Listy do redakcji

Jestem bezpłodna. W dzieciństwie ani razu nie usłyszałam: „nie musisz mieć dzieci, żeby czuć się spełnioną kobietą”

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 czerwca 2016
fot. iStock/Martin Dimitrov
 

Droga Redakcjo,

mam dwadzieścia kilka lat i zawsze powtarzałam, że nie chcę mieć dzieci; bo to nie dla mnie, bo byłabym fatalną matką, bo najzwyczajniej w świecie nie potrafiłabym usiedzieć na miejscu przez kilka miesięcy nie śpiąc i sprzątając. Kiedy moje kolejne rówieśniczki zachodziły w ciążę i chwaliły się pierwszym zdjęciem owocu większej lub mniejszej miłości, ja ciągle powtarzałam, że to nie dla mnie. I może już wtedy czułam, że nigdy nie będzie mi to dane.

Kilka dni temu dowiedziałam się, że z powodu wyniszczenia organizmu przez hormony mam rok na zajście w ciążę, ale szansa, że urodzę dziecko i tak jest minimalna. „Trzeba próbować! Cuda się zdarzają” – skwitował diagnozę miły pan ginekolog. Pewnie myślicie, że skoro nie widziałam siebie w roli matki, niezbyt przejęłam się tą wiadomością. Przez pierwsze kilka godzin też tak myślałam. Pech chciał, że dzień wizyty u lekarza przypadał w Dzień Ojca, który od trzech lat „spędzam” na cmentarzu. Stojąc nad grobem swojego ojca, uświadamiałam sobie, czego tak naprawdę dowiedziałam się kilkaset minut wcześniej.

„Przecież i tak nie chciałaś się męczyć z bachorami, więc wyluzuj” – rzuciła przez słuchawkę przyjaciółka. Może i tak, ale jest różnica między chcieć a móc. Może teraz mój instynkt macierzyński jest na poziomie minusowym, ale to nie oznacza, że tak będzie zawsze. I pomimo tego, że zdaję sobie sprawę, że są tysiące dzieci na świecie, które potrzebują miłości, coś we mnie pękło. Nigdy nie poczuję tego ciepła pod sercem, o którym mówiła mama.

Od dzieciństwa dziewczynki przygotowywane są do roli matki. Bawimy się lalkami, wozimy je w przesłodkich wózkach, które ostatecznie i tak pchają za nami rodzice, karmimy, przewijamy. I kiedy nagle ten ważny fundament dzieciństwa przepada, czujesz pustkę. W mediach dużo mówi się o in vitro, parach, które ciągle walczą o ciążę, ale zapomina się o kobietach, które z przyczyn medycznych dziecka nigdy nie będą mogły mieć. W dzieciństwie ani razu nie usłyszymy od naszych matek: „nie musisz mieć dzieci, żeby czuć się spełnioną kobietą”.

W moim przypadku poza wiadomością o postępującej bezpłodności, doszła jeszcze informacja o zupełnym zniszczeniu jednego z jajników w związku z zespołem jajników policystycznych. Nadają się już tylko do wycięcia, a o operacji mam zdecydować sama. I tak będzie musiała odbyć się prywatnie, bo Narodowy Fundusz Zdrowia nie kwapi się do refundowania takich zabiegów. Nie wycięte jajniki w moim przypadku to większe prawdopodobieństwo raka, którym też jestem genetycznie obciążona. Mój plan powinien więc wyglądać tak – zrób sobie dziecko, żeby uratować swoje życie, ale pamiętaj:możesz to dziecko stracić. Plus jest taki, że wówczas usuniemy ci za darmo jajniki. Lekarz przynajmniej był szczery – nie usuną jajników komuś, kto nie urodził jeszcze dziecka.

Chciałabym spytać: co z decydowaniem o własnym ciele? W moim przypadku też o własnym zdrowiu, życiu? Mam słuchać: „Bo Bóg tak chciał”, bo „taka wola Boża”. Okej, ale skoro Bóg mówił też o szanowaniu swojego ciała, to czy nie powinnam mieć możliwości dbania o siebie? Hipokryzja jest powalająca.

W całej tej zaplątanej historii, którą przechodzą tysiące kobiet w Polsce, nikt nie myśli o ludzkiej psychice. Głowa kobiety, która nagle dowiaduje się o bezpłodności jest pełna myśli o tym, co będzie dalej? Co się stanie  skoro nie będzie mogła dać swojemu partnerowi dziecka? A przecież to naturalna kolej rzeczy. Dodatkowo, gdy dochodzi do konieczności wycięcia jajników, pojawiaja się stereotypowe myślenie: „bez organów rozrodczych przestanę być kobietą”. Depresja, obniżenie poziomu własnej wartości… Nawet pozornie najsilniejsza baba może rozpaść się na tysiące maleńkich kawałków, które potem trudno poukładać w całość.

Nie piszę tego listu, żeby wywołać współczucie, ale żeby poruszyć naprawdę poważny temat, o którym wielu boi się mówić. W Polsce na bezpłodność cierpi 1,5 mln kobiet. To zatrważająca liczba kobiet, które w ciszy przeżywają własną tragedię. I nie wystarczy mówienie im: „wszystko będzie dobrze”. To jedno z tych sformułowań, które mogą tylko pogorszyć sytuację. Może baby są jakieś inne, ale w przypadku choroby trzeba nas pociągnąć za warkoczyki i ustawić do pionu. Szczególnie choroby, która kiełkuję zwątpieniem we własną kobiecość.


Listy do redakcji

„Żyjemy w małżeństwach spokojnych, ale martwych. Czy mamy prawo wymagać więcej?”. Rodzina 2016

Listy do redakcji
Listy do redakcji
27 czerwca 2016
Fot. iStock / KatarzynaBialasiewicz
 

To nie jest historia o nieszczęśliwym małżeństwie. To jest historia dobrej, poukładanej rodziny.  Dwoje dzieci, fajne relacje. Wieczorami jemy wspólne kolacje, gramy w Farmera i Monopoly. Jest dużo śmiechu. Wiem wtedy, że tak właśnie wygląda szczęście. Dzieci kwiczą z radości, tłuką się. „Nieeeee, oszukujesz”, „Nieeeee, ty oszukujesz”. Wiem, że gdy dorastałam o tym marzyłam. O spokojnym, stabilnym domu.

Mam go.

Kot mruczy, pies wyleguje się na kanapie. Tak właśnie jest w reklamach, nawet wczoraj taką widziałam. Pies na kanapie, mruczący kot są symbolami luzu, radości, szczęścia. Wstaję rano, pachnie kawą, robię śniadanie. Dzieci ganiają się po kuchni. Chciałabym zatrzymać te momenty na wieczność, bo wiem, że miną.

Tym bardziej czuję się winna. Że chcę czegoś więcej. Czy mam właściwie prawo, gdy wokół tyle bólu i rozwodów?

Mamy wielu przyjaciół, zapraszamy znajomych, jeździmy na wspólne wakacje. Ludzie na nas patrzą i na pewno też myślą, że jesteśmy bardzo szczęśliwi.

Nigdy nie wiedziałam, że można mieć dobrą rodzinę i jednak czuć smutek.

Bo choć rodziną jesteśmy fantastyczną, mi i mojemu mężowi miłość wychodzi średnio. Namiętność, czułość. Słucham? A co to jest? Czy to naturalne, że mija? Nieprawda. Dziś moi znajomi wrzucili na Facebooka zdjęcie ze ślubu. Ona pisze: 24 lata i wciąż tak samo. Może nie było zawsze różowo, ale zawsze barwnie. On (jej mąż) pisze bardzo ciepły komentarz.

Inni znajomi przychodzą na kolacje. On dotyka jej kolana, głaszcze ją go po głowie. To jest małżeństwo z takim samym stażem jak my.

My sprzed kilkunastu lat. Ja bardzo ciepła, czuła, on mniej, ale zakochany, a który mężczyzna nie okazuje czułości, gdy jest zakochany. Jest wyjątkowo.

Kupujemy mieszkanie, budujemy wspólne życie, trochę spieramy się o to, jakiego koloru mają być nasze ściany, i czy w wanna w łazience półokrągła czy klasyczna. Ale jest między nami wszystko to, co powinno być w miłości. Namiętność, czułość, fascynacja, troska, ciepłe słowa. Po prostu wiem, że to jest „to”.

Mijają lata, zmieniamy się. To prawda, pokonujemy razem kryzysy. Jestem przy nim, gdy umiera jego tata. Siostra, mama, młodszy brat pogrążają się w depresji. Biegam między nimi, koję, pomagam, wspieram

On też jest przy mnie. Gdy choruje moja mama wyciąga z konta odkładane przez lata pieniądze. Jest moim przyjacielem, bez wątpienia. Najlepszym. Jestem jego przyjaciółką. Pewnie najlepszą. Wiem, że go otworzyłam, jego mama zachwycona, moja też, bo jestem z kimś stabilnym.

Ale czy wciąż jest moim partnerem? Co zarzucę mu jako kochankowi? Mnóstwo rzeczy.

Prawie  mnie nie dotyka. Nie mówię o seksie raz na dwa, trzy tygodnie. Nie ma potrzeby, żeby mnie przytulić, pocałować. Kiedyś nawet zrobiłam eksperyment. Nie inicjowałam sama kontaktu fizycznego przez dwa tygodnie. On też nie. Zero.

– Czy wiesz, że nie przytulałeś mnie dwa tygodnie?

– Oj, nie przesadzaj. To na pewno nie było tyle. Miałem pracę, mamy kłopoty. O co ci chodzi? Przecież cię kocham.

„Kocham” to jest takie słowo pułapka. Można wrzucić w to każdą nielojalność, zaniedbanie, nieuważność. „Ale przecież cię kocham” mówi ktoś. I powinno zatkać ci usta. „Przecież nie zdradzam”, „Przecież’.

Ludzie zaniedbują się w różny sposób i szalenie mnie złości, ze poruszamy się tylko po kilku polach. Zdrada, niekochanie. Ale ludzie też zaniedbują siebie, choć wciąż coś do siebie czują.

Mój mąż ogląda mecz (przykład z zeszłej soboty)

Klnie jak wariat, wali mnie w kolano jak kumpla. Chce się podzielić swoją radością.

Pewnie, spoko, czepiam się.

Mój mąż zasypia… nigdy nie idzie ze mną spać, bo jeszcze coś ogląda 

– Idziesz?

– Zaraz.

Pewnie. Budzę się o czwartej, jego nie ma obok. Schodzę na dół, śpi na kanapie.

Łapię go za rękę: „Hej, choć na górę”. Bez reakcji.

Ale spoko, czepiam się.

Mój mąż uprawia seks

W sobotę. W tygodniu przelotnie. Chyba oboje się oszukujemy. Bo dziś udajemy, że wystarcza nam pięć minut na stole. I w samochodzie. Karmimy się tym, że mamy taką wyobraźnię i tak fajnie się bzykamy. Spontaniczne. Ejże, ejże. Udajemy sami przed sobą, że szybkie numerki są seksem, a nie uspokajaniem siebie, że jednak coś fizycznego robimy.

Ale spoko, czepiam się.

Właściwie, gdy o tym piszę widzę, że jako namiętny związek już nie istniejemy.

O ja głupia.

Nie istniejemy też jako para romantycznych zakochanych, bo on kiedyś dzwonił w ciągu dnia, a gdy dziś dzwonię ja, on mówi: no?! słucham?! Pracuję!

Tyle słyszałam o małżeństwach. Że prawie wszystkie tak kończą, nawet jeśli zostają razem. Wierzyłam, byłam pewna, że z nami będzie inaczej.

Ale też wylądowałam na planecie stabilizacja. I przepraszam, ale nie o to mi chodzi.

Bardzo jest mi bliski. Wiem, ile mu zawdzięczam, ale nie chcę fizycznie umierać za życia.

Ilu z was umiera tak fizycznie za życia? Oszukuje się dobrze, bo jest rodzina? Bliskość jakaś, nie ma przemocy. Sympatia jest i porozumienia. Faceci też tak mają. Ona wie gdzie są jego majtki, wie jak prać mu spodnie i ułożyć rzeczy. Zna jego każdą wadę. I tajemnicę. To podobno miłość.

Czy ja wiem…

A może to więź głęboka. Może przyjaźń.

Chciałabym, żeby mój mąż szalał za mną. Jak być może oszalałby dla nowej kobiety. Chciałabym, aby wciąż chciało mu się biec mi rano po bułki i kupować ukochaną gazetę. A nie tylko kłócić się, kto tym razem wyjdzie z psem i mówić: „o jezu, o co ci chodzi?”. Chciałabym, żeby zadzwonił w ciągu dnia i spytał: co słychać. Oraz nie zasypiał na kanapie, bo tak ma. ( kiedyś nie miał)

On mi czasem mówi: „Tak bardzo cię kocham”.

Chciałabym powiedzieć: nie musisz mi tego mówić, postaraj się o mnie jak kiedyś. Bo ja wciąż piszę ci czułe SMS-y i czekam z kolacją.

Nigdy nie powiedziałam o tym głośno.

Teraz to napisałam.

I usłyszałam.

Czasem żyjemy w małżeństwach spokojnych, ale martwych. Tyle naszych potrzeb jest niezaspokojonych. Potem się zdradzamy, bo wcześniej nie mieliśmy odwagi powiedzieć: jest średnio, bardzo średnio.

I ja to rozumiem. Większości z nas nie jest potrzebna tylko stabilizacja.

Chcemy być kochani, dotykani.

Chcemy, by ktoś nam mówił, że jesteśmy ważni. Chcemy mieć świetny seks, nie tylko przez pierwszych pięć lat związku.

I nieważne, że mamy dzieci. Potrzeba miłości nie zależy od cyferek w metryce czy liczby potomków.

Można żyć z kimś bardzo bliskim, ale jednak czuć samotność.

A kiedy mamy walczyć o siebie jak nie tu i teraz?


Listy do redakcji

Muzyka relaksacyjna… Jak wybrać tę odpowiednią dla siebie?

Hanna Szczygieł
Hanna Szczygieł
27 czerwca 2016
Fot. iStock / Massimo Merlini

Odpręża, relaksuje, pomaga się skupić… To tylko kilka zalet tzw. muzyki relaksacyjnej. Z pewnością ma grono swoich zwolenników równie liczne, jak tych, którzy na samo hasło muzyka relaksacyjna, gotowi są chwycić za topory lub uciekać. Jedno jest pewne, jeśli szczerze jej nienawidzisz – prawdopodobnie nigdy nie słuchałaś tej odpowiedniej dla siebie!


Przejdź od razu do playlisty →

Psychologia muzyki

Nie każda dla każdego, bo tak jak różnimy się preferencjami w smaku czy w doborze ulubionego zapachu – tak samo mamy różne gusta muzyczne. Kluczem jest dobry nastrój słuchacza i harmonia dźwięków. Z założenia muzyka relaksacyjna powinna być miękka, instrumenty nie powinny poruszać się po skrajnych wartościach swoich skali – tych bardzo wysokich lub bardzo niskich. Mają być bezpieczne, może nawet ciut przewidywalne.

Jeśli nienawidzisz świergotu ptaków, wplatanego w jednostajne melodyjki – nie próbuj nawet się do tego przekonać, czy nie daj Boże zmusić. Muzyka relaksacyjna – ma relaksować, a nie stresować słuchacza. Masz do wyboru potężny wachlarz różnych kompozycji. Kojące dźwięki natury lub miasta, muzyka intrumentalna w wykonaniu wielu różnych instrumentów lub połączenie obu opcji.

quote rozowy ohme2SENSARTE:
„W teorii fala dźwiękowa dociera do każdej komórki naszego ciała. Odpowiednio dopasowana, może pomóc zrelaksować się lub pobudzić. Odprężyć lub doprowadzić do większego napięcia”.**

Fot. iStock / ijeab

Fot. iStock / ijeab

Każda muzyka wywołuje emocje. Co ciekawe, ta sama muzyka może w różny sposób oddziaływać na różne osoby. Nie ma więc złotej zasady, recepty na idealne dźwięki, które odprężą każdego. Zaufajcie swojej intuicji i wypróbujcie, co najlepiej koi wasze uszy.

Lista uczuć wywołanych przez muzykę:

  1. wesoły, jasny, cieszący, rozbawiony, swawolny;
  2. dziwaczny, fantazyjny, urojony, baśniowy;
  3. czuły, delikatny, miły wdzięczny;
  4. uspokajający, pogodny, zadowalający;
  5. rozmarzony, sentymentalny, tęskny, żałosny, patetyczny;
  6. bolesny, mroczny, posępny, tragiczny, dramatyczny,
  7. święty, bezcielesny, podniosły;
  8. majestatyczny, tryumfalny;
  9. gniewny, dzielny, podniecający, popędliwy;
  10. udaremniający.*

Specjalnie dla was – 10 różnych muzycznych zestawów – żeby po ciężkim dniu, ukoić nieco nerwy!

Muzyka relaksacyjna – playlista, czyli tryliard godzin do słuchania 😉

Delikatna muzyka oraz szum morza

Deszcz i burza – idealne do zasypiania

Ze śpiewem ptaków – do medytacji:

Lepsza koncentracja – do nauki:

Instrumentalne – gitara akustyczna:

10 godzin deszczu dla wymagających

Intrumentalnie – fortepian

Dźwięki miasta – dla zadeklarowanych mieszczuchów

Ptaki acapella

Zestawy na 30-minutową drzemkę:

 


Źródła: YouTube, polki.pl,

* J. Wierszyłowski – listę dziesięciu grup nastrojów wywołanych przez muzykę, polki.pl
** SENSARTE


Zobacz także

Akcja #KobieceSpotkania

„To nie jest zwykłe kobiece spotkanie. Moja kochana mama zginęła w wypadku”. Akcja #KobieceSpotkania

„Każdego dnia uczysz mnie czegoś nowego”. Akcja „List do dziecka”

„Pamiętam, że w takich chwilach sama Twoja obecność ulgą była”. Akcja „List do mamy”