdą (malowałam usta na spotkanie w sprawie swojej pracy, gdzie musiałam się pokazać z innej strony).

Terapeutka: Czuje się pani wyzywająca, gdy maluje usta na czerwono?

Ja: Nie, tylko tak wyglądam. Rzucam się w oczy.

Terapeutka: Będąc atrakcyjną? – pyta.

Ja: Dziękuję. Uważa pani, że wyglądam atrakcyjnie z tym kolorem?

Terapeutka: Tak, uważam, że pani ładnie. Ciekawe jest dla mnie dlaczego tu nie pasuje pani z tymi ustami?

Ja: Bo pani jest skromna – mówię cicho – I to miejsce jest skromne. A ja tak krzyczę tymi ustami, czuję się jak klaun.

Terapeutka: Dlaczego więc poza gabinetem pani nie czuje się tak?

Ja: Nie powiedziałam, że się nie czuję. Czuję często.

Terapeutka:– Ale tylko tu pani zmazuje kolor. Dlaczego?

Ja: Bo chcę tu być prawdziwa.

Terapeutka: A tam nie jest pani prawdziwa?

Ja: Nie. Jestem właśnie klaunem. Tylko tu mogę być sobą – robi mi się smutno, nie wiem dlaczego.

Terapeutka: Co to znaczy być klaunem? Może pani o tym opowiedzieć?

Cisza. Nie umiem jej odpowiedzieć. Zawsze taka byłam. Błazen klasowy, przyjaciółka innych, śmieszek i aktorka. Mam tyle masek, trudno je zliczyć.

Ja: Chodzi o to, że gram.

Terapeutka: Każdy gra – uśmiecha się.

Ja: Nie tak jak ja – patrzę jej smutno w oczy. Ona jest taka szczera. Ufam jej oczom.

Terapeutka: A czym się różni pani gra?

Ja: Okłamuję innych. Udaję lepszą niż jestem.

Terapeutka: Czyli jaką? – dopytuje.

Ja: Zabawną, atrakcyjną, silną, pewną siebie. Ludzie myślą, że taka właśnie jestem, podziwiają mnie.- Nie jest pani taka?

Nie chce już mówić, jest mi potwornie smutno, gdy o sobie myślę, jak się staram. Jak skaczę wokół innych, jak mały piesek francuski chcę zasłużyć na ich głaski.

Terapeutka: Nie jest pani silna? Zabawna? Atrakcyjna?

Ja: A pani jak uważa? – stosuję jej technikę.

Terapeutka: Ja myślę, że pani taka jest. Też.

Ja: Co to znaczy też? – fajnie być pytającym!

Terapeutka: Bo jest pani też subtelna, delikatna, wrażliwa, smutna. To jedna z pani części.

Ja:– Ale ja nie pokazuję tej, o której pani mówi.

Terapeutka:– Dlaczego?

Ja: Bo wydaje mi się słaba.

Terapeutka: Czyli jeśli będzie pani smutna albo wrażliwa albo delikatna to znaczy że jest pani słaba?

Ja: Trochę tak. Ludzie lubią siłę. Mnie lubią silną.

Terapeutka: Skąd pani to wie, że nie lubią pani delikatnej, smutnej? Sprawdzała to pani?

Ja: Hmmm – myślę – Nie, już dawno nie.

Terapeutka: A kiedy ostatni raz?

Ja: Tu. Z panią.

Terapeutka: Czy ja zachowuję się tak, jakbym tego nie akceptowała?

Ja: Nie. Pani mnie akceptuje taką.

Terapeutka: To czym różnię się od innych ludzi? – pochyla się w moją stronę.

Ja: Jest pani mądra.

Terapeutka: A pani zależy na akceptacji mądrych czy wszystkich.

Ja: Chyba właśnie wszystkich. Na tym polega problem.

Terapeutka:– Yhm. Po co pani ta aprobata?

Ja: Nie wiem. Czuję się wtedy kimś.

Terapeutka: Klaunem?

Ja: No też. Ale przynajmniej lubianym klaunem.

Terapeutka: Ale jakim kosztem?

Ja: Siebie. Mojej prawdziwości. Czerwonej szminki.

Terapeutka: Szkoda, prawda? – smutno patrzy na mnie.

Ja: Smutno mi teraz, pani tak na mnie patrzy.

Terapeutka: Smutno pani, bo żałuje pani siebie. Klauni są bardzo samotni.

Ja: Ja jestem samotna – zaczynam płakać, rozmazuję czerwoną szminkę na policzkach.

Terapeutka: Teraz jest pani cała w szmince – śmieje się terapeutka.

Ja: Nie chcę tak – chlipię do niej – Co mam zrobić?

Terapeutka: Proszę wytoczyć wojnę klaunowi. Nie ma nic złego w byciu zabawnym, ale nie karykaturalnym. Nie za wszelką cenę. Nie musi pani tego robić. Ładnie pani w czerwonej szmince, nawet gdy nie jest pani klaunem. Lubię panią poważną.

Ja: Gdy niewiele mówię?

Terapeutka: Także wtedy. Musi się pani do siebie dokopać. Ale najpierw trzeba zdjąć maskę. Proszę do następnego tygodnia zapisać choć jedną sytuację, gdy udało się pani powstrzymać od rozbawiania kogoś, nadskakiwania mu, tych wszystkich zachowań, które mają na celu pozyskanie czyjejś sympatii.

Ja: Nie wiem, czy mi się uda. Jak mam rozpoznać taką sytuację?

Terapeutka: A skąd pani wie, że to robi?

Ja: Czuję takie napięcie, czasami niepokój, myślę wtedy czy jest wystarczająco fajnie, czy ja jestem fajna, czy ta osoba nie jest mną rozczarowana.

Terapeutka: Aha. No to świetnie. Proszę więc odwrócić to myślenie. Jestem fajna, ale czy osoba z którą rozmawiam jest fajna? Proszę więcej obserwować, dać się przez chwilę jej poprowadzić. 5 minut. Spróbuje pani?

Ja: Spróbuję. – wycieram policzki ze szminki – Czas już minął.

Terapeutka: Tak, znów pani to robi.

Ja: Co? – otwieram oczy ze zdumienia.

Terapeutka: Pilnuje pani czasu, bym nie musiała tego zrobić ja. Bo wtedy byłabym w niekomfortowej sytuacji. Dba pani o mnie jak o wszystkich. Nie musi pani tego robić, umiem o to zadbać.

Ja: Aha – dziwnie mi.

Terapeutka: Nie chcę, by pani mnie źle zrozumiała, to jest miłe, ale poświęca pani siebie, bym ja czuła się komfortowo. Pani ma dbać o siebie. Wtedy klaun nie będzie potrzebny. Do zobaczenia.


Psychologia

Ania. „Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce. Złym ludziom serce bić przestało”

Zapiski z terapii
Zapiski z terapii
28 grudnia 2015
Fot. Unsplash / Eli DeFaria / CC0 Public Domain

Stara kamienica w centrum miasta. Denerwuję się i mam ochotę uciec. Jaka ona będzie? Czy mnie polubi? Czy zrozumie? Nie potrzebuję więcej rozczarowań. Moja mama trzasnęła słuchawką na święta i powiedziała: – Jesteś jak twój ojciec. Niszczysz innych.”. Przygryzam wargę, jak zawsze gdy się stresuję. Numer 6 i ktoś otwiera mi drzwi domofonem. Wchodzę.

Terapeutka: Dorota C. – przestawia się i wyciąga do mnie rękę. Włosy podpięte spinką, plisowana szara spódnica, półbuty. Szare uważne oczy.

Ja: Ania.

Terapeutka:  Proszę wejść – wpuszcza mnie do małego pokoju, gdzie stoją dwa fotele. – Moje miejsce jest pod oknem. (Jakbym chciała je zająć). Przemykam na swoje (czy to będzie naprawdę moje?) i upycham małą torebkę obok siebie. Pudełko z chusteczkami, woda. Ona siada, ja nalewam sobie do plastikowego kubka. Uśmiecha się.

Terapeutka: Gorąco. Może otworzę okno? – nie czekając na odpowiedź, podchodzi do okna i uchyla je. Wypijam duszkiem cały kubek. – Jest Pani zdenerwowana. – ani to pytanie ani stwierdzenie. Gryzę brzeg plastiku.

Ja: Tak. Czuję się nieswojo.

Terapeutka: Jak to jest?

Ja: Nieswojo? To znaczy, że się boję.

Terapeutka: Mnie?

Ja: Tak. Nie chodzi mi o to, że Pani wygląda groźnie (chichoczę nerwowo), ale nie znam Pani. A muszę Pani powiedzieć coś o sobie.

Terapeutka: Musi Pani? – zmienia pozycję pochylając się w moją stronę.

Ja: No niby nie muszę, ale chcę. Źle się czuję.

Terapeutka: Dlaczego się Pani źle czuje? – marszczy czoło i poprawia kosmyk włosów za uchem.

Ja: Bo chciałabym coś zrobić, co skrzywdzi innych. Czuję się źle ze sobą.

Terapeutka: Ze sobą krzywdząca?

Ja: Tak. Nie lubię ranić innych.

Terapeutka: Nikt nie lubi, to przykre. – przechyla głowę w bok i smutno na mnie patrzy.

Ja: Jestem złym człowiekiem. – Jezu, od razu mówię jej takie rzeczy! Po co?

Terapeutka: Co to znaczy być złym człowiekiem, Pani Aniu?

Ja: Egoistką. Zdrajcą.

Terapeutka: To bardzo oceniające. Jest Pani zła na siebie?

Ja: Nie wiem… Jestem zła po prostu. Zdradzam swojego męża od roku i chcę od niego odejść – wyliczam szybko i spuszczam wzrok. Skupię brzeg torebki.

Terapeutka: Zdradzać kogoś i chcieć od niego odejść to jednoznaczne z byciem złym? – mówi zdziwiona.

Ja: A nie?

Terapeutka: Nie. To może oznaczać też wiele innych rzeczy.

Ja: Jakich?

Terapeutka: Bycie samotnym, niekochanym, niekochającym, zrozpaczonym…

Ja: Tak się czuję właśnie – ściska mnie w gardle i chce mi się strasznie płakać.

Nic nie mówi. Patrzy na mnie zatroskana. Myślę o tym, że chciałabym aby była moją mamą. Aby moja mama na mnie tak patrzyła. Siorpię nosem i nie mogę przestać płakać.

Terapeutka: Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce – mówi cicho. – Złym ludziom serce bić przestało.

Ja: Czy Pani mnie przyjmie?

Terapeutka: Słucham?

Ja: Czy znajdzie Pani dla mnie miejsce?

Terapeutka: Tak, skąd ta obawa?

Ja: Boję się, że nie zasłużę na terapię u Pani.

Terapeutka: To na terapię trzeba zasłużyć? – Cisza.

Ja: Jak na wszystko, prawda? – Cisza.

Terapeutka: Musi Pani zasłużyć na każdą relację?

Ja: Tak, muszę. W moim małżeństwie pracowałam 9 lat. Jako sprzątaczka, sekretarka, kierowca i niańka. Nie chcę już.

Terapeutka: W nowym związku jest inaczej?

Ja: Jestem księżniczką z bajki – robi mi się przyjemnie w sercu. – To takie przyjemne, gdy ktoś o mnie dba.

Terapeutka: Pani mąż nie potrafi?

Ja: Nie, zresztą nie wiem. Ja jestem od dbania.

Terapeutka: Czyli: Pani dba o męża, a kochanek o Panią. Kto dba o kochanka?- dobre pytanie.

Ja: Chyba jego żona. Tak, ona.

Terapeutka: Czyli wszyscy mają zaspokojone potrzeby, gdy żyjecie w tym czworokącie. Myślała Pani, co się stanie, gdy ten układ zniknie?

Ja: W sensie gdybym się rozstała z mężem? Hmm. Myślę, że będzie inaczej.

Terapeutka: Czyli jak?

Ja: Będę dbać o siebie zamiast o kogoś. A kochanek? Będzie też musiał zadbać o siebie, bo nikt o niego nie zadba.

Terapeutka: To będzie związek? – pyta i unosi brew.

Ja: Nie wiem. Nie jestem pewna, czy chcę z nim być. On mi pomaga rozstać się z mężem.

Terapeutka: Jak?

Ja: Daje mi siłę.

Terapeutka: A bez tej siły nie potrafiłaby Pani?

Ja: Nie wiem. Czułabym się mniej pewna.

Terapeutka: Może to dobrze? Brak pewności też coś mówi.

Ja: Co mówi?

Terapeutka: Że może warto się zastanowić? Poczekać? Upewnić? Byliście Państwo na terapii małżeńskiej?

Ja: Nie. Nie chcę terapii. Chcę odejść.

Terapeutka: Rozumiem.

Ja: Nie chcę z nim próbować. Nie kocham go.

Terapeutka: Czego Pani oczekuje od naszych spotkań?

Ja: Chciałabym, aby pomogła mi się Pani rozstać.

Terapeutka: Mogę Pani w tym towarzyszyć. Mogę Pani słuchać. Mogę być.

Ja: Czy może mi Pani powiedzieć, czy dobrze robię?

Terapeutka: Tylko Pani może znaleźć odpowiedź na to pytanie.

Ja: Czy Pani mnie nie zostawi?

Terapeutka: Nie. A czy Pani będzie tu w przyszłą środę o 17.00?

Ja: Tak. Będę.

Terapeutka: To do zobaczenia. Będę na Panią czekać.

To zdanie „Będę na Panią czekać” rozpoczęło moje najważniejsze spotkanie z samą sobą. Rozstałam się z kochankiem. Rozstałam się z mężem, a potem do niego wróciłam. Rozstałam się z matką, a potem do niej wróciłam. Rzuciłam terapię, a potem wróciłam. Ona nigdy mnie nie zostawiła. Jestem dziś innym człowiekiem dzięki Niej.


Przeczytaj pozostałe zapiski z terapii Ani

  1. Ludzie często myślą, że terapia sprawi, że poczują się lepiej. Jako cel – tak, ale droga do tego jest jak każda – ciężką pracą
  2. „Jeśli Pani płacze, to bije Pani serce. Złym ludziom serce bić przestało” – czytasz ten odcinek