Lifestyle

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. A ja jeszcze pod ciepłym kocykiem!

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
1 marca 2017
Fot. iStock/stock_colors
 

„O jak pięknie”

„W końcu ciepło!”

„Wiosnę czuć w powietrzu”

Wpadłam w popłoch? Jaka wiosna, gdzie? Przecież ja tu jeszcze pod kocykiem wieczorem zajadając pyszną szarlotkę, bo przecież, kiedy zimno, to organizm domaga się więcej jedzenia, więcej słodyczy, więcej odpoczynku! Więc jaka wiosna?

Ja nie jestem gotowa na wiosnę! No przecież obiecałam sobie, że tym razem zgubię tę oponkę na brzuchu – tę małą co kryje się pod tą większą, żeby – wiadomo – za wysoko sobie poprzeczki nie stawiać. A tymczasem – wiosna! A ja jeszcze w nocy wyjadam kawałek sera z lodówki, albo z łyżeczki pyszny miód zlizuję – no dobra z dwóch, bo coś mnie w gardle drapie. Wiadomo, że miód najlepiej smakuje zimą. I mi nadal smakuje, więc jak to wiosna?

No przecież wiosną trzeba wyjść spod tego koca, przeciągnąć się, wyprężyć grzbiet jak kot i zacząć działać. A ja tak jeszcze marzę, żeby choć przez chwilę móc bezkarnie leżeć wieczorem, każdy kawałek usprawiedliwiać tym, że ciemno, buro, że jak już tak brzydko, to chociaż na czekoladową przyjemność muszę sobie pozwolić.

A za chwilę usłyszę, że ptaki śpiewają, kwiaty rosną – to prawdziwa przyjemność, a nie jakaś tam czekolada.

Żesz w mordę – w tym roku miałam być do wiosny przygotowana. Miałam nie dać się zimowemu nastrojowi, nie zapaść w sen, ale tak mi się błogo zrobiło… I wydawało mi się, że jeszcze tyle czasu mam.

No i stres. Stres, bo trzeba już, zaraz zrobić porządek w szafie, wyciągnąć narzędzia zbrodni w postaci spodni lekkich i kolorowych, w które… no w końcu ze sobą jestem szczera – na bank nie wlezę. A jak wlezę, to ta oponka, co to zniknąć do wiosny miała, a teraz jak na nią patrzę to większa mi się wydaje, wystawać haniebnie będzie.

Fuck. Przecież sobie obiecałam, że nie dołączę do grona tych, którzy nagle wysypują się na ścieżki biegowe w poszukiwaniu wiosny i na chama chcą zgubić zbędny już po zimie tłuszcz. Nie będę ściskać się na siłowni z tymi, którzy też zapomnieli, że zima się w końcu kiedyś kończy i czas wystawić łeb do słońca, a ciało przystosować do zwiększonej aktywności.

Jasne, i mogłabym to wszystko olać. Przecież to moje ciało, moje życie i wszystkim ch*j do tego jak wyglądam i się czuję. Mogłabym toczyć się jak niedźwiedź polarny do kolejnej zimy. Ale nawet mój młodszy syn (zoolog z zamiłowania psia kość) uświadomił mi, że nawet białe misie gubią tłuszcz na wiosnę. Im to się pewnie topi pod tym futrem… Cwaniaki.

No więc siedzę oszołomiona faktem, że jednak za ciepło mi w zimowej kurtce, kiedy lecę po syna na trening (jessu wszędzie ten sport), że może czapkę czas już ścignąć i o włosy jednak zadbać, a nie przykrywać je futrzakiem – ot i sprawa załatwiona.

Jeny, jaka zima jest cudowna w tych ukrywankach. Tu czapka na tłuste włosy, tam gruba kurtka, pod nią bluza i zawsze możesz powiedzieć, że na cebulę się ubrałaś, a nie że czekolady za dużo. Bieganie w mrozie – brrr, przecież katar się trafił. Nikt w weekend na rower cię nie ciągnie, każdy rozumie, że z książką zaszywasz się pod kocem, bo przemarzłaś w kolejce do mięsnego – zimno od tych lodówek jak cholera było. Możesz pić grzane wino, gorącą czekoladę, herbatę z ogromną ilością miodu i myśleć sobie: „świat jest piękny, a jak przyjdzie wiosna, będzie jeszcze piękniejszy”.

A tu ZONK. Wiosna przyszła, świat pięknieje, tylko nie ty! No dobra, udaję, że nie słyszę, że meteorologiczna wiosna się zaczęła. Do topienia czarowonic – tfu – marzanny jeszcze trochę zostało.

Płaczę nad moim kocykiem… Odstawiam wielki kubek herbaty, w której tonęły kilogramy cukru – bo przecież z cytryną i wyciągam butelkę wody. Zakazuję kupowania moich ulubionych słodyczy. Czas na detoks. Otwieram okno, wciągam głęboko powietrze i wiecie co… Wzruszam się. Na szczęście nikt nie widzi. Wzruszam się, bo idzie nowe. Oponkę na bank zgubię, rower odkurzę, z dzieciakami spacer długi w weekend zaplanuję. Moje koty wpadają przez otwarte okno do domu…Kurde, już zdążyły trochę schudnąć. Pies patrzy spode łba – stary wyglądasz jak ja po zimie. Idzie wiosna! Syn – ten od niedźwiedzi – krzyczy: „Mamo, patrz, żurawie”.

I już nie czuję paniki. Prostuję się, puszczam do siebie oko przechodząc koło lustra, bo wiem, że zaczyna się znowu cudowny czas pod tytułem: „wszystko mi się chce, kocham życie, siebie i w dupie mam oponki”. No. To idę pobiegać, żeby pooddychać wiosną. A wy?

P.S. Wróciłam. O ja cię pierdzielę… Zima odcisnęła na mnie swoje piętno, kiedy jak parowóz marzyłam, by dostać się do domu… Uważajcie może z tym hura optymizmem.


Lifestyle

Rety, marzę o dniu, żeby nie dać się zwariować! Powiedzcie, czy tylko ja jestem taka niepoukładana i mało idealna?

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
7 marca 2017
Fot. iStock/Tempura
 

Obudziłam się i nim zerwałam się z łóżka pomyślałam: „rety ja dzisiaj nic nie muszę”. Wyciągnęłam się, przykryłam szczelniej kołdrą i rozkoszowałam się chwilą, kiedy nagle dostaje się w prezencie kilka minut, godzin, ba – nawet cały dzień.

Bo to taki miał być dzień, kiedy nic mnie nie goni. Mogę leżeć, spać do woli, bez nerwowego patrzenia na zegarek i co chwilę przesuwania budzika, albo załączania nowej drzemki. Wiecie jaki jest mój rekord? Potrafię budzik nastawić na 5:30 – żeby wstać wcześniej, spokojnie wszystko zrobić, wypić nawet kawę w ciszy, kiedy cały dom śpi, a w efekcie wstaję o 6:45 i skaczę na jednej nodze do kuchni wciągając w tym czasie na drugą spodnie lub rajstopy. Nieee, najczęściej spodni, bo już czas na wyprasowanie sukienki zdecydowanie brak. Oczywiście skacząc trafiam na porzuconego i samotnego klocka. Klnę pod nosem, bo zamiast godzinę i 15 minut przełączać drzemkę, mogłam sobie budzik na 6:30 nastawić i jednak trochę dłużej pospać. No i dzień zaczynam wścieklizną, bo: po pierwsze się nie wyspałam, po drugie: jestem wściekła, że znowu sobie coś obiecałam i g*wno za przeproszeniem z tego wyszło.

I paznokcie zdążę sobie domalować te, co obdrapałam stojąc w korku, a spiesząc się, co by dzieciaki do szkoły odwieźć i mimo wszystko chociaż raz w tym tygodniu się nie sóźnić. Matko, jakby to była waga życia i śmierci – dzieci niespóźnione do szkoły. Czasami klepię się w ten mój łeb myśląc – co ty tam masz, naprawdę nie masz czym się aż tak bardzo przejmować, że korek w drodze do pracy, przestawiany budzik i klocek na środku korytarza doprowadza cię niemalże do stanu epilepsji?

No więc dziś jest inny dzień. Dziś leżę. Śpię. Nie gonię. Wyłączam budzik i wiem, że tym razem nie muszę się zrywać. Nie muszę wysłuchiwać tych wszystkich: a on pluje na mnie pastą, a ja nie chcę na śniadanie twarogu, a nie mogę choć raz kanapki z czekoladą, tylko ja jedyny nie przynoszę do szkoły kanapki z czekoladą. Na tym etapie poranka jestem w stanie obiecać wszystko. Nawet to, że kupię te cholerną czekoladę i że raz w tygodniu – ok, nie ma sprawy – licząc, że do kolejnego ranka o tym zapomną i pokłócą się o coś zupełnie innego. Wypadam z domu z połową makijażu na twarzy. To już standard, że rzęsy maluję w aucie, a szminkę wożę w schowku, nawet nie w torebce, bo jaki to ma sens, skoro i tak ostatnią rzeczą, jaką robię przed wyjściem z auta, to rzucenie oka w lusterko i wtedy zapala mi się lampka „USTA”. Niech chociaż na wejściu do pracy wyglądam jak opanowana super-woman, która to wstała rano, kawę wypiła (a raczej pół kawy, a raczej z dwa łyki może – matko ile ja bym dała za tę kawę co ją w łazience w domu zostawiłam), dzieci rozwiozła i idealnie – bo tak świetnie planuje sobie czas – 3 minuty przed rozpoczęciem pracy, wchodzi z uśmiechem i pomalowanymi ustami do biura. Czyż nie idealnie?

Ale dzisiaj ja leżę sobie w łóżku i myślę o tym, że nikogo nigdzie nie muszę odwozić. Że dzieci zniknęły z tego domu jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki i choć czuję lekkie ukłucie tęsknoty, to przecież nie będę rozpaczać. To nie pora na rozpacz, to raptem kilka dni, kiedy postanowiono mnie odciążyć, dać odpocząć, zrelaksować się.

Dziś nie będę gnać po pracy, w aucie zmieniając szpilki na tenisówki – jednak dobrze, że w spodnie rano się wciskałam, a nie sukienkę. Nie będę lecieć jak na złamanie karku odbierając co chwilę telefon: „Mamo gdzie jesteś?”. No jestem jestem, jadę przecież spieszę się, wiem, że trening to jedna z niewielu rzeczy, na których mojemu dziecku zależy. A ja przecież tak bardzo nie chcę zawieźć. To już ten etap dnia, kiedy o pomadce zapominam. Z szaleństwem w oczach miotam gromami po kierowcach, którzy nie chcą mnie wpuścić, dać się wyprzedzić. Mielę w buzi stos przekleństw pod ich adresem, dobrze, że tego nie słyszą, bo wtedy na pewno by mnie nie przepuścili. Dopadam do szkoły, zabieram ferajnę i zbłąkanego kolegę który zapomniał mamie powiedzieć, że dziś wcześniej kończą. Dzwonimy do mamy, słyszę ulgę w jej głosie i tak bardzo ją rozumiem i zazdroszczę… że też mnie nie napatoczyła się taka mama…

„Hej, co dziś na obiad?” – słyszę to lekkie pytanie w telefonie. Lekkie a niosące tajfun zniszczenia. Mam ochotę wejść do tego telefonu, wyjść po drugiej stronie i zagryźć. Co na obiad? CO NA OBIAD? Fuck… zapomniałam o obiedzie. Przecież miałam wieczorem wyciągnąć zamrożone piersi z kurczaka, zrobić z makaronem na szybko, jak wrócimy do domu… Dlaczego to mnie spotyka. Rety, pewnie żadnej inne kobiecie na świecie to się nie zdarza. Wszystkie są zorganizowane, poukładane, i nie przestawiają budzika przez ponad godzinę oszukując samą siebie, że na pewno wstaną szybciej.

Czuję, jak zbliżam się do histerii i ataku paniki. Jak łzy cisną mi się do oczu, jak cały świat przyciska mnie do kierownicy. Bo jestem taka biedna, taka samotna, bo nikt mnie nie rozumie i nawet te diabelskie piersi pozwoliły o sobie zapomnieć.

Budzik. 5:30. WTF? Eeeeee… Rozglądam się. Cały dom jeszcze śpi. Kot przeciąga się na fotelu. Nieeee, TEN dzień – wymarzony i wyleżany, był tylko snem… Jak mógł. Ale jest 5:30 – może jednak wstanę, wyłączę drzemkę. Może raz zdążę wypić tę kawę przed wyjściem z domu i nie dam się zwariować? Czego i wam od czasu do czasu życzę. 😉


Lifestyle

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach. Kocham

Baba na wku_wie
Baba na wku_wie
27 lutego 2017
Fot. iStock/ArminStautBerlin

Kocham lumpeksy. I pamiętam czasy, kiedy wstyd było się do tego przyznać. „Ja do lumpeksu? No co ty, nigdy w świecie!”. Lumpeksy były pochowane w podwórkach, w bramach, małe, ciasne i nie ma co ukrywać – często śmierdzące pomieszczenia.

Jestem z pokolenia, które doskonale pamięta czasy powstawania lumpeksów. Sklep z odzieżą używaną brzmiał podejrzanie. No bo jak z używaną, że mam iść i kupić ciuchy, które już ktoś nosił? Brr, a fuj, co to to nie. Przemykałyście po kryjomu do lumpeksów bojąc się, że spotkacie kogoś znajomego? Że ktoś zobaczy, jak wychodzicie z wielką reklamówą używanych ciuchów?

Nie wiem, kiedy lumpeksy zostały odczarowane z mitu, że to sklepy dla biednych, gdzie za niewielkie pieniądze ubrać można było 8-osobową rodzinę. I te przytyki pogardliwie wygłaszane: „A to pewnie masz z lumpeksu”, „Lumpeksiara”. Lumpeksy wyszły na pierwszy plan, mieszczą się przy głównych ulicach, a spotkać w nich można nawet mężczyzn.

Ja natomiast kochałam lumpeksy od początku ich istnienia. Pamiętam taki jeden, oczywiście na tyłach jakiegoś większego sklepu, gdzie się zakradałam po lekcjach, szukając wielkich i rozciągniętych swetrów, ciuchów, o których wiedziałam, że nikt nie będzie miał. Te wszystkie spodnie – sztruksy, podarte dżinsy, dzwony…

Lumpeksy dla mnie odczarowali moi rodzice, kiedy sami postanowili jeden z takich sklepów otworzyć. Która z was nie marzyła choć raz o tym, żeby móc dostać się do takiego sklepu, kiedy wszystkie worki są rozrywane, nowy towar wysypuje się na podłogę, nim trafi do wielkich skrzyń i na wieszaki? Mój tata jeździł starym fordem po te worki. A mama w szale otwierała już je w samochodzie, wyrzucając co chwilę jakąś bluzkę na tylne siedzenie: „O ta dla mnie, o ta też”.

Efekt był taki, że nasz dom stał się jednym wielkim zbieractwem. Po czasach, kiedy ciężko było o nowe pościele, za ręcznikami nawet trzeba było stać w kolejkach, bo nie było. A później jak były, to kasy brakowało, żeby kupić.

Złote czasy lumpeksów to okres, kiedy nagle wszyscy mogli mieć wszystko: nowe pościele, oryginalne zasłony, firany, pięć płaszczy, cztery kurtki. Rety, człowiek kupował wszystko, co wpadło mu w ręce i co mogło okazać się przydatne, choć nigdy takiego statusu nie nabrało. Za małe sukienki, kołdry, na które nie było poszewek, ciuszki dla małych dzieci, choć takich jeszcze w rodzinie nie było.

Minął w końcu szał kupowania wszystkiego jak leci – koszulki z plamą, bo na podwórko będzie, a w sumie ładna, sukienki, w którą może kiedyś się zmieszczę, no ale… ładna, kurtki na syna, którą założy za trzy lata. Wiadomo, cena też zrobiła swoje, co lepsze ciuchy zaczęto wyceniać czasami, za kosmiczne jak na second handy pieniądze.

Moja mama prowadziła lumpeks przez dobrych kilka lat. Kiedy później o tym opowiadałam, nie było osoby, która by mi nie zazdrościła. Oj tak, te magiczne worki, które nie wiadomo, co kryły, czasami serię zupełnie nowych dżinsów, a czasami stare, śmierdzące ciuchy po budowlańcach, spleśniałe od wilgoci kurtki. Naprawdę, można tam było znaleźć wszystko. A to podniecenie nowego towaru nigdy nie minęło.

Tamtego lumpeksu mojej mamy już nie ma, ale ja pozostałam wierną fanką. Żadna sukienka kupiona nawet za 300 zł nie cieszy mnie tak, jak ta wyszarpana za 5 złotych w ostatnim dniu wyprzedaży przed wymianą towaru na nowy. Nic nie sprawia mi takiej przyjemności, jak bluzka, która kosztuje jakieś 10 złotych, a wygląda jak chodzący oryginał sprowadzony nie wiadomo skąd.

Jeśli ktoś myśli, że w Polsce skończyła się era kolejek ustawiających się przed otwarciem sklepu, to powinien poobserwować, co się dzieje pod drzwiami lumpeksów, kiedy na witrynie wielkimi literami widnieje „DZIŚ NOWY TOWAR”. Kiedyś mieszkałam tak, że okna z mojej kuchni wychodziły prosto na duży lumpeks w starym po PRL-owskim budynku. Towar był w poniedziałek, sklep otwierano o 9:00, ale już półtorej godziny wcześniej ustawiała się kolejka. Pewnego dnia naliczyłam w niej tuż przed otwarciem 67 osób… I uwierzcie cały dzień drzwi się tam nie zamykały. Takie kolejki obserwuję do dziś przejeżdżając koło lumpeksów z nowym towarem.

Ja akurat tym się różnię od ludzi kochających lumpeksy, że nie pcham się w dzień nowego towaru, nie walczę o ciuchy, nie wyrywam z rąk, nie podbieram z koszyków, nie kupuję na zapas, na wypróbowanie, na internetową sprzedaż lepszych marek. To nie dla mnie. Widziałam, jak kobiety potrafią walczyć o jedną sukienkę tylko dlatego, że jedna z nich wyglądała w niej dobrze, nieważne, która jak wyglądać będzie. Sama kiedyś wypróbowałam. Ściągnęłam z wieszaka bluzkę i krzyczę do mojej mamy przez cały sklep: „widziałaś co to za firma? Kurde, że za duża na mnie”. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Trzy inne podleciały i chciały złapać. Ostatecznie bluzka skończyła z oderwanym rękawem… A naprawdę była ładna.

Bo cała sztuka w lumpeksach polega na szukaniu. Na cierpliwości przerzucania wieszaków, na wyrobionym w sobie nawyku szukania. Każdy ma swój, inny. Ja chodzę do lumpeksów w piątym, szóstym dniu po nowym towarze, kiedy ciuchy są przebrane, mniej ich na wieszakach, a cena taka, że za trzy pary spodni dla moich dzieci, dwie koszulki, koszulę męską (dla mnie), kurtkę i sukienkę płacę niecałe 30 złotych. To wtedy bez przepychania się, przerzucam wieszak po wieszaku ubrania w kolorze, który mi odpowiada. Bo jak wiadomo – dobry lumpeks ma nie tylko ciuchy podzielone ze względu na rodzaj, ale też ułożone kolorami.

I nic nie zastąpi mi tego poczucia satysfakcji, kiedy czuję się, jak członek dzikiego plemienia, który wszystkich zrobił w konia podczas polowania. Bo zamiast rzucać się na pierwszą zwierzynę, która się nawinęła, odczekałam, i tę najtłustszą trafiłam najmniejszym wysiłkiem, bo zmęczona była po kilkudniowej gonitwie. Ze swoją zdobyczą w torbie wracam do domu z poczuciem dobrze wykonanego zadania, w ręce dzierżę zwycięstwo swojego sprytu i spostrzegawczości. Jestem jak ten, który zasługuje na oklaski i szacunek. I to mojej mamy: „Pokaż, co kupiłaś”. I ta duma, gdy wyciągasz i wyciągasz i na koniec mówisz cenę, za którą w sklepie normalnym nie kupiłabyś ani jednej z tych rzeczy. Eh… I jak nie kochać lumpeksów.

Jeśli kobiety do szczęścia potrzebują zakupów, to ja jestem w tej części, która dodaje – zakupów w lumpeksach.