Lifestyle Psychologia

Jestem gruba, bo za swoimi kilogramami ukrywam swój dramat. Do dziś potwornie wstydzę się tego, co robili mi rodzice w dzieciństwie

Z życia kobiety
Z życia kobiety
5 czerwca 2018
Fot. iStock/MarinaZg
 

Być może minęłaś mnie kiedyś na ulicy, może stałyśmy w jednej kolejce do kasy. Co wtedy pomyślałaś? „Matko, jaka ona gruba”, „Fuj, ale obrzydliwa”, „Jak można tak nie dbać o siebie”?

Wiesz, że kobiety, które w dzieciństwie były wykorzystywane seksualnie, chowają się za masą swoich kilogramów? Wypełniają swoim ciałem świat tak, by nikt nie mógł dotrzeć do ich wnętrza?

Ledwo pamiętam smak tego wszystkiego, co jadłam w dzieciństwie. Przez 17 lat rodzice znęcali się nade mną fizycznie i psychicznie, każdy mój zmysł był odrętwiały. Kiedy starasz się jedynie przetrwać, nic nie czujesz…

Mój dom, na pierwszy rzut oka, niczym nie różnił się od innych. Zwykły wolno stojący domek jakich było wiele w mojej okolicy. Za to w środku czekało na mnie piekło. Ojciec decydował o wszystkim, był panem i władcą wymagającym bezwzględnego posłuszeństwa. Matka stała przy drzwiach trzymając jego teczkę, gdy wychodził z domu i stawiała obiad na stole, gdy parkował auto na podjeździe. Cokolwiek ugotowała dla niego, ja nie mogłam tego zjeść. Nie byłam godna, miałam szczęście, że w ogóle pozwalał mi jeść. Podczas obiadu siedziałam w milczeniu, starannie jedząc placki mojej matki, nie chcąc upuścić żadnych okruchów. Byłam przerażona mówiąc cokolwiek, co mogłoby ich zmartwić. Wierzyłam, że gdybym była wystarczająco dobra dla moich rodziców, w końcu zdobyłabym ich miłość. Nigdy jednak nic takiego się nie wydarzyło.

Kiedy uważali, że byłam „niegrzeczna”, nie pozwalali mi jeść. Byłam w stanie ukraść wszystko, co tylko udałoby mi się włożyć do ust. Chowałam ser, kromki chleba w swoim pokoju i jadłam je w tajemnicy. Gdy mnie na tym przyłapali…. musiałam cierpieć.

Moi rodzice nigdy nie potrzebowali specjalnego powodu, żeby mnie ukarać. Wystarczyło pięć minut spóźnienia ze szkoły, źle zawiązane buty, niedokładnie pościelone łóżko, żebym oberwała drewnianą łyżką, szmatą, paskiem czy została zgwałcona przez mojego ojca w zależności od tego, w jakim on był nastroju. Kiedy zwymiotowałam rano jedząc owsiankę, mama zmusiła mnie do zjedzenia moich własnych wymiocin. Nadal potwornie wstydzę się tych wspomnień…

Nie mogłam odwiedzać koleżanek, ale pewnego dnia pozwolili mi iść do domu mojej przyjaciółki. Było wesoło, głośno, pachniało ciastem. Pamiętam, jak dziwne dla mnie było, że dzieci mogły otworzyć lodówkę nie ponosząc za to żadnej kary…

Przez lata bycia wykorzystywaną przez mojego ojca i innych mężczyzn nie byłam w stanie uciec przed jego emocjonalną kontrolą. W końcu, w wieku 22 lat wyjechałam za granicę, gdzie pracowałam jako niania. Chciałam znaleźć się jak najdalej od domu, od rodziców, poczuć się w końcu wolna.

Próbowałam zbudować „normalne” życie, byłam przekonana, że odzyskuję nad nim kontrolę, tymczasem ulegałam coraz bardziej niszczącym mnie nawykom.

Kiedy miałam osiem lat po raz pierwszy okaleczyłam swoje ciało. Powtarzano mi, że jestem pełna trucizny, chciałam więc zadać sobie tyle bólu, ile tylko mogłam, aż w końcu zaczęłam bezmyślnie i gorączkowo się objadać.

Mój ojciec kazał mi wierzyć, że wszyscy mnie obserwują, że ludzie widzą, jak jestem zepsuta. Chciałam zrobić wszystko, co w mojej mocy, żeby to ukryć. Myślałam: „Skoro już jestem brzydka, dlaczego nie sprawić, że będę brzydsza jeszcze bardziej, wtedy ludzie nie będą chcieli mnie poznać”. Obżerałam się i tyłam. Zamawiałam jedzenie i jadłam w swojej sypialni. Kiedy kończyłam, przez ułamek sekundy czułam ulgę w bólu, który zadali mi moi rodzice. Jadłam i jadłam do momentu, kiedy nie poczułam się źle i było mi wstyd. Po kilku godzinach na nowo zaczynałam się objadać.

Codziennie zakładałam maskę. Dla mnie otyłość była przebraniem. Chroniła mnie przed czujnymi oczami tych, którzy dostrzeli by we mnie samo zło, sprawiała, że czułam się bardziej niewidoczna. Kto by się martwił kimś, kto jest brzydki i gruby?

Słyszałam różne komentarze na mój temat: gruba beka, słoń, słonina, spasiona świnia… Uważałam, że te epitety były tym, na co zasłużyłam, czego pragnęłam.

Przez wiele lat ciężko pracowałam nad tym, by wyglądać normalnie. Przed całym światem ukryłam ból mojego dzieciństwa, nigdy nikomu nie mówiłam, co działo się w moim domu. Poznałam cudownego męża, urodziłam pięknego synka. Wszystko, czego chciałam, to stworzyć szczęśliwą rodzinę i dać moim najbliższym najpiękniejsze wspomnienia. Zepchnęłam wgłąb siebie swój własny ból, by oni poczuli się kochani.

Jedzenie i samookaleczenie było tym, co musiałam nieustannie kontrolować, zwłaszcza gdy czułam się gorzej.

Miałam 40 lat, gdy wszystko się rozpadło. Na wakacjach zauważyłam mężczyznę. Było coś znajomego w jego sposobie poruszania się, ubrania, co wywołało u mnie stres pourazowy. Wszystko wróciło. Przez siedem tygodni leżałam w szpitalu, w tym także na oddziale psychiatrycznym. Zagrażałam sama sobie, w szpitalu na nowo zaczęłam się objadać, zamawiałam pizzę, zjadałam słodycze, czekoladki, które przynieśli mi bliscy i tak samo jak kiedyś… chowałam jedzenie.

Wreszcie trafiłam do terapeuty, który pomógł mi się otworzyć, pomagał uporać się z tym, przez co przeszłam w dzieciństwie. Nie mogłam jednak przestać jeść. Bolały mnie nogi i kolana. Miałam zapalenie stawów, groziła mi cukrzyca. Ale tylko objadanie się pomagało mi utrzymać kontrolę nad moimi emocjami.

Musiałam schudnąć, nie chciałam umierać, nie chciałam zostawić mojej rodziny. Znajdowałam różne grupy wsparcia, ale tam rozmawiano o zgubieniu wagi, dietetycznym jedzeniu, a nie o traumie, która  zmusiła mnie do jedzenia. Było ze mną już tak źle, że lekarze zdecydowali się na operację zmniejszenia żołądka. Gdy się obudziłam, poczułam się naga. Im bardziej chudłam, tym bardziej wpadałam w panikę, bo czułam się bezbronna, bałam się, że wszyscy w końcu zobaczą, jaka w środku jestem zła. Znalazłam terapeutę, bo wiedziałam, że sama przez to nie przejdę.

Gdy w wyniku powikłań po operacji trafiłam znowu do szpitala, dowiedziałam się, że mój ojciec miał zawał i zmarł… dwa piętra niżej. Musiałam to zobaczyć, przekonać się, że jego naprawdę już nie ma. Trzęsłam jego ciałem, sprawdzając czy przypadkiem się nie obudzi. Straciłam kontakt z rzeczywistością… Jednak tam, wtedy, zbrodnie mojego ojca wobec mnie umarły razem z nim. Nigdy tego nie zgłosiłam na policję, ani on, ani moja matka nie zostali ukarani za to, co mi zrobili.

Minęły dwa lata od operacji, a ja nauczyłem się patrzeć na moje ciało z życzliwością, pielęgnować je i wierzyć, że zasługuje na jedzenie. Zaczęłam mówić głośno o tym, co mnie spotkało, otwieram się na ludzi. Uczę się wierzyć, że zasługuję na miłość.

Nadal mam blizny na ciele, ale one opowiadają moją historie. Moje ciało może nie jest ładne, ale nie jest już dla mnie zagrożeniem. Mogę czerpać przyjemność z najprostszych rzeczy, takich jak siedzenie w samolocie bez pytania o przedłużenie pasów bezpieczeństwa, jazdę na rollercoasterze czy obcinanie paznokci u stóp. Możliwość spożywania posiłków bez chęci zranienia się jest wyzwalająca. Teraz, kiedy mój syn wraca do domu, mogę razem z nim i moją rodziną usiąść do niedzielnego obiadu.

Nadal borykam się ze swoimi problemami psychicznymi, ale jestem zdrową osobą i nauczyłem się radzić sobie ze stresem. Kiedy mam ochotę zjeść, by zapomnieć, by zadać sobie ból, skupiam się na emocjach, sięgam po swój pamiętnik.

Mam nadzieję, że pewnego dnia wszyscy, którzy potrzebują pomocy, będą mieli do niej dostęp. Chciałabym wierzyć, że jestem przykładem dla tych, którzy doświadczyli cierpienia w dzieciństwie – wy też macie wybór. Nie musicie się samounicestwiać. Opowiadam moją historię, żebyś kolejnym razem, gdy pomyślisz o kimś, że jest obrzydliwy, bo gruby, miał świadomość, że pod tym ciałem kryje się być może dramatyczna historia człowieka. Człowieka, który potrzebuje pomocy.


 

Na podstawie: bbc.com/


Lifestyle Psychologia

Miałam romans. Dzięki niemu doceniłam swojego męża. Dzisiaj moje małżeństwo jest jeszcze lepsze

Z życia kobiety
Z życia kobiety
10 czerwca 2018
Fot. iStock
 

Czułam się niekochana, zaniedbana i nierozumiana. Wiecie, o czym mówię. W końcu to rzeczywistość wielu kobiet. Najpierw jest cudownie, czule, namiętnie. Później przychodzi codzienność, wkrada się rutyna, a dzieci tak naprawdę dopełniają całości oddalenia. Przynajmniej tak myślimy, tak się nam wydaje. A może tylko szukamy usprawiedliwienia?

Może ja szukałam, kiedy go poznałam. Pomógł mi pozbierać zakupy, które rozsypały mi się przed autem, gdy szukałam kluczyków. Miałam zły dzień. Dzieciaki po nocnej sesji jelitówki. Mąż, który oznajmił, że nie może zostać z dziećmi i nie wie, o której wróci do domu, bo ma ważne spotkanie w pracy. Jakbym ja nie miała. Zmęczona, przygnębiona… i jeszcze te zakupy. Stałam i się na nie gapiłam. Nie wiedziałam, czy się rozpłakać, czy uciec, zostawić to wszystko. To taki moment, kiedy w głowie kołacze ci się jedna myśl: „Nie dam rady! Dłużej już nie dam rady”. I on… Nawet nie zauważyłam, kiedy zaczął wyciągać jabłka spod samochodu. Pakował mi zakupy do torby, a ja nie zdążyłam nawet zareagować. Wyciągnął mi z rąk kluczyk, otworzył bagażnik, wrzucił zakupy i spojrzał na mnie roześmianymi niebieskimi oczami. „Wszystko będzie dobrze” – powiedział. Uśmiechnęłam się, zamknęłam bagażnik, nim zdążyłam zareagować i już go nie było. Za wycieraczką, właściwie nie wiem kiedy, zostawił kartkę z numerem telefonu. Wiedziałam, że to on.

Wróciłam do domu, bo sąsiadka nie miała zbyt wiele czasu, żeby siedzieć z moimi dzieciakami. Ogarnęłam cały domowy bałagan i wieczorem, kiedy usiadłam w końcu z winem na kanapie, przypomniałam sobie te oczy. Wyciągnęłam z torby kartkę i bijąc się z myślami wysłałam SMS-a: „Nie zdążyłam podziękować. Uratowałeś mi dzisiaj życie. Dziękuję. A.”. Przecież to nic takiego, zwykłe podziękowania, nic nie znaczy. K. – mój mąż wrócił do domu po północy, kiedy już spałam. Rano wyrwał mnie dźwięk telefonu: „Jak potrzebny będę kolejny raz, masz już numer”. Serce zabiło mi mocniej. Po kilku SMS-ach umówiliśmy się na kawę. Dzieci już lepiej, babcia miała wpaść z nimi zostać, bo ja musiałam być w pracy. K. pocałował mnie w policzek na do widzenia i poleciał do swoich spraw, a ja zastanawiałam się, co na siebie włożyć. Kawa wyszła w ramach podziękowania za pomoc. Był po rozwodzie, z dwójką dzieci, o których zabawnie opowiadał. W ogóle był zabawny. Taki powiew świeżości w moim nudnym i przewidywalnym życiu. Poczułam przez chwilę wolność, dotarło do mnie, że istnieje inny świat poza domem, rodziną i mężem. Śmialiśmy się, żartowaliśmy i… flirtowaliśmy. Do domu wracałam jakbym połknęła tysiąc motyli. Gdzieś z tyłu głowy czaiło się, że balansuję na granicy, ale głośniej krzyczał głos: „Przecież nic złego nie robisz”. Później był wspólny lunch, obiad, zaproszenie do kina… Do kina. Nie chciałam myśleć, że robię coś nie tak. Znajdowałam dziesiątki usprawiedliwień:

– nudny mąż,

– życie ma się tylko jedno,

– nic nie dzieje się bez przyczyny,

– nie można korzystać z szansy,

– to tylko kolega,

– każdy zasługuje na trochę rozrywki.

To tylko niektóre. Chciałam czuć się jak kobieta, chciałam, by na mnie patrzył z pożądaniem, chciałam flirtować, chciałam dać się uwieść, poczuć, że kogoś jeszcze pociągam. Mąż irytował mnie coraz bardziej. Denerwowało mnie nawet to, w jaki sposób miesza cukier w herbacie, jak trzyma widelec, jak całuje mnie w ten cholerny policzek, jak zaprzyjaźnioną nianię, sprzątaczkę i praczkę. W głowie dudniło: „Jak mogłam się tak pomylić, łączą nas tylko dzieci, nie chcę tak żyć, co zrobić”.

M. pojawił się w idealnym momencie mojego życiowego kryzysu, był lekiem na całe zło. Poszłam z nim do kina, ale z filmu nie wiem nic, całowaliśmy się i wyszliśmy szybko lądując w jego mieszkaniu. „Wyłącz myślenie. Wyłącz myślenie. Daj się ponieść chwili” – powtarzałam sobie. I dałam się ponieść. Wpadłam po uszy. Moje życie nabrało kolorów, uśmiechu, radości, roztrzepania i dzielenia czasu między dzieci, rodzinę a kochanka. Mąż przestał mi przeszkadzać, właściwie przestałam na niego zwracać uwagę. Oznajmiłam mu, że muszę zadbać o siebie i czas najwyższy, żeby on też zajął się domem, bo ja zapisałam na się na siłownie, zajęcia fitness i basen. I w końcu do czasu do czasu chcę się spotkać z przyjaciółkami. Nie był zaskoczony, w sumie nie obchodziło mnie, co myśli i czuje.

Poczułam, że tonę, że trudno mi ogarniać rzeczywistość. Mój dzień sprowadzał się do czekania na jakąś wiadomość, SMS od niego. A on potrafił milczeć kilka dni, czasami odrzucał moje propozycje spotkania. Nie mogłam sobie wtedy znaleźć miejsca, byłam uzależniona od tych spotkań, gdy się nie odzywał, leżałam w łóżku gapiąc się w sufit. Mąż przynosił mi herbatę, pytał czy czegoś potrzebuję, jeszcze bardziej mnie drażniąc. Zaproponował wyjazd na weekend z dziećmi, nie mogłam odmówić, choć chciałam uciec, zostać sama ze swoim romansem. W końcu tyle lat to ja tyrałam na to, by nasza rodzina była całością, że teraz jego kolej. Ale pojechałam. Napięcie w podróży rozładowaliśmy wspólnym śpiewaniem, graniem w nasze ulubione samochodowe zabawy. Śmiałam się, a K. powiedział: „Lubię, gdy się uśmiechasz”. W hotelu zjedliśmy kolację, poszliśmy w czwórkę na spacer, dałam się objąć mężowi, pożartować, wieczorem wypiliśmy butelkę wina na tarasie. Kładąc się spać z dziećmi miałam mętlik w głowie. Pierwszy raz targnęły mną wyrzuty sumienia.

Stałam się uważniejsza. Po świetnym weekendzie zobaczyłam, jak mój mąż dobrze radzi sobie z dziećmi, jak z nimi rozmawia, śmieje się. Nie zauważyłam, jak od kilku tygodni ogarniał dom – pranie, zmywarka, posprzątane, w pewnym momencie przestał mnie pytać o zakupy, sam je robił wiedząc, czego brakuje. Efekt mojego buntu, a może wystarczył prosty komunikat z mojej strony…? I nagle coś się zmieniło. Dostałam propozycję zmiany pracy. Spędziłam z mężem kilka wieczorów dyskutując na ten temat. Mówił: „Dasz radę, wierzę w ciebie”. A ja czułam jego wsparcie, to, że mogę na nim polegać. Zaczęłam inaczej na niego patrzeć, zaproponowałam wspólne kino, bo tak dawno nigdzie nie byliśmy. Poczułam, że mam obok siebie partnera i przyjaciela, kogoś, kto zna mnie jak mało kto, kto czyta w moich obawach i wątpliwościach, kto wie, czego się boję, a co lubię… Bezpieczeństwo…

Nie wiedziałam, co myśleć… Bo z jednej strony ten niebieskooki romans, któremu dałam się ponieść, który wydawał mi się darem od losu, ale… tam nie było nic więcej. Seks, namiętność, chemia, śmiech… Ale jego nie interesowały moje rozterki, problemy. Nie chciał słuchać, co z moimi dziećmi, co w pracy. Wszystko obracał w żart, czego najpierw potrzebowałam, a czego później mi w tej relacji brakowało. Okej, seks był świetny, ale to do domu wracałam do człowieka, który mnie kochał, akceptował, z kim łączyła mnie więź tworzenia wspólnego życia…

Z jednej strony miałam płomienny romans, który mógł zniszczyć wszystko to, co budowałam przez lata. Z drugiej – małżeństwo na porządnym fundamencie – z kryzysami, łzami, smutkami, ale też ogromem radości, szczęścia. Paradoksalnie mój kochanek pokazywał mi nie braki mojego małżeństwa, ale jego rosnącą w moich oczach wartość. Otworzyłam się przed mężem – nie, nie powiedziałam o romansie, ale o swoich uczuciach, ucieczce, rosnącej frustracji i poczuciu obojętności. Powiedzieliśmy sobie wiele przykrych, ale też cudownych słów. Na kolejnego SMS-a odpisałam: „Dziękuję za cudowny czas, ale to już koniec”. Po prostu. Nie byłam tego pewna, tęskniłam, ale zdałam sobie sprawę, co mogę stracić dla chwili zabawy, bo tym był ten romans – zabawą. Ale to dzięki niemu odzyskałam swoje małżeństwo, wróciłam do mojego męża kochając go jeszcze bardziej i doceniając to, że jest w moim życiu nieustannie obecny.

Nim odjedziecie, nim dacie się ponieść chwili, dajcie sobie czas i jeszcze jedną szansę… Nim nabierzecie pewności, że romans stanie się czymś lepszym od waszego małżeństwa.


Lifestyle Psychologia

„Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył

Z życia kobiety
Z życia kobiety
31 maja 2018
Fot. Unsplash / CC0 Public Domain

Krzątasz się po kuchni jak zwykle, nie mogąc znaleźć sobie miejsca. Znam na pamięć ten schemat. Woda w czajniku, kilka razy otwarta lodówka, wymięte w narzekania. Miniesz mnie siedzącą na kanapie bez słowa. Nawet nie spojrzysz w moją stronę. Od dawna jestem dla ciebie jak powietrze. Jak mebel na wyposażeniu naszego mieszkania w kredycie, który dzisiaj chyba tylko nas łączy.

Tyle lat chcę od ciebie odejść i nie mogę. Już nie pamiętam, kiedy pierwszy raz pomyślałam, że nie chcę z tobą być, że niczego oprócz frustracji, złości i bezsilności nie czuję. Ale to znaczyło, że jeszcze mi zależy, skoro się złoszczę, skoro próbuję coś zmienić.

Czy między nami w ogóle była miłość? Może to zauroczenie, zachłyśnięcie się sobą. Kochałeś mnie kiedyś prawdziwie? Te początki trzymania się za rękę, wieczorów nad rzeką, ukradkowych spojrzeń podczas spotkań ze znajomymi. Mrowiło mnie w żołądku i to wzięłam za pewnik, że kocham. Wydawało mi się, żeby byliśmy tacy szczęśliwi, gdy zamieszkaliśmy razem, gdy rodził się nasz syn. Tak wiem, zwariowałam na jego punkcie, ale co miałam robić, skoro od ciebie nie dostawałam czułości, uwagi, miłości.

Od lat jesteśmy nieobecni. Traktujemy się mechanicznie, jak mijające się na stacji pociągi – wielkie metalowe maszyny bez dusz, które mają jeden cel – dotrzeć do kresu podróży, po drodze za obowiązek mając wymianę pasażerów. My też wymieniamy się rutynowymi uprzejmościami: „Dzień dobry”, „Smacznego”. Od dawna nie pytasz, jak mi minął dzień, a ja odpuściłam, kiedy zacząłeś zdawkowo odpowiadać, że dobrze.

Czuję się jak w zmniejszającej się z dnia na dzień klatce, w której brak mi oddechu i przestrzeni do życia, jakbyś ty odbierał mi powietrze. Kiedy krążysz po mieszkaniu, cała sztywnieję, czekam na moment, aż znikniesz, staniesz się niedostrzegalny – pójdziesz spać, wyjdziesz, zamkniesz się w łazience. Wtedy dopiero biorę głęboki oddech i myślę o tym, jakby wyglądało moje życie, gdyby ciebie w nim nie było. Widzę uśmiechniętą, ubraną na kolorowo kobietę, która wie, czego chce od życia, która uwolniła się ze związku, w którym z czasem zabrakło wszystkiego, co do szczęścia było jej potrzebne.

Wiem, że niedługo odejdę. Nabieram w sobie pewności, że to najlepsze, co mogę sobie dać, w końcu sama dla siebie staję się ważna i przestaję uzależniać swoje szczęście od ciebie. I chociaż decyzję podjęłam już dawno, nie mogłam się od ciebie uwolnić. Odchodzenie nie jest łatwe, bo na drugiej szali uparcie wisi nadzieja – ta trzyma się mocno i nie chce puścić. Nadzieja na to, że coś się zmieni. Że pewnego dnia przyjdziesz z bukietem kwiatów i powiesz: „Kochanie, tak bardzo cię kocham”. Wiesz, to by wystarczyło. Może to głupie, ale zostałabym, na pewno dłużej.

Ta nadzieja zmusza mnie, bym przy tobie trwała, bym wierzyła, że moje: „Nie mogę tak dłużej, nie czuję się kochana” w końcu do ciebie dotrze. Chlasnął cię te słowa w twarz i przebudzą i każą zrozumieć, jak jestem dla ciebie ważna. Bo tylko tego bym chciała – być ważną, być tą, bez której nie wyobrażasz sobie życia, która jest dopełnieniem twojego szczęścia, twojej radości, codzienności. Chciałabym poczuć się wyjątkowo, wiedzieć, że dla ciebie jestem tą jedną – najważniejszą. Czekałam na to, jak idiotka.

Odchodzę tak długo, bo nadal cię kocham, a nadzieja na miłość umiera ostatnia. Przecież musiałeś mnie kochać, musiałam coś dla ciebie znaczyć, skoro to mnie wybrałeś? Ile razy płakałam w poduszkę przypominając sobie te pierwsze wspólne roześmiane lata? Co się z nami stało? Kiedy się zgubiliśmy? Mam wrażenie, że zupełnie poza naszą wolą oddaliliśmy się od siebie tak bardzo, że już nie mamy do siebie powrotu. Dzisiaj to wiem. Przestałam żebrać o twoją czułość, o uwagę. To mnie upokarzało, sprawiało, że wstydziłam się siebie samej. A przecież „nic się nie zmieniło” – powtarzałeś za każdym razem, gdy pytałam, czy jeszcze mnie kochasz. Ale zmieniło się wiele, mój strach budził fakt, że nie widziałeś, że przestałam być przy tobie szczęśliwa.

Tak, mogłabym tak trwać. Udawać, że jest w porządku, że rutyna jest tym, co daje mi poczucie stabilizacji i szczęścia. Że poczucie bezpieczeństwa trzyma mnie przy tobie kurczowo. Że nadzieja podszeptuje: „Poczekaj jeszcze trochę, jeszcze rok, dwa lata”… Tylko, że nie mam już siły udawać. Pytając siebie, czego chcę jeszcze od życia – od dłuższego czasu widzę siebie uśmiechniętą bez ciebie. W końcu to zrozumiałam – żeby wyjść z tej ciasnej klatki, muszę zamknąć za sobą drzwi naszego mieszkania i powiedzieć: „Odchodzę, dzisiaj ten ostatni raz”. Bez odwrotu. Pogodzona z tym, że nie będziesz o mnie walczył, co – uwierz mi – jest dla mnie najtrudniejsze.

Nie chcę już tak żyć. Chcę jeszcze być kochana, szczęśliwa, chcę zachłysnąć się życiem, które doceniam każdego dnia coraz bardziej, a ty tego zupełnie nie rozumiesz. Dlatego odchodzę. Wybacz.