Lifestyle

Zróbmy im wnuka… Albo żyjmy po swojemu i bądźmy szczęśliwi

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
6 października 2016
Fot. iStock/UberImages
 

Egoiści, co myślą tylko o sobie. Ale do czasu to wszystko, do czasu. Przyjdzie starość, choroby przyjdą. Dowiedzą się wtedy, co to samotność, kiedy człowiekowi nie ma już kto szklanki wody podać. Dowiedzą się co to święta bez tupotu małych, słodkich nóżek. Zostaną sami, w tym wielkim mieszkaniu, w którym nigdy nie stanęło dziecięce łóżeczko. I dla kogo te wszystkie oszczędności, kto to po nich dostanie? A niech się bawią, a potem sami się przekonają. Dobrze im będzie tak, tym wygodnickim!

Chcemy dziecka

Marta i Łukasz poznali się w pracy. Oboje są jej pasjonatami, więc wspólnych tematów w zasadzie nigdy im nie brakuje. Kochają też podróże, te dalekie i egzotyczne. I książki historyczne tych samych autorów. Może to nie była szaleńcza miłość (za to spokojna i stabilna), ale oni są ze sobą szczęśliwi, swobodni. Dobrali się – tak orzekli znajomi. Dobrze im ze sobą, nawet bardzo. I pewni są tego, że życiowe decyzje, które razem podjęli są dla nich najlepsze.

Zaczęło się po ślubie. Najpierw mama Marty nieśmiało przebąkiwała, że „trzydziestka już dawno przekroczona, kariery porobione, mieszkanie własne, to może warto pomyśleć o potomstwie”, a niedługo potem dołączyła do niej teściowa. Wiadomo – rodzice jedynaków.

– No dobra – powiedziała Marta bez entuzjazmu – To trzeba się do tego przymierzyć. A Łukasz nie miał nic przeciwko. Więc przymierzali się przez rok. Bezskutecznie. Ale dobrze się przy tym bawili. Kiedy minęło kolejne 6 miesięcy, a Marta nadal nie zachodziła w ciążę, zaczęli się niepokoić. – Coś robisz nie tak – padło w sypialni, bo Marta ma do wszystkiego podejście praktyczne i w najbardziej przyziemnych problemach szuka ciągu skutek – przyczyna. Obstawili się więc poradnikami, testami owulacyjnymi, preparatami witaminowymi i aplikacjami w telefonie. I jeszcze przeszli na specjalną dietę. Przyrządzaniem dań z listy zajęła się mama Marty. Oni byli zbyt zajęci.

Oni chcą dziecka

Po dwóch latach starań przyszła frustracja. Nie dlatego, że nie przyniosły one skutku, ale dlatego, że presja stała się nie do zniesienia. Niedoszłe babcie zasypywały Martę poradami, dziadkowie rozładowywali napięcie niewybrednymi żartami. Życzenia urodzinowe zaczynały się od słów: „przecież wiesz, czego ci życzymy, bylibyśmy tacy szczęśliwi…”, a przy wigilijnym opłatku mówiono im: „no, to żeby za rok było już nas więcej, z dwójeczki cieszylibyśmy się podwójnie”.

Na początku udawali, że nic to, że rozumieją, że w końcu to przecież rodzice… Potem coś pękło. Dokładnie rzec biorąc, wtedy kiedy teściowa Marty przyniosła jej na imieniny wynaleziony w internetowym sklepie dla przyszłych mam komplet bielizny erotycznej „ułatwiający zajście w ciążę” i zaprezentowała specjalny, olbrzymi i ilustrowany (!) kalendarz owulacyjny, sprowadzony z USA,  (od kuzynki, która „korzystała” przy wszystkich próbach zajścia ze 100% -ową skutecznością). I zażądała daty ostatniej miesiączki.

– Może byłam już zmęczona – mówi Marta – Przestałam odczuwać radość z seksu, a zaczęłam traktować go jak obowiązek, jak pracę, która, niezależnie od tego jak ją wykonuje – nie przynosi efektów. Tak czy owak, wyprosiłam ją za drzwi. Razem z tymi różowymi gaciami, z metką z wizerunkiem bociana.

Nie chcemy dziecka, jesteśmy szczęśliwi

Nie mówiąc nic nikomu, Marta i Łukasz poszli jednak do specjalisty. Szczegółowe badania nie wykazały poważniejszych problemów zdrowotnych. Odetchnęli, ale na krótko. Kolejne, nieudane próby sprawiły, że to między nimi zaczęło się psuć. I to na poważnie. Pierwsze kłótnie, pierwsze łzy, inne niż te ze wzruszenia i szczęścia. Powiedzieli: STOP.

Trafili do psychologa, terapeuty par. I dopiero tam dotarło do nich, że głęboko, podświadomie czują, że wcale nie chcą być rodzicami. Odpuścili. Zrozumieli, że oni już zawsze będą mieli tylko siebie, że tego pragną, że ich to nie przeraża, że tacy właśnie są szczęśliwi. Bez dziecka. I pomalowali ściany sypialni na waniliowy kolor.

Hiobowe wieści zakomunikowali wszystkim w najgorszym możliwym momencie. Podczas imprezy rodzinnej z okazji 40- tej rocznicy ślubu rodziców Łukasza. Kiedy teściowie Marty, zdmuchując świeczki na rocznicowym torcie wypowiadali głośno życzenie („… no i oczywiście, wiecie wszyscy, jakim cudownym prezentem na kolejną rocznicę byłby dla nas wnuczek”…), odparowali niemal jednocześnie: „A może być pies? Nie będzie wnuczka. Ale kupiliśmy psa.”

Popłynęło może łez, wyrzutów i złości. Ale decyzja zapadła.

Dziś, rodzice Marty i Łukasza wiedzą już na pewno, że o żadnych wnuczętach nie ma mowy. Marta i Łukasz nadal tego nie poczuli – nie zapragnęli zostać rodzicami. Uwielbiają córeczki swoich znajomych, kochają czule (i najlepiej na odległość) synka przyjaciółki domu i na tym koniec. Kupili nieco mniejsze mieszkanie, odkładają pieniądze na emeryturę. Mają wizję: spędzą ją podróżując po Azji i Ameryce Południowej, tak długo, jak pozwolą im na to siły. A potem, osiądą gdzieś na stałe, na przykład w Bieszczadach, zaczytani w swoich książkach, razem.

– Ci to się dobrze urządzili – powiedział mi o nich, z nieskrywanym jadzikiem zazdrości, wspólny znajomy. – Jaka oszczędność na samych pieluchach i ubrankach. Skręca mnie, jak podliczam. A te nerwy, te noce nieprzespane…  Wykpili się, co?

Jednak zaraz potem dodaje: – E, teraz wszyscy teściowie mówią „zróbcie nam wnuka, zróbcie nam wnuka”… Ale czy sami chcieliby przejść przez to jeszcze raz? Ja nie.


Lifestyle

Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
18 października 2016
Wszyscy chcą dobrze, wychodzi najgorzej. Kiedy wprowadzasz się do jego rodziców
Fot. iStock/Martinns
 

Miało być inaczej, jasna sprawa. Miało nas to nie dotknąć, mieliśmy być mądrzejsi. Oni mieli być mądrzejsi, ci wszyscy wokół. A my mniej nerwowi, bardziej odporni. Wyszło, jak zawsze. Cóż, jasny wynik konfrontacji oczekiwań i pobożnych życzeń z rzeczywistością. Bo jak się znajdzie tylu, co „chcą dla was jak najlepiej”, tyle, że po swojemu, to w końcu zawsze wyjdzie najgorzej.My się naprawdę bardzo kochamy. Rzadko się kłóciliśmy. To znaczy, tak było zanim wszystko się pozmieniało i gdy trzy lata po ślubie, podjęliśmy decyzję, która miała zmienić nasze życie. W momencie kiedy wzięliśmy kredyt, zaczęliśmy budowę domu, domowy budżet zaczął nam się kurczyć. Spłacanie raty kredytu na dom i wynajmu mieszkania jednocześnie stało się obciążeniem, które przestało nam się opłacać.

– Zamieszkajcie z nami – zaproponowali teściowie. – Oddamy wam całe piętro. Nie będziemy sobie na głowę wchodzić. Tylko kuchnia wspólna, ale jakoś się podzielimy. Nie musimy się nawet widywać.

– Jezu kochany, nie – mówił głos w mojej głowie. W myślach przywoływałam historie moich znajomych, których małżeństwa przechodziły najgorsze kryzysy, właśnie w tym momencie, gdy trzeba było na chwilę zamieszkać z rodzicami. Ba, nie musiałam daleko szukać, najbliższym przykładem tego, co się może wydarzyć, gdy żyje się pod jednym dachem z rodzicami, był związek moich rodziców. Rozpadł się po czterech latach oczekiwania na klucze do własnego M3.

Fakt, była różnica, oni (wszyscy ci znajomi) mieli dzieci. Istotny punkt zapalny w tak ciasnych okolicznościach mieszkaniowych… U nas właściwie nie byłoby o co kopii kruszyć. I ostatecznie przekonał mnie taki właśnie argument mojego męża: oboje pracujemy, jesteśmy niezależni, będziemy się tam więc czuli w miarę swobodnie. Z resztą, w każdej chwili możemy się zwinąć manatki i coś wynająć. A ile zaoszczędzimy przez ten rok. Zrezygnowaliśmy z wynajmu, wprowadziliśmy się do domu teściów. Rozpoczęliśmy nowy etap.

Zrobisz jak uważasz, ale ja wiem lepiej

Pierwszego wieczora, kiedy zamknęły się za nami drzwi i ostatnia walizka została przez mojego męża wniesiona na („naszą”) górę, usiadłam na wielkim, dębowym łóżku i… natychmiast wstałam. Stuk, stuk – teściowa wparowała tanecznym krokiem.  – Kolacja na stole, myjcie rączki i schodzimy – oznajmiła.

– Ale chcieliśmy zjeść na mieście – zaczęłam nieśmiało. – No żartujesz, po co wydawać pieniądze, jak u nas wszystko jest. Oszczędzajcie na dom, tam dużo trzeba będzie jeszcze włożyć. No wiesz, zrobisz jak chcesz, ale tak chyba jest lepiej dla was, prawda?

Spojrzałam na męża, znikał już na schodach. Ok ­– pomyślałam, pierwsza noc, nie będę się upierać. Przecież to na pewno nie będzie tak wyglądało codziennie.

Pomyliłam się. I następnego dnia i każdego kolejnego, kiedy wracaliśmy z pracy, czekała na nas kolacja i stół, nakryty na cztery osoby. Odmowa była traktowana jak cios w samo serce: ze łzami i wyrzutami.

– Słuchaj – mówiłam do męża – to nie może tak być, ja chciałam z Tobą sama tę kolację. – Daj spokój, jeszcze będziemy mieli okazję – odpowiadał. A we mnie się gotowało. Bo w soboty i niedzielę budziło nas nawoływanie na wspólne śniadanie. A przy śniadaniu zaczynały się rozmowy o tym, jak planujemy spędzić weekend. Bo może jakaś wspólna wycieczka? Albo wizyta u cioci Krysi?

– Mamy inne plany – mówiłam, starając się bronić naszej przestrzeni. Niestety, byłam w tym wszystkim osamotniona. Ze zdumieniem obserwowałam jak mój mąż, do tej pory człowiek energiczny i zdecydowany, zmienia się w powolnego leniwca, któremu w zasadzie „wszystko jedno”, a właściwie najlepiej będzie, jak ktoś zdecyduje za niego. Ktoś, czyli rodzice.

Pod koniec miesiąca pokłóciliśmy się pierwszy raz w życiu. O majtki.

To znaczy, o tę bieliznę moją i mojego męża, którą zostawiłam na suszarce na „naszym” tarasie, i którą „ktoś z dołu” poprzewieszał, segregując po swojemu, bo po mojemu było źle. Pomijam fakt, że zrobiono to pod moją nieobecność. Nie wiem, czy to ze zmęczenia, czy z powodu narastającego napięcia zareagowałam bardziej nerwowo niż zwykle. – Nie życzę sobie, by twoi rodzice dotykali moich majtek! – krzyknęłam. – Przesadzasz – powiedział on. – Chcieli dobrze.

Poszliśmy spać odwróceni do siebie tyłem. Rano zdradziła nas wymowna cisza we wspólnej kuchni. Ja zagryzałam zęby na rzodkiewce. Teściowa grała rolę rozjemcy – Proszę się natychmiast przeprosić – strofowała nas na pół żartem na pół serio. Do pracy wyszłam zdołowana jak nigdy wcześniej.

Powoli wchodziłam w rytm życia w domu moich teściów. To, co miało być niezależnością i szacunkiem (ich dla naszej intymności) okazało się ciągłymi próbami narzucania nam swoich planów, rozwiązań i decyzji. Moja naprawdę świetnie wykształcona i jak mi się do tej pory wydawało kulturalna teściowa potrafiła „wpadać” do nas („stuk, stuk, idę”) o dowolnej porze, kontrolować, dopytywać o najbardziej osobiste sprawy. W odczuciu rodziców mojego męża staliśmy się jedną wielka rodziną, a jemu zdecydowanie to nie przeszkadzało. Kiedy się przemogłam i starałam się być asertywna, usłyszałam: skoro mieszkacie u nas, jesteście tu na naszych zasadach.

Nadszedł  moment, w którym oznajmiłam mężowi, że się wyprowadzam, niezależnie od tego, czy zdecyduje się pójść ze mną, czy zostać. – Wytrzymaj się – usłyszałam w odpowiedzi. – Jeszcze tylko 7 miesięcy. No i mogłabyś być lepsza dla mojej mamy. Ona stara się do ciebie zbliżyć, jesteście z różnych pokoleń, nie rozumiesz jej po prostu. Zasnęłam płacząc z bezsilności. Chyba tylko ja zdawałam sobie sprawę z powagi sytuacji. Oddaliliśmy się od siebie. Padły słowa: rozwód, rozczarowanie. I, że nie tak to miało być.

Z dnia na dzień podjęłam decyzję o wyprowadzce. Wynajęłam maleńką kawalerkę. Wyniosłam się bez słowa, kiedy akurat nikogo nie było w domu. Tydzień później, w drzwiach mieszkania pojawił się mój mąż. Z walizkami. Ale happy end jeszcze nie nastąpił. Poznaliśmy się od zupełnie innej, gorszej strony. Ja noszę w sobie dużo żalu, nie ufam mu jak dawniej.

Z teściami nie widziałam się od wyprowadzki, czyli już prawie trzy miesiące. I z tym mi akurat, całkiem dobrze.


Lifestyle

Przestańcie w nich widzieć zagrożenie. „Ryczące czterdziestki” to po prostu silne kobiety, które potrafią być szczęśliwe

Rycząca Trzydziestka
Rycząca Trzydziestka
29 września 2016
Fot. iStock / YakobchukOlena

Kim jest rycząca trzydziestka, czterdziestka czy sześćdziesiątka? Wcale nie tym, kim myślicie. Jeśli przed oczami pojawił się wam obraz głośnej i wyzywającej „baby”, która robi wiele hałasu o nic (wokół siebie) i stara się na siłę wydać bardziej atrakcyjną niż to Pan Bóg miał w planach – mylicie się, albo nie potraficie spojrzeć ponad to, co widać na pierwszy rzut oka. Rycząca to ta, która ma coś do powiedzenia i nie siedzi już z tym w  kącie sama (choć może kiedyś tak właśnie miała w zwyczaju).

A ryczy o sprawach, które są dla niej ważne. Ryczy po to, by coś wywalczyć. Ryczy, żeby ją zauważono. Bo wie, że tak właśnie trzeba.

Być może dochodziła do tego latami. Może tłumiła gdzieś głęboko emocje, prawdę o sobie, swoje prawdziwe przekonania, świadomość swoich potrzeb i poglądów. Ale teraz już tu jest i chce, by jej wysłuchano.

Każda Rycząca jest kobietą mocy. Przeszła już trochę w swoim życiu, doświadczyła i smutku i szczęścia. Chętnie przewodzi innym, ale nie stara się narzucać im swoich rozwiązań. Wie, że do tych najlepszych najlepiej jest dość/dojrzeć samemu. Sama ma świadomość swoich błędów, ale potrafi też je zaakceptować. Nie pytajcie jak to się dzieje. „Lata praktyki” to chyba jedyna sensowna odpowiedź.

Cenię Ryczące za ich autentyzm. Jeśli podkreślają swoją kobiecość, robią to „na bogato”, z rozmachem. Częściej zobaczysz je w obcisłych dżinsach niż spacerowym dresie. Ale to właśnie te dżinsy, nie spodnie od dresu, pasują do nich najbardziej. Myślisz o szpilkach? To stereotyp. Tak jak karminowa szminka i dobrany do niej kolor lakieru do paznokci. Rycząca wygląda tak, jak ma na to  w danej chwili ochotę. Tak, by czuła się ze sobą dobrze.

Rycząca potrafi być asertywna  i postawić siebie w na pierwszym miejscu. Zazwyczaj oznacza to bezkompromisowość, ale cóż, to nie jej wina, takie mamy czasy i okoliczności. Zauważa swoje potrzeby i wie, jak je zaspokoić. Nie boi się zrobić w duszy rachunku sumienia i przyznać przed samą sobą, że nie jest szczęśliwa. Jeśli coś jest w jej życiu nie tak, ona powie o tym głośno, bo będzie chciała zmian. Wie, że są konieczne, że nie ma na co czekać, jeśli można zrobić coś, by było lepiej. I nie gniewaj się na nią, jeśli usłyszałaś od niej „nie”. Możesz być pewna, że miała ku temu ważny powód: nie chciała postąpić wbrew sobie.

Możesz mieć wrażenie, że dominuje swojego partnera. Ale on to uwielbia. Kocha jej bezpośredniość i to, że jej gniew trwa tyle co majowa burza. I jeszcze, że można z nią konie kraść.

Rycząca nie porównuje się z innymi kobietami. Po co? Wie, że każda kobieta na świecie jest inna i, że absolutnie każda może być cudowna, interesująca, wyjątkowa. Zazdrość? Tylko wtedy, gdy dasz jej do zazdrości powód. Bo tak na co dzień, Rycząca nie traci energii na zmaganie się z trudnymi emocjami. Świat bywa wystarczająco trudny.

Rycząca potrafi sama stanąć w swojej obronie. Co nie znaczy, że nie będzie ci wdzięczna, jeśli zrobisz to w jej imieniu. Chodzi raczej o jej wewnętrzne przekonanie, że sama jest w stanie o siebie zadbać. Ona umie o siebie zadbać. Najpewniej też nie zaprzyjaźni się z byłym wrogiem i długo jeszcze po tym, jak ją skrzywdził, będzie miała na niego oko. Ale wybaczy, dla siebie, żeby pozbyć się zbędnej, negatywnej energii.

Rycząca umie też coś, czego wiele innych osób nie potrafi. Spoglądają na nią z zazdrością i zastanawiają się jak ona to robi. W jaki sposób nauczyła się być szczęśliwa? Dla niej to żaden wysiłek. Wystarcz tylko wiedzieć, że gdzieś w środku drzemie w nas ogromna siła. I znać wartość życia, podobnie jak swoją własną wartość.

Zamiast zazdrościć, zerkać z ciekawością z bezpiecznej odległości, przyłączcie się do Ryczących. One mają w sobie moc, by zmieniać świat na lepsze.