Psychologia

„Bądź posłuszna i cnotliwa”. Dziewczyny, same pozwalamy, by tak do nas i o nas mówili!

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
16 lipca 2021
fot. nadia_bormotova/iStock
 

Czytam kolejne komentarze pod moimi felietonami. Czytam komentarze na forach kobiecych i na profilach moich koleżanek. I zalewa mnie fala żalu i wściekłości, kiedy kobiety mówią, że nienawidzą swoich ciał, że nienawidzą seksu, bo jest to dla nich tylko akt „pocierania skóry o skórę”.

Jak nie dano im możliwości doświadczania przyjemności i rozkoszy. Jak zamyka im się usta i muszą przemilczeć wiele cierpienia w domu, wykorzystywania i przemocy. Jak wmawia im się inną rzeczywistość, niezgodną z ich pragnieniami i potrzebami. Że w tym świecie nie wiedzą jak być sobą, bo wokół nakazy i zakazy, gdzie ciągle trzeba się do czegoś lub do kogoś dostosowywać. No i ostatni hit sezonu – jak być cnotliwą? Dalej – jak być posłuszną? Dalej – naucz się, jak nigdy nie robić tego więcej? I moje ulubione „Kobiety opamiętajcie się!”.

Czy świat się uwziął na nas? Na nas, na Kobiety? Nawet patrząc na religie, edukację, wszędzie gdzieś chcą nas karać, jesteśmy winne grzechowi, kuszeniu, nieczystości i całemu innemu stekowi bzdur. Nie chcę wchodzić w analizę, dlaczego to właśnie Kobieta jest grzechem i dlaczego tak wiele ciężaru i odpowiedzialności za całe zło ma na nas spoczywać. Ale może właśnie dlatego, że mamy niezwykłą moc tworzenia, odporności na wiele czynników, to że jesteśmy multizadaniowe, wielokolorowe, wielowymiarowe, żyjemy dłużej, jesteśmy bardziej odporne na choroby, stres, umiemy kochać, dawać miłość, ciepło i zrozumienie. Kobieta jest cudem samym w sobie. Daje życie, uczy, jest ostoją, ale też potrafi zamknąć się jak skała, gdy ktoś ją zrani. Ciężko wybacza.

Skoro tak jesteśmy wspaniałe, lojalne i o tak cudownych kształtach, tak bardzo utalentowane i mądre, to dlaczego siebie tak niszczymy, nienawidzimy swoje ciała, nie potrafimy patrzeć na siebie z miłością? Dlaczego siebie nie akceptujemy?

Dlatego, że ktoś nam kiedyś powiedział, że jest grzech, że jest piekło i niebo. Wmówił, że ponieważ jesteśmy dziewczynkami, mamy być posłuszne i grzeczne, stać z tyłu, nie wychylać się i nie zabierać pierwsze głosu, nie rzucać się w oczy, być pokorne, „bo pokorne cielę dwie matki ssie”, wierne, czekające, kochające, poporządkowane. Jak też, aby nie patrzeć zbyt długo w lustro bo nam się diabeł pokaże, że mamy uważać co jemy, jak siedzimy i trzymamy nogi, że mamy nie patrzeć w oczy, bo to jest zaproszenie…

Wmawia się dziewczynkom, że mają być tymi słabymi i posłusznymi. Mamy to wdrukowane przez rodzinę, przyjaciół, w końcu szkołę i kościół, media. Każda z tych instancji wie lepiej, co dla nas dobre. Jak mamy żyć, jak mamy wyglądać, czyli czy mamy być grube, czy chude, ile mamy mieć zmarszczek, jaki jest idealny kształt waginy, jakie powinny być piersi? Co powinnyśmy jeść, jak i kiedy rodzić, czy mamy zarabiać pieniądze, a jeśli tak, to ile? A potem to wszystko jest od nas wymagane lub nam zakazywane.

Partner chce dużych, ciężkich piersi i zadzierżystego tyłka. Koniecznie głębokie wcięcie w talii i długie nogi. A nie każda z nas chce być lalką i modelką. Pamiętam, jak jeden z moich ex robił mi awantury, że mam nogi za grube w kostkach i powinnam je zasłaniać. Najlepiej skarpetką. Potem, że mam mało jędrny tyłek. Tutaj trzeba by ileś strzykaw kwasu wtłoczyć, no ale efekt na zbyt krótki czas i za droga inwestycja. Ocenił, że nie opłaca się. Potem było, że przecież jestem taka nieogarnięta, to jak ja te 40 lat przeżyłam i co zrobiłam, że zaszłam tak daleko? Pewnie przez łóżko zdobyłam to, co mam. No w sumie stwierdził, że to on zrobił ze mnie Człowieka. Żeby było jasne nie jesteśmy już razem. Nie dało się tych głupot dalej słuchać.

Ale Dziewczyny, powiedzmy wprost, my same sobie pozwalamy na to, aby tego słuchać, przytakujemy, mimo, że w środku nie zgadzamy się, siedzimy cicho i zastanawiamy się, kiedy to minie. Nie minie. Jeśli zmian nie zaczniemy od siebie, od stanięcia w swojej prawdzie, w swojej mocy, to nadal będziemy tu, gdzie jesteśmy. A przecież to nasze dusze wybierają sobie płeć, ciało, życie, rodziców. I najczęściej rodzimy się niepokorne, które chcą doświadczać wszystkiego i skosztować wszystkich kolorów życia. Gdzieś potem dajemy się upupić, wejść w schematy, które nam nie służą, bo tak pragnie rodzina i społeczeństwo. Taki jest kanon.

Ale zapytajcie się siebie. Tak przed lustrem, patrząc sobie prosto w oczy. Czy ja tego chcę? Czy to jest moje? Czy po to tutaj jestem? Trudne pytania, prawda? Możecie zacząć od prostszego pytania. Czy ta sukienka mi się podoba i czy ją chcę? My się zawsze pytamy o opinię innych. Jak w tym wyglądam? Czy Tobie się to podoba? Sama się na tym łapię. To NAM ma się podobać i to my się w tym mamy dobrze czuć. Chcemy stojące i ciężkie cycki i zadzierżysty tyłek. Proszę. Ale zróbcie to dla siebie. Nie dlatego, że partnerowi się podoba. Bo nawet jak to zrobimy, to jego nie zatrzymamy. Pójdzie do innej, z większym lub mniejszym. I fajnie. Nie trzymajmy go. Podobno miłość to ta, która pozwoli odejść.

To, co chcę powiedzieć to, że żyjemy w świecie schematów, utartych mód, oczekiwań wymagań wobec kobiet. Ten bagaż ciągniemy od pokoleń. Każda z kobiet naszych rodów została doświadczona, bo ktoś dał na to przyzwolenie, że tak można. Wykorzystywać, zamykać nam usta, mówić, co mamy robić, obligować do rodzenia lub nie, mówić kiedy jesteśmy ponętne i sexy, a kiedy zaczyna się czas że jesteśmy stare, a jak stare to na pewno będziemy samotne i smutne. Mówią jak mamy żyć, czy jesteśmy mądre czy głupie i po co nam to wszystko. Przecież najlepiej siedzieć w domu i czekać jak Penelopa.

Takie teksty mówią ludzie, którzy czują się wobec nas słabsi, którzy nie wiedzą co z nami zrobić i jak z nami żyć. Ludzie którzy są karłami swojego życia, niskiego poczucia własnej wartości, którzy sami byli upokorzeni, a teraz projektują to na nas. Jest coś takiego jak słowo „NIE”. Jak sprzeciwienie się i rozpoczęcie życia w byciu w zgodzie ze sobą, a nie czyimiś fantazjami na nasz temat. Czyjąś wizją naszego życia. My same odpowiadamy za siebie. Nie nasi rodzice, partnerzy, władza czy religia. Absolutem i wszechświatem jesteśmy same dla siebie, bo nikt nas tak nie zna i czuje, jak my same. Czy warto się zmieniać za wszelką cenę?

Warto dla siebie. Warto powiedzieć NIE i iść za głosem serca i duszy. To, jak patrzymy na świat, takim on jest. Nasze dusze chcą wolności i miłości, a nie kolejnych ograniczeń. Czy cnotliwości? Niech każda z Was sama sobie wybierze. Róbcie i decydujcie o tym, czego Wy chcecie. Kobieta ma zawsze głos, a te niepokorne zmieniają oblicze Ziemi. Tej Ziemi😉


Psychologia

Siostry Miłosierdzia. Nieustannie ratujemy, bronimy, wspieramy. Ale czy nam to odpowiada?

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
23 lipca 2021
fot. PeopleImages/iStock
 

Od razu w uszach mi gra muzyka zespołu „Sisters of Mercy”😊. A tak serio, to zastanawiałam się skąd u nas takie poświęcenie, empatia i służba innym? Skąd to do nas przychodzi? Z urodzenia, wiary, kodów rodowych? Ile z nas jest pielęgniarkami, nauczycielkami, lekarzami, adwokatami? I nie chodzi mi tylko o wykształcenie, a to jak zachowujemy się w życiu codziennym.

Niemal nieustannie kogoś ratujemy, bronimy i wspieramy. Wspieranie jest energią kobiecą i to jest wspaniałe. Czyli to czego mężczyznom najbardziej brakuje: wiary w nich i wsparcia słowem i czynem. Natomiast my się ciągle jeszcze bawimy w siostry miłosierdzia. Czy nas o to ktoś prosi czy nie, to ratujemy, leczymy, rzucamy wszystko i biegniemy pomagać. Potrafimy poruszyć niebo i ziemię, aby pomóc ukochanemu. Nawet wtedy, kiedy on o to nie prosi. Jaki jest efekt? A taki, że otrzepie się i pójdzie. A jeszcze jest scenariusz, że zostanie bo mu wygodnie mieć osobę, która jest na tyle silna emocjonalnie, że wszystko załatwi i zrobi, a on odpocznie. Czy Wam to odpowiada?

Każdy w swoim życiu przychodzi na ten świat ze swoją misją, ale też i z lekcjami do przerobienia i odrobienia. I to nie jest tak, że to, co nas w życiu spotyka, to taka złośliwość i dopust boży. Nie. To, takie „dziabnięcie” palcem w ramię „zobacz co robisz i jak się z tym czujesz i twoi bliscy”. Brzmi to trochę mistycznie i ezoterycznie, aczkolwiek każdy z nas w coś wierzy. Niektórzy z nas mają trudne doświadczenia w życiu czyli „lekcje” do przerobienia i muszą je przejść, po to aby wejść na wyższy poziom. Aby móc się rozwinąć. To właśnie „lekcje” dają nam rozwój, są drogą która przynosi nam upragniony cel i wyższy poziom świadomości. To także „ucha igielne” związków, które albo dzięki temu się rozwiną, albo rozpadną.

My, kobiety cierpimy, gdy widzimy że naszemu ukochanemu coś się dzieje. A to niesprawiedliwość w pracy, a to koledzy czy koleżanki, którzy go wykorzystują. A już jesteśmy mistrzyniami w leczeniu z uzależnień, chorób, relacji które jemu nie służą. Jesteśmy w stanie wyrzec się własnej rodziny jeśli okaże się, że nie akceptuje wybrańca serca. Wręcz wytoczyć wojnę.

Niestety, zbawianie świata świetnie nam wychodzi, tylko nie ma w tym nic dla nas. Często zostajemy z niczym, poranione, chore, bez słowa „dziękuję”. A nasz „motylek” jak grzązł w błocie, z którego na chwilę dzięki nam wyszedł, tak znowu się tam ładuje. Dlaczego? Bo to jest jego lekcja, jego emocje i on bierze za nie odpowiedzialność. On musi przejść i przeżyć to życie. Nie my za niego. To jest jak bawienie się w Boga lub Matkę Boską. Bawienie się w los, który ma zmienić czyichś los i przeznaczenie, czyli wchodzenie w nieswoje buty. I wiem, że boli gdy się patrzy na ukochaną osobę jak cierpi i czuje niesprawiedliwość. Wiem, bo sama ratowałam. Efekt jest taki, że wchodzimy w energię mamusiek i zaczynamy osłabiać związek. Niech mężczyzna zajmie się sobą, a my sobą. To da najlepszy efekt.

I chcę Wam powiedzieć, że wiem o czym piszę. Ratowałam partnera ze: złośliwego raka, uzależnień, byłej żony, z braku pracy. Zaangażowałam się na 1000%, oddając swoją energię. Rak został wyleczony, a okazało się że miłość do wódki była mu bliższa ode mnie, a ponadto brak chęci do pracy. Aby nie pił i był zajęty, a jednocześnie żeby nie myślał o chemioterapii, to załatwiałam mu pracę i zlecenia. Owszem pracował, jak mu załatwiłam, a przy okazji też pił. Bo lubił. Jak przestałam załatwiać pracę, to było leżenie na kanapie i z obowiązkową buteleczką. Nie pomagały tłumaczenia, płacz, zaklinanie się na miłość i związek, groźby i prośby.

Kolejny przykład to też uzależnienie i praca. Opowiadał jak to każdy chce z nim pracować, jakie miał stanowiska i ile kasy. „No ale skoro Ty pracujesz w takiej firmie, to możesz mi coś załatwić?”. I jak myślicie? Oczywiście, że załatwiłam. Potem było jojczenie, że nie to stanowisko i nie ta kasa. A w sumie nikt nie „drapał” do jego drzwi z lepszą dla niego ofertą.

Jest jeszcze taki aspekt, że wiele z nas już bardzo dużo w życiu osiągnęło. Karierę, pieniądze, związki, rodzinę. Czasem jesteśmy na nowym etapie życia i pojawia się mężczyzna, którego pokochamy, ale który nie ma tyle co my i chcemy go za wszelką cenę „podciągnąć” do swojego poziomu. Podzielić się tym co mamy. Nigdy tego nie róbcie. Mamuśkowanie zamiast bycia partnerką, to zabijanie związku. Właśnie przez takie pomaganie i ratowanie. I nawet dawanie przysłowiowej „wędki” może się obrócić przeciwko nam. To kastracja facetów.

Zapytajcie się siebie co Wam to daje? Chcecie być lepsze? Mieć kontrolę nad nimi? Zobaczcie sobie na ile Wasze ratowanie jest robieniem tego z potrzeby serca i widzicie, że Wasz partner się odwdzięcza i ceni to co robicie – choć lepiej nigdy niczego nie oczekiwać, aby się nie rozczarować😉 A na ile jest to wysługiwanie się Wami? Czy też robicie to dlatego, że chcecie się u niego zasłużyć? Komu służycie? Zasłużyć na docenienie, więcej miłości, zauważenie Was, wdzięczność?

Dziewczyny radary na siebie, a jak Wam czegoś brakuje i chcecie tego od partnera, to najpierw dajcie to sobie. Bo to jest Wasz brak, a nie jego. Bo to nie chodzi o nich.

Powiem Wam, że niezależnie od tego, jaki macie pomysł na ratowanie i zasługiwanie, odrzućcie to. A wraz z tym płonne nadzieje i oczekiwania. Mężczyźni są mądrzy, oni dobrze wiedzą, co mają robić i pozwólmy im na to. Nie bądźmy mamusiami, które chwycą za telefon i zbawią dla ukochanego cały świat. Wiem, że przykro się patrzy jak partner cierpi. Jednak nie pomagajmy, a wzmocnijmy go słowem i gestem. Wesprzyjmy. A nie załatwiajmy za nich. Nie zmieniajmy ich losu i drogi życia. Ktoś mądry powiedział mi kiedyś piękną afirmację „Szanuję decyzję Twojej duszy”. I to jest clue miłości.


Psychologia

Trzymanie wszystkiego w sobie i udawanie: „tak to są TE DNI i dlatego tak się czuję” nie ma sensu, bo same wiecie że i tak wybuchniecie

Agnieszka W Sioła
Agnieszka W Sioła
9 lipca 2021
fot. Tatiana Zabrodina/iStock

Cud życia bycia Kobietą. Mamy tyle cudownych darów, które właśnie nas warunkują i wyróżniają. Czynią nas istotami mocy i zmiany. Jedną z nich jest miesiączka. Dla niektórych z nas dar życia i nieustające źródło odtwarzanego cyklu. A dla innych smutny obowiązek, proces, który co miesiąc się pojawia i utrudnia nam życie.

Serio? Wszystko chyba zależy od tego jak przygotuje nas na jej nadejście ukochana osoba. Mama czy Tata, lub inny opiekun. Jak opowie o nowej przygodzie życia, jak podejdzie do jej uszanowania i zadbania o nas w tym czasie. Z tym jest niestety słabo. Więcej się mówi o seksie niż o miesiączce i tym, co kobieta wtedy czuje.

Najczęściej słyszymy o „wyłączeniu się z życia codziennego”, lub „o byciu nieczystą” w tych dniach. Stek bzdur, które od wieków pokutowały i pokutują, bo jeszcze do dziś na świecie są kobiety, które nie mają dostępu do środków higienicznych, a mężczyźni lub rodzina separują je od innych. Już nie wspominając o dziewczynkach wyśmiewanych w szkołach.

Nie mamy nawet jakiejś ciepłej nazwy na nią. Jest miesiączka. Nawet ok. Okres. Tak oficjalnie i stawiając nas na baczność jak prezentacja wyników w excelu. Jest: ciotka, ciota, trudne dni, menstruacja, kobieca przypadłość (sic!), kobiece sprawy, krwawa Mary, czerwona fala, morze czerwone, najazd Indian itd. Przyznacie, że brzmi bliżej sentymentu ospy, rzeżączki lub generalnie zarazy, przed którą trzeba uciekać. Ale same sobie to zrobiłyśmy, spychając to, co czyni nas płodną i kobiecą do kąta, a wraz z tym przeczekanie aż jej przejdzie.

Miesiączka to bardzo ważna część nas. To nasz zegar, który jeśli dobrze zadbany, pozwoli nam żyć w zgodzie ze swoim ciałem i emocjami.

Kobiece ciało jest zsynchronizowane z fazami księżyca i pór roku. Dojrzewanie księżyca do pełni, to właśnie dojrzewanie naszego jajeczka, a nów to uwolnienie miesiączki. Czas przed i po jest bardzo ważny. Zazwyczaj po miesiączce, kiedy przygotowujemy się do owulacji mamy najlepszy czas kreatywności, pracy, gdy mamy poczucie że wszystko możemy i nic nas nie zatrzyma. To eksplozja hormonów szczęścia i mega mocy. Po owulacji zaczyna się przygotowywanie do nowiu, czyli Czerwonej Królowej😊. Wiem, że nie lubimy tego czasu, jesteśmy ociężałe, obolałe, wiele rzeczy nas drażni, męczy, jesteśmy wrażliwe i na słowa, i na dotyk.

A tak serio, to jest właśnie ten moment kiedy mamy największy kontakt z naszym ciałem i emocjami, z którymi możemy pracować i je przyjmować. Zrozumieć samą siebie. Też nerwy i wkurwy, które mamy jak mała dziewczynka. Może, w ramach rozładowania, spróbujmy ze sobą porozmawiać, zamiast zamiatać sprawy pod dywan. Trzymanie wszystkiego w sobie i udawanie: „tak to są TE DNI i dlatego tak się czuję” nie ma sensu, bo same wiecie że i tak wybuchniecie, a wszystko zakończy się mega awanturą. No i nadchodzi ONA. Odpuszczenie i uwolnienie. U każdej z nas jest inna i ma inny przebieg. Do tego nie raz są bóle, apatia. Sygnał, aby świat dał nam najlepiej w tym czasie święty spokój. A może jednak to jest czas radości i wdzięczności dla naszej płodności i kobiecości😊?

Przez długi czas, prawie 30 lat, patrzyłam na moją miesiączkę jak na smutny obowiązek. Comiesięczny. Taki, który muszę jakoś przejść. Partner znosił moje fochy, a ja wtedy nie znosiłam siebie, brak seksu, bóle, pomieszanie i wyżywanie się na wszystkim co mi pod rękę podeszło. Do tego zaszczepiony przez moją mamę lęk, że to właśnie z chwilą, gdy pojawia się u kobiety miesiączka można zajść w ciążę i jak to powinnam zawsze uważać. Do dzisiaj mam traumę z tym tematem. Wtedy zaczęłam brać doustną antykoncepcję. Nie dlatego, że chciałam się kochać, a dlatego że miałam bolesne miesiączki, a podświadomie masakrycznie bałam się ciąży, jakbym co najmniej była wiatropylna😊. Nie jestem przeciwniczką antykoncepcji. Niech każdy robi co uważa i jak czuje. Ja wiem, że antykoncepcja zmienia cały cykl. Niby jest to wyregulowane i pojawia się krwawienie. Ale jednak, jest to sztucznie kontrolowane. Gdy zdecydowałam się na zrezygnowanie z pigułek po tylu latach, organizm niezwykle odreagował. Oczyszczał się w tak różnych porach cyklu, że dopiero wtedy zrozumiałam, co ciało do mnie mówi. Że zaczyna znowu oddychać i żyć. To był początek zmian.

Przełom miłości do siebie i swojego ciała nastąpił, kiedy koleżanka zaprosiła mnie na warsztaty Czerwony Namiot Natalii Miłuńskiej. Krąg kobiet, gdzie każda przyszła w tym samym celu, a jednocześnie z innymi doświadczeniami i oczekiwaniami. Na początku wszystkie się oglądałyśmy, oceniałyśmy i byłyśmy ciekawe, co będzie. Czerwony Namiot to odwieczna tradycja zasiadania kobiet w namiocie, w którym spotykają się, aby wspólnie miesiączkować i rodzić dzieci.

Kiedyś kobiety były ze sobą bardzo blisko. Wspierały się i solidaryzowały. Gdy kobiety są ze sobą blisko emocjonalnie, to także miesiączkują w tym samym czasie. Dostrajają się do siebie. Krew miesiączkową wykorzystywały także do podlewania kwiatów, ziół. Mieszały ją z wodą i oddawały matce Ziemi. W ten sposób dziękowały za swoją kobiecość i płodność.

Dzisiaj tej łączności mamy coraz mniej. Łączności z księżycem i jego fazami, porami roku, cyklem przyjaciółek. Szkoda. Pamiętam w szkole z przyjaciółkami potrafiłyśmy stworzyć taką więź. Dzisiaj to już jest różnie. Głównie biegamy i jesteśmy zajęte domem, pracą, pilnowaniem życia swojej rodziny i innych. A przecież to jest najważniejsza część nas. To właśnie miesiączka definiuje naszą płodność tak, jak kreatywność oraz dawanie życia. To nasze zdrowie i część nas jak piersi i joni.

To, co było dla mnie najciekawsze na warsztatach, to odpowiedź na pytanie „którą z faz naszej miesiączki lubimy najbardziej?”. Wtedy prawie wszystkie stanęłyśmy w miejscu, które było oznaczone „po miesiączce”. Prawie nikt nie stanął w miejscu po owulacji i w czasie miesiączki. Za wyjątkiem samej Natalii. Dlaczego? Bo to wtedy ma się łączność z naszą kobiecością, z naszym ja, z naszym ciałem, z naszymi odczuciami i emocjami.

To wydarzenie odmieniło moje postrzeganie siebie i comiesięcznej Czerwonej Królowej. Był otwarciem moich oczu i zaakceptowaniem swojej kobiecości. Wdzięczności za to, że urodziłam się dziewczynką. Chciałabym życzyć każdej Kobiecie miłości do siebie i do tego co ma. Czym ją natura obdarzyła. Bo gdy JĄ, w wyniku przemijania tracimy, to wówczas zaczynamy naprawdę tęsknić i cenić. Dlatego bądźmy dumne z naszej kobiecości i wyjątkowości. Dziękujmy sobie każdego miesiąca gdy przychodzi do nas Czerwona Królowa.

 

 

 

Agnieszka W Sioła, Fundacja Projekt Szczęście oraz Inkubator Sukcesu, to autorskie inicjatywy fundatorki Fundacji. Na co dzień pisze na swoim funpagu Agnieszka W Sioła Fundacja Projekt Szczęście o potrzebach kobiet i ich drodze do odzyskania siebie, prawdzie, autentyczności, kobiecości i miłości. Dla Oh Me o świecie intymnym i delikatności wnętrza kobiecego, a także o życiu i o pracy w korporacjach. O tym jak praca dla innych, często ponad nasze siły, wpływa na nasze ciało i życie. Tworzy projekty, które pomagają ludziom dotrzeć do swojej świadomości, akceptacji aby zrozumieć swój cel życiowej podróży. Tworzy przestrzeń szczególnie dla tych, którzy po wyjściu z korpo chcą odzyskać siebie i żyć na swoich warunkach szczęścia. Jej projekty są szczególnym miejscem dla ludzi, bez względu na wiek, którzy po różnych związkach, relacjach i tych rodzinnych, i z pracą i z domem pragną ponownie doświadczyć szczęścia znaleźć swoje nowe miejsce na Ziemi.

Gromadzi wokół siebie szlachetnych i doświadczonych przez życie ludzi, którzy chcą się dzielić swoją wiedzą i kompetencjami dla dobra innych, dając unikatowe wartości i szczodrość swojego doświadczenia.

Agnieszka W. Sioła