Lifestyle Macierzyństwo

Sprawdzone prezenty na ostatnią chwilę

Redakcja
Redakcja
12 grudnia 2015
Fot. Materiały prasowe
 

Najpiękniejsze prezenty, to te, które trafiają w gust obdarowanego. Dlatego przygotowywanie upominków najlepiej zacząć… zaraz po świętach. Nadstawiać ucha gdy nasi bliscy mówią o swoich marzeniach i zachciankach. Gromadzić upominki przez cały rok. Przywozić je z podróży i wypatrywać na sklepowych wystawach. Co jednak gdy z braku czasu organizację prezentów zostawiliśmy sobie na ostatnią chwilę?

Zanim gorączkowo wyruszysz na wyprawę po sklepach – zrób sobie listę kogo chcesz obdarować. Może zamiast osobnego prezentu dla babci i dziadka – możesz kupić jeden, który ucieszy ich oboje?

W przypadku dziadków – zawsze sprawdzi się kalendarz ze zdjęciami wnuków – wystarczy wybrać ulubione foty i zamówić kalendarz w punkcie foto.

Ruszaj do sklepów z planem zapisanym choćby w telefonie. Przedświąteczne okazje i wyprzedaże będą Cię kusić, byś wybrała coś, czego nie ma na Twojej liście, ale za to jest w promocji, ma ładne opakowanie, albo możesz mieć dwa w cenie jednego.

W domu może się okazać, że wróciłaś z całą torbą zakupów i… wciąż nie masz prezentów.

Jeśli nie lubisz biegać po sklepach, przeciskać się w tłumie kupujących – wybierz zakupy przez internet. Większość sklepów gwarantuje jeszcze dostawę paczek przed świętami. Możesz zasiąść do kupowania wieczorem, w ciszy i spokoju, z kubkiem ulubionej herbaty albo lampką wina. Jeśli nie masz jeszcze pomysłu co kupić – zdecyduj się na coś bezpiecznego, co zawsze ucieszy osobę obdarowaną.

ohme_2015_limango_v2

Perfumy i kosmetykiprzed świętami wielu producentów oferuje całe sety produktów. Do perfum dokładany jest np. balsam do ciała albo krem, a do zestawu pielęgnacyjnego maskara. To okazja by mieć więcej za mniej. Perfumy czy kosmetyki pachnące (masła do ciała, zestawy do kąpieli) są bezpieczniejszym prezentem niż krem przeciwzmarszczkowy lub kosmetyki zwalczające niedoskonałości skóry – te ostatnie kupuj tylko wtedy, gdy wiesz, że osoba obdarowana naprawdę o nich marzy.

Zegarki,  okulary przeciwsłoneczne zwykle prezentowy pewniak. Klasyczny model Ray Banów ucieszy i żonę, i brata. Tak samo jak zegarek. Jeśli nie jesteś pewna gustu osoby, dla której kupujesz prezent – postaw na klasykę. Ona zawsze i u każdego wygląda dobrze.

Fot. Materiały prasowe

Fot. Materiały prasowe

Biżuteria złota, srebrna, skórzana. Możliwości jest naprawdę wiele. Skromna i delikatna dla teściowej, kolorowa i ciężka dla nastoletniej kuzynki. Możesz wybrać jeden element np. naszyjnik, albo cały set.

Przedmioty do domu raczej nie odkurzacz – chyba, że wiesz, że obdarowywany o nim marzy, ale np. zestaw pięknych filiżanek, ekspres do kawy, dzbanek – zaparzacz i zestaw herbat – to doskonały prezent np. dla przyszłej teściowej albo dalszej cioci.

Torby i torebki im lepiej znasz gust osoby obdarowywanej, tym bardziej możesz poszaleć. Jeśli nie jesteś pewna, co jej się podoba – postaw na klasykę.

Prezenty dla dzieci

ohme_limango_kids

Fot. Materiały prasowe


Dzieci kochają święta. Pewnie duża w tym zasługa Mikołaja, który spełnia ich największe, prezentowe marzenia. Dobrym pomysłem jest wspólny prezent od całej rodziny. Wtedy można wybrać coś większego np. samochód – jeździk, kuchnię do gotowania, większy zestaw lego czy kolejkę elektryczną. Wybierając prezent dla dzieci, trzeba przez chwilę zapomnieć o sobie. Bywa przecież tak, że to co podoba się dzieciom, dla nas dorosłych jest po prostu brzydkie albo niepotrzebne. Pamiętajmy jednak, że w święta chodzi o zrobienie przyjemności obdarowanym, nawet tym najmłodszym.
ohme_2015_limango_v1

Tylko dziś specjalnie dla Czytelniczek OHME zniżka 50 zł na zakupy prezentów świątecznych w limango. 

Szukajcie kampanii z zieloną gwiazdą – gwarantowana darmowa dostawa i doręczenie przed świętami.

 


Artykuł powstał we współpracy z limango Polska

 


Lifestyle Macierzyństwo

„Jestem za tym, by ludzie brali ślub, choć wciąż pozostawali wolni”. Wywiad z terapeutą par Andrzejem Wiśniewskim

Magda Kuydowicz
Magda Kuydowicz
12 grudnia 2015
iStock/m-gucci
 

Laboratorium Psychoedukacji. Stara willa na Saskiej Kępie. Cicha, spokojna uliczka. Nieliczni przechodnie. Idą wolno, więc też zwalniam. Pani w recepcji z uśmiechem stwierdza. –Pani już kolejny raz u nas, prawda? Spinam się trochę i zaprzeczam. Mimo wczesnej pory mój rozmówca ma już pacjentów. Mijamy się w drzwiach. Siadam na ich miejscu. Andrzej Wiśniewski od razu przechodzi do rzeczy. Mamy mało czasu. Jest jednym z najlepszych w Polsce specjalistów od terapii par. I jak się zaraz o tym przekonam, także wymagającym rozmówcą.

Magda Kuydowicz: Czy możemy porozmawiać o miłości?

Andrzej Wiśniewski: Ale Pani wymyśliła!

Będę pytała w imieniu kobiet, które prosiły mnie o tę rozmowę. Zgoda?

No dobrze, spróbujemy.

Jak się odkochać? Gdy jest nam źle w związku. Czujemy się niekochane, samotne, niechciane, czasem wręcz poniżane…

Odkochać to się chyba nie da. Trzeba by mieć taki specjalny wyłącznik w mózgu, który uruchamia lub wyłącza nasze emocje. Ale można, gdy rzeczywiście tak się czuje, jak to Pani opisała, odejść kochając.

To w ogóle możliwe? Przecież gdy kochamy, to zwykle trzymamy się tej najbliższej nam osoby. Bywa, że kurczowo. Nawet gdy jest nam źle.

To słowo „kurczowo” wydaje mi się niepokojące. Bo oznacza kontrolę, niebezpiecznie silne przywiązanie, a nawet chęć zawłaszczenia partnera. Ograniczenia jego wolności. Kobieta, która tak kocha, myśli, że życie bez ukochanego to będzie pustka, koniec świata. Że bez niego nie da się żyć. Tymczasem bez wolności nie ma dobrego związku. Kochając zgadzamy się także na takie ryzyko, że może się nam nie udać.

Jak rozumieć tę wolność w związku?

Jeśli kogoś kochamy, to nie znaczy, że on ma spełniać jakieś nasze potrzeby, dopełniać nas. Choć często tak się mówi, że szukamy w drugiej osobie naszego dopełnienia. Moim zdaniem to nie tędy droga. Nie po to z kimś jesteśmy, aby zaspokajał nasze niespełnione nadzieje, leczył kompleksy, dawał nam to, czego nam w życiu brakuje. Dawanie sobie wolności w związku oznacza, że ofiarujemy partnerowi czas i pozwolenie na jego własne życie, mimo to że jesteśmy razem. Oczywiście to jest przyzwolenie na odpowiedzialne, własne życie.

To znaczy?

Praktycznie rzecz ujmując, oznacza to, że nasz mężczyzna może oglądać się za pięknym kobietami, ale nie idzie za tym nic więcej. Bo jest zajęty. Bo tak ustaliliśmy. Że jesteśmy razem. Jestem także zwolennikiem małżeństwa. Namawiałbym ludzi, którzy decydują się na bycie razem, aby się pobierali. Choć to nie jest teraz powszechne i znam także wolne związki, które są trwałe. Ale jednak jestem za tym, aby brać ślub.

Bo to jest kontrakt. Umowa która wiąże obie strony?

Tak. I dowód na to, że się odpowiedzialnie myśli o drugiej osobie i o związku z nią. Poza tym małżeństwo trudniej rozwiązać niż zwykłą relację. Ale uważam też, że jak się już taką decyzję podejmuje to na zawsze. Związek to może nie heroiczna, ale jednak ciągła walka o tę jakość bycia razem. O tę drugą osobę.

Bywa, że przegrywamy tę walkę. Zwykle trudno ocalić potem te dobre wspomnienia.

Powiem inaczej. Nie można się rozstać, jeśli nie ma się dobrych wspomnień. Inaczej ta więź będzie ciągle istniała. Nie pozwoli nam o sobie zapomnieć. To trochę tak jak z rzucaniem palenia. To trochę trywialny przykład, ale zwykle ludzie myślą, że jak sobie zohydzą ten nałóg, to im będzie łatwiej go rzucić. A przecież palenie to także fizyczna przyjemność. Z którą chcemy się rozstać.

Często to skomplikowane także dlatego, że jedna osoba bardziej kocha niż ta druga. Która zwykle chce odejść.

Nie wydaje mi się.

Naprawdę?

Znowu wracamy do sfery oczekiwań i wyobrażeń. Każdy inaczej komunikuje o swoich uczuciach. Czasem, lub nawet zwykle tak jest, że niezgodnie z potrzebami drugiej osoby. Dlatego, jeśli ta mniej teoretycznie kochana osoba decyduje się na rozstanie, to ta zostawiona naprawdę cierpi. Okazuje się nagle, że kochała. I to bardzo.

Kochała nas inaczej a nie mniej?

Właśnie.

Mawia Pan, że zdrada może czasem nawet pomóc. W jaki sposób?

Zdrada może pomóc, bo powoduje wstrząs w związku, w którym coś się dzieje. Jest takim oczywistym sygnałem, że jednej ze stron czegoś na tyle brakowało, że poszukała tego na zewnątrz. I pojawiła się osoba trzecia. Jeśli w takiej sytuacji para decyduje się na pracę nad związkiem, to naprawdę ma szansę na to, aby sporo w relacji naprawić. Oczywiście nie chcę przez to powiedzieć, że zdrada to warunek konieczny dla dobrego związku. I mówię tu o jednorazowym incydencie. O jednej zdradzie, a nie o permanentnych historiach miłosnych na boku. Znam takie osoby, które były wręcz wdzięczne osobie, przez którą doszło do zdrady. Bo tak wiele udało im się naprawić. Zmienić jakość swojego życia.

Trudne to wszystko…

No ba, bardzo.

Kiedyś, jakieś 100 lat temu mniej więcej, związki były aranżowane. Nie oparte na miłości, ale na racjonalnej kalkulacji. I podobno przez to bardziej trwałe. Może to jest jakaś metoda na udany związek. Odrzucić miłość?

To były inne czasy. Obowiązujących stałych norm i zasad, które już dziś nie funkcjonują. No i nie było rozwodów. Więc nawet jeśli związek się nie układał, to pary starały się mimo wszystko odnaleźć się w codziennym znoju i trwać. Jest taka powieść Abe Kobo „Kobieta z wydm” o  wiosce w Japonii, gdzie  łapano w sieć wolnych mężczyzn i wrzucano ich do dołu. Tam czekały już na nich samotne kobiety.
I ci faceci musieli w tym dole żyć. Znaleźć w tym sens. Wybrać sobie partnerkę na życie.

Wróćmy może lepiej do współczesności. Kobieta bierze dłuższy urlop. Na znalezienie partnera. Szuka go w sieci. Udaje się jej. Są zaręczeni. Planują ślub. Co pan o tym myśli?

Czemu nie? Dobry sposób jak każdy inny.

Taki biznes plan na szczęście jest dla Pana OK ?

Jakie to ma znaczenie, czy się Pani z kimś spotka przypadkiem na molo w Sopocie i potem będziecie się wymieniać listami, czy porozmawiacie na portalu randkowym? A potem się zobaczycie w realu.

Dla mnie akurat to by miało znaczenie. Romantyczne. Ale rozumiem, że ważniejsze jest to, co z nimi będzie dalej.

No pewnie. To jest znak czasów, to komunikowanie się przez komputer. Nie wydaje mi się, aby to był gorszy, czy lepszy  sposób na zawieranie znajomości. Na pewno jest szybki i praktyczny.

To pozmawiajmy o tym „co dalej”. Z czym pary sobie nie radzą w związku? Na co narzekają ?

Najczęściej w tym gabinecie słyszę, „o tym nie rozmawialiśmy” albo ”próbowałem/próbowałam, ale ty nie chciałeś mnie słuchać”.
Lub jeśli nawet już pary decydują się na rozmowę o swoich potrzebach, to sposób komunikacji jest tak agresywny, krzywdzący, że przynosi odwrotne skutki. Bo jedna ze stron słyszy:„Dlaczego nie zaprosisz mnie do kina”, „dlaczego ty nigdy mnie nie przytulasz”?

Jak więc mówić o tak podstawowych rzeczach jak wspólne spędzanie czasu, czy potrzeba fizycznej bliskości?

Mówić o tym po prostu. Wprost. Choć może się zdarzyć i tak, że jak facet usłyszy „przytul mnie”, to zasłoni się gazetą i odpowie: „a dajże mi święty spokój”. Miałem pacjentkę,  która umiała powiedzieć stanowczo mężowi: „siadaj i porozmawiaj ze mną, inaczej się z tobą rozstanę! ”

I co?

Porozmawiali. O swoich potrzebach trzeba mówić partnerowi otwarcie. Codziennie. Często kobiety żyją wyobrażeniem tej drugiej osoby. Lokują w swoich partnerach tak wiele negatywnych własnych emocji i oczekiwań. Inna pacjentka powiedziała mi kiedyś: „najbardziej obawiam się tego, co sama umieściłam w moim mężu”. To była bardzo świadoma deklaracja.

A może my tego naszego faceta po prostu nie znamy. Nie mamy do niego właściwego kodu dostępu?

Filozoficznie do tego podchodząc, nigdy nikogo nie poznamy do końca. Na szczęście zresztą. Cóż to za przerażająca byłaby wiedza! Bylibyśmy cyborgami. Ta wieczna niepewność, decyduje także o tym, że warto kogoś ciągle poznawać na nowo. I o niego dbać.

Moja znajoma mawia:  „Skoro my się starzejemy, to i nasza miłość starzeje się razem z nami”.

Ejże, to mi pachnie  od razu jakąś rezygnacją i zniechęceniem. Choć rzeczywiście to się często słyszy. „To już wszystko było”,  „kiedyś była miłość, potem przyszły dzieci, dom i jest jak jest”. Nieprawda. Miłość się ciągle zmienia, każdego dnia jest inna. I ciągle może nas emocjonalnie nakręcać. Znam pary, które wciąż to czują. To się zdarza bardzo rzadko, ale się zdarza. Dziś miałem takich pacjentów – bardzo przejętych i zaniepokojonych stanem swojej relacji. Byli przekonani, że są beznadziejni.  A tymczasem byli tak uważni. Chcieli zadbać o siebie nawzajem. To było inspirujące. Bardzo miło wspominam tę godzinę spędzoną z nimi w gabinecie.

Uśmiechnął się Pan. Nadal po tylu latach lubi Pan swoją pracę?

No wie Pani, czasem wkrada się rutyna, która raz pomaga, a raz przeszkadza mi w terapii. Część schematów, zachowań, skalę problemów rzeczywiście dobrze już znam. Szybko je rozpoznaję po tylu latach.

Ale bywa Pan wciąż jeszcze zaskakiwany?

O tak! Wracając do tego czy to lubię, to moja droga do zawodu psychoterapeuty nie była typowa. (Andrzej Wiśniewski skończył psychologię na wydziale filozofii, zawodu psychoterapeuty uczył się w Poradni Synapsis – przyp.red). Ale często, gdy budzę się zmęczony to mówię sobie: „dobrze, że nie  musisz być stolarzem, budować rakiet”. To niezła robota.

Tak sobie rozmawiamy o uczuciach, a może warto się zastanowić, co to w ogóle jest ta miłość?

Najlepiej to pewnie zrobią poeci, bo oni mają nieskończoną ilość możliwości i rozwiązań. Mogą ukochaną osobę porównać do kwiatu, wody, słońca, wiatru… Wszelkie próby naukowe tymczasem kończą się jakimś nieporadnym kleceniem definicji. Może tylko filozofowie – egzystencjaliści mieliby tu jakąś szansę. Ale też żadna ich sentencja nie przychodzi mi teraz do głowy jako ta właściwa. Psychologowie na pewno musieliby po ratunek udać się do poetów właśnie. Zaczęliby inaczej rozmawiać o jakimś „spersonalizowanym libido” i zrobiłoby się niezręcznie i głupio.

Powiem więc tak, mogę wyróżnić dwa rodzaje miłości. Lękowej, neurotycznej, o której tu rozmawialiśmy. Zaborczej, niedojrzałej, w której szukamy ratunku dla siebie. Bo sami jesteśmy pełni kompleksów i niepewności. I tej dojrzałej, świadomej która pozwala nam wybrać tę jedną osobę. Unikalną, jedyną taką na całym świecie. Która dla nas jest nadzwyczajna i o którą warto zawalczyć. No i jest jeszcze coś takiego jak piękno. Z jednej strony bardzo chcemy być z taką osobą, która nam się tak podoba. Bo jest właśnie piękna. Niezwykła. Jedyna. Ale z drugiej, jeśli zamkniemy ją w złotej klatce, zabierając jej wolność, to jej piękno zniknie.

 

Andrzej Wiśniewski doktor filozofii. Superwizor treningu psychologicznego i psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychologicznego i Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego.

Uczył się psychoterapii w Poradni Synapsis. Od 1998 roku pracuje w Laboratorium Psychoedukacji. A od 2012 roku jest przewodniczącym Zarządu Polskiego Stowarzyszenia Integracji Psychoterapii. Ma żonę i córkę.

 


Lifestyle Macierzyństwo

„Nie wyrosłam z dziecięcych marzeń, ale zrozumiałam, że blisko są kobiety, za którymi nie biegam, nie wydzwaniam”

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
11 grudnia 2015
Fot. iStock / gremlin

Beata zawsze myślała, że to jej wina, że nie umie się przyjaźnić. Teraz robi rachunek sumienia. Spośród wszystkich jej znajomych czy przyjaciół są może dwie osoby, na których może polegać, które zawsze będą, pomogą.

Smutny to bilans przyjaźni tuż przed 40-tką, ale może lepiej zdać sobie z pewnych rzeczy sprawę, niż udawać, że jest inaczej niż w rzeczywistości.

Z kobietami nie bywało mi po drodze. W podstawówce byłam odtrącana przez grupki dziewczyn, które się tworzyły. Ja, dobra uczennica, nie sprawiająca jakiś wychowawczych problemów. Jedyne, czego zazdrościłam innym, to siostry. Jestem jedynaczką. Może dlatego tak zależało mi na towarzystwie. Zapraszałam koleżanki do domu, organizowałam zabawę, pomagałam im odrabiać lekcje, czyli przepisywać, to co wcześniej sama zrobiłam.

A one i tak mnie odrzucały. Rodzice mówili: „Daj spokój, to takie dziecinne. W tym wieku nie warto się przyjaźnić, i tak za chwilę rozejdziecie się do innych szkół”.

Moja mama nigdy mnie nie słuchała, wolała opowiadać o sobie, albo chwalić się mną. Czasami robiłam jej taki test: przerywałam w połowie zdania i czekałam, czy się zorientuje. Nigdy nie zareagowała. Tylko czasami chciałam się zapaść pod ziemię, kiedy chwaliła się znajomym, że się zakochałam, albo, że dostałam wyróżnienie w szkole muzycznej.

Prowadzę bardzo otwarty dom. Zawsze jest u nas pełno ludzi. Znajomi, zabierają swoich znajomych. Nie, nie przeszkadza mi, że biegam między kuchnią a stołem. Lubię, kiedy jest gwar, kiedy każdy czuje się u mnie dobrze.

Zawsze najbardziej bałam się samotności. Obiecałam sobie kiedyś, że nie spędzę ani jednej minuty sama w zamkniętym pokoju. Rodzice oglądali jakiś program, a ja w swoim pokoju bez przyjaciół, bez znajomych. Nie miałam komu się zwierzyć, komu wyżalić. Tylko pamiętnik mogłam pisać, ale jak mama go przeczytała – przestałam.

Ankę poznałam w pracy. To ona wprowadziła mnie w firmowe tajemnice. – Na tego uważaj, bo podrywa wszystkie „nowe”, a ci mają ze sobą romans. Tamta chyba do każdego łóżka już weszła – szeptała ze śmiechem. – Najgorzej jest podczas wyjazdów integracyjnych. Mówię ci, Sodoma i Gomora. Nie brałam tych historii na poważnie, ale miło było, że mam z kim pogadać.

Nie miałam szczęścia do przyjaźni z kobietami. Zawsze coś się rozsypywało. A to jedna poznała chłopaka i zapomniała o moim istnieniu, a inna obraziła się, że nie chciałam jej pożyczyć kolejnej sukienki, choć dwóch innych mi nie oddała. Wiem, może to głupie, ale nawet jak próbowałam coś naprawić, one prychały i mówiły, że się zmieniłam, że nie mogą na mnie liczyć. Wolałam nazywać je znajomymi, koleżankami, tych miałam zawsze pełno. W końcu nie musiałam się starać bardziej, żeby kogoś przy sobie zatrzymać, nie musiałam się otwierać, być zbyt blisko. Żeby nie bolało, gdy któraś z przyjaciółek postanowi mnie porzucić, bo nie okazałam się zbyt dobrym przyjacielem. Tak było bezpieczniej i prościej. Poza tym miałam już swoją rodzinę, dwoje dzieci. Mąż był dla mnie przyjacielem. Wystarczało.

Anka była kolejną z takich znajomych. Zaprosiłam ją na imprezę do domu. Była sama, a przecież nikt lepiej ode mnie nie wiedział, jak samotność może dokuczać. Przyszła. Dobrze się bawiła. – Fajna ta Anka – mówiła kumpela. Fajna. Dzięki niej lubiłam chodzić do pracy, zawsze znalazł się powód do śmiechu, a i ponarzekać było z kim. – Zapisałam nas na zumbę – poinformowała mnie pewnego dnia. Byłam w szoku. Ale pomyślałam, czemu nie. W końcu chciałam się w końcu wybrać na jakieś zajęcia. Anka potrafiła dzwonić w środku nocy i gadać przez kilka godzin. O tym, że spotkała swojego byłego faceta, że jej kotka wyszła i nie wróciła na noc. Miała romans z żonatym facetem. Nie oceniałam, ale stałam się powierniczką jej rozterek. Było mi jej żal. – Znowu do niej jedziesz? Myślisz, że ona do ciebie by tak przyjechała? – pytał mąż, kiedy prosiłam, żeby zrobił dzieciom kolację, bo muszę do Anki. – Ona jest naprawdę w kiepskim stanie – tłumaczyłam. Tylko te wyrzuty sumienia, kiedy wracałam, a dzieciaki już spały. Po kilku godzinach z rozpaczającą Anką czułam się, jakby ktoś wyssał ze mnie energię. A ona rano jak skowronek zjawiała się w pracy.

Po jakimś kolejnym spotkaniu z naszymi znajomymi usłyszałam: – Wiesz, ta Aśka jest jednak głupia, gdybym tylko kiwnęła palcem, jej mąż wskoczyłby mi do łóżka. Fakt, może nie było między nimi idealnie. Anka lubiła krytykować moich znajomych: ta za gruba, tamta leniwa, a jeszcze inna tylko marudzi, albo ma męża buraka.

Dzwoniła: – Powiedz w pracy, że jestem na badaniach i się spóźnię. Drukniesz mi ostatnie umowy? Zapomniałam przygotować. Jasne, żaden problem. W końcu od czego ma się przyjaciół. Kiedy odmówiłam pójścia z nią do kina, nie odbierała ode mnie telefonu przez cały kolejny dzień. Wysyłałam SMS-y. „Żyję”, odpisała.

Pijana na jednej z imprez pokłóciła się z moją koleżanką. Właściwie nikt nie wiedział, o co poszło. – Miałyśmy iść na koncert – mówiłam. – No, ale wspominałaś, że dzieci masz chore, nie chciałam ci zawracać głowy, poszłam z Jolką. – Ale chore były tydzień temu. – A to coś przegapiłam. Trzask. Jeden policzek. – Wpadniesz na wino? – Nie wiem czy to szczere zaproszenie. Trzask. Drugi policzek. Nadstawiałam je na zmianę. Kiedy miała dobry humor, dzwoniła. Szłyśmy pobiegać, jechałam do niej na drinka. Byłam na każde jej zawołanie, a i tak miałam poczucie winy, że za mało się staram. Przecież ona jest dla mnie taka ważna. Przyjaciółka, której tyle siebie dałam. Której tak potrzebowałam. Opiekowałam się nią. Wyciągałam z dołka. Jechałam z jej kotem do weterynarza. Wysłuchiwałam, jacy to wszyscy są źli, jak się nią nie interesują, jak ją zostawiają. – Czy ty nie widzisz, że ona ciebie wykorzystuje – mówił mąż, kiedy głowiłam się, co takiego powiedziałam, zrobiłam, że Anka znowu nie odbiera ode mnie telefonu.

Tak bardzo chciałam mieć przyjaciółkę. Siostrę. Nie wyrosłam z dziecięcych marzeń. Miałam nadzieję, że im więcej dam siebie, im bardziej się kimś zaopiekuję, kiedy nie będę zawodzić, mieć czas dla przyjaciółki, to ta przyjaźń będzie trwać, wzmacniać się. Poszłam na terapię. Tam zrozumiałam mechanizm moich relacji z kobietami. Przyjrzałam się mojej matce. Temu jak zabiegałam o jej uwagę, której pomimo starań nie dostawałam.

Zadzwoniłam do Anki, czy pojedzie ze mną i dwoma koleżankami na koncert. – Miło, że mnie pytasz, jako ostatnią. Nie, dziękuję – skwitowała. Ręce mi opadły. Coś pękło. Nie chciało mi się jej nawet namawiać. A jednocześnie poczułam ulgę. Dzisiaj nasze kontakty są zdawkowe.

I robiąc bilans moich znajomości zrozumiałam, że blisko są kobiety, za którymi nie biegam, nie wydzwaniam. Że te, na które mogę liczyć, są już obok mnie dobrych kilkanaście lat. Jak skała. Niezmiennie. Nie wymagają mojego poświęcenia, dzwonią ot tak po prostu spytać, co słychać I słuchają. Spotykamy się. Wspólnie czasami wyjeżdżamy. Bez deklaracji, przymusu. – Jakie cechy powinna mieć przyjaciółka Pani zdaniem? – spytał mój terapeuta. Poczułam gulę w gardle… – Powinna być. Po prostu. A ja powinnam wiedzieć, że ona jest. – Ma Pani takie przyjaciółki? Proszę sobie odpowiedzieć na to pytanie szczerze.

Czy wśród kobiet, które znam są takie, które z całą pewnością odpowiedzą na SMS-a wysłanego przez mnie z prośbą o pomoc? Są, zaledwie dwie. Smutny bilans. A jednocześnie tak bardzo wartościowy. Do nich dziś napiszę: „Dziękuję, że jesteś”.


Zobacz także

Matka, ojciec i córka. Każde z nich widzi tę relację inaczej, ale nie potrafią się ze sobą porozumieć, ani szczerze porozmawiać

„Nie jesteś wystaczająco dobra” – to cała prawda o kolorowych magazynach dla kobiet. Zobaczcie koniecznie

Dlaczego niekochane córki źle wybierają w miłości? Jest co najmniej 9 powodów