Psychologia

Do widzenia Perfekcjo! Tak naprawdę nie istniejesz

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. iStock
 

Nie ma ludzi idealnych, nie ma też perfekcyjnych kobiet. Myślisz, że taką znasz? Przekonaj się, jak bardzo się mylisz.

Słowa „Tak. Oczywiście. Nie ma żadnego problemu” są ci dobrze znane? Uśmiechasz się i mówisz, że pomożesz, upieczesz, odbierzesz, pojedziesz? A kiedy dzwonią znajomi, że wpadną na weekend, ty po ciężkim tygodniu mówisz ciepłym głosem, jak bardzo się cieszysz?

I nie ma w tym fałszu. Z przyjemnością spotykasz się z  innym. Pomagasz im też z przyjemnością. Mówią o tobie: „Perfekcyjna”. Krygujesz się: „To nieprawda. To, co robisz, nie stanowi dla ciebie problemem, lubisz taka być.

Dzwoni koleżanka pytając, czy możesz podwieźć ją na lotnisko o czwartej nad ranem. Robisz szybką kalkulację w głowie. Zgadasz się, wiedząc,  że zdążysz wrócić, nim dzieci wstaną i trzeba będzie wyjść z  psem na dwór. Innego dnia przyjaciółka prosi o upieczenie tortu na urodziny swojego męża. Wiesz, że będzie ci trudno, ale przecież jakoś dasz radę, w końcu to dla przyjaciółki.

Masz dzieci, męża. Nigdy nie narzekasz. Mówisz, że przeciwności cię nakręcają, że lubisz, gdy życia stawia przed tobą nowe wyzwania. Każdą złośliwość losu potrafisz przekuć w pozytyw.

Jesteś świetną koleżanką, na którą zawsze wszyscy mogą liczyć. Znajomi uwielbiają do ciebie przychodzić, bo wiedzą, że zawsze wyczarujesz coś dobrego do jedzenia i stworzysz atmosferę.

Czasami mówisz, że dzieci cię wkurzają, ale raczej nikt nie traktuje tego poważnie. Przecież wszyscy wiedzą, że jesteś świetną matką. Z mężem stanowicie dobraną parę w oczach bliskich i dalszych znajomych.

Szef w pracy z pobłażaniem patrzy, gdy mówisz, że masz wątpliwości, czy uda ci się dopiąć nowy projekt. Śmieje się: „Ty nie podołasz, chyba żartujesz. Kto, jak nie ty.”

Zawsze jesteś stawiana za wzór – bo konsekwentna (biegasz, dbasz o dietę), empatyczna, lojalna, dotrzymująca danego słowa.

Lubisz siebie taką.

A inni lubią przebywanie w twoim towarzystwie, choć niekoniecznie lubi ciebie samą. Przecież nikt nie przepada za idealnymi osobami, bo to one wpędzają nas w poczucie winy. Pokazują,  że staramy się za mało.

Fot. Flickr / Garry Knight / CC BY

Fot. Flickr / Garry Knight / CC BY

Nadal czytasz o sobie? Tej perfekcyjnej?

Bo perfekcja to samotność. To łzy gdzieś chowane w poduszkę. To zmęczenie, które czasami odbiera zdolność racjonalnego myślenia. To też strach. Nie, nie są dominujące. Czają się gdzieś z tyłu głowy. Bo przecież przychodzi moment, kiedy masz dość, czujesz zmęczenie i tym razem, to ty chciałabyś kogoś prosić o pomoc. Tylko jak? Kogo? Czy ktokolwiek potraktuje cię poważnie? Przecież ty nie narzekasz. Zapomniałaś, jak to jest się komuś wyżalić, pokazać, że jesteś słabsza.

Dzwonisz do przyjaciółki: „Mam chandrę, padam na twarz” – mówisz, a ona odpowiada: „Ty?!? Kochana, połóż się szybciej spać, rano znowu będziesz w formie.” Ne wyczuwa, że to głębszy problem, że sen nie pomoże,  a ty nie masz odwagi pociągnąć rozmowy. Słuchasz o jej podłej koleżance z pracy i kończysz rozmowę, gdy wiesz, że ona się wygadała.

Bycie perfekcyjną skazuje cię, na bycie  jedynie słuchaczem. Ty nie miewasz problemów, a jeśli już je masz, to zdaniem innych świetnie sobie sama z nimi radzisz, za co podziwiają cię wszyscy wokół.

Mówisz partnerowi, że dusisz się, że brakuje ci przestrzeni, że poczucie stania w miejscu dobija cię. A on głaszcze po plecach i żartuje, żebyś poszła pobiegać,  wtedy będziesz miała i przestrzeń i więcej powietrza.

Bycie perfekcyjną to brak zrozumienia dla gorszych dni, dla dylematów i wątpliwości. Przecież ty zawsze wiesz, czego chcesz i umiesz dążyć do celu.

Kiedy wychodzisz z imprezy, bo masz dość uśmiechania się do wszystkich i zmuszania się do świetnej zabawy, koleżanka obraża się, że nie dotrzymałaś jej towarzystwa, na którym jej tak bardzo zależało.

Bycie perfekcyjną to zgoda na udawanie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że zawsze będziesz w nastroju jakiego oczekuje od ciebie otoczenie.

Siedzisz w domu i czujesz bezsilność. Pomimo wielu przyjaciół wokół nie masz do kogo zadzwonić, komu się wyżalić. Nie wiesz, kto mógłby ciebie wysłuchać i doradzić.

Bycie perfekcyjną to samotność, na którą sama się skazujesz. Przecież idealni nie mają dylematów, nie potrzebują doradców, by podjąć istotne decyzje,  świetnie sobie radzą sami. W końcu za to inni tak ich uwielbiają…

Nadal jesteś tą perfekcyjną?

A może kogoś tak nazywasz? Jeśli tak, zadzwoń do niej, spytaj co słychać i zaproponuj wspólny wypad do kina, wpadnij z ciastem. Pokaż jej, że jest ktoś, kto o nią zadba, przy kim wcale nie musi być idealna. To wystarczy.


Psychologia

Paraliżuje cię czasami strach? Kolejna bezsenna noc, kolejny lęk… znasz to?

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. iStock
 

Odbiera energię i wszystkie pozytywne argumenty, które wywołujesz, gdy czujesz, że zapadasz się w milionie wątpliwości i obaw?

I nie mówię tu o strachu, który każda z nas zna. Strachu o dziecko, o to, czy bezpieczne będzie w szkole, przedszkolu. Obaw związanych z pracą, czy szef doceni starania, czy kolega firmy  jest wobec ciebie uczciwy. Nie mówię o lękach, które pojawiają się, gdy słuchasz wiadomości w radiu, przeglądasz gazetę, czy zerkasz na serwisy internetowe.

Mówię o strachu, który (masz takie wrażenie) pojawia się znikąd. Na początku mylisz go ze spadkiem formy, z chandrą, z jesiennym  przesileniem. Stajesz się mało cierpliwa, wiecznie zmęczona. I ten ucisk w żołądku. „Mam napad paniki” mówisz przyjaciółce. A kiedy ona pyta dlaczego, nie potrafisz wytłumaczyć.

Trudno ci się przyznać, że się czegoś boisz? Że boisz się banalnych rzeczy? Nie wojny, końca świat, czy głodu. Boisz się tego, co od ciebie jest zależne. Strach dla ciebie jest okazaniem słabości? Więc nie przyznasz się do niego, bo właśnie tej słabości boisz się najbardziej.

Przyjaciółka mówi mi: „Powiedz sobie, czego się boisz. Nazwij to. Wtedy łatwiej z tym strachem walczyć.” Tak, wiem, że to dobra rada, ale jeszcze na chwilę ją odsuwam. Tłumaczę się sama przed sobą, że to zmęczenie, że potrzebuję chwili wolnego, spokoju, że jak już się wyśpię, to wszystko minie.

Tymczasem sen nie pomaga. Jeśli już przychodzi, to jest urywany nerwowymi snami. Budzę się z szeroko otwartymi oczami. Układam w głowie plan na kolejny dzień, obiecuję sobie, że załatwię wszystkie zaległe sprawy, by nie czuć podenerwowania odkładaniem pewnych rzeczy na ostatnią chwilę. Próbuję eliminować wszystko to, co wpływa na mój słabszy nastrój. To działa tylko przez chwilę. Bo tak naprawdę mam ochotę usiąść i sobie popłakać. Czuję, że narasta we mnie coś, co przejmuje kontrole nad moimi emocjami.

Jest noc. A ja myślę o tym, że może jednak czegoś się boję. Próbuję to nazwać. Kalkuluję, czy mi się to opłaci. Bo dzisiaj boję się, że jestem za słaba, że zabraknie mi sił na kolejny dzień. Że nie wstanę rano, zrobić dzieciom śniadania, że nie uśmiechnę się do męża, że nie wyjdę z psem na spacer. Boję się, że położę się na kanapie i przeleżę dzień gapiąc się bez sensu w sufit. Boję się, że zapadnę w marazm ze strachu. Strachu przed sobą, przed zmianami, które sama wywołałam, do których doprowadziłam, a one już się dzieją. Stoję pod ścianą i muszę wybrać stronę, w którą pójdę. To moment, kiedy trzeba coś zrobić. Tymczasem strach mnie paraliżuje. Chciałabym być małą dziewczynką, która siada na kolanach swojego taty. Obejmują mnie wielkie ramiona i tata rozśmiesza mnie jakimiś głupotami. Wtedy tak łatwo było ten strach przegnać. Teraz nie jest to już takie proste.

fot. iStock/ caracterdesign

fot. iStock/ caracterdesign

A ty? Czujesz czasami, że rośnie ci gula w gardle, serce bije szybciej i mocniej, i nie masz pojęcia skąd się bierze. Miewasz wrażenie, że wszyscy wokół są lepsi od ciebie, że oni decydują o swoim życiu, tylko ty tkwisz cały czas w tym samym. I niby nic się nie dzieje. A raczej, to co się dzieje powinno cię wprawiać w dobry nastrój. Bo czeka na ciebie awans, zmiana stanowiska, a może zmiana pracy. A może okazuje się, że teraz ty musisz o czymś zadecydować – sprzedaży mieszkania, rozpoczęcia starań o dziecko, bycia szczerym wobec przyjaciół, postawienia na swój rozwój, zakończenia lub rozpoczęcia związku.

Piszę ten tekst podczas kolejnej bezsennej nocy. Nazwałam to, czego się boję. I zdałam sobie sprawę, że znam ten stan. Już kilka razy byłam w tym miejscu. Nie lubię wyrażenia „strefa komfortu” , kiedyś go w ogóle nie rozumiałam, ale wiem, że to trafne określenie tego, co wokół mnie bezpieczne i znane. Dzieci, rodzina, praca, znajomi, przyjaciele. Strefa komfortu wyznacza nam granice działań i zakres podejmowanych przez nas decyzji. Na jej obrzeżach wartę pełni strach. A ja stoję właśnie przed nim, opuszczam tę bezpieczną strefę. Po raz kolejny decyduję się na zmianę. Tyle tylko, że ta już kolejna wydawała mi się naturalną. A jednak taką się nie okazała. Bo zmiana zawsze niesie ze sobą strach. Teraz to widzę. To ten strach nas ogranicza, nie daje spać, czasami determinuje podjęcie decyzji, byleby tylko nie pozwolić nam wyjść poza wyznaczone wcześniej granice komfortu.

Walka z tym strachem jest wyczerpująca. Nawet słusznie podjęta decyzja może budzić wiele obaw i wątpliwości. Strach zawsze zasieje ziarno niepewności. Będzie chciał cię zatrzymać w ciepłym i bezpiecznym miejscu. Podpowiada ci: „W końcu nie jest tak źle. Podołasz czemuś nowemu? Jesteś aż tak dobra? Rozejrzyj się, zobacz, jakie świetne osoby masz wokół? Czujesz się wystarczająco silna?”, szepce w głowie. A Ty miotasz się trochę jak lew w klatce.

Nazwij swój strach. Powiedz, czego się boisz, wtedy on tobą nie zawładnie. Zrób krok do przodu. Wszystko co nowe i dobre musi iść w parze z lękami. To naturalne. Boisz się? Pośpij, pobiegaj, idź na spacer, wypłacz się. Niech będzie ci smutno, zmiana to też strata, żałoba po niej. Ile trwa? Nie wiem. Wiem, że po drugiej stronie czeka fascynujące nowe. Ja już na zmianę się zdecydowałam i jestem jej pewna. Gdzieś w środku jest we mnie przekonanie, że dam radę. Muszę tylko jeszcze chwilę pobyć w swojej żałobie za tym, co zostawiam. Ty też sobie na to pozwól. A później idź do przodu! Tam też jest bezpiecznie.


Psychologia

Presji na BE FIT mówię zdecydowane NIE! Stawiam na przyjemność!

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
4 października 2015
Fot. iStock

Nie macie wrażenia, że zewsząd zalewają was informacje o dietach, ćwiczeniach, wymaganiach stawianych współczesnej kobiecie, która musi zrobić wszystko, by być szczupłą, wysportowaną i zadowoloną z życia?

Dzisiaj nie wystarczy już, że dbasz o to, co jesz. Że nie podjadasz wieczorami, a pizza pojawia się na stole tylko przy wyjątkowych okazjach. Nie. Teraz powinnaś żyć bez glutenu. Albo zostać weganką. Najlepiej na pamięć znać wszystkie nazwy E i rozróżniać po numerach te szkodliwe i dopuszczalne.

Media krzyczą o otyłości, dietetycy na stałe wpisali się w codzienny krajobraz i nawet na portalach społecznościowych możesz zapoznać się z ich ofertą. Dieta jest wszędzie. Plus zdjęcia tych, co schudły – obcych i znajomych. I te głosy zachwytu w komentarzach, często fałszywego, bo podszytego ukrytą złośliwością w stylu: „I tak zaraz wróci do swojej wagi.” Do tego dochodzą dobre rady, że wszyscy wiedzą, co powinnaś jeść, z czego zrezygnować, do kogo zwrócić się o pomoc w odchudzaniu.

Oczywiście, że nikt nie mówi o idealnym rozmiarze, ale i tak wiadomo, że 38 to ten minimalny minimalizm najbardziej wyczekiwany i popularny. Bo przecież nie chodzi o 36 – no, że niby bez przesady, ale jak już komuś się uda, to nie omieszka o tym poinformować świata i poinstruować innych, jak do ten rozmiar osiągnąć, by być naprawdę szczęśliwą i spełnioną. (dobra może trochę wyolbrzymiam, ale wcale nie tak dużo)

A nie daj Boże, jak powiesz, że biegasz. Licz się z tym, że pierwsze pytanie, jakie padnie, to ile kilometrów przebiegasz i w jakim tempie. Gdy mówisz, że zapisujesz się na ćwiczenia, to z pewnością ktoś spyta, czy to cross fit, czy coś równie wyczerpującego. A jeśli Chodakowska to powinnaś wiedzieć, że najlepszy jest skalpel, bo podobno najtrudniejszy.

Każde przejście na dietę, podjęcie aktywności to komunikat dla świata: „Od dziś muszę coś ze sobą zrobić, muszę schudnąć, muszę wyglądać lepiej.”  A gdyby tak to „muszę”, zamienić na „mam ochotę”?

„Mam ochotę zadbać o siebie.” Czyż nie brzmi lepiej? Bo kto z nas lubi przymus? Tak, wiem, na niektórych wywieranie presji wpływa motywująco, ale to są chyba chwalebne wyjątki. Na mnie na nie działa długoterminowo.

I myślę sobie, że może tak zmienić trend i zamiast ulegać presji postawić na przyjemność. Tyle rzeczy w dorosłym życiu musimy, a narzucana zewsząd konieczność dbania o siebie, często skutecznie pogłębia w nas niechęć do podjęcia jakichkolwiek działań.

Buntujemy się, kiedy ktoś nas do czegoś zmusza. Buntujemy się nawet sami przed sobą, gdy narzucamy sobie rygorystyczną dietę, czy zbyt napięty plan ćwiczeń. Tak nasza natura – buńczuczna. Więc może od jutra zacznijmy inaczej.

Niech dbanie o siebie sprawia nam przyjemność. Niech kojarzy się z czymś bardzo miłym w gnającej codzienności. Niech będzie jak kawa z bitą śmietaną i porcją ulubionych lodów. Bo wszystko jest w naszej głowie.

Fot. Flickr/adifansnet / CC BY-SA

Fot. Flickr/adifansnet / CC BY-SA

Dieta dla przyjemności?

Więc nie rozpoczynajmy od następnego poniedziałku żadnej diety. Najpierw pomyślmy o tym, jak świetnie się czujemy po zjedzeniu sałatki ze świeżych warzyw. Dlaczego mamy sobie odmawiać przyjemności codziennego jedzenia tego, co zdrowe. Zróbmy zakupy i niech lodówka po otwarciu wygląda kolorowo i niech znajdzie się  w niej zawsze coś, co możesz przegryźć i pomyśleć: „Ale pyszne i do tego zdrowe.” Nie musi to być jeden pomidor, masz ochotę na cztery. Zjedz cztery! I pal sześć kilogramy i rozmiary. Spraw sobie przyjemność. I ugotuj od czasu do czasu coś smacznego i zdrowego. Choćby zupę z soczewicy, której tak dawno nie jadłaś. Szczerze, w ten sposób nawet się nie spostrzegniesz, kiedy zaczniesz zdrowiej jeść, a kto wie, może i pozwoli ci to na zgubienie kilku kilogramów. Z czystej przyjemności, a nie presji.

Aktywność bez presji?

A teraz pomyślmy, jaka forma aktywności sprawiłaby nam przyjemność? Gdzieś, gdzie dużo potu wylewać nie trzeba? To może joga. I ta jędrność ciała po niej i brak bólu karku i pleców. A może lubisz tańczyć? Zumba byłaby prawdziwą przyjemnością. A jeśli aerobik, to prowadzony przez przystojnego instruktora. Przyjemność dla oczu też się liczy. Bieganie jest o tyle przyjemne, że nie narzuca rygoru dnia i godziny. Wychodzisz, kiedy masz ochotę. Pomyśl w jakie dni, o której godzinie nie będzie ci sprawiać problemów wyjście z domu. Na pół godziny. Dla przyjemności wystarczy. I BŁAGAM nie zakładaj sobie, że za osiem miesięcy przebiegniesz półmaraton. Nie. Pomyśl, że będzie super, gdy za miesiąc te pół godziny będziesz mogła przebiec bez zadyszki. Dwie minuty biegu, trzy minuty marszu. To prawdziwa przyjemność aktywności, a nie wypruwanie sobie płuc i flaków. Wstydzisz się, że nie dasz rady biec dłużej niż dwie minuty? Kochana, wytrawny biegacz uśmiechnie się ze zrozumieniem widząc twoją ochotę do aktywności. Bo właśnie na taką jej formę masz ochotę.

Zróbmy sobie dobrze

Nie czyńmy sobie po raz setny obietnic. Nie róbmy listy zakazów i nakazów. Usiądź i spisz, co może sprawić ci przyjemność. Nie myśl o kilogramach, centymetrach, kaloriach. Bo nie to jest celem. To efekt uboczny przyjemności, tylko ją wzmacniający. Celem jest robienie tego, na co masz ochotę dbając o swoje zdrowie. I tylko tyle. Zacznij z tą myślą jutrzejszy dzień. I podaruj sobie odrobinę przyjemności 😉


Zobacz także

7 sygnałów, że jego ego jest silniejsze niż wasz związek

„Mężczyźni nie lubią silnych kobiet? To bzdura. Nie lubimy kobiet, które nie okazują słabości". Mężczyzna o miłości

Dlaczego mężczyzna milczy i nie chce z tobą rozmawiać? Powodów może być kilka

10 toksycznych zdań, które musisz usunąć ze swojego słownika