Macierzyństwo Psychologia

„Nie chcę mieć więcej dzieci!”. Matki jedynaków – bardziej matki czy jednak egoistki?

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
6 października 2015
 

Mam jedno dziecko. Czuję się czasem w rozkroku między macierzyństwem, a jego brakiem. Bezdzietne mówią: nie narzekaj, już wiesz, co to znaczy być matką, ja nawet tego nie mam. Te, które mają duże rodziny, pytają: to kiedy drugie? Przecież masz męża. Będziesz żałować…

Jesienny poranek, osiedle pod miastem.  Ona Jeden: Na spacerze z psem. Ona Dwa: wychodzi z auta, z fotelika wypina kilkumiesięczne dziecko.

Sąsiadkami są od kilku lat, spotykają się rzadko. Co je łączy? Ta od psa ma syna, jedynaka w wieku najstarszego dziecka wychodzącej z auta. Uff. Kiedyś, te dziewięć lat temu, snuły  się wspólnie po osiedlu z wózkami, rozmawiając o szczepieniach, kupach, pieluchach, zupkach, czy bóg jeden wie o czym, bo ta od psa dawno zapomniała.

Stan na dziś. Ona Dwa ma  czwórkę dzieci, nie pracuje, ostatnio kupili z mężem segment. Ona Jeden została przy dziecku jednym.

Rozmowa toczy się gładko, lekko, tematy niewinne. „O, jaką masz śliczną córeczkę, jak ma na imię?”, „A wy macie nowego pieska widzę”. I tak, proszę państwa, zwyczajna poranna scena mogłaby zmierzać  do finału, bez żadnej myśli przewodniej. Ale nie, mowy nie ma! Ona Dwa zaczyna dopytywać: „No, a wy dlaczego drugie dziecko nie?”, „No kiedy?”, „Będziesz żałować”. Ona Jeden lawiruje. Po co lawiruje? Bóg raczy jeden wiedzieć, przecież sama nie pyta Drugiej, dlaczego tamta ma czwórkę, jak to się stało i czy często myśli, że odpoczęłaby sobie w szpitalu psychiatrycznym.

Ale Ona Jeden ma szczerze tego dość. Dlatego głośno, być może w imieniu innych kobiet w podobnej sytuacji, odpowie na zadawane najczęściej pytania. Jednocześnie serdecznie prosi, by powiesić sobie to szczere wyznanie na lodówce i nie zadawać tych pytań więcej.

„Nie będziesz żałować?”

Ależ oczywiście, być może będę. Ale wezmę wtedy psa ze schroniska. Albo będę opiekować się dziećmi w inny sposób.

„Jeszcze możecie się postarać”

Ale w łóżku czy u lekarza? Nie, dziękuję. Powoli przekraczam wiek, w którym chcę się o cokolwiek starać. O dziecko również. Nie zabraniam nikomu mieć dzieci przed czterdziestką, po czterdziestce. Ja sama mam jednak inne plany na ten miły czas.

„Twój syn potrzebuje rodzeństwa”

A znasz mojego syna, że wiesz czego potrzebuje? Akurat on jest ostatnią osobą, która potrzebuje rodzeństwa, o czym mówi głośno. Nawet jeśli, załóżmy, nie wie, że potrzebuje rodzeństwa, ja nie jestem akurat  od spełniania jego pragnień w tej materii. On potrzebuje rodzeństwa, ja nie potrzebuje dziecka. Czyja potrzeba jest ważniejsza?

„Och, jak do twarzy ci z dziewczynką, widzę jak na nią patrzysz”

Patrzę, bo uwielbiam dziewczynki i zawsze chciałam mieć córkę. Nie mam. Nie jedyna to rzecz, której bardzo chciałam, a nie mam. Dojrzałość uczy pokory – nie zawsze mamy to, o czym marzyliśmy. Jestem za to matką wspaniałego chłopca.

„Przecież macie szczęśliwe małżeństwo“

No mamy.  Ale nie zawsze mieliśmy. Szczęśliwe małżeństwo, to dla nas wolność bez pieluch, gdy mamy czas dla siebie. Chciałabym, żeby to trwało.I co to w ogóle za argument, by mieć dzieci? Dla mnie tak samo absurdalny jak to, żeby zabraniać samotnym kobietom  in vitro. Dzieci powinny mieć osoby, które tego pragną.

„Uwierz, fajna rodzina, to dużo dzieci“

A rodzina z jedynakiem czy bez dzieci, to niefajna rodzina, tak? Rozumiem, że ktoś tak myśli. Przysięgam jednak z całego serca, można mieć jedno dziecko i mieć szczęśliwą rodzinę! Zresztą ja mam jeszcze koty i psa. Uważam więc, że jest nas piątka. Sporo, prawda?


Macierzyństwo Psychologia

Dzień dobry, jest mi smutno. Tak, wiem, nie wypada tego mówić

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
7 października 2015
Fot. iStock
 

Dzień dobry, jest mi smutno. Co czujecie, gdy ktoś tak przy was mówi? Niepokój, konsternację, potrzebę powiedzenia: „E tam, minie”. Sklasyfikowania: „Bo to pogoda”, czy pocieszenia: „Będzie dobrze”.

Ech, co za świat ten dzisiejszy, że my się smucić nie umiemy. Ta presja na bycie zadowolonym, wesołym, poukładanym. I niepokój, który budzą ludzie nie za weseli.

Kilka tygodni temu. Spotkanie kilku koleżanek, trochę służbowe. Tata jednej z nich bardzo choruje. Lubimy O., bo jest dzielna i silna. I mimo choroby taty pracuje tak, jak gdyby nic się nie stało.

Jednak O. w pewnym momencie zaczyna płakać. Zapada cisza. Patrzymy na siebie w panice. Na usta ciśnie się to znane: „Nie martw się, będzie dobrze.”

Żadna z nas tego nie mówi, ale jesteśmy przestraszone. Przecież O. jest taka silna. I taka zawsze zadowolona z życia. Wolimy ją taką.

O. ma i tak lepiej. Jej smutek, płacz jest uzasadniony. Człowiek z życiowym dramatem ma taryfę ulgową, ale przyznajmy szczerze – nie za długą. Można przeżywać cierpienia po stracie, kryzysy, ale nie w nieskończoność. Za długo od razu budzi chęć oceny: „Ech, ale ona ma słabą konstrukcję psychiczną”, „Nie, no naprawdę już czas się wziąć w garść, tyle czasu minęło”. Tak, jakby cierpienie miało określony dystans i przekraczanie go było niestosowne.

Ale co mają zrobić ludzie, którym czasem jest smutno po prostu? To nieodłączne poczucie winy, które dziś towarzyszy smutkowi: „Jak możesz być smutna? Jesteś zdrowa, masz rodzinę.” Albo coś tam innego. Więc kulisz się ze wstydu, bo rzeczywiście twój świat jest piękny, więc jak może być w nim miejsce na nostalgię? Gdybyś chorowała, to byś dopiero zobaczyła….

To poczucie winy często „bierzemy” ze swoich domów. Ilu z nas miało rodziców, którzy potrafili pobyć z nami w smutku? Tam uczyliśmy się: „Nie wypada obnosić się ze swoimi nastrojami”, „Ciesz się, że masz dwie ręce i nogi”, „Nie narzekaj, kusisz los”.

Najlepiej jeśli „ci smutni” zatkają się uśmiechem w myśl zasady: „Widzą cię takim jakim się pokazujesz”. Albo pójdą poćwiczyć. To najlepiej. Endorfiny. No i praca– recepta na całe zło. Sprzątanie, mycie okien. Moja babcia uwielbiała powtarzać: „Masz zły nastrój? Bierz szczotkę, mopa. Od razu przechodzi”.

Niektórzy mogą, oczywiście, pocieszyć się jakąś herbatką ziołową. Albo tableteczką. Zupełnie jak w wierszu Szymborskiej „Pigułka”. Oddaj mi swoją przepaść/ wymoszczę ją snem/ będziesz mi wdzięczny (wdzięczna) za cztery spadania/ Sprzedaj mi swoją duszę/ inny kupiec się nie trafi/ innego diabła już nie ma.

I tak sobie snujemy się przez życie. Albo przebiegamy. W tej wiecznej radości, wiecznym „u mnie cudownie”.

Mam taką znajomą. U niej zawsze było cudownie. Jak nie mieli za co spłacać kredytu, jak mąż ją zdradzał, jak dzieci miały problemy w szkole. Czasem chciałam jakoś ją „nadgryźć”, przedostać się przez ten uśmiech, zobaczyć co u niej.  Dopiero potem, gdy naprawdę jej się rozsypało życie i już nie można było ukryć się za „cudownie” powiedziała, że jej mama zawsze mówiła, że ludzie kochają cudze kłopoty i nie wolno się odsłaniać.

Ech. Przepraszam, nie gram w to. Nawet jeśli ludzie uwielbiają te moje „nie–idealnie”, bo czują się wtedy lepiej. Szkoda życia na bycie nie sobą. Czasem jestem smutna, czasem wesoła. Czasem moje życie to czarna przepaść, czasem raj prawie. Męczą mnie na świecie setki rzeczy. I już wiele razy przekonałam się, że właśnie w smutku człowiek jest najbliżej siebie. To bardzo ważna emocja, która pokazuje nam, co jest nie tak, za czym tęsknimy. Która mówi o nas więcej niż jedna radość. Po kiego ją tak obsesyjnie zabijać?

Dzięki niej jestem, tu gdzie jestem. Mam fajną pracę, bo tamta mi nie pasowała i byłam przez nią trochę smutna. Mam fajnych przyjaciół, bo osoby, przez które byłam smutna, wyeliminowałam ze swojego życia. Mam dobry związek, bo kiedyś odeszłam od kogoś kto sprawiał, że mało się śmiałam. Pozwalam też się smucić mojemu dziecku, choć najchętniej utuliłabym go i zalała wszystkimi: „nie warto”, „będzie dobrze”.

Spróbujcie. Warto. Gdy nie jestem smutna, że nie mam domu i mój tata jest chory– to jestem bardzo szczęśliwa:)


Macierzyństwo Psychologia

Pani perfekcyjna? Idź do diabła, zamiast wpędzać nas w kompleksy

Matka, żona i kłopoty
Matka, żona i kłopoty
4 października 2015
Fot. iStock

W świecie perfekcjonistek zwykłe kobiety mają przerąbane. Nie jesteś świetną matką, dobrą żoną, dziewczyną, córką? Poznaj zatem swoje drugie imię: poczucie winy.  

Tak, tak, oczywiście. Wszyscy już wiemy, że to się nie udaje. Nie da się robić wszystkiego doskonale. Powtarzamy to sobie, wiadomo, powstają kolejne, bardzo poprawne teksty w gazetach, o tym, jak to się nie da. Jednak w głowach pań „muszę być lepszą wersją siebie“ zawsze kiełkuje myśl: „A może ja jednak dam radę?“, „A może ze mną będzie inaczej“? A najbardziej przerąbane mają przyjaciółki perfekcjonistek.

SMS od koleżanki ( pierwsza w nocy) : „Możesz zerknąć na ten projekt? Oszaleję ze swoją perfekcją, sama nie pozwalam się sobie położyć. Muszę skończyć“.

Mam ochotę odpisać: „Halooo, tu noc, ludzie śpią, ja chcę spać, co mnie obchodzi twoja obsesja. Ale zwlekam się z łóżka, bo zaczynam się czuć winna. Dlaczego właściwie nie jestem taka nieugięta jak ona? Dlaczego wyłączyłam komputer o 21.00?“.

Spotkanie z przyjaciółką. Pani biegająca, jedząca zdrowo, dwoje dzieci, zaopiekowany mąż. Oesu. Ze spotkania z nią wychodzę z poczuciem własnej wartości wielkości orzeszka. Szaleję po mieszkaniu. Od dziś też jestem Perfekcyjna. Prasuję, gotuję, sprzątam. Biorę się za wychowanie dziecka. No i partnera, oczywiście. Przecież u przyjaciółki wszystko, jak w zegarku.

No i sąsiadka. Czworo dzieci, zaangażowana w życie dzielnicy i naszej wspólnoty mieszkaniowej. Czego ona nie załatwi. Świetnie zorganizowana, dzieci ogarnięte. Jak ona to robi? – jęczę nie mogąc ogarnąć czasem jednego, bardzo miłego dziewięciolatka, dwóch kotów i szczeniaka.

Oszaleć można w otoczeniu pań perfekcyjnych.

Przypominam sobie słowa pewnej psycholog, która powtarzała mi, że perfekcja jest lękiem. Jest prośbą małej dziewczynki o akceptację, strachem, że ktoś zobaczy, że jest taka zwyczajna. Pocieszam się więc: ech, te inne z niskim poczuciem własnej wartości. No już dobra, niech próbują być idealne. Skoro robi im to dobrze.

Zasypiam spokojna. Taka jestem dojrzała, nic nikomu nie musze udowadniać. Srutututu

No i cóż… Dzwoni do mnie przyjaciółka.

„Co robisz?“ „Piszę tekst o perfekcjonizmie“ „Hahahahaha, czyli o sobie?“ „Jak to o mnie? „ „No raczej, przecież ty wciąż chcesz być najlepsza, tylko udajesz taką wyluzowaną?“ Jaaaaa?!!!

A potem myślę, że wszystkie jesteśmy w tej pułapce. Udowadniamy sobie, swoim bliskim, koleżankom, szefom.  Zasługujemy, wciąż chcemy byc lepsze, doskonalsze.

A życie tak sobie mija w tym czasie.

Nam mija.