Go to content

Jestem bezpłodna. W dzieciństwie ani razu nie usłyszałam: „nie musisz mieć dzieci, żeby czuć się spełnioną kobietą”

fot. iStock/Martin Dimitrov

Droga Redakcjo,

mam dwadzieścia kilka lat i zawsze powtarzałam, że nie chcę mieć dzieci; bo to nie dla mnie, bo byłabym fatalną matką, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiłabym usiedzieć na miejscu przez kilka miesięcy nie śpiąc i sprzątając. Kiedy moje kolejne rówieśniczki zachodziły w ciążę i chwaliły się pierwszym zdjęciem owocu większej lub mniejszej miłości, ja ciągle powtarzałam, że to nie dla mnie. I może już wtedy czułam, że nigdy nie będzie mi to dane.

Kilka dni temu dowiedziałam się, że z powodu wyniszczenia organizmu przez hormony mam rok na zajście w ciążę, ale szansa, że urodzę dziecko i tak jest minimalna. „Trzeba próbować! Cuda się zdarzają” – skwitował diagnozę miły pan ginekolog. Pewnie myślicie, że skoro nie widziałam siebie w roli matki, niezbyt przejęłam się tą wiadomością. Przez pierwsze kilka godzin też tak myślałam. Pech chciał, że dzień wizyty u lekarza przypadał w Dzień Ojca, który od trzech lat „spędzam” na cmentarzu. Stojąc nad grobem swojego ojca, uświadamiałam sobie, czego tak naprawdę dowiedziałam się kilkaset minut wcześniej.

Chcesz więcej takich treści?
Zapisz się do mojego newslettera i otrzymuj najnowsze artykuły z ohme.pl.

„Przecież i tak nie chciałaś się męczyć z bachorami, więc wyluzuj” – rzuciła przez słuchawkę przyjaciółka. Może i tak, ale jest różnica między chcieć a móc. Może teraz mój instynkt macierzyński jest na poziomie minusowym, ale to nie oznacza, że tak będzie zawsze. I pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że są tysiące dzieci na świecie, które potrzebują miłości, coś we mnie pękło. Nigdy nie poczuję tego ciepła pod sercem, o którym mówiła mama.

Od dzieciństwa dziewczynki przygotowywane są do roli matki. Bawimy się lalkami, wozimy je w przesłodkich wózkach, które ostatecznie i tak pchają za nami rodzice, karmimy, przewijamy. I kiedy nagle ten ważny fundament dzieciństwa przepada, czujesz pustkę. W mediach dużo mówi się o in vitro, parach, które ciągle walczą o ciążę, ale zapomina się o kobietach, które z przyczyn medycznych dziecka nigdy nie będą mogły mieć. W dzieciństwie ani razu nie usłyszymy od naszych matek: „nie musisz mieć dzieci, żeby czuć się spełnioną kobietą”.

W moim przypadku poza wiadomością o postępującej bezpłodności, doszła jeszcze informacja o zupełnym zniszczeniu jednego z jajników w związku z zespołem jajników policystycznych. Nadają się już tylko do wycięcia, a o operacji mam zdecydować sama. I tak będzie musiała odbyć się prywatnie, bo Narodowy Fundusz Zdrowia nie kwapi się do refundowania takich zabiegów. Nie wycięte jajniki w moim przypadku to większe prawdopodobieństwo raka, którym też jestem genetycznie obciążona. Mój plan powinien więc wyglądać tak – zrób sobie dziecko, żeby uratować swoje życie, ale pamiętaj:możesz to dziecko stracić. Plus jest taki, że wówczas usuniemy ci za darmo jajniki. Lekarz przynajmniej był szczery – nie usuną jajników komuś, kto nie urodził jeszcze dziecka.

Chciałabym spytać: co z decydowaniem o własnym ciele? W moim przypadku też o własnym zdrowiu, życiu? Mam słuchać: „Bo Bóg tak chciał”, bo „taka wola Boża”. Okej, ale skoro Bóg mówił też o szanowaniu swojego ciała, to czy nie powinnam mieć możliwości dbania o siebie? Hipokryzja jest powalająca.

W całej tej zaplątanej historii, którą przechodzą tysiące kobiet w Polsce, nikt nie myśli o ludzkiej psychice. Głowa kobiety, która nagle dowiaduje się o bezpłodności jest pełna myśli o tym, co będzie dalej? Co się stanie  skoro nie będzie mogła dać swojemu partnerowi dziecka? A przecież to naturalna kolej rzeczy. Dodatkowo, gdy dochodzi do konieczności wycięcia jajników, pojawiaja się stereotypowe myślenie: „bez organów rozrodczych przestanę być kobietą”. Depresja, obniżenie poziomu własnej wartości… Nawet pozornie najsilniejsza baba może rozpaść się na tysiące maleńkich kawałków, które potem trudno poukładać w całość.

Nie piszę tego listu, żeby wywołać współczucie, ale żeby poruszyć naprawdę poważny temat, o którym wielu boi się mówić. W Polsce na bezpłodność cierpi 1,5 mln kobiet. To zatrważająca liczba kobiet, które w ciszy przeżywają własną tragedię. I nie wystarczy mówienie im: „wszystko będzie dobrze”. To jedno z tych sformułowań, które mogą tylko pogorszyć sytuację. Może baby są jakieś inne, ale w przypadku choroby trzeba nas pociągnąć za warkoczyki i ustawić do pionu. Szczególnie choroby, która kiełkuję zwątpieniem we własną kobiecość.