Go to content

Kiedy kobiety zostając matkami dostaną realne wsparcie na rynku pracy? Przestaną pracować na kontraktach, śmieciówkach i nikt ich nie zwolni na etacie?

Fot. iStock/Geber86

Przeczytałam ostatnio o stewardesach pracujących na kontraktach, które muszą wybierać między pracą a macierzyństwem (przeczytacie TUTAJ). A właściwie tego wyboru nie mają, bo albo dziecko, albo praca. Nie ma niczego pośrodku. Żadnych świadczeń na kontrakcie, czekania, aż kobieta po porodzie wróci do pracy. Oczywiście, że pojawiły się głosy – przecież wie, na co się pisze, więc skąd nagle to zdziwienie. Każdy wie, jaki rodzaj umowy o pracę podpisuje. Tyle, że nie słychać głosów – a jaki kobieta ma wybór?

No więc po raz kolejny krew mnie zalała, bo od dawna obserwuję kobiety na rynku pracy, które za cholerę nie mają łatwo. Wszystko zaczyna się, kiedy już szukają pracy. Znam historie z pytaniami, czy planuje pani dzieci, kiedy i ile… Gdzie w efekcie facet z gorszym wykształceniem, słabymi kompetencjami dostawał pracę zamiast kobiety, bo tak. I nie są to odosobnione przypadki. Później zaczyna się kalkulowanie, czy to już odpowiedni czas na dziecko, czy wszystkie sprawy pozamykam, czy szef nie stwierdzi, że skoro nie ma mnie przez rok macierzyńskiego, a on sobie radzi, to właściwie do czego jestem mu potrzebna?

Moja przyjaciółka 10 lat przepracowała w sklepie z biżuterią. Urodziła pierwsze dziecko i wtedy jeszcze po 16 tygodniowym macierzyńskim wracała do pracy. Dziecko chorowało – do niani, w sobotę trzeba było być – leciała. Była na każde zawołanie. Ktoś powie – sama sobie tak zrobiła. Okej, ale w miejscowości niedużej, gdzie o pracę nie jest łatwo i w ofertach przebierać nie można, trzyma się kobieta każdej pracy. I nie nam to oceniać. Wszystko było super, dopóki nie urodziła drugiego dziecka. Oczywiście z rosnącym brzuchem pracowała, aż lekarz kazał jej się w domu położyć. A kiedy kończył się jej macierzyński dostała pismo, że owszem może wrócić, ale już na pewno nie na swoich warunkach. Trzy miesiące pracy na starych zasadach, a później pół etatu, z pracą w weekendy. Ja myślałam, że mnie krew zaleje, jak o tym usłyszałam! Jasne, za jedno 500 plus może siedzieć w domu, iść na zasiłek, tylko sama mówi, że już głowę dostaje spędzając 24 godziny z dzieckiem. No kurde i ja ją w 100% rozumiem. Jaki ma wybór?

I to sytuacja z umową o pracę, która powinna dawać kobiecie odpowiednie zabezpieczenie. A i tak nie daje. Historia stewardes z LOT-u nie jest odosobnioną sytuacją kobiet. Ile z was będąc w ciąży siedziało przy komputerze, odbierało telefony, wracało jednak szybciej do pracy, bo działy się tam jakieś niepokojące ruchy? Stajemy na głowie, żeby się wykazać, żeby choć przez chwilę nikomu nie dać odczuć, że jesteśmy niepotrzebne. A przecież wiadomo, że nie da się połączyć macierzyństwa z pracą. Choćby mnie ćwiartowano zdania nie zmienię! Nie da się, bo nie możemy dawać z siebie 100% w pracy i drugie 100% dziecku. Przecież nie jesteśmy cyborgami, których możliwości wynoszą 200% normy. W sytuacji, kiedy zostajemy matkami, nie dostajemy dodatkowych mocy, sił i energii super matki. Nie. Musimy podzielić to, co mamy, więc co nam zostaje, jeśli w pracy chcemy dać z siebie 100%. Zawsze gdzieś coś ucierpi i koniec kropka.

Moglibyśmy tylko szczęśliwie myśleć, że praca na etacie chroni kobiety, które chcą mieć dzieci i które po macierzyńskim do pracy wracają. Stewardesy z LOT-u mogłyby sobie pracę na etacie znaleźć, ale co, jeśli jej nie ma. Jeśli z zewnątrz dostajemy informację: własna działalność albo „śmieciówka”? Za własną działalność to ja już podziękuję. Sama tak pracowałam – pracodawca nie chciał mieć zobowiązań, więc wystawiałam mu co miesiąc fakturę, płacąc samej ZUS i podatki. Kiedy po pięciu latach policzyłam, że na ZUS wydałam 60 tysięcy złotych – zbladłam. Za te pieniądze, powiedzmy sobie szczerze, mogłabym mieć rok wolnego. A tymczasem harowałam jak wół oddając pieniądze państwu, płacąc dodatkowo za nianię, która zajmowała się dziećmi, gdy zamykano przedszkole, a ja musiałam jeszcze zostać w pracy,

A co powiedzą te kobiety, które pracują na „śmieciówkach”? Znajoma ostatnio urodziła drugie dziecko, cztery godziny po porodzie leżała z komputerem na kolanach, wysyłając tekst, na który miała zlecenie. Nie miała wyjścia, zleceniodawca czekał, ona się zobowiązała. „Nie stać mnie na opłacenie ubezpieczenia, czy założenia własnej działalności, zresztą dlaczego za swoją pracę jeszcze mam płacić państwu? Nic nie dostaję – nie mam bezpłatnego żłobka, nie mam preferencyjnych warunków będąc na działalności, nikt nie wpadł na to, żeby obniżyć składkę ZUS, żeby zabezpieczyć kobiety w trakcie ciąży, gdy nie mogą pracować lub gdy są po porodzie. Masz swoją działalność – płać państwu bez znaczenia w jakiej sytuacji się znajdujesz”. Wiele kobiet, które znam, a które decydują się na pracę na umowach nie dających im zabezpieczenia, woli ciężej popracować przez kilka tygodni, odłożyć swoje własne pieniądze, niż się nimi dzielić. I wiecie co, ja się im nie dziwię, bo nic nie mają w zamian. Oprócz przyznawanego 500 plus nie są w żaden sposób wspierane.

Myślę, o tych stewardesach, które na kontrakcie wcale kroci nie zarabiają, muszą być właściwie na każde wezwanie, a ciąża jest dla nich równoznaczna ze stratą pracy. Dla ilu kobiet ta sytuacja jest znana? Podobna? Co takiego musi się zadziać, żeby to się zmieniło? Żeby sytuacja kobiet na rynku pracy, które chcą zostać matkami stała się bezpieczna, stabilna i przede wszystkim wspierająca nie tylko głośnymi hasłami rzuconymi w społeczeństwo, ale faktycznymi działaniami…