Macierzyństwo Psychologia

Miłość podobno się mnoży, a nie dzieli. Na pewno? Nie da się kochać dzieci po równo

Żaklina Kańczucka
Żaklina Kańczucka
8 października 2015
Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY
 

Życie bywa przewrotne. Gdy byłam w pierwszej, wyczekiwanej ciąży, kochałam moje nienarodzone dziecko, od pierwszej myśli o nim. Gdy zaszłam w drugą, już nieplanowaną, mój entuzjazm osiągał pułap podłogi. Nie tylko dlatego, że dwie kreski na teście robionym od niechcenia, były niespodzianką. Tu, do elementu zaskoczenia, dołączyła obawa, jak ja pokocham dziecko, które jest jeszcze abstrakcją, gdy już tak dobrze znam i kocham pierworodnego.

Każdy mądry powtarzał mi, że nie mam się martwić, bo te obawy są normalne. Słyszałam, że miłość się mnoży, a nie dzieli, więc wystarczy jej dla każdego z synów. Niestety, nikt nie dopowiedział do tej śpiewki, że miłości przybywa, ale to uczucie nie jest identyczne względem obojga dzieci. I tu się schody zaczynają.

Życie to nie reklama płatków śniadaniowych

Nic nie jest tak proste i kolorowe, jak na szklanym ekranie. Te wszystkie wynajęte matki reklamowe, co się z równą troską pochylają nad każdym jednym wynajętym dzieckiem. To wzruszające, lecz niedostępne dla każdego macierzyństwa, które niejedną z matek potężnie rozczarowało. Ja nie jestem matka z reklamy, moje dzieci też nie są. Choć czasem żałuję, bo też chciałabym tak obojgu dać wszystkiego po równo – tak samo wiele czasu, troski, miłości i cierpliwości. A się nie da, więc czasem czuje się jak matka beznadziejna, bo niesprawiedliwa.

I w sumie tym straszniejsza jest taka dysproporcja, bo nie skłamię, gdy napiszę że moje dzieci kocham najbardziej na świecie.

Najbardziej, ale nie jednakowo

Inaczej do nich mówię, inaczej na nich krzyczę, inaczej ocieram łzy, kiedy wydarzy się dziecięca tragedia. Paradoksalnie, ten którego tak bardzo się bałam, jest moim oczkiem w głowie. Dotychczas ukochany pierworodny, zajmuje miejsce ciut dalej. Nie pytajcie mnie, czy to dlatego, że próbuję zrekompensować młodszemu to, że tak bardzo tej ciąży nie chciałam, czy to dlatego, że starszy to dzieciak – torpeda, rozwalający swoim charakterem system. Tak, mam dość wybryków, które powtarzają się każdego dnia, bo ile można się wykłócać o kształt kanapki na kolację?

Zanim pierwsza odważna rzuci we mnie wirtualnym kamieniem, przypomnę – nie jestem matka z ciemnogrodu, więc nawet wychowywać go próbowałam radząc się specjalistów. Ale moje dziecko ma charakterek, ponoć po mnie i chyba dlatego jest nam tak trudno teraz się dogadać. Oboje nie lubimy kompromisu i nadmiernych czułości i rzadko kiedy mamy na nie ochotę. Drugi syn jest za to plastrem na moje serce, taką małą elektrodą, która pobudza ten mięsień do wytężonej pracy. I to jest cudowne, bo jego „kocham Cię”, albo „plosę, plosę mamo”, skutecznie rozciera słyszane chwile wcześniej „jestem na Ciebie obrażony”lub „ale ja chcę” powtarzane w różnych kombinacjach. Taka ze mnie matka wybiórcza, dla której poza “jesteś” liczy się też, jaki jesteś synu.

Kocham moje dzieci, powtarzać to będę jak mantrę

Matki kochają poza granicami rozumu. Może się walić i palić, a matka i tak,mimo wszystko będzie widziała swoje dziecko takie, jakim było w najlepszym czasie. Tyle, że na co dzień, kobieta bezwiednie obdarza szerszym uśmiechem te „mniej kłopotliwe” szczęście. Bo łatwiej, bo szybciej. Jakoś tak z marszu przychodzi przyklejanie łatki: “na pewno ty znowu go uderzyłeś, coś mu zabrałeś, czy zrobiłeś na złość.” I coś czuję, że takie sytuacje nie tylko u mnie miały miejsce, kiedy to matka łapała się za głowę, bo znowu zrobiła coś według schematu. Wiesz, że to nie w porządku, że dzieciak na pewno czuje różnicę, ale wchodzi ten nawyk jak narkotyk w żyłę. Trudno jest złapać oddech w momencie, gdy już sączy się słowotok w kierunku tego zazwyczaj winnego. A później kac moralniak, który poza podłym humorem, przynosi czasem deszcz łez z matczynych oczu. Bo trzeba mieć albo tak wywalone na dzieciaka, albo serce z kamienia, żeby nie czuć, jaką krzywdę czasem nieświadomie  robi się temu drugiemu.

Fot. Flickr /  Donnie Ray Jones  / CC BY

Fot. Flickr / Donnie Ray Jones / CC BY

Zupełnie do kitu jest mieć świadomość, że nie da się kochać tak samo

Bardzo bym chciała dzielić miłość jak ulubione żelki moich dzieci, po równo, ale pomimo starań uczucia nie da się podzielić i przeliczyć żadną miarą. Tak długo, jak rodzeństwo się różni od siebie, jedno ma łatwiejszy charakter, spokojny temperament, rodzice mogą inaczej podchodzić do tych samych kwestii. Jednego ucałujesz do snu, a drugiego jedynie okryjesz kołderką, pierwszemu powiesz: „chodź kochanie”, a do drugiego „masz”, gdy znów czegoś chce. I tak dzień po dniu zastanawiasz się, dlaczego tak się dzieje. Aż do momentu, gdy uświadamiasz sobie, że nie liczy się to, jakie jest to dziecko, ale że w ogóle jest. Wtedy kiedy może być zbyt późno, gdy czujesz zagrożenie, tak jak podczas poważnej choroby dziecka, co mi akurat było dane przeżyć. Zapytacie mnie, czy dopiero wisząc nad szpitalnym łóżkiem zrozumiałam, jak bardzo jego, obu moich synów, kocham? Nie! To wiedziałam od samego początku, tylko taki wstrząs szerzej otworzył mi oczy. To nie była rewolucja, czy totalne przewartościowanie. To była brutalna lekcja życia, która przypomniała, że matczynej miłości wystarczy dla każdego, tylko trzeba ją przelewać  przez pryzmat  podobieństw, a nie różnic pomiędzy rodzeństwem.


Macierzyństwo Psychologia

Zamknięte osiedle jest wspaniałe. Współczesne „Alternatywy 4” – czyli jak się skutecznie nie znać

Anna Frydrychewicz
Anna Frydrychewicz
8 października 2015
Fot. iStock
 

Pamiętacie serial „Alternatywy 4?”. Groteskowy, przerysowany świat lokatorów wyjątkowego bloku, dużo mówił o ówczesnych sąsiedzkich stosunkach. Dziś symbolem relacji międzyludzkich stają się zamknięte, strzeżone osiedla.

Wetknijmy nos za zamykaną na pilota bramę i przyjrzyjmy się relacjom panującym wewnątrz…

Nasze osiedle jest wspaniałe…

Pan Wiesiek pracuje jako ochroniarz na warszawskim Ursynowie. Ma uniform, czapkę z daszkiem i plakietkę z imieniem, którego i tak nikt (prócz szefa zmiany i kolegów) tu nie pamięta. Jego osiedle uchodzi za jedno z droższych w tej dzielnicy, a to zobowiązuje. Codzienne obchody to dla starszego pana okazja do wielu ciekawych obserwacji na temat mieszkańców i osiedlowego życia. – Tu prawie każdy wychodzi rano i wraca wieczorem. Grzeczni są, ale tak dłużej porozmawiać, to tylko jak trzeba im coś załatwić. Tylko ci co z dziećmi siedzą na placu zabaw to jeszcze pogadają. – mówi trochę z żalem. Choć tak naprawdę wie o mieszkańcach więcej, niż oni sami o sobie.

… pan poseł lubi filmy akcji…

Pod dziesiątką mieszka pan poseł Z. . Właściwie nie mieszka, tylko nocuje, kiedy przyjeżdża na obrady Sejmu. Do domu wraca o bardzo różnych porach (wiadomo, służba nie drużba) i w bardzo różnym stanie. Często gości doradców, z którymi do rana debatuje nad przyszłością ojczyzny. Choć przysługuje mu hotel sejmowy, Z. woli wynajmować obszerne M4 z widokiem na las. Tu jest tak przytulnie i przede wszystkim… anonimowo.

Czy na pewno? Pan Wiesiek z uśmiechem wydyma wargi. Pamięta doskonale, jak pół osiedla wyległo na balkony, gdy poseł i doradcy urządzili sobie domowy przegląd filmowych hitów Schwarzeneggera, racząc się przy tym litrami alkoholu i wyśpiewując  znane z rodzinnych stron piosenki o lekkim zabarwieniu erotycznym. Ktoś chciał wezwać policję, ale w końcu rozeszło się po kościach. Tylko sprzątania było dużo pod klatką, po tym nocnym kinie…

… pan D. zamawia „panienki”…

Równie duży lokal zajmują Ci spod trójki. Elegancka, szczupła, mocno umalowana mama, tata w garniturze i dwójka dzieci. Kiedy rano wszyscy razem zjeżdżają windą, wyglądają wzorowo. W garażu rozdzielają się: pani D. zawozi dzieci do szkoły, pan D. i jego BMW udają się do pracy. Obowiązkowy „cmok” w policzek i serdeczne „miłego dnia”. Spotkają się dopiero na kolacji. A w weekendy? Z reguły wychodzą całą czwórką na obiad i krótki spacer. Jest pięknie.

Pan Wiesio zamyśla się cicho nad tą idealną rodziną. Korespondencję adresowaną do pani D., listonosz zostawia zawsze u niego. Tak się z panią D. umówili. Jakieś zaległe rachunki, listy z sądu?… Pani D. musi bardzo dbać o nerwy swojego męża i nie chce go niepotrzebnie martwić. Pan D. zaś dba o to, by jego żona mogła wypocząć. Kiedy kobieta wyjeżdża z dziećmi na dwutygodniowe wakacje, sam dzielnie organizuje sobie towarzystwo innych pań. Ochroniarz bez słowa wpuszcza je pod trójkę, a pan D. porozumiewawczo mruga okiem. – Dyskrecja, tak? – rzuca nerwowo. Choć wszyscy wiedzą, nikt nic nie powie. Przecież to sprawa państwa D., a prawo do prywatności to na tym osiedlu rzecz święta.

… a wszystkie dzieci (nasze) nasze są…

Piękny, kolorowy i drewniany plac zabaw w letnie dni tętni życiem. Mamy i opiekunki udzielają sobie porad i wsparcia podczas, gdy ich maluchy bawią się bezpiecznie w piaskownicy. Mamy chwalą się także niemowlęcymi gadżetami, nowym modelem wózka, nietypowym kształtem butelki do karmienia… Ładny, sielankowy obrazek, który pan Wiesio bardzo lubi. Nie lubi za to radości mam z faktu, że  „obce dzieci” nie wchodzą na „nasz plac zabaw”, nie zajmują drabinek „naszym dzieciom” i nie psują „naszych zabawek”. I ich nieszczerego współczucia dla jednej z koleżanek (tej z trzeciej klatki), o której wiedzą, że się u niej dzieje źle. Że mąż bije. Że ona się boi uciec, bo nie ma pomocy. Ale tu nie ma mowy o jakiś głębszych relacjach, panuje zasada „swoje brudy w swoim domu”.  Więc gra pozorów trwa nadal.

… a starszy pan woli patrzeć niż słuchać

Pan Wiesiek całe życie pracował w fabryce i trudno mu się pogodzić z tym, że nie ma do kogo buzi otworzyć. Czasem zagaduje z przekory i bada reakcje. Sympatyczny, starszy pan – trochę socjolog amator, doskonale wie, kogo warto „zaczepić”. O mieszkańcach wie dużo, choć im wydaje się, że są anonimowi. Ale marka samochodu, codzienne zwyczaje, nazwa dostawcy internetowych zakupów, to przecież doskonałe źródła informacji…

Ochroniarz przytrzymuje ciężką furtkę pani Małgosi, jednej z nielicznych lokatorek, z którą czasem uda mu się miło pogawędzić. Małgosia przedstawiła mu kiedyś swoją wizję kategoryzacji mieszkańców osiedla. Dzieli ich na „swoich” (Warszawiaków, przynajmniej od kilku lat)  i „przyjezdnych”. Tych ostatnich rozpoznaje po tym, że zostawiają buty na korytarzach, tuż obok wycieraczki. Kiedyś starsza córeczka pani Małgosi zgarnęła do domu elegancki but jednej z sąsiadek. Przeprosiny mogłyby być jakąś okazją do nawiązania dłuższej rozmowy. Ale skończyło się na niezręcznej wymianie kilku zdań.

Po skończonym dyżurze starszy pan przebiera się i i idzie do domu. Z żoną i dziesięcioletnim kotem mieszka w zwykłym bloku i bardzo to sobie chwali. Sąsiadów zna od kilkudziesięciu lat. Zna też ich dzieci, wnuki, problemy… Pamięta, jak jeszcze kilka lat temu w dzień nie zamykali żoną drzwi na klucz. Czasem ktoś zapukał, wpadał na herbatę. Było poczucie wspólnoty. Tu, gdzie pracuje, choć o wiele ładniej i nowocześniej, każdy żyje dla siebie. Obok.

Zamknięte osiedla, ładne z zewnątrz, kuszą porządkiem i sterylnością nowoczesnych form. Dlaczego uważamy je za coś luksusowego? Czy luksus, to dla nas dziś możliwość postawienia szczelnego muru i stojący na straży na naszego spokoju ochroniarz?


 

*Pan Wiesiek poprosił o zmianę imienia. – Teraz, to już z ludźmi nic nie wiadomo. – powiedział mi.


Macierzyństwo Psychologia

Gdy ona wie, a on nie wie. Kiedy kochamy kogoś bardziej niż siebie

Małgorzata Ohme
Małgorzata Ohme
7 października 2015
For. iStock

Taki list „On nie wie, czy chce ze mną być. Ja bardzo. Staram się, jak mogę, ale nic nie przynosi rezultatów. Proponowałam terapię, ale odmawia. Rozmawiałam z jego mamą, ona też nie jest w stanie go do niczego przekonać. Niech mi Pani podpowie, co jeszcze mogę zrobić?”. Pani X.

On nie wie. Ona wie. On nic nie robi. Ona się stara. On wychodzi. Ona proponuje. Odpisuję „Dlaczego miałaby Pani jeszcze cokolwiek robić?”. Odpowiedź: „Chciałabym wiedzieć, że zrobiłam wszystko”. „Słusznie – myślę – tylko, czy jak ktoś robi wszystko, to czy ten drugi robi cokolwiek?”. „A co byłoby dla Pani dowodem, że zrobiła wszystko?”- pytam. Cisza. No właśnie. Być może jest to droga do nieskończoności (szukania dowodów). Czyli droga donikąd.

Jacek wie, ale Ela nie wie

Od dwóch lat mijają się w domu jak współlokatorzy. Śpią osobno, jedzą osobno, chodzą do kina osobno. Ela kupuje małą lodówkę do swojego pokoju, by unikać wieczornych spotkań w kuchni. Dla niej ta lodówka to gwóźdź do trumny. Dla Jacka – nadzieja. Bo przecież jak ktoś coś kupuje do domu, to znaczy że się nie wyprowadza. A to oznacza, że nadal „są” razem. Jacek pamięta wciąż o rocznicach, kupuje prezenty i rysuje serca na lustrze w łazience. Co jakiś czas wysyła kartkę z przypomnieniem, że czeka. – Pani tego nie rozumie- mówi. – Jak będę cierpliwy, to Ela wróci. – Pani nie rozumie – odpowiada Ela. – Nas już dawno nie ma.

Monika wie, Hubert nie wie

Już dwa razy się wyprowadzał, ale po miesiącu wracał. Dzieci do dziś myślą, że to były wyjazdy służbowe. Monika nie jest pewna, czy ta kobieta od SMS-ów wciąż jest w jego życiu. Mówi, że ta wiedza niczego nie zmieni. Przysięgali przed Bogiem i sprowadzili na świat dwoje cudownych dzieci. – On zapomniał, co to odpowiedzialność – mówi. – Jej się chyba myli miłość z powinnością – dodaje Hubert. Monika bardzo się stara. Gotuje jego ulubiony krupnik i risotto z grzybami. Raz w tygodniu jeździ do teściów i pomaga w ogrodzie. Zaprasza znajomych, choć czasami właśnie w ten wieczór on ma ważniejsze spotkanie z pracy. Z uśmiechem tłumaczy jego pęd do kariery. Chodzi na fitness, jeździ na rowerze, kupuje fajną bieliznę. Chce być gotowa, gdy postanowi wrócić. Na pytanie „Czy nie lepiej byłoby postawić jakieś ultimatum?” odpowiada „A co, jeśli nie wybierze nas?”.

Czasami strach jest większy niż pragnienie zmiany. Coraz częściej obserwuję, jak wiele partnerów zgadza się ograniczać swoje potrzeby do minimum, by za wszelką cenę utrzymać związek. To często relacja, która już dawno nie istnieje. Proteza jakaś. Marzenie ściętej głowy. Iluzja. Związek, który podtrzymuje tylko aktywność jednej strony. Nadaktywność raczej. Im więcej zrobię, tym lepiej. A przecież najlepsza sztuka opiera się na minimalizmie. Im mniej, tym więcej przestrzeni do działania wyobraźni.

Podobnie jest w związkach

Zasada synergii. Działanie wspólne zwiększa prawdopodobieństwo osiągnięcia celu. Dominacja aktywności jednej strony zmniejsza aktywność po drugiej. Im bardziej chcesz, tym jemu/jej chce się mniej. Niestety, tak to działa. Jacek kompletnie się ze mną nie zgadza „Pani nie rozumie. Są takie związki, gdy jedna strona kocha bardziej. Mogę kochać bardziej”. Zgoda. Ja tylko się zastanawiam, co takiego musiało się wydarzyć w jego życiu, że pozwala kochać się mniej lub nawet wcale? Czy taka tęsknota towarzyszyła mu w dzieciństwie?

Dużo czasu spędzaliśmy z bratem u babci – opowiada Monika. – Mama ciężko pracowała, bo Tata odszedł po moim urodzeniu. Pamiętam, jak umawialiśmy się z bratem, kto dziś czeka na mamę. Ten, kto nie czekał, mógł spokojnie zasnąć. Hmmm. Miłość tęskniąca. Miłość trudna. Miłość niespełniona. Tak kochają dorosłe dzieci, które całe swoje dzieciństwo czekały.

Jacek mówi, że nie pamięta. Mama miała chore serce, więc była albo w domu, albo w szpitalu. Pamięta tylko lęk, że nie wróci. Potworny strach, gdy dzwonił domofon lub wieczorne telefony, gdy tata ściszonym głosem relacjonował babci przebieg choroby. Nauczył się wtedy modlić do Matki Boskiej. Z takiego ładnego obrazka z Komunii Świętej, który Tata zawiesił mu nad łóżkiem. Długo myślał, że Ona jest najpiękniejszą kobietą na świecie. Dopóki nie poznał Eli. Śmiała się, gdy jej o tym opowiadał. „Miłość cierpliwa jest, łaskawa jest… Wszystko znosi. Wszystko przetrzyma”  – cytuje.

Nie lubię miłości zbyt łaskawej, tej, która polega na zaciskaniu zębów. Nie zgadzam się na jednostronne poświęcenia. Kiedy kochamy kogoś znacznie bardziej niż siebie, to znaczy że nie kochamy siebie wystarczająco mocno. Gdy nie szanujemy się, nie wyznaczamy granic, które wzbudzają szacunek innych. Błędne koło. Jeśli tego nie przepracujemy, w każdym kolejnym związku będziemy tymi, którzy bardziej, więcej, mocniej. Będziemy ofiarą.

Strach Moniki, Jacka, Pani X jest na razie większy niż pragnienie zmiany. Strach, że jeśli powiedzą czego potrzebują i postawią warunki – ten, który nie wie, odejdzie. Nie wybierze ich. Może tak być. To jest ryzyko, które jest wpisane w każdą zmianę. Muszą zmierzyć się ze swoim lękiem. Zadać sobie pytanie, czy to czego się boję – tak naprawdę jeszcze istnieje. Czy można odejść, jeśli już dawno kogoś nie ma?

Jeśli to jest także o Tobie, to wierz mi, im Ciebie mniej, tym lepiej.

Wycofaj swoje działanie i popatrz, co się stanie. Zrób maleńki krok do tyłu i nie bój się. Zajmij się sobą. Zakochaj się w sobie. Zbuduj swoją największą siłę, czyli szacunek do siebie. A potem wyrzuć z siebie ”Zostajesz, czy odchodzisz?”. I idź pobiegać. Cokolwiek zdarzy się potem, będzie dla Ciebie lepsze.

Pani X odpisuję: „Niech Pani zmieni pytanie, na takie, co On może jeszcze zrobić, by Pani zechciała z nim zostać”. 


Zobacz także

5 (nieoczywistych) sposobów na zwiększenie siły woli

Delirium

Położna na Medal

Zgłoś położną w konkursie „POŁOŻNA NA MEDAL”