Macierzyństwo

Jak będzie wyglądać? Kim zostanie w przyszłości? Jakie będzie miał marzenia, pragnienia? Mamy wcześniaków o tym nie myślą

Ewa Raczyńska
Ewa Raczyńska
17 listopada 2016
Fot. iStock / slovegrove
 

Strach. Tu nie ma miejsca na radość, na szczęście, na euforię, o której opowiadają inne matki. Narodziny dziecka nie kończą się uśmiechem i tuleniem maleństwa do piersi. Zostajesz sama. Bez dziecka, które przecież jeszcze chwilę temu było bezpieczne, było mu ciepło, spokojnie. Nic nie rozumiesz. Co się stało, jak się stało, że to już? I gdzie ten cały mistycyzm, gdzie cud narodzin, kiedy ty nie możesz ogarnąć myśli, kiedy nie wiesz, co się wokół ciebie dzieje, co się tak naprawdę stało. I kiedy dociera do ciebie, że dziecko, na które czekałaś, które kochasz, za które jesteś odpowiedzialna walczy właśnie o życie… czujesz ból fizyczny, który rozdziera cię od środka. Ból i strach tak silny, że tracisz zmysły, zdolność oceny sytuacji. Wycofujesz się, zamrażasz uczucia. Jakby to się nie stało. Jakby ciebie nie dotyczyło.

W nocy budzi cię płacz dziecka. Ale to nie twoje maleństwo płacze. Leżysz na sali z kobietami, które szczęśliwe tulą do piersi swoje skarby. Odwracasz głowę do ściany. Chciałabyś zasnąć, zatkać uszy, żeby tego nie słyszeć. I tak bardzo się boisz, bo nie wiesz, czy tobie będzie dane przytulić twoje dziecko…

Chcesz uciec. Udawać, że ciebie to nie dotyczy, że nadal nosisz je w brzuchu, przecież miało tam jeszcze być jakieś 13 tygodni. Nic dla niego nie masz. Pokój niegotowy na to nowe życie, które pojawiło się po tej stronie świata tak nagle. W panice myślisz: wózek, łóżeczko, przewijak. To wszystko odkładałaś po 30 tygodniu ciąży, jak już zwolnisz, pójdziesz na zwolnienie. Przecież to jeszcze tyle czasu. Przecież brzuch miał ci opaść, miałaś nie przesypiać nocek na końcówce ciąży. Miałaś śmiać się z tego, że butów nie możesz zawiązać i mąż miał ci pomagać wychodzić z wanny.

A tymczasem zaniepokoił cię ból brzucha. Taki natarczywy. Siedziałaś próbując spokojnie oddychać i powtarzając w myślach: „mamy czas kochanie, mamy czas, nic się nie dzieje”. Ale czasu nie było. Twoje dziecię chciało już na świat, twój organizm już nie chciał tej ciąży. Nie chciał czekać na odpowiedni dla wszystkich moment.

Tak bardzo chciałabyś nie kochać. Byłoby łatwiej, mogłabyś racjonalnie sobie wszystko wytłumaczyć… Nie chcesz widzieć inkubatora, tych wszystkich rurek wokół. Twoje dziecko nie ma różowiutkiej skóry, jak te, które mamy przykładają na twojej sali do piersi… Jest takie kruche, tak zupełnie bezbronne. Jedyne co możesz szeptać nie wiedząc czy ono w ogóle cię słyszy to: „walcz kochanie, walcz, nie poddawaj się”. O to możesz błagać, za tę jego wolę walki oddałabyś wszystko. I ta bezsilność, że na nic nie masz już wpływu. Że ważne są godziny, dni, że obserwują, że jest silny, że powinno być dobrze, ale nikt niczego nie może ci obiecać. Głaskasz swój brzuch dopiero po chwili zdając sobie sprawę, że jest już pusty, że twój największy skarb, twój cud, na który czekałaś, musiał zamienić go na zimny inkubator, gdzie nie słychać twojego śmiechu, nuconych wieczorem piosenek. Inkubator nie ukołysze do snu tańcem, nie pogłaszcze po główce, nie ma w nim znajomego zapachu, który daje poczucie bezpieczeństwa.

Tam jest tylko bicie malutkiego samotnego serduszka. Jak takie maleństwo ma ogarnąć ten świat, który go przywitał chłodno, który od razu postawił przed nim najtrudniejsze zadanie – walczyć o swoje dopiero co rozpoczęte życie.

Jak będzie wyglądać? Kim zostanie w przyszłości? Jakie będzie miał marzenia, pragnienia? Mamy wcześniaków o tym nie myślą. Skupiają się na każdym kolejnym dniu, na każdej godzinie, na tym, co powiedzą lekarze. I wychodzą ze szpitala same. Wyobrażasz sobie wrócić do domu bez dziecka? Bez tego małego człowieka, które przecież powinno być przy tobie, które tobie powinno ufać, być pewne, że żadna krzywda je nie spotka. A tymczasem jego ciałko jest pokłute, dotykają je obcy ludzie, a nie ty – szepcząca do ucha, że kochasz, że jest twoim największym szczęściem.

Rytm twoich pierwszych tygodni macierzyństwa wyznacza droga między domem a szpitalem. Korytarz, który przemierzasz tak bardzo bojąc się mieć nadzieję, bojąc się kolejnej rozmowy z lekarzami, w ręce ściskając kolejną porcję mleka, to jedyne co możesz dziś dać swojemu dziecku.

Ale pewnego dnia zauważasz, że strach już cię nie paraliżuje. Że umiesz nad nim panować. I ten moment, kiedy dostajesz je na ręce… I te łzy szczęścia, kiedy do ciebie dociera, że tak – jesteś mamą. W końcu. I ta ulga, która pojawia się wraz z myślą, że teraz będziecie już walczyć razem o normalność, że zawsze przy nim będziesz. „Wszystko będzie dobrze, jesteś – to jest najważniejsze” – szepczesz do ucha i mówisz, że kochasz, że nie wyobrażasz sobie życia bez tej małej istoty. Kruchej, a tak cholernie silnej. Pozwalasz sobie na tę miłość, pozwalasz sobie na szczęście, choć wiesz, że możesz jeszcze wiele trudnych momentów na was czekać. W końcu jesteś mamą wcześniaka. Ale jeśli ono wygrało tę walkę, to ty na pewno się nie poddasz. Gdy trzeba będzie, zawalczysz za was dwoje. Bo to twój skarb pokazał ci, co znaczy chcieć żyć. Dlatego jego życie będziesz starać się uczynić najpiękniejszym, bo na to, jak mało kto, zasługuje!

Wysłuchała: Ewa Raczyńska


Macierzyństwo

„Od razu pojechałem do szpitala. Jeszcze nie wiedziałem, że właśnie zostałem ojcem. I że nasza córka, będzie miała tylko mnie”

Anika Zadylak
Anika Zadylak
17 listopada 2016
Fot. iStock / Onfokus
 

– My nawet parą nie byliśmy. Spotykaliśmy się owszem od kilku miesięcy, chodziliśmy razem na imprezy i do łóżka, ale nie wiązaliśmy ze sobą szczególnie wspólnej przyszłości. Mieliśmy po 18 lat jak okazało się, że Aga jest w ciąży. Ja od razu jej powiedziałem, żeby z tym iść do naszych rodziców. Bo nie chciałem z nią być, a za parę miesięcy miało się pojawić nasze dziecko. Nie baliśmy się, bo oboje pochodzimy z normalnych domów. Oczywiście, że nikt nas za to po głowie nie głaskał,  bo okazaliśmy się się nieodpowiedzialnymi szczeniakami. Ale rodzice z obu stron deklarowali nam pomoc przy wychowywaniu, żebyśmy mogli szkoły pokończyć. Ja, mimo tego, że nie byliśmy parą, starałem się o Agnieszkę dbać i ją wspierać. Do lekarza też razem chodziliśmy. I imię zdążyliśmy wybrać razem. Martynka, bo już wcześniej znaliśmy płeć dziecka. Paweł przerywa, bo zatrzymuje wzrok na zdjęciu młodej dziewczyny. To mama małej Martyny, która zmarła przy jej porodzie. – Ja w szkole byłem wtedy, do terminu było jeszcze parę dni, ale Aga już w domu została i rzadko wychodziła. Bardzo duży brzuch miała, sporo przytyła, ciężko jej było. Tego dnia tylko do apteki na rogu miała iść. Najpierw zadzwoniła moja mama. Byłem na lekcjach, widziałem, ale odrzuciłem.  Ale jak zaraz po niej zaczęli wydzwaniać rodzice Agnieszki, czułem, że coś jest na rzeczy. Wyszedłem z klasy, byłem pewien, że zaczęła rodzić. Ale w słuchawce telefonu usłyszałem o wypadku. O nic nie pytałem, od razu pojechałem do szpitala. Gdy przekraczałem jego próg, jeszcze nie wiedziałem, że właśnie zostałem ojcem. I że nasza córka, będzie miała tylko mnie. Bo gdy przyszło na ten świat jedno życie, drugie z niego odeszło.

Stałem na tym korytarzu i kompletnie nie rozumiałem, co się do mnie mówi. O tym, że Agę potrącił pijany kierowca, że z dużą siła. Że akcja serca zatrzymywała się już w karetce, że obrażenia były zbyt rozległe, że trzeba było ratować dziecko. I zaraz po tych strasznych informacjach te niby lepsze, że mała jest zdrowa, że mimo wypadku, dostała 10 punktów, że silna i piękna. Patrzyłem na nich wszystkich i myślałem, jakimi ludźmi trzeba być, żeby się w tej chwili cieszyć z czegokolwiek. Nie chciałem widzieć tego dziecka, obwiniałem je o wszystko. Zwłaszcza o śmierć Agi. Powiedziałem głośno, że jej nie chcę, że nigdy nie byłem przygotowany na bycie rodzicem. Zwłaszcza samotnym. Mama coś do mnie wtedy jeszcze usiłowała mówić, odepchnąłem ją i wyszedłem. Poszedłem do kolegi, piliśmy do rana. On nie komentował, nie radził. Co jakiś czas wzdychał tylko, że mam przej*ane. Wróciłem do domu, czekali na mnie. Mówili, że powinienem podjąć jakieś decyzje, stanąć na wysokości zadania. Odpowiedziałem im tylko, że ja nic nie muszę, że jedno co wiem to fakt, że nie chcę tej małej. Oczywiście, jak najszybciej choć dorywczą pracę ogarnę, żeby łożyć na jej utrzymanie. Ale nie czuję się na siłach, żeby ją wychowywać. Zabrali ją w końcu tymczasowo rodzice Agnieszki. Ja się zamknąłem w pokoju, odciąłem od ludzi. Na pogrzebie też mnie nie było. Nie miałem odwagi, obwiniałem się. Bo to ja jestem facet, ja powinienem myśleć o zabezpieczeniu. Nie byłoby ciąży, nie byłoby tematu. A tak uśmierciłem jedną, zostawiłem samą drugą. Bo niby zajmowali się nią dziadkowie, ale przecież to dziecko miało ojca. Tylko tchórza, dzieciaka, który nabroił i umywa ręce. A ja faktycznie się bałem, nawet ją zobaczyć.

Minęły trzy tygodnie, wyszedłem z domu i nic nie planowałem. Jakoś tak sam z siebie znalazłem się na cmentarzu. Wtedy chyba pierwszy raz rozmawiałem z matką mojego dziecka tak dorośle, poważnie. Tak jak powinniśmy porozmawiać, gdy jeszcze żyła. Płakałem, tłumaczyłem, że nie potrafię być tatą, że tylko małą skrzywdzę. Że może nawet lepiej, gdybym się jej zrzekł i jakaś normalna, pełna rodzina da jej dom. I wtedy tata Agi się do mnie przysiadł. Chciałem wstać i odejść, ale złapał mnie za rękę i zobaczyłem, jak płacze. Zrozumiałem wtedy, że nie tylko mi jest ciężko i nie tylko ja się boję. Jej ojciec opowiadał o tym, jak co wieczór słucha płaczu Martynki, jak bardzo się starają z żoną i moimi rodzicami, dać jej wszystko. Ale wiedzą, że powinienem tam przy niej być, że ta mała mnie czuje. I to, że gdzieś jestem.

Pomyślałem wtedy, że oni już stracili swoją jedyną córkę I, że choćby bardzo chcieli to i tak już nic nie mogą zrobić. A ja ją nadal mam. I zamiast siedzieć tu, czy zamykać się w czterech ścianach, powinienem być przy niej. Pojechałem do domu rodziców Agi tego samego dnia, prosto z cmentarza. Wszedłem na górę, tam gdzie był pokoik Martyny. Stanąłem w drzwiach, leżała w łóżeczku, nie spała. Czułem jak mnie paraliżuje, jak łzy mi napływają do oczu. Bałem się jej dotknąć, choć tak bardzo chciałem, wziąć na ręce. Pomogła mi mama Agnieszki, podeszła i po prostu mi ją podała. Chciałem temu maleństwu powiedzieć, że jestem jej tatą, że przepraszam, że ją tak zostawiłem, że już nigdy więcej. Żeby mi wybaczyła. Ale nie mogłem z siebie wydusić słowa. Tylko całowałem ją po maleńkiej główce, po tych drobniutkich rączkach i nie mogłem się nadziwić tej swojej głupocie. Przecież to moja córeczka, moje dziecko. Jak mogłem choć przez chwilę zwątpić, poddać się? A gdyby było odwrotnie? Gdybym to ja umarł, to nigdy nie wybaczyłbym Agnieszce, że jej nie chce! Pierwszy raz wtedy czułem jej zapach, chroniłem w ramionach przed całym światem. Siedziałem z nią na takim bujanym fotelu, spała mi na rękach. Tak leciutko oddychała, była taka delikatna. Nawet jakby się czasem uśmiechnęła. Mama Agi patrzyła na nas chwilę i zanim wyszła, przełykając łzy powiedziała, że to pierwszy raz. Pierwszy raz od porodu, widzi to dziecko takie spokojne. „Ona na ciebie czekała, za ojcem płakała”. Tych słów nie zapomnę nigdy.

Nie było łatwo i nie jest. Martyna ma dopiero 4 lata. I aż! Dopiero sobie uświadomiłem, jak duża jest już moja córeczka. Mój skarb, którego jeszcze nie tak dawno, nie chciałem przewijać i kąpać. No bo jak! Takie kruche to, malusieńkie. Bałem się za każdym razem, że ją uszkodzę niechcący. To były takie momenty, gdy bolało najbardziej. Bo wracała świadomość, że teraz trzeba mamy, do takich rzeczy. Przynajmniej na początku, tym bardziej, że to dziewczynka. Żeby dziecko pojawiło się na świecie, potrzeba jest przecież obojga rodziców. Nienaturalne więc jest potem, gdy wszystkie obowiązki musi dźwigać tylko jeden. Ale czasem tak się zdarza. Jak u nas, że los miał na nas jeszcze inny plan niż my na siebie. Cały czas jeszcze się uczę, kształcę, żeby mieć dobrą pracę. Mojej księżniczce niczego nie może zabraknąć. Bardzo jestem wdzięczny za pomoc jednych i drugich rodziców. Bez nich też musiałbym dać jakoś radę ale nie ukrywam, że jest mi dużo łatwiej.

O sobie? Cały czas myślę o sobie, jestem młody, mam plany do zrealizowania. Mnóstwo ciężkiej drogi do pokonania ale też marzeń, które chcę zrealizować. Doszedłem do takiego etapu w swoim rodzicielstwie, że wiem, że Martynka mi w tym nie przeszkodzi. Bo przecież w większości realizuję siebie dla niej właśnie. Bo jak zostajesz ojcem, to nagle wszystko inne przestaje mieć znaczenie. Że dyskotek nie było, że się nie poszalało, bo od razu trzeba było mądrym być. I dorosłym, ba! Odpowiedzialnym za drugie życie. Ja wiem, że ktoś może zarzucić, że i tak szczęście mam, bo rodzice pomagają. Tak i chwała im za to, ale to nie tak, że zwalniają mnie najważniejszego obowiązku. Bycia przy tej małej istocie zawsze. Bo tak się stało, że jestem i zawsze będę jej ojcem i matką w jednym. Najważniejszą osobą. Mogę popełnić każdy błąd, ale nigdy nie mogę jej zawieść. I tak jest nam wystarczająco ciężko. Ona wie, kim jest mama i gdzie jest. Tłumaczyłem jej to, jak dziecku w tym wieku. Że mamusia śpi w niebie z aniołkami. I gdy wieczorem kończę czytać bajkę na dobranoc i poprawiam kołdrę mojej córki. Wtedy tak jakoś przytyka. Ale wierzę, że Aga jest gdzieś tam z nami. I gdyby żyła, byłaby najlepszą matką.


Macierzyństwo

Tak, klaps to jest bicie! A my wciąż uważamy inaczej…

Agnieszka Dyniakowska
Agnieszka Dyniakowska
17 listopada 2016
fot. iStock/ bodnarchuk

O tym, że bicie dziecka jest złe i niedopuszczalne, mówi się głośno od lat. Zmiany prawne, kampanie społeczne, zwiększanie świadomości na temat praw dziecka i pedagogizacja rodziców miały wyeliminować bicie z repertuaru metod wychowawczych Polaków. Niestety, wciąż wielu z nas uważa, że ma prawo podnieść rękę na dziecko.

Choć większość z nas dobrze wie, że nawet zwykły klaps to kara cielesna, a zatem przestępstwo prawnie zakazane, to jednak nadal stosujemy go wobec najmłodszych. Niemal połowa Polaków uważa, że klapsy to niewinna forma kary dla dziecka i jako taka jest przez nich akceptowana. 17 procent nie widzi nic złego w tzw. laniu. To niepokojące dane, ale i tak jest o wiele lepiej niż niemal dekadę temu – w 2007 roku klapsy popierało aż 80 procent rodaków. Oprócz przemocy fizycznej rodzice często sięgają też po psychiczną – 40 procent grozi biciem swoim dzieciom i straszy je karami cielesnymi, tyle samo za karę ignoruje je i traktuje obojętnie.

Eksperci podkreślają, że głównym problemem jest to, iż rodzice uważają swoje dzieci za swoją własność, a zatem wolno im robić z nimi, co tylko chcą. A przecież przemoc rodzi przemoc i uczy tego, że rację ma ten, kto jest silniejszy. Zachowania, których dzieci doświadczają w domu, przenoszone będą przez nie na relacje z rówieśnikami oraz powielane w ich dorosłym życiu. W ten sposób koło przemocy zamyka się, a naganne zachowania wobec maluchów nadal mają miejsce.

Osobom wykonującym władzę rodzicielską oraz sprawującym opiekę lub pieczę nad małoletnim zakazuje się stosowania kar cielesnych art. 96, KRiO

Dlaczego nadal bijemy dzieci? Bo uważamy, że bez tego są rozpieszczone, stają się niewychowane, niezdyscyplinowane, pozbawione szacunku i dzikie. Nawet jeśli dostrzegamy chwilową krzywdę dziecka, to klapsa traktujemy jako mniejsze zło i niewielką szkodę. Pamiętajmy jednak, że klaps nie uczy niczego dobrego – uczy jedynie złych rzeczy. Od 1 sierpnia 2010 roku stosowanie kar cielesnych wobec dzieci jest całkowicie zabronione, o czym mówi art. 96 Kodeksu rodzinnego i opiekuńczego.


Na podstawie: www.tvn24.pl,   www.niedlabicia.pl

Zapisz

Zapisz


Zobacz także

Wspierać byłego partnera? Właściwie dlaczego? Szacunek nie powinien kończyć się razem z miłością

Każde dziecko powinno usłyszeć te 7 zdań

Siódmy miesiąc ciąży, czyli początek trzeciego trymestru

Siódmy miesiąc ciąży, czyli początek trzeciego trymestru