Lifestyle Związek

Zawalczę o nasz związek, o nas. Chcę, żeby było w końcu dobrze, dlatego obiecuję, że…

Z życia kobiety
Z życia kobiety
11 stycznia 2018
Fot, iStock/AleksandarNakic
 

Chcę zawalczyć o swój związek. Chcę, żeby był dobry, żeby nam w nim było dobrze. Dość już jeżenia się i szukania winy we wszystkich, tylko nie w sobie. Jasne, winny jest on, jego matka, jego praca, nasze dzieci. Litości. Niech to będzie nasze ostatnie rozdanie – ten rok, nasza ostatnia szansa. Nie chwilowa, nie przelotna, kiedy przez miesiąc oboje się staramy, a później popadamy w ten sam niszczący nas schemat.

Jeśli nie spróbuję, wiem, że będę tego żałować, że będę sobie wyrzucać, że zabrakło mi odwagi, chęci, że będę się zastanawiać, co by było gdyby. Dlatego obiecałam sobie, że:

– spojrzę na siebie twoimi oczami

To nie jest łatwe – przejrzeć się w oczach drugiej osoby i zobaczyć w sobie wady, słabości, irytujące zachowania. My chcemy myśleć o sobie dobrze, bez cienia refleksji oceniając innych. Wiem, że to droga donikąd, że coby nie mówić, danej sytuacji winni jesteśmy oboje, w takim samym stopniu. Zawsze. Bo jedno z nas zaniechało próby zmiany, bo drugie odpuściło, bo oboje na zmianę machaliśmy ręką uznając, że już niczego między nami nie da się naprawić, wytłumaczyć. Bo nie znaleźliśmy w sobie chęci do rozmowy, wyjaśnień, do krytycznej oceny samych siebie.

– zacznę słuchać

Zwłaszcza tego, co mówisz na mój temat. „Wiecznie jesteś zmęczona” – ile razy to mówiłeś w ciągu minionego roku, z żalem, złością, w gniewie? „Tobie nigdy nic nie pasuje”, „Zrób to sama, skoro uważasz, że potrafisz lepiej”. Wkurzało mnie, później już nawet tego nie słyszałam, ale skoro powtarzasz to nieustannie, musi być w tym jakaś prawda, jakaś nauka dla mnie, coś, czego wcześniej nie dostrzegłam. Nie będę ignorować, gdy mówisz, że ciebie odpycham, że nie zwracam uwagi, że zawsze wszystko inne jest ważniejsze od ciebie.

– znajdę czas tylko dla nas

Tak mało go mamy. Tak mało o tym rozmawiamy, każde pochłonięte swoimi i domowymi obowiązkami, a przecież powinniśmy znaleźć czas na wyjście do kina, na wspólne obejrzenie filmu w domu, kolację tylko we dwoje. Kiedyś to sobie obiecywaliśmy, jeszcze przed dziećmi, teraz myślimy, że jak dzieci będą większe, to o to zadbamy, ale czy nie będzie za późno, czy nie oddalimy się od siebie zbyt bardzo?

– znajdę czas dla siebie

Niby wiem, że nie można się zatracić, że powinnam być dla siebie ważna, że powinnam zachować dla siebie przestrzeń. Ale to pusta wiedza, dla której brak miejsca w praktyce. Chcę to zmienić. Tak mocno czuję, że potrzebuję zadbać o siebie, że ważna jest też dla mnie chwila wytchnienia, by mieć więcej siły, cierpliwości i chęci dla nas. Jak dziwnie świat jest skonstruowany, żeby aby coś dać, musisz sama coś od świata wziąć. I ja w końcu chcę zacząć brać, korzystać, nie ograniczać się, a później własnym ograniczeniem obarczać ciebie. Wiem, że nie chcesz dla mnie źle, zrozumienie tego dało mi dużo siły.

– pozwolę nam na popełnianie błędów

Nikt z nas nie jest idealny. Przede wszystkim to ja muszę przestać dążyć do bycia perfekcyjną, najlepszą, podziwianą przez wszystkich. Przecież tak naprawdę wcale tego nie chcę, wcale mi na tym nie zależy. Chcę móc się do ciebie przytulić, kiedy chodzę po domu w dresach i zamiast czyścić kuchnię, pośmiać się z tobą grając scrablle. Kiedy odpuszczę sobie, przestaną mnie drażnić twoje błędy. Wiesz, co zrozumiałam? Że zazdrościłam ci tego luzu, tego dystansu do siebie, pogodzenia się z tym, że czegoś nie potrafisz, że coś ci nie wyszło, kiedy sama sobie bardzo wysoko stawiałam poprzeczkę. Już tak nie chcę. Chcę, żebyśmy oboje byli niedoskonali.

– docenię, że inaczej nie znaczy gorzej

Przeczytałam ostatnio, że nie ma rzeczy typowo damskich i typowo męskich, po prostu każdy z nas robi coś na swój własny sposób, inaczej. Inaczej niż ja zajmujesz się dziećmi, inaczej niż ja dbasz o nas, inaczej niż ja się nami opiekujesz, inaczej niż ja patrzysz na świat, ale to nie znaczy, że gorzej. Muszę wbić to sobie do głowy, nie wymagać, że ugotujesz obiad według moich wskazówek, a gdy zrobisz inaczej – wściekać się. Tak samo zostawiając cię z dziećmi – ty nie potrzebujesz całej listy, co z nimi robić, jak się zająć, przecież to wiesz, zaopiekujesz się nimi na swój sposób i wiesz… chcę to polubić i zaakceptować.

– przestanę z tobą rywalizować

Nie chcę udowadniać, że jestem lepsza we wszystkim, co dotyczy naszego domu, dzieci, nas samych. Nie chcę się z tobą licytować, kto ostatnio wyniósł śmieci, sprzątnął kuchnię, kto ile razy sprawdzał dzieciom lekcje, czytał książkę. To jest chore… Przecież nasz związek nie powinien być polem bitwy. Idziemy ramię w ramię, zależy nam na tym samym, możemy cudownie się uzupełniać, wiem o tym, bo nie raz zdążyłam tego doświadczyć, ale pozwoliłam sobie o tym zapomnieć. Bądźmy razem, nie przeciwko sobie.

– skupię się na tym, co dobre

Zdałam sobie sprawę, że ostatnio tylko narzekałam, mówiłam o tym, czego mi brakuje, jak mi źle, a przecież wokół dzieje się tyle dobrego, tyle dobrego dostaję też od ciebie. Trzeba tylko szerzej otworzyć oczy, by zrozumieć, że on wstaje wcześniej, budzi dzieci, żebyś ty mogła chwilę dłużej poleżeć. Tankuje ci auto, kiedy wie, że musisz pojechać dalej. Kupuje winogrona, które uwielbiasz i pamięta, jakie lubisz jabłka. Faceci inaczej okazują miłość, ona pojawia się w ich drobnych gestach, których my często nie zauważamy, bo jesteśmy zbyt skupione na sobie i na tym, czego nie dostajemy, nie widząc, jak dużo mamy.

– będę mówić, co czuję

Jestem typową kobietą, tę od „domyśl się”. Większość moich znajomych takimi kobietami jest. Strzelamy fochy, obrażamy się, a nie stać nas na powiedzenie, o co tak naprawdę chodzi. Bo o co chodzi? O to, że on znowu się nie domyślił? Czy może o coś, co jest głębiej? Ostatnio zrozumiałam, że wściekam się, bo szef mnie wkurzył i muszę na kimś odreagować swoją złość – na tobie najłatwiej, a ty zdezorientowany kompletnie nie wiesz, o co chodzi. Mówienie, co czuję wymaga dojrzałości, więc może czas najwyższy się na nią zdobyć.

– stanę się wsparciem dla ciebie

Nie chcę negować ani podważać tego, co robisz, nie chcę wytykać ci błędów, nie chcę sprawiać, żebyś czuł się gorszy, tylko dlatego, że ja mam zły dzień. Chcę być dla ciebie wsparciem w najdrobniejszych rzeczach, w zwykłej codzienności, chcę, żebyś czuł, że zawsze stoję za mną murem, choć tak rzadko ci to dotychczas okazywałam. Chcę, żebyś wiedział, że zawsze możesz na mnie liczyć, tak jak ja mogę liczyć na ciebie.

Te dziesięć rzeczy powtarzam w głowie, spisuję ku pamięci, żeby o nich nie zapomnieć. Tak, wiem, są kobiety, które powiedzą: „Dlaczego to ja mam się starać, niech on zacznie”. Ja nie chcę czekać, nie chcę przerzucać na niego odpowiedzialność za nas dwoje. Chcę zmiany dla siebie, dla nas, bo wierzę, że jeśli ja się zmienię, on też to zrobi. Jesteśmy jak połączone naczynia, między którymi musi w końcu nastąpić równowaga, wyrównanie poziomów, gdzie każdy będzie tyle samo otrzymywał, ile dawał. To zresztą i tak nie będzie miało większego znaczenia, bo jeśli jest się z kimś szczęśliwym, wszelkie rozliczenia tracą na znaczeniu. Kocham, wiem, że jestem kochana, choć czasami o tym nie pamiętam. Nie chcę tego zaprzepaścić, chcę spróbować, jeszcze raz, ten ostatni.


Lifestyle Związek

„Małżeństwo nauczyło mnie pokory wobec zmian”. Lekcje, które dało mi moje małżeństwo

Z życia kobiety
Z życia kobiety
16 stycznia 2018
Fot. iStock/YakobchukOlena
 

Zostaliśmy zaproszeni na 15-tą rocznicę ślubu naszych przyjaciół. Nic wielkiego, najbliżsi znajomi, rodzina. Wesoło. Wspominaliśmy ich ślub, bo dokładnie pamiętaliśmy ten dzień, nawet zdjęcia obejrzeliśmy płacząc ze śmiechu. Matko, jak wyglądaliśmy. Nie zdawaliśmy sobie sprawy, jak te 15 lat nas zmieniło.

Ale zmieniliśmy się nie tylko na zewnątrz, zadziało się coś w środku. Wtedy byliśmy pełni nadziei, wiary, że teraz zaczyna się fantastyczne życie. A dzisiaj? Dzisiaj każdy z nas jest na różnych biegunach swoich ówczesnych postanowień i składanych obietnic. Ale oni wytrwali. 15 lat małżeństwa, które świętowali szczerze, nie na pokaz.

Kiedy mogłyśmy usiąść spokojnie, spytałam najbardziej idiotycznie, jak to było możliwe: „Jak wy to robicie, że po tylu latach jesteście ze sobą szczęśliwi?”. Ale wtedy przyjaciółka powiedziała mi, czego nauczyło ją 15 lat małżeństwa.

Nie możesz myśleć, że coś jest na zawsze

„Pamiętasz, jak wtedy byliśmy pewni, że teraz to już naprawdę razem do śmierci?” – spytała. Jasne, że pamiętałam. Sama na taką przysięgę nigdy się nie zdobyłam, ale wielu z moich znajomych obiecywało sobie miłość na dobre i złe, tylko, gdy przyszło to złe, najczęściej się rozstawali. Sekret polegał jednak na tym, żeby nie myśleć, że skoro jesteście małżeństwem, to macie siebie na zawsze. Każdego dnia powinniśmy być wdzięczni za to, że możemy się budzić obok tej drugiej osoby, wypić z nią kawę, porozmawiać wieczorem. „Nie wiedziałam tego przez długi czas, ale kiedy nasz związek wisiał na włosku, zaczęłam doceniać, że on jest i dziękować każdego dnia (często tylko w myślach) mojemu mężowi, że mną wytrzymuje i że mnie kocha”. To daje siłę.

Bliskość nie równa się obecności

Kto tego nie zna – rutyna. Ile razy siedzieliście obok siebie na kanapie, ile razy jedliście wspólnie obiad, kiedy każde zajęte było swoimi myślami. Jak często piliście rano kawę, każde zapatrzone w swój telefon? W związku nie wystarczy obecność, ważna jest bliskość, a tej nie da się stworzyć samym byciem. „Przez te lata zrozumiałam, jak ważne jest prawdziwie wspólne spędzanie czasu. Jak jemy śniadanie, to mamy czas, żeby ze sobą porozmawiać. Wieczorem zmęczeni chociaż się do siebie przytulimy. To takie banały, ale dzisiaj wiem, że dzięki tym banałom, jesteśmy razem w tym miejscu”.

Nie można zamknąć się w swoim świecie

Często obserwuję kobiety, które wychodząc za mąż zapominają o swoich przyjaciółkach, koleżankach, nie mają już dla nich czasu, bo przecież mąż, dom, za chwilę dzieci. Tylko, że później przychodzi kryzys – w związku, w macierzyństwie, z samą sobą… I wtedy nie ma się do kogo odezwać, z kim porozmawiać. Rozglądasz się wokół i jesteś sama jak palec. „Pamiętam, jak powiedziałaś mi, żebym nie znikała po ślubie. Wiem, że zniknęłam, ale też cieszę się, że wróciłam w porę, że z przyjaciółkami mogłam przejść wszystkie trudne okresy”. Mąż powinien być przyjacielem, ale nigdy nie powinien zastąpić przyjaciółek, one są bardzo ważne w naszym życiu. Bardzo. Bo kto z tobą wypije niejedną butelkę wina, wysłucha, jak ci źle, kopnie w tyłek, kiedy trzeba i zrozumie, gdy powiesz, że masz dość?

Warto przyznać się do błędu

„Kłóciliśmy się kiedyś o wszystko, o kolor ścian w mieszkaniu, o kuchenkę do kuchni, pralkę, o to, czy lepiej pojechać z dziećmi na wakacje do hotelu czy pod namiot. Każde twardo upierało się przy swoim, nie dopuszczając, że drugie może mieć rację. Ale wyjazd z dziećmi pod namiot był cudownym doświadczeniem, a ja myślałam, że z dziećmi to tylko do hotelu…”. Warto czasami odpuścić, oddać inicjatywę, pomyśleć sobie: „Przecież on nie chce dla nas źle” – to bardzo pomaga. Bo on nigdy nie chce źle, tak samo jak ty tego nie chcesz.

Nie matkuj

Jakbyśmy się nie zarzekały, mężczyźni budzą w nas instynkt macierzyński, w końcu mamy kogoś, kim możemy się opiekować, komu dogadzać, kogo uszczęśliwiać. Tyle, że często tracimy granicę między byciem żoną, partnerką, kochanką, a matką. Prawda jest taka, że same przyzwyczajamy mężów do dobrego – śniadanko, ciasto, obiad z dwóch dań, posprzątane, wyprane, choć oni w ogóle tego od nas nie wymagają. I pewnie dlatego są zdziwieni, gdy po latach robimy im karczemną awanturę, że mamy dość tego usługiwania, że on też mógłby coś dać od siebie, i tak dalej. Bywa, że z tego powodu odchodzimy, a oni zostają zdziwieni nie wiedząc o co chodzi… Bo przecież wcześniej nigdy się nie skarżyłaś…

Doceniaj

Nie kwiaty, które w końcu ci przyniesie, nie prezent, który kupi po twoim nieustannym przypominaniu, że za tydzień masz urodziny. Faceci okazują miłość inaczej. „Długo trwało, nim to zrozumiałam. Ale pamiętam, jak musiałam wyjechać służbowo. Wsiadam do auta, a ono wysprzątane w środku, zatankowane. I nie, nie dlatego, że on dba o samochód, wiem, że zrobił to z myślą o mnie. Podobnie jak wiele innych rzeczy. Nowe lustro w łazience, wymienione żarówki w sypialni, porządek w domowych papierach. On tak dba o mnie, o nas, a ja nauczyłam się to dostrzegać i doceniać. A kwiaty mogę sobie sama kupić, skoro chcę je mieć w domu, prawda?”. Prawda.

Szanuj

Eh… szacunek to długi temat. Bo chyba każdy przechodzi w związku moment, kiedy przestaje szanować tę drugą osobę, przestaje jej słuchać, ma ją za nic, jedyne, co czuje to irytację i złość. Szacunku tam nie ma. A on jest niezwykle ważny. Bo jeśli nie będziemy szanować siebie nawzajem, to wpadniemy w błędne koło oskarżeń i kłamstw. A na czym, jeśli nie na szacunku powinniśmy opierać związek? To jeden z najważniejszych filarów.

Naucz się przepraszać

„Nigdy nie zapomnę swojego pierwszego „przepraszam”. Strzeliłam focha o jakąś głupotę, źle zrozumiałam, co powiedział. Obraziła się na śmierć i życie, a kiedy pozwoliłam sobie wytłumaczyć, o co chodziło, to było mi potwornie wstyd…”. Słowo przepraszam ma w związku wielką moc, pokazuje, że nikt nie jest doskonały, daje prawo do błędów i możliwość ich wybaczania. Obyśmy nie musieli używać go zbyt często, ale też nie zapominali o jego istnieniu.

Zadbaj o siebie

„A co lubi pani robić dla siebie” – spytałam kiedyś pewną kobietę. Po dłuższej chwili usłyszałam: „Nie wiem. O Boże, nie wiem”. Nic dla siebie nie robiła, bo wszystko było dla innych. Dla dzieci, dla męża, dla rodziców, teściów, szefa w pracy. A przecież my też jesteśmy ważne, my też mamy prawo do tego, żeby o sobie pomyśleć. Wyjść na basen, na fitness, na spotkanie z przyjaciółkami. „Przychodzi taki moment, że już wszystko cię wkurza, że myślisz, że dłużej nie dasz rady i wtedy trzaskasz drzwiami i idziesz na długi spacer, i podczas tego spaceru dociera do ciebie, że jest to pierwsza rzecz od dawna, którą zrobiłaś dla siebie. I jest ci z tym dobrze. I to jest początek zmiany na lepsze”.

Zadbaj o swoją niezależność

„Gdyby ktoś się spytał, jaka jest najtrudniejsza rozmowa w związku, to odpowiedziałabym, że ta o pieniądzach”. Nikt nas nie nauczył rozmawiać o pieniądzach, powielamy stereotyp, że moje i twoje to nasze, że głową rodziny, a także tym, który decyduje o domowym budżecie jest facet. Nie pozwólmy, by to przekonanie zakorzeniło się w naszej głowie. Każda kobieta powinna zachować finansową niezależność, bo to daje jej poczucie bezpieczeństwa, pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Nie można pozwolić się tego pozbawić.

Nie rezygnuj

„Największym grzechem przeciwko związkowi jest zaniechanie. Rezygnacja, machnięcie ręką z poczuciem, że już lepiej nie będzie, że albo decydujemy się żyć według wypracowanych reguł, albo się rozwodzimy”. Tak nie może być. Za każdym razem warto zadać sobie pytanie: „Wyobrażasz sobie życie bez niego, bez niej? Naprawdę chcesz z was zrezygnować? Przecież kiedyś byliście razem szczęśliwi”. Moja przyjaciółka przeszła takie chwile zwątpienia, pewnie zdarzają się one w wielu związkach. Ale nie poddała się. On też się nie poddał. Obojgu zależało na tym, żeby między nimi było dobrze, żeby nauczyli się siebie na nowo. Żeby zaczęli ze sobą w końcu rozmawiać, po latach wymiany komunikatów typu: kto odbierze dzieci, co dzisiaj na obiad, kto zrobi zakupy.

„Wiesz, jaka lekcja jest dla mnie najważniejszą? Małżeństwo nauczyło mnie pokory wobec zmian. Bo nic nie jest takie samo, jak te 15 lat temu. My jesteśmy zupełnie inni, niby tacy sami, a jednak zmieniliśmy się bardzo. Nie chcę doszukiwać się w moim mężu chłopaka, w którym się zakochałam. Chcę kochać mężczyznę, którym się stał, który dzisiaj jest ze mną. Kocham go. Dojrzalej, bardziej świadomie, niż wtedy. I tak, jestem szczęśliwa”.

Mam nadzieję, że i ja będę mogła kiedyś tak powiedzieć.


Lifestyle Związek

Tak, jestem w stałym związku, ale marzę o czymś więcej, marzę o romansie. Czy przez to jestem gorszą żoną?

Z życia kobiety
Z życia kobiety
4 listopada 2017
Fot. iStock / m-gucci

Załóżmy, że mam na imię Magda. Załóżmy, że jestem tuż przed 40-tką. Dwoje dzieci wchodzące w nastoletni wiek. Mąż, od niemal 20-tu lat ten sam. Najpierw zakochanie, później chodzenie za rączkę, aż w końcu obrączka i wspólne życie.

Jestem jedną z wielu z was. Pracuję, zajmuję się domem. Mój dzień pewnie niczym nie różni się od waszego. Wstaję rano, robię sobie kawę, dzieciom i mężowi śniadanie. Spieszymy się każde do swoich obowiązków. Dzieci do szkoły, my do pracy. Szybka wymiana zdań, poranny buziak i rzucone „miłego dnia” na stałe weszły w naszą codzienną rutynę. Ustalamy popołudnie, kto kogo gdzie odwiezie, odbierze, zrobi zakupy. Wszystko działa jak w dobrze nakręconym zegarku . W końcu tyle lat razem, znamy się doskonale, wiemy na co kogo stać, w czym możemy na siebie liczyć.

Proste rodzinne życie. Bez zbędnych emocji. Czasami się pokłócimy, najczęściej od dzieci, czasami o jakieś głupoty. Że ja go prosiłam, żeby coś tam kupił, a on zapomniał. Albo on, żebym przestała zostawiać pod prysznicem końcówki od maszynki do golenia. Nic wielkiego. Nic, co wywołałoby burzę. Tyle tylko, że ja tej burzy chcę, potrzebuję tego deszczu, tych błysków i piorunów. Kiedy myślę sobie, że tak już będzie wyglądać moje życie, chce mi się wyć, uciec, zrobić coś szalonego. Rzucić pracę, spakować plecak i wyjechać poznawać świat. Nie chcę tkwić w tym zdrewnieniu, wykreślając jeden dzień podobny do drugiego. Serio? Tak mam teraz żyć? Moja mama mówi: „Masz dzieci, ciesz się nimi”. Jasne, że się cieszę, ale nie chcę jak ona żyć życiem moich dzieci, skupiać się jedynie na ich osiągnięciach i kłopotach. Naprawdę? Skończę 40 lat i to koniec? Koniec emocji, podnieceń, ekscytacji?

Rozmawiam o tym z mężem, ale słyszę jedynie: „Nie wiem, o co ci chodzi”. A mi chodzi o to, żebyśmy wyjechali gdzieś sami, pojechali w końcu na wakacje tylko we dwójkę. Żeby on mnie zaskoczył, zaprosił na randkę, zabrał do kina – ot tak spontanicznie, a nie po wspólnym prześledzeniu repertuaru i ustalaniu, co grają. Chcę, by iskrzyło, byśmy patrzyli na siebie z pożądaniem. Ale czy to jest w ogóle możliwe? Szczerze – straciłam nadzieję. Nie chcę seksu jedynie w sypialni, w ciszy, żeby dzieci nie słyszały. Dobrego, ale do bólu przewidywalnego. Kocham swojego męża, ale dzisiaj rozważam, czy nie jest mi bliższy jedynie jako przyjaciel, a nie jako kochanek?

Ktoś powie: „Głupia, ciesz się tym, co masz”. Jasne, że się cieszę, ale co, jeśli mi to nie wystarcza? Jeśli ja chcę od życia czegoś więcej. Mam siedzieć cicho i niczego więcej nie wymagać? Marzę o romansie. Marzę o życiu obok, po drugiej stronie lustra. O życiu pełnym namiętności, mrowienia na karku, podniecenia i pożądania, nad którym nie sposób zapanować. Kiedy jedyne o czym myśleć będę przez cały dzień, to o jego dotyku, o spojrzeniu, które mówi jedno: „Marzę, żeby zostać już z tobą sam na sam”. A potem kochać się na stole w kuchni, pod prysznicem, na podłodze przed telewizorem, bo przecież żaden film nie interesuje nas tak bardzo jak my sami.

Chcę tej radości w głowie, tego cudownego napięcia mięśni na godzinę przed spotkaniem. Chcę tęsknić całą skórą, całą sobą za nim, za jego ustami, językiem. Chcę poddać się temu, czekać na nieznane, wiedzieć, że nadal żyję, że moje życie trwa, a ja czuję, pragnę i jestem pożądana.

Chciałabym mieć dla kogo poprawiać włosy, malować usta szminką, zakładać szpilki i kupować sobie seksowną bieliznę. Chciałabym znowu poczuć się kobietą – piękną i atrakcyjną, chciałabym zobaczyć w oczach mężczyzny ten tylko dla mnie uchwytny moment, kiedy wiesz, że właśnie rozbiera cię wzrokiem i myśli tylko o tym, co będziecie robić, gdy zostaniecie sami.

Tak. Marzę o romansie, o tych rozbrajających cię emocjach, kiedy znowu wiesz, że żyjesz, że to, co w tobie ważne, nie umarło, nie spowszedniało, że nadal możesz tak kochać, tak czuć, tak na nowo odkrywać  samą siebie.

Czy przez to jestem gorszą żoną? Myślę o tym smażąc jajecznicę mojemu mężowi, wieszając pranie, wyciągając naczynia ze zmywarki i biorąc prysznic dotykając się tak, jak chciałabym, żeby on mnie dotykał. Nadal tu jestem, choć  chciałabym na kilka chwil być zupełnie gdzie indziej… A ty?