Lifestyle Macierzyństwo

Nie lubię płakać przy innych. Łzy to słabość, to bezradność. Ale ja czasami inaczej nie potrafię. Przepraszam

Listy do redakcji
Listy do redakcji
25 marca 2016
Fot.iStock/KatarzynaBialasiewicz
 

Nie lubię płakać przy innych.

Nie lubię, bo to oznaka mojej słabości. Łzy to smutek, to żal, to poczucie beznadziejność i bezradności.

Nie lubię, bo wtedy czuję się bezbronna. Łzy zmywają ze mnie maskę silnej i pełnej wiary w lepsze jutro kobiety. Kobiety, która wie, że trzyma życie w rękach. Która nie łamie się byle przeszkodą.

Pamiętam moją mamą…

Późne popołudnie, przedświąteczne. Takie jak te co za nami i jeszcze przed nami. Miała taki fartuszek przewiązywany w pasie. Biały w drobne niebieskie kwiatuszki. Stała przy garnkach. W domu pachniało bigosem. A ona tym fartuchem wycierała ukradkiem łzy. Złapałam ją w pasie. Taka mała wtedy byłam, że ledwo ją objęłam. „Mamuś, czemu płaczesz?”, spytałam. „Nie płaczę córeczko, to tylko jakiś paproch w oku. Wszystko jest dobrze”. I uśmiechnęła się szeroko pomimo szklistych oczu. A później zamykała się na chwilę w łazience.

Dziś wiem, że chciała te łzy ukryć przed światem, przed nami. Dziś widzę, jak była zmęczona. Tata wracał późno, nie pytał czy w czymś jej pomóc. Ona wszystko ogarniała. Nigdy się nie skarżyła. Nigdy nie powiedziała: „Nie mam siły”. Widziałam w jej oczach wzruszenie, gdy będąc starsza pomagałam jej w domowych obowiązkach.

Więc tak. Nie lubię płakać, bo to znaczy, że ja nie daję sobie rady. Że przerasta mnie codzienność, która powinna być dla mnie chlebem powszednim. Tak jak była dla mojej mamy. Ona miała nas dwójkę, bez samochodu, bez marketów, bez dostępności wszystkiego jak teraz. Pracowała. Odbierała nas z przedszkola. Gotowała obiad. Prała. Sprzątała. Nigdy nie widziałam, żeby odpoczywała.

Nie lubię płakać, bo chcę być taka jak ona. Tak silna, tak twarda, tak mocno stąpająca po ziemi. Moje łzy to wstyd wobec niej, która świetnie sobie ze wszystkim radziła, nigdy nie narzekała. Moje łzy to dowód mojej porażki.

Powiedziałam jej to wszystko…

Powiedziałam, kiedy nie mogłam wyjść z łazienki, bo łzy nie chciały przestać mi lecieć. Wycierałam. Obmywałam woda. A one nadal były. Nie dały się wysuszyć. Syn pukał: „Mamuś, długo jeszcze, bo chcę siku”, a ja próbowałam się uspokoić. To wtedy pierwszy raz położyłam się na kanapie i nie mogłam wstać. Dzieci biegały, a ja nie miałam siły się podnieść. W głowie huczało: obiad, zupę miałaś wstawić, dzieciom ubrania przejrzeć, podłoga w przedpokoju brudna. A ja nie mogłam. Moje ciało odmówiło mi zupełnie posłuszeństwa. I te łzy. „Boli mnie głowa, kochanie”, tłumaczyłam córce, tak jak moja mama mi kiedyś.

Powiedziałam jej o tym. Że jestem słaba, że tak mi przykro, że nie mogę być jak ona. Że tak bardzo bym chciała, bo zawsze ją podziwiałam, bo była dla mnie wzorem. Taką kobietą jak ona chciałam być, a tymczasem czuję, że nie podołam. Że nie dam rady, że to dla mnie za trudne. Tak bardzo nie chciałam jej zawieźć, a zawodziłam coraz bardziej.

Kiedy na nią spojrzałam, zobaczyłam, że płacze. „Mamo, przepraszam, ja już nie będę, przepraszam, że ci to powiedziałam. Już będę się starać. Przepraszam”, powtarzałam próbując wytrzeć jej łzy. A one nie chciały przestać płynąć. Najgorsze co mogłam zrobić, to sprawić, że moja mama będzie płakać przeze mnie. Byłam tak bezradna wobec tych jej łez. Z tak wielkim poczuciem winy. A kiedy już mogła mówić, usłyszałam ciche: „Przepraszam”.

Bo moja mama płakała, płakała codziennie wieczorem, kiedy już spaliśmy. Miała swoje sposoby na opuchnięte oczy. Płakała, że już nie ma siły, że nie da rady wejść w kolejny dzień, że za chwilę przerośnie ją wszystko, nawet zrobienie sobie porannej kawy. Płakała, ze strachu, że nie zdoła nas wychować, że nas rozczaruje. Płakała z osamotnienia i niezrozumienia. Bo przecież jej mama nigdy nie płakała. Czasami tylko bolała ją głowa. Płakała, bo ojciec nie widział jej codziennej walki, bo dla niego „tak musiało być”, bo „życie daje nam po tyłku”, bo „nikt nie obiecywał, że będzie kolorowo”. Płakała, gdy nie mogła dostać dla nas butów. Kiedy nie zdążyła do sklepu kupić mi sukienki na urodziny, którą tak bardzo chciała mi podarować. Płakała nawet nad przypalonymi ziemniakami. Płakała nad sobą, nad swoją słabością, nad bezsilnością. Płakała myśląc o kolejnym dniu, który będzie musiała unieść.

Moja kochana mama, taka silna…

Nadal nie lubię płakać przy innych. Ale mojej córce pokazuję swoje łzy, mówię, że jestem zmęczona, proszę o pomoc, gdy czuję, że jej potrzebuję. Mówię, że nie wszystko trzeba zrobić od razu. Pokazuję, że można sobie pozwolić na popołudniowe siedzenie z gazetą na kanapie, choć podłoga w przedpokoju brudna. Że można zamówić pizzę, gdy nie chce mi się stać nad garnkami. I że można popłakać, gdy nam smutno, gdy tęsknimy, gdy nie wszystko nam wychodzi. Że mamy prawdo do słabości, której nie trzeba zamykać w łazience. Ale nadal nie lubię płakać, ale tego jej nie mówię.


Lifestyle Macierzyństwo

Święta, święta, święta. W przyszłym roku to ja wam wszystkim pokażę!

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
25 marca 2016
Fot. iStock / GMVozd
 

Święta, święta, święta. Hurrra, kochane święta, rodzinne, jajeczne, bajeczne. Co roku wyobrażam sobie, jaką stanę się świąteczną matką, tą której wciąż u mnie za mało: pochyloną z farbkami nad jajkami, precyzyjnie dekorującą palemkę, której mięsa peklują się od tygodnia, pasztet rośnie w piekarniku dla siebie i krewnych, blaty zaplanowane co do minuty wyskakują zgrabnie z piekarnika. I widzę ten spokój i atmosferę rodziny niepełnej ale jakże wspaniałej, którą potrafię kierować ja, sama bo sama, ale przecież dająca radę, silna i ogarnięta, dumna i blada Ja. A jak nie wychodzi, bo wychodzi jak zwykle na ostatnią chwilę – to mówię sobie „No w przyszłym roku to ja wszystkim pokażę”.

No i? No i tak. Od poniedziałku ktoś choruje: syn, pies lub ja. Z glutem po pachy załatwiam ostatnie sprawy, bynajmniej nie przedświąteczne, próbując zarobić na ten wypas świąteczny, co go planuje. Ten wypas, który przecież jest niczym innym jak rekompensatą za pustą lodówkę, pytania bez odpowiedzi typu „Mamo, dlaczego u nas nie ma nic dobrego”, albo też „Znowu kurczak? Czy ty nie możesz zrobić czegoś innego?”. I w tym momencie żałuję, że nadeszły czasy, w których bezosobowa forma trzeciej osoby liczby pojedynczej zamieniła się na „Ty”. Bo rozpuszczony syn musiałby zadać to samo pytanie w następujący sposób „Czy Mama nie mogłaby przygotować na obiad czegoś innego niż kurczak?”. Więcej w tym szacunku, prawda?

Dzwoni BB czyli Babcia Basia (moja mama) i pyta kiedy przyjedziemy. Pyta od kilku tygodni o to samo i od kilku tygodni dostaje odpowiedź „około czwartku”. Zabezpieczam się tym „około”, bo gluty w nosie, treningi dzieci i biznes, który trzeba dokończyć.

BB: Nie mam siły nic przygotować, nie wiem jak to będzie z tymi świętami.
Ja: Nie przejmuj się nami, Mamo, wszystko ogarnę.
BB: Ojej, przecież ty taka zabiegana, masz tyle na głowie.
Ja: Coś ty Mamo, przyzwyczajona jestem. Zrobię nam piękne święta.
BB: A przyjedziesz sama?
Ja: Nie, z dziećmi. Jaka sama?
BB: Aha, no wiesz, chodziło mi o ciebie.
Ja: Aha, chodzi ci o chłopaka?
BB: Nie, tak tylko pytam. Zrób zakupy, mam tylko chleb.
Ja: Dobrze. (Potem tłumaczenie Klarze, która jak zwykle podsłuchuje, dlaczego babcia pyta o chłopaka, jakiego chłopaka???)

Czwartek rano

W planach jeszcze tenis syna i konie córki, odwożenie, przywożenie, pakowanie, zakupy dla mamy, jadłospis na święta. Nie biorę pod uwagę faktu, że spędzę trzy godziny przed komputerem płacąc zaległe rachunki, bo jak tylko wstaję, okazuje się, że mam wyłączony telefon. Jeśli ja mam wyłączony, to także mój syn i moja mama (to moja prywatna telefoniczna firma). „To jak ja mam życzenia ludziom składać?” (komentarz matki). „To niby jak ja mam żyć?” (komentarz syna). Żeby jednak sprawę wyjaśnić z operatorem, trzeba skądś zadzwonić. Klara! „Klara, czy możesz mi pożyczyć swój telefon na chwilę?”. „Po co?” (no doprawdy, ja płacę za wszystko, a ona ma takie silne poczucie własności). „Bo muszę zadzwonić do XXX, by mi włączyli telefon”. „Nie zadzwonisz, mój nie działa, chyba nie ma pieniędzy”. „To dlaczego mi nie powiedziałaś???”. „Bo ciągle narzekasz, że nie masz kasy”.

OK. Muszę więc doładować konto z Internetu, a Internet oczywiście nie działa po tym, jak pani sprzątająca postanowiła dokładnie przetrzeć podłogę pod zaplątanymi kablami za telewizorem, gdzie jest też ten od Interenetu. Obiecuję sobie tysiąc razy, że zrobię tam porządek, ale nawet wylatujące kontakty nie są w stanie mnie w żaden sposób zmobilizować. Szukam pomysłu co zrobić, gdy wpada Tata dzieci, by je ucałować przed świętami. „Dawaj telefon” – mówię, a on łypie na mnie podejrzliwym wzrokiem (przysięgam, nigdy mu do telefonu nie zajrzałam!). Tłumaczę co i jak, a on bez słowa (no może z półuśmieszkiem) podaje mi aparat. „Jakie hasło?” – krzyczę z góry, gdzie idę zamknąć się i porozmawiać. Co za pytanie! Przecież jestem ostatnią osobą, której poda ten tajemny szyfr (jakbym była ciekawa, co on tam ma!), schodzę więc na dół, a on z tym samym półuśmieszkiem zakrywając ręką telefon, jakby pracował w IPN-ie, wklepuje cyfry. Biegnę na górę, ale zanim skorzystam z telefonu, sprzątam kupę psa (czy jamnik kiedykolwiek nauczy się robić na dworze?!), puszczam wodę do wanny dla Klary i ścielę szybko łóżko. Hasło wraca, fuck! Lecę mocno wkurzona na dół i syczę, by znów wpisał hasło. „Jeszcze nie rozmawiałaś?!”- pyta dziwnie na mnie patrząc, oczami wyobraźni widząc mnie zapewne w jego wiadomościach, zdjęciach i te pe. „A w ogóle to dlaczego zamykasz się na górze z telefonem?” (no właśnie!) „Klara, proszę umyć włosy!”- zwracam się do niej, a ona „Musisz być taka nieprzyjemna?”.

Jestem? Załatwiam sprawę z operatorem, który niestety nie może mi włączyć telefonu od razu, bo już raz mi włączył, a ja nie zapłaciłam mimo, iż obiecałam (cooo?). Ale prędzej wierzę jemu niż sobie, więc obiecuje mi tylko wyszkolonym miłym tonem, że blokadę zdejmą do 24 godzin!  Oddaję telefon, biegnę zrobić porządek z kablami, by uruchomić Internet.

I aby się nie rozpisywać, dalej co następuje:

  • Udaje mi się włączyć wifi i doładować telefon Klary.
  • Szukam pół godziny klucza do skrzynki, który mi dwa miesiące temu zaginął, a okazuje się być przy kluczach do samochodu. Biegnę otworzyć skrzynkę z listami, które wysypują się w ilości milion.
  • Odczuwam przymus otworzenia wszystkich kopert i zmierzenia się z rachunkami (myli mi się Boże Narodzenie z Wielkanocą, myślę sobie, że przed Nowym Rokiem trzeba spłacić zaległości)
  • Dostaję kilku ataków paniki po przeczytaniu pism (gaz, energia, wywóz śmieci itp.)
  • Czyszczę konto prawie do zera, modyfikując plany świąteczne do kilku malutkich potraw typu śledzie w śmietanie, herbata gorzka z cukrem
  • Obdzwaniam innych operatorów, by zapewnić o tym, ze wszczynanie procesów nie jest konieczne
  • Oznajmiam dzieciom, że celowo nie płacę za TV, którą wyłączą 1 kwietnia, bo za mało czytają (komentarz „Mamę chyba chłopak rzucił”)
  • Sprzątam drugą kupę psa, której nie zauważyłam wczoraj (dlaczego ten pies znajduje sobie takie dziwne miejsca?!)
  • Jadę na zakupy i nie mam siły przełożyć wielkiego kartonu z produktami z wózka do bagażnika  (miłemu panu w bluzie niebieskiej z kapturem bardzo dziękuję za pomoc)
  • Dzwonię do hydraulika, by umówić się po świętach, bo w łazienkach znów ten sam koszmarny zapach, a on znów pyta, czy obserwowałam w toalecie odpływ wody (Niech mi ktoś wytłumaczy, co to znaczy obserwować odpływ wody, stać cały dzień z głową w kiblu i patrzeć????)
  • Szary dym unoszący się z mojej sypialni każe mi odłączyć wszystkie urządzenia z kontaktów, bo nastąpiło jakieś zwarcie (wszystkie gniazdka są w takim stanie jak ten od kabli)
  • Dzwonię do sąsiadki, nieśmiało pytając czy zaopiekuje się psem, którego dwa razy dziennie trzeba wypuścić i dać mu karmę (jamnik jedzie, chodzi o tego drugiego, który nienawidzi podróży i jest większy od Klary). Mówi, że tak (mam totalne wyrzuty sumienia, bo przecież to święta, rodzinne, ludzie przy stole, w kościele, na spacerach itp.)
  • Farbuję trzeci raz włosy, które z siwo-zielonych zamieniają się w złoto-rdzawe (nie wiem, co gorsze w sumie). Wyglądam okropnie, ale Klara mówi, że ślicznie, bo jak Roszpunka (raczej podstarzała, zardzewiała Roszpunka)
  • Pakuję walizki, wrzucając co popadnie (Klara zabiera całą stajnię na wszelki wypadek, poduszkę pluszaka, kilka gier, i kilka zestawów ubrań, Jurek nie potrzebuje niczego, więc zachęcam go chociaż do paru zmian bielizny i t-shirtów, stereotypy płciowe w stu procentach)
  • Wrzucam do organizmu gripex i tym podobne, i ruszam do Mamy, która na szczęście ma wyłączony telefon i nie dzwoni co chwila niczym osioł ze Shreka „daleko jeszcze”
  • Ledwo dojeżdżam, bo leki zwalają mnie z nóg (po co brałam je przed podróżą???), jedziemy we względnej usypiającej mnie ciszy (telefony wyłączone, antena w aucie urwana, więc radio nie działa)
  • Jest 22-ga, zjadam sałatkę jarzynową i idziemy spać.

Ale…

Dziś jest już piątek. Jestem w kochanym rodzinnym Sandomierzu! BB krząta się od 6-tej. Słońce wyziera z wielkich białych okiennic. Obudziłam się o ósmej wyspana jak nigdy. Dzieci podały mi do łóżka najlepszą jajecznicę na skwarkach na świecie, Klara zrobiła mi kawę i dała laurkę na Święta (chyba też myli jej się w Wigilią), która brzmiała następująco:

„Kochana Mamo, z okazji świąt życzę Ci, byś miała więcej pomocy ode mnie i tego baranka moje brata, byś się nie denerwowała, byś była taka uśmiechnięta jak zawsze i byś nie miała chłopaka”

Nic dodać. Nic ująć. Dobrych Świąt Kochani! A w przyszłym roku to ja wszystkim pokażę!


Lifestyle Macierzyństwo

Pigułka „po” znów na receptę? Minister Zdrowia chce „przywrócić normalność”

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
25 marca 2016
EllaOne - pigułka "po" znów na receptę
Fot. Pixabay / stevepb / CC0 Public Domain

Wczoraj Minister Zdrowia zapowiedział zmianę obowiązujących przepisów dotyczących sprzedaży bez recepty pigułki antykoncepcji awaryjnej. – Moim zadaniem jest przywrócić normalność – mówi TOK FM minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.*

– Po prostu przywracamy porządek w tym zakresie. Mamy sygnały od lekarzy ginekologów, że ten produkt jest nadużywany – uzasadnia swoją decyzję w rozmowie z TOK FM minister Konstanty Radziwiłł.*

Pigułka dostępna w Polsce to pigułka antykoncepcji awaryjnej – EllaOne. Jest to doraźny środek antykoncepcyjny – a nie jak niektórzy tweirdza srodek wczesnoporonny. jedynym działaniem pigułki jest opóźnienie owulacji, a co za tym idzie nie gwarantuje ona 100% skuteczności. Nie zmienia to faktu, że środkiem dość skutecznym i ułatwienia dostępu do tego rodzaju preparatu bardzo ułatwiło Polakom życie. Jest to środek doraźny, co oznacza, że z założenia nie powinien być stosowany zbyt często. Jako bezpieczną dawkę leku określa się maksymalnie dwukrotne użycie podczas jednego cyklu.

– Ta pigułka powoduje przesunięcie owulacji, czyli nie dopuszcza do zapłodnienia komórki jajowej przez plemnik, a więc zajścia w ciążę – tłumaczy profesor Stanisław Radowicki, konsultant krajowy w dziedzinie Ginekologii i Położnictwa.*

Od stycznia ubiegłego pigułka dostępna była bez recepty. Wtedy Europejska Komisja ds. Leków zadecydowała, że tego rodzaju środki mogą być sprzedawane bez konieczności konsultacji lekarskiej. W Polsce o dopuszczenie do takiego obrotu wystąpił producent pigułki EllaOne. W naszym kraju środek jest sprzedawany z ograniczeniem wiekowym – od 15 roku życia. Do wczoraj.

– Wszystkie środki antykoncepcyjne mające silne działanie, potencjalne niebezpieczne, nie mogą być dostępne bez recepty. W tym przypadku doszło do jakiejś nieprawidłowości , nie rozumiem dlaczego miałby obowiązywać wyjątek w przypadku tego jednego leku – mówi Minister Zdrowia.*

Już za trzy miesiące prawdopodobnie powrócą recepty – i poprzednia, daleka od ideału rzeczywistość. Minister Zdrowia zarzuca pigułce zbytnią szkodliwość, jednak bardzo dobrze pamiętamy, jak poprzednio fatalnie funkcjonował dostęp do recepty na antykoncepcję awaryjną. Prof. Radowicki przyznaje, że owszem nadużywanie tego środka może być niebezpiecznie – jednak tak samo niebezpieczne może być przedawkowanie wielu innych ogólnodostępnych bez recepty leków, nawet popularnej aspiryny.

Projekt ustawy został już przyjęty przez kierownictwo Ministerstwa Zdrowia, w najbliższych dniach trafi do konsultacji zewnętrznych, potem do parlamentu. Recepty zaczną obowiązywać najwcześniej za 3 miesiące.* – donosi TOK FM.

Kilka pytań i zarzutów

Ponieważ bardzo wiele zarzutów wobec szerokiej dostępności pigułki pojawia się w tej dyskusji, postanowiłam zadać kilka pytań, dotyczących kwestii, które warto rozważyć. Pozwolę sobie zauważyć, że cały czas nie przypisuje się temu sporowi wartości ideowej i pigułka będzie nadal dostępna – tyle, że na receptę.

1. W jaki sposób „recepta” powstrzyma kobiety przed nadużywaniem leku?

Nie powstrzyma. Lekarz nie wyczyta w oczach pacjentki, ile razy już przyjęła preparat. Jesteśmy dorośli i odpowiedzialni za swoje decyzje oraz – w tym przypadku – zdrowie.

2. Czy obawa, że nastolatki nadużywają pigułek jak cukierków jest uzasadniona?

Hmm, po pierwsze uważam, że to kwestia wychowania i edukacji seksualnej – a nie dostępności, po drugie spójrzmy prawdzie w oczy, które polskie nastolatki stać na cukierki za 120-150 zł?

3. Co naprawdę da ponowne wprowadzenie recept?

Kolejki i zajmowanie wizyt na dyżurach ginekologicznych. Łamanie prawa pacjenta do wypisania recepty (furtka dla lekarzy, którzy są pigułkom nieprzychylni, ponowne afery łapówkarskie). Zdenerwowanie i pacjentów i lekarzy, gdy na dyżur z nagłymi przypadkami przychodzi pani „po piguły”. Lepszy ruch w prywatnych gabinetach ginekologicznych.

Tak. Każda wizyta, to koszt ponoszony przez NFZ. To środek doraźny, nie ma sposobności, aby w naszych warunkach był powszechnie dostępny na receptę – w niektórych przychodniach czas oczekiwania na wizytę (nawet w ciąży), to czasem 2-4 tygodnie.

Więc prawdę mówiąc bez względu na prywatne poglądy trudno dostrzec realne korzyści z tego rozwiązania.


Źródło: *TOK FM


Zobacz także

Toksyczne zachowania, które niszczą związki, według znaku zodiaku

Dlaczego osoby wrażliwe przyciągają toksycznych partnerów?

10 znaków, które mówią o obecności anioła obok ciebie